Opowiastki pociągowe
Dziewojka
Warszawa Zachodnia. Otwarty dworzec. Dworzec w plenerze. Rozrzucone jak kępki trawy
grupki ludzi rozmawiają, gwarzą... Wspólnie spoglądają ze zmęczeniem w kierunku
mającego nadjechać pociągu. Stoję i ja. Samotna trawka. Rozglądam się, czy nie
odnajdę gdzie znajomej twarzy, sylwetki, ubrania, szczegółu. Nie, nikogo. Nieznośne
czekanie. Znów lekkie opóźnienie pociągu. Standard...
Jest. Pilawa. Kilka kroków ku przodowi wagonu.
-Och, nie zauważyłam cię! - zawołałam zdziwiona - I w życiu bym cię nie
poznała! Ten kolor włosów...
-Nie podoba ci się?
-Och, nie! Świetnie ci w nim. Że też ja nigdy nie mam ochoty, ni czasu, żeby
takie eksperymenty robić na własnej koafiurze... - Wsiadłyśmy obie do wagonu, w
pośpiechu poszukując wygodnego miejsca, ukrytego przed natręctwem słońca. Gadu
gadu, od słowa do słowa, nie widziałyśmy się długo, a tematów mnóstwo...
zauważyłam jednak w pewnym momencie ciekawą postać dziewczęcą. Dziewojka...
Taka sobie dziewojka. Siedziała naprzeciwko mnie. Od dawna? Kiedy usiadła? Nie
wiedziałam. Oh, co z twoją uważnością, moja droga! - zganiłam samą siebie. Hmm,
kobiece paplanie przynosi czasem rozkosz tak wysokiej miary, że zmysł
obserwacji zanika lub obniża znacznie swoją czujność.
Dziewojka... Dziewojka siedziała w postawie półschylonej, pogrążona w
jakowejś lekturze. Dlaczego dziewojka? Dla czego? Dla jakiej jej
(dziewojkowatej) cechy... Cóż, moje słowotwórcze skojarzenie wypłynęło zapewne
pod wpływem (wypływ, wpływ... jakoś mokro się tu robi ) jej wyglądu. Była
niewątpliwie wysoka... długie nogi, obute w sandały bez rajstop oczywiście,
gładkie, aż korciło dotknąć i pogłaskać (Czy takie pragnienie jest naturalne u
kobiety - ja nią jestem chyba... - hmm, o tym w innej bajce). Te dłuuugie nogi
śledzącego je od stóp ku górze wścibskiego obserwatora rozczarowywały w pewnym
momencie prostym brzegiem spódniczki wpół uda i ani milimetra wyżej. Aczkolwiek
dla pocieszenia otwierał się malutki z boku uda rozporek. Spódniczka koloru
nijakiego, do tego stopnia, że za skarby świata nie przypomnę sobie tego
szczegółu. Brąz, czerń, beż? Nie wiem.
Postać cała dziewojki schowana była w przepastnym do granic możliwości,
rozciągniętym, czarnym, ręcznie zapewne robionym (bo żaden zakupiony produkt
wełniany takich możliwości rozciągania nie posiada), swetrze. To wielgachne
swetrzysko nie było jedyną warstwą okrywającą ponętne zapewne ciało dziewojki.
Długie, za-długie były ramiona czarnego wełnianego wdzianka i jego szerokość
nadmierna, tak że dwie dziewojki bliźniaczki ze swobodą zmieściłyby się w
nim..., i długość nie ta, a dekolt ogromny, tak, że jedno nagie ramię
odsłonięte było bez żenady, a seksownie. Ten dekolt pozwalał wyzierać spod
spodu czarnej, zabawnej koszulce bez rękawów. Czemu zaczęłam opis od stóp
dziewojki, podczas gdy czekacie zapewne na wizerunek jej twarzy? Och,
bagatelka! To manewr pisarski... celem wzrostu napięcia i doprowadzenia
czytelnika do stanu nieopisanej ciekawości i niecierpliwości itp itd etc
... Pomińmy więc szybko szczegóły ciała niewidoczne, niezależnie od tego, jak
bardzo byłyby ciekawe... Cóż to ja mówiłam? Ach, tak... ramiona, ramię jedno
odsłonięte, seksowne, asymetryczne zsunięcie swetra, koszulka, szyjka i twarz.
No właśnie... Od kiedy to kobiety przestały nosić kapelusze? Od kiedy to
odkrycie głowy przez kobietę pozbawione zostało wymiaru moralnego, etycznego,
estetycznego...?? Białogłowa nie jest już nią, bo chusty białej nie wdziewa.
Aczkolwiek zdarzają się jeszcze (gatunek wymierający) paniusie, gustujące w
kapelusikach i te, które odważą się założyć chustę w chłodne, jesienne dni, bez
obawy usłyszenia komentarzy na temat ich rustykalnej genealogii, czy
antychrześcijańskich, religijnych przekonań. I zdarzają się takie, jak ta oto
dziewojka, która siedziała wówczas na wprost mnie w pociągu, nieświadoma, że
staje się łupem dla mojej ciekawości i wyobraźni. Jej głowę, zgrabną głowę,
okrywała śmieszna, z długim daszkiem, czarna, chłopięca czapeczka. To ta czapka
tworzyła szczególny styl dziewojki... wyluzowany i sexi zarazem. Byłam, nie zaskoczona
oczywiście, lecz... ujęta i rozbawiona odważnym odsłonięciem,
wyeksponowaniem dla świata długich, zgrabnych nóg z jednoczesnym zakryciem
twarzy. Tak, bo czapeczka o bardzo długim daszku tę twarz, o delikatnych
rysach, niemal przysłaniała. Dla nieodgadnionej przyczyny...
Nie mogły chronić jej krótko
przystrzyżone włosy. Chroniła ją przed wzrokiem ludzkim czapka z
daszkiem.
Zastanowiła mnie
perwersja tej młodej dziewczyny, świadome? nieświadome? połączenie
wyzywającego, śmiałego odsłonięcia ciała z jednoczesnym skrywaniem oczu - jak
to mówią , zwierciadeł duszy i osobowości zarazem... Jej niedbałość i
kokieteria. Intelektualizm (książka, o której, najwidoczniej zainteresowana,
nie odrywała oczu!) i, w jakimś sensie, prostota, by nie rzec prostactwo... ot
i dziewojka, nie jedyna chyba wśród dzisiejszych nastolatek.
Chłoptasie
Wracałem do
domu. Pociągiem. Późny wieczór. Godzina? Z pewnością minęła już wtedy ósma.
Wagony, wszystkie poza pierwszym, do którego zresztą nie wsiadłem, dla
niewyjaśnionych bliżej powodów, były niemal puste. Kolej traci swych klientów.
Już jedynie tam, gdzie połączenie autobusem jest utrudnione korzysta się z
PKP.
Usiadłem gdzieś
tam w zaułku siedzenia, z dala od innych, licząc na możliwość rozmyślań i
lektury w spokoju. I cóż, ledwie opuściliśmy Warszawę już po chwili słyszę
głosy wsiadających do pociągu młodzieńców. Głosy, przyznajmy, w ich słownictwie
nieszczególnie miłe dla najbardziej odpornego na wulgaryzmy ucha. Weszli do
wagonu obok. Odetchnąłem z ulgą. Mogłem widać, mimo wszystko, liczyć na podróż
w spokoju... Ale nie! Przedefilowali kilkakrotnie przez cały pociąg, w żadnym z
przedziałów nie pozostając dłużej. Dochodziły do mnie jedynie odgłosy
demolowanych przedziałów, wybijanych szyb... - Boże - westchnąłem - Czemu nie
siadłem w pierwszym przedziale, gdzie więcej ludzi, spokojniej i bezpieczniej.
Nie czułem się zagrożony. Bagatelka. Chłoptasie zdawali się nie zwracać
nijakiej uwago na obserwujących ich z obawą ludzi. Zajęci byli sobą i między
sobą wymieniali pikantne komentarze. Jednak w pewnym momencie ze zdziwieniem
usłyszałem słowa jednego z nich skierowane do jakiejś osoby..., kobiety...
Sytuacja rozgrywała się dwa siedzenia za mną. Mogłem dostrzec czupryny i barki
nastolatków ponad barierkami siedzeń, lecz nie widziałem tej osoby. Oni stali,
ona siedziała. Pomyślałem, że musi to być młoda, ładna, nieśmiała może trochę
kobieta. Jeden z nich przysiadł się do niej. Potem usiadło dwu innych.
Pozostali stali chwile i zaraz znudzeni najwyraźniej przemieścili się do dalszych
wagonów, by kontynuować przerwane, wciągające zajęcie dewastowania własności
publicznej. Usłyszałem rozmowę. Padło najpierw standardowe pytanie o jej imię.
Odpowiedziała cicho. Nie usłyszałem. Bała się być może, może zawsze mówiła tak
cicho... Ja zaczynałem się o nią obawiać. Przebiegły mi przez głowę wyobrażenia
wszelkich możliwych sposobów nadejścia jej z pomocą, zerwania się z miejsca na
najmniejszy znak jej przerażenia, jej krzyk... Lecz, póki co, czekałem i
najbezczelniej w świecie podsłuchiwałem tę rozmowę. A rozmowa trwała...
Młodzieniec, jeden i wciąż ten sam zagadywał kobietę. Inni przysłuchiwali się i
zaśmiewali tylko, gdy ten puścił jakiś żart. Usłyszałem w pewnym momencie
z zaskoczeniem bezczelne jego pytanie. - Czy chciałabyś się ze mną kochać? -
Cisza. Próbowałem wyobrazić sobie minę i reakcję tej kobiety. O, to nie była
żadna prowincjonalna gąska najwidoczniej, która na takie dictum poderwałaby się
spłoszona w panice i z wielkim krzykiem zwiała, i nie była to cnotka,
niewiniątko... Usłyszałem jej cichy, lekki śmiech. Śmiała się! Potem padły jej
słowa... - Doprawdy, chciałbyś? A czemu to? Nie masz dziewczyny? - I on,
sympatyczny w pewien sposób łobuz, na to - Oj, lubię to robić ze starszymi
kobietami. - Ile ona mogła mieć lat? - zastanawiałem się.
-Hmm - ona znów. - Niestety, ktoś bardzo by się na mnie pogniewał, gdybym to
zrobiła - znów jej śmiech. Ktoś - pomyślałem. Ma kogoś albo to wymyślone na
poczekaniu kłamstwo. Ale odpowiedź dobra.
- Ma pani bardzo ładne piersi - znów on. - Ha ha! Na pewno się zaczerwieniła,
ale ma tupet, gówniarz. Ona tylko na to - Dziękuję. Wiem o tym. Zapewne
uśmiechnęła się... a może przybrała kamienną maskę na twarz, chcą pokryć
zażenowanie...
-Więc nie chcesz? - on znów powracał do swojego pytania?
-przykro mi.
-Dobra. Nie będę się narzucał. I nie będziemy pani przeszkadzali - O! Cóż za
nieoczekiwane maniery! - zakpiłem w myślach - spływamy, chłopaki!
-Co to jest? Piszesz list? - odezwał się jakiś nowy głos.
-Nie, pisze książkę.
-Książkę? - zdziwił się.
-Książkę? - zdziwiony pomyślałem. Wow! Intrygujące.
-Naprawdę piszesz książkę? O czym?
-O miłości, o samotności i o innych jeszcze ludziach i rzeczach...
-Aha, jaki tytuł?
-Spójrz tu... - No, nie dane mi było usłyszeć jaki to był tytuł, chłopak coś
tam odczytywał pod nosem, a ona najwyraźniej nie miała ochoty wypowiadać go na
głos.
-Idziemy chłopaki! Zostawcie tę panią w spokoju - zadecydował w końcu ów
rezolutny, prowadzący wcześniej rozmowę, chłopak. - Cześć - rzucił jej.
-Cześć - odpowiedziała.
Przeszli do następnego wagonu. Pojawili się jednak jeszcze raz w swej
pielgrzymce od początku ku końcowi i od końca ku początkowi pociągu. Rzucił
jeszcze jedno pytanie ten sam chłopak w stronę tej samej kobiety - Nie boi się
pani sama podróżować pociągiem? Różne rzeczy się przydarzają...kradzieże czy co
inne - zabrzmiało to jak groźba.
- Zaśmiała się znów, lecz tym razem wyczułem w jej głosie nutę obawy i
drżenie.
-Oh... Ja nie mam przy sobie nic cennego. Nie zarabia się wiele pisaniem książek...
- urwała.
Odeszli. Wysiedli z pociągu na następnej stacji. Tuż przed odjazdem
pociągu już po sygnale ostrzegającym przed zamknięciem drzwi, usłyszałem hałas.
To ten sam młody chłopak. Uchwycił się otwartego okna po zewnętrznej stronie
pociągu na wprost siedzenia kobiety i krzyknął w jej kierunku z zabawnym
entuzjazmem - cześć cześć cześć!!! - Rozbawiło mnie to... Oryginalny łobuz, a
jednak łobuz. Dziwaczna cała ta historia...
Młoda kobieta wysiadła na kolejnej stacji. Rzuciłem jej spojrzenie, gdy
wychodziła. Miła, wrażliwa twarz, jasne oczy, lekki makijaż... I odeszła.
Spoglądałem przez ono odjeżdżającego pociągu na jej oddalającą się sylwetkę...
aż znikła.
Pech.
Jedynym moim marzeniem jest w tej chwili to, by dzień dzisiejszy skończył się
już. Ten jeszcze jeden dzień nudy w pracy. Nieobecność szefa. Luz blues. Nie
lubię tego. Za dużo we mnie energii.
W końcu upragniona godzina osiemnasta.
Wychodzę. Zmierzam ku stacji szybkim krokiem - to nawyk - mam przecież dużo
czasu. Stacja Włochy. Wchodzę na peron. Wokół mnie klasa robotnicza. Nie, nie
jestem złośliwa, lecz ci ludzie w istocie mają wygląd istot nawykłych do
ciężkiej pracy fizycznej. Bruzdy na twarzy , bruzdy na rękach.
Kilka kroków i znajduję się w drugiej części peronu.
Znów pojawiłam się na stacji stanowczo za wcześnie. 15 minut do przyjazdu
mojego pociągu do Dęblina. Ach, przynajmniej jest to bezpośredni z Włoch do
Otwocka. Często nim wracam. Wsiadam do wagonu instynktownie niemal, spoglądając
mimochodem jedynie na tablicę na czole pociągu oznajmiającą stację docelową.
Tak jest i dziś. Oczekując na przyjazd pociągu siadam na ławce i piszę jak
zwykle - to moja namiętność drugorzędnego pisarczyka i listomanki - na luźnych
kartkach, które zawsze noszę ze sobą w teczce.
Usłyszałam szum wjeżdżającego na peron pociągu, pisk
kół na szynach w momencie hamowania. Podniosłam głowę. Grodzisk Mazowiecki?
Przecież to chyba w zupełnie innym kierunku...Zaraz zaraz...Wsiadłam, lecz w
ostatniej chwili szalony instynkt kazał mi wyskoczyć na peron. Zamknęły się za
mną drzwi. Pociąg odjechał. Peron opustoszał. A więc wszyscy wsiedli, mimo że
nie był to pociąg do Dęblina? Spojrzałam odruchowo na tablicę umieszczoną
z tyłu oddalającego się pociągu. Dęblin! Oczywiście, idiotko, po prostu znów
zapomnieli zamienić! Czekam więc znów piętnaście, dwadzieścia minut. Pociąg
do
Wschodniej. Cóż, dobre i to. Będę musiała się przesiąść na Śródmieściu. Między
Zachodnią a Ochotą kontrola. Uff, nie zauważyli na moim miesięcznym, że
obejmuje on odcinek Otwock- Warszawa Ochota. Co za ulga. Wjeżdżamy w ciemności
tunelu miedzy Zachodnią a Ochotą. Podnoszę znów głowę znad moich kartek
papieru na dźwięk męskiego głosu. Co znowu? I słyszę prośbę - Czy mógłbym
znów spojrzeć na pani bilet? - Podaję go z rezygnacją i już wiem, że kara
pieniężna mnie nie minie. Wszystko we mnie jakoś tak oklapło. Smutne myśli
snują mi się po głowie : Uciekł mi pociąg bezpośredni, w domu będę godzinę
później, czyli po dwudziestej, głodna jestem piekielnie i zmęczona setnie i
jeszcze i to...
Obsiadło mnie stadko "kanarków",
przypominających teraz raczej sępy schylone nad nieruchomą ofiarą. Spisują
dane. Nie próbuję nawet zastanawiać się nad sposobami uniknięcia kary, ani
kłócić z nimi. Nie, nie mam siły. Jestem zimna i bezczelna, choć mężczyzna
wypisujący mi wezwanie jest całkiem, no, no...można powiedzieć, przystojny. Eh,
nie chce mi się jednak bawić w kokieterię. Moje niedawne rozstanie z tym,
którego kochałam źle wpływa na mój obecny stosunek do mężczyzn.
Słyszę pytanie - Czy mogę prosić o pani dowód
osobisty? - Oczywiście- odpowiadam, lecz nie wykonuję żadnego ruchu, nie
próbuję nawet szukać go w mojej torebce, czekając bezczelnie na jego
reakcję. - Czy mogę prosić o dowód? - powtarza głośniej.
- Proszę więc poprosić - odpalam zimno, gdyż budzi się we mnie natura złośliwej
dyplomowanej polonistki zawsze ironicznie nastawionej do polskich absurdalnych
często formuł grzecznościowych. Mężczyzna wybucha śmiechem i inni stojący obok
niego kontrolerzy, ale jest mu widocznie głupio.
- Proszę o pani dowód osobisty - mówi w końcu. Podaję mu go obojętnie.
Spoglądam w okno. To już za sekundę Śródmieście. On kończy wypisywanie. Mój
podpis. Spoglądam - 50 zł do zapłaty. Siedem dni. Potem drożej. Cóż, to nie aż
tak wiele. Wychodzę szybko z wagonu nie mówiąc ani słowa. Słyszę jeszcze tylko
za sobą komentarz - Jakaś taka niekomunikatywna! - Ano tak, moi panowie. Macie
pecha. Nie, cóż ja mówię, to ja mam dziś solidnego pecha!
Fotograf
Dzień był pochmurny. Duszne
powietrze tamowało oddech (dlaczego duszne? Duszno temu, kto oddycha, a
powietrzu to chyba wszystko jedno... Ale duszne powietrze - upowszechniona,
prozaiczna metafora...) Popołudnie. Musiało być już około osiemnastej. Po
kilkunastominutowej podróży w korku, w zatłoczonym, od-powietrzonym autobusem
dotarłam na Dworzec Zachodni. Dzień jak codzień, znów spóźnienie pociągu... Do
Pilawy. Już na pierwszej stacji tłumek wsiadających, lecz jest - miejsce przy
oknie, tyłem do słońca.
Próbowałam pisać... to była już końcówka, radosna agonia, zwieńczenie, ostatnie
chwile, spędzone nad moją powieścią. Siedziałam chyba zamyślona. Może dziwną,
melancholijną przybrałam, całkiem nieświadomie, minę. Spojrzenie w okno, ręce
splecione na podołku, sukienka w kolorze błękitu, jakieś drobne kwiatki,
rozsiane tu i ówdzie na powierzchni cienkiego materiału. Na kolanach położyłam
kilka czystych i zabazgranych moim kurzym pismem kartek papieru formatu A4.
Ręce zajęte były zabawą długopisem.
Poczułam nagle na sobie czyjś wzrok. Moja roztargniona uwaga szukała intruza.
Po przekątnej w stosunku do mojego miejsca siedział młody chłopak. Brunet,
kręcone włosy, śmiejące się, skupione, ciemne oczy... Od kilku minut
najwyraźniej wahał się... Siedział na swym miejscu, jak na rozżarzonych węglach,
trzymał na kolanach dużą torbę, z której wciąż wyjmował, to znów chował po
sekundzie aparat fotograficzny. Odważył się. Wyjął. Zapomniał o otaczających go
zdziwionych spojrzeniach, poddał się twórczemu impulsowi artysty-fotografa. Z
zaskoczeniem dostrzegłam, że obiektyw kieruje w moją stronę... I znów wahał
się. Dostrzegł mój zdziwiony wzrok. Speszył się. Opuścił obiektyw. Niewinnie
spojrzał w zupełnie inną stronę.
-Okay, jeśli masz ochotę mnie uwiecznić... - zgodziłam się w myślach.
Postanowiłam go nie płoszyć i pozwolić zrobić sobie zdjęcie. Spoglądałam więc
uparcie w okno lub ku mojej pisaninie, nie chcąc go deprymować i płoszyć weny,
a próbując odgadnąć, która to z moich pozycji, nachylenia, ułożenia głowy
przyciągnęła jego uwagę... Nie mogłam otrząsnąć się z podziwienia, kto jak kto,
ale ja naprawdę nie jestem szczególnie fotogeniczna, a i nie jestem skończoną
pięknością. Nigdy nie znosiłam mojej okrągłej zbyt, typowo słowiańskiej,
twarzy. Cóż więc? Być może zamyślenie i melancholia i natchnienie stworzyły
ciekawą mieszankę i ukształtowały w ciekawy grymas twarzy. Może, może...
Pstryknął kilkakrotnie aparat. Zauważalnie, słyszalnie, lecz bez nadmiernego
rozgłosu... bez flesza - to lato, pora wczesna, popołudniowa. Pstryknął i
rzucił mi jeszcze jedno spojrzenie i schował aparat. Za jakieś kilka minut po
prostu wstał i wyszedł. Jego stacja. Jego gdzieś tu dom.
I tyle. A jednak cóż za niemiłe uczucie, gdy zapragnęłam w pewnej chwili to
zdjęcie zobaczyć i... nie, nigdy go nie zobaczę - zdałam sobie sprawę. Nie
dowiem się nigdy, czy udało mu się uchwycić to, co uchwycić pragnął. Czy ciało
sfotografował, czy myśl, czy wenę, czy ducha? Czy wreszcie... duszę? I
pomyśleć, że prymitywne, jak mówią niektórzy, plemiona wierzą w możliwość
kradzieży duszy za pośrednictwem fotografii. Pstryk i nie ma cię... Lecz ja
jestem, i myślę, i czuję, i piszę. A przecież, by pisać i ciała potrzebuję i
duszy...
Pociąg z....
Sobota rano. Wsiadam.. Ku
memu zdziwieniu pociąg szalenie ciasny. Rzadko zdarza mi się jeździć sobotnim
pociągiem w stronę Warszawy. Stanęłam gdzieś pomiędzy siedzeniami. Przejście
było dość szerokie.. w pociągach podmiejskich jest to około 80 centymetrów.
Stało obok mnie kilka osób, te wsiadły najwyraźniej późno, równie późno jak ja,
na stacjach bliższych Warszawie. Miejsca siedzące zajęte były bowiem przez
tych, którzy jechali z daleka. Duże zróżnicowanie wiekowe. Od babć, które z
tobołkami, chustkami zawiniętymi, pełnymi wiktuałów, kubełkami jagód i grzybów,
przez mamy z dziećmi, bobasami i młodzież. Atmosfera familiarna. Nie wiedziałam
wielokrotnie jaki był cel wyprawy tak dalekiej tych ludzi. Babinki jechały
zapewne na bazar, a mamy? młodzież? Zakupy, poszukiwanie rozrywki... Nie
dociekałam. Początkowo nie starałam się nawet obserwować całej tej familiady
wielopokoleniowej. Stojąc, czytałam książkę. A jednak wyrywana co chwilę z
zaczytania przez osobę, która oczywiście uprzednio przeprosiwszy uprzejmie,
pragnęły przedostać się przejściem pomiędzy siedzeniami, które ja swoją osobą
najwyraźniej tarasowałam. Zamknęłam lekturę i zirytowana lekko zaczęłam wodzić
wzrokiem po otoczeniu. Oczywiście najpierwszym obiektem, który nie mógł ujść
mojej uwadze były przechodzące osoby. Zauważyła najpierw młodą dziewczynę,
wstała ze swojego miejsca obok matki ciotki czy sąsiadki.., przesuwała się w
kierunku pomostu.. Do toalety pomyślałam. Rzeczywiście, a jednak
zauważyłam, jak wychodząca podaje jakiś mały przedmiot kolejnej osobie, która
już stała pod drzwiami czekając. Młody chłopak tym razem.. I znów szła, przepuściłam
ja w wąskim przesmyku między siedzeniami... potem chłopak.. przepuściłam,
wraca, zrobiłam miejsce.. A potem jeszcze jedna z cioć, mam, jakiś mężczyzna w
średnim wieku, starsza pani, zasuszona nawet staruszka.. Ta swoje tobołki
powierzyła sąsiadce, oglądała się jeszcze kilkakrotnie na spoczywający
nieruchomo na siedzeniu dobytek.
Dokąd że ta pielgrzymka? Za potrzebą? Dopiero, gdy kolejny raz
przechodził obok mnie młody chłopak, niedbale ubrany.. opadające brudne dżinsy,
jakiś t-shirt bez rękawów, kolczyk w uchu.. adidasy.. dostrzegłam jak ten mały
podłużny przedmiot oddaje dziewczynce, która cały czas warowała pod drzwiami
toalety. Najwyraźniej brak było zamka. Zaczynało mnie bawić obserwowanie..
Dostrzegłam w końcu. To była zapalniczka.
A więc pielgrzymka w celu zakurzenia papierosa? Dlaczego w toalecie? Była
tak przyzwyczajona do cudzego kurzenia fajek na pomoście, ze nie przypuszczałam
istnienia tak wielkiej kultury u nie-miastowych ludzi, którzy zamykają się w
toalecie by sobie zakurzyć.. (!)
Nota bene, do toalety w pociągu nie zaglądam nigdy. Już sam jej własny zapach
zdaje mi się nie do zniesienia, tak że z każdą najmniejszą potrzebą czekam do
momentu wejścia w próg własnego domu, natomiast mieszanina tych dwu odorów toaletowego i papierosowego zdaje mi się
zabójcza...
W istocie.. istnieją niezaprzeczalnie głębokie różnice kulturowe pomiędzy
mieszczuchami i wieśniakami..
Toaleta
w pociągu
Niedziela. A może sobota. to był
jeden z wolnych dni weekendowych. Nie, to musiała być niedziela, bo pociąg był
niemal pusty. Żadnych przekupniów z tobołkami, żadnych nawet licznych rodzin,
matek z dziećmi, z bobasami drącymi się w niebogłosy.
Niedziela rano. Siedziałam gdzieś tam w końcu pociągu. Nieliczni pasażerowie za
mną, przede mną, obok nikogo. Na jednej ze stacji wsiadła kobieta w średnim
wieku, niemłoda niestara, może około czterdziestki. Trudno było ocenić jej wiek
tak, jak ocenia się zwykle wiek kobiety. Miała widocznie wiele cech męskich i
taki też styl. Nie mogłam skojarzyć na jakiej stacji wsiadła. Oh, to
niewątpliwie relatywna sugestia, a jednak czasami byłam zdolna ocenić
pochodzenie, życie człowieka, spoglądając na jakiej stacji wsiadł.. (Zakładając
że wsiadł na swej rodzimej stacji). Kobieta... mogła wsiąść w Falenicy, która,
z przeproszeniem jej mieszkańców, wiejskie dawała im mieszkanie. A właściwie
nie Falenica sama, lecz jej przyległości terytorialne... Pola, pola..
Kobieta, która wsiadła, którą zaczęłam obserwować, była w pewien sposób
schłopowaciała. Stwardniały okrągłości kobiece, przybrało jej ciało postać
kształt męski. Sygnalizowała to jej krótko, prosto ścięta fryzura,
sugerowały to jej rysy i sugerowało ubranie. Miała na sobie spodnie, luźne
lekkie z cienkiej bawełny (Francuzi mówią na nie indiańskie) szerokie
we wzory, biało-granatowe, jakiś t-shirt bez rękawów, którego koloru nie
pamietałam, tylko tego byłam pewna, że nie pasował zupełnie do spodni. Na
nogach sandały z gatunku wygodnych, na rzepy na grubszej podeszwie bez obcasów
oczywiście! Nogi odziane w skarpetki. Jej włosy kręcone krótkie zaczesane za
uszy były jeszcze mokre zapewne myte tuż przed wyjściem, skręcały się
teraz w fale.
I co w tym widoku ciekawego? Kobieta w średnim wieku jakich tysiące.
Zainteresował mnie nie sam jej wygląd, który ostatecznie dopełniał tylko
całości, lecz zachowanie tak niepasujące do jej wyglądu. Kobiecie tej zdawało
się ogromnie zależeć na jak najlepszym wyglądzie. Wyraźnie widoczne było, że
siedziała na swoim miejscu jak na szpilkach, co chwila zmieniała koncepcję i
zajmowała się innym elementem ... toalety. (sic!)
Toaleta improwizowana w pociągu była najwidoczniej ciągiem dalszym tej
nieukończonej w domu. Zauważyłam, że wyciąga pilniczek, piłuje i wygładza
paznokcie. Trwało to czas jakiś... Potem poprawia ubranie. Zamyka, otwiera,
przytwierdza lepiej do wózka tekturowe pudełko, które miała tuż przy sobie, u
swoich stóp, i jakby i ono było elementem całości, częścią jej wizerunku.
Wychodzi na chwilę do niewielkiego pociągowego WC. Wraca. Tym razem wyjmuje
pincetę i zaczyna wyrywać sobie włoski na brodzie. Powoli. Dokładnie. Odwróciła
się na wpół ode mnie, która siedziałam na prawo od niej w odległości może
metra..
Nie wiem czy zdołała zakończyć tę toaletę, może coś jeszcze było w planie...
Makijaż? Manicure? Niee. To niewątpliwie nie mieściło się już w jej męskim
stylu. Wysiadła na stadionie , pociągnęła za sobą swój wózek na kółkach z
przytwierdzonym tekturowym pudełkiem.. Pozostałam niemal sama w przedziale.
Sama z dwoma idiotycznymi pytaniami, które natarczywie domagały się odpowiedzi,
której nie było.
p1 Jak wyglądał facet dla którego starała się być piękną ta kobieta?
p2 Co było w pudełku???
Sny i opowiastki pod-różne
Hanover
Tak więc czekał na mnie w
Hanowerze kochanek - jak zauważyłaś słusznie - i czekały na mnie dwa pełne
seksu dni. Pamiętam chłód. Gotowe rozpłakać się w każdym momencie niebo, szare
i smutne. Nam smutno nie było. Tylko na chwilę kilkakrotnie wysunęliśmy nos za
drzwi wynajętego pokoiku w jakimś motelu, którego nazwy żadne z nas już nie
pamięta. Pierwszego dnia.. jakaś parada na ulicach miasta... Zaciekawiona
zmusiłam go do opuszczenia pościeli. Przelotnie pojawiło sięw mojej głowie
pragnienie zwiedzania. To nowe miasto. Nigdy tu nie byłam. Niemcy. Po raz
pierwszy dane mi jest słyszeć niemiecką gwarę w naturze.. Popatrzeć na
niemieckie kobiety, na niemieckich mężczyzn.. Wiosna. Wszyscy byli zbyt jescze
otuleni wełną w obawie przed deszczem i chłodem. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania.
Odstraszyła nas szarosć betonu.. nowoczesne niemieckie miasto nie miało wiele
do zaoferowania przygodnym turystom.. przypadkowym turystom .
Na obrzeżach
miasta nasze lokum. Daleko od centrum. Spokojnie. Po otwarciu drzwi za każdym
razem witał mnie charakterystyczny zapach pościeli... i jeszcze.. potu spermy i
pizzy... Okno. Tylko na chwile – błagałam.. On wskoczył w piżamę i pościel.. ja
twardo trwałam przy otwartym oknie probując nałykać świeżego powietrza...
- Cóż za różnica... Za chwilę
przyzwyczaisz się. Za chwilę wyprodukujemy nową dawkę zepsutego powietrza –
żartował z nosem ponad brzegiem pościeli.
Rzeczywiście. Zamknęłam więc
okno. Wsunęłam się do łóżka obok niego.
... Przecież nie jestem
pięknością. Co we mnie widzisz?... – pomyślałam i po chwili zaczęłam wypowiadać
na głos te wątpliwości. W drugim zdaniu towarzyszył mi jego prześmiewczy głos.
Przerwałam.. Rzeczywiście , znał to na pamięć. Nie wiem ile razy już zadałam mu
te pytania. Natrętnie. Tym razem jednak usłyszałam w odpowiedzi nie ciąg
komplementów ale moje pytanie .. Przecież nie jestem .. Faktycznie nie był ósmym
cudem świata. Odrobinę za duży brzuszek. Odrobinę za grube rysy twarzy. Ale
wciąż należał do mojej kategorii „przystojnych śniadych”. Nazywał siebie
czarnym. Murzyn! Raczej Hindus..
- Jak to się stało, że weszłam w
tę „drugą” fazę.. zastanawiałam się później wielokrotnie. Na poziomie
pragnienia i pożądania i seksu sytuacja była tak prosta.. A może nie istnieją
żadne fazy. Przecież mnie samej z trudnością udawało się odsunąć w myślach moją
reakcję na widok jego erekcji od
szaleńczego bicia serca gdy budził się i spoglądał na mnie mówiąc mi
wzrokiem jednocześnie dzień dobry i coś co chciałam koniecznie od początku
nazywać wyznaniem miłości.. Od początku? W istocie.. Ten wzrok zapisany w moim
mózgu i to bicie serca towarzyszyło mi od momentu gdy.. gdy po raz pierwszy
ofiarował mi sztuczna! różę. Czy może kiedy po raz pierwszy ofiarował mi tę
żywą.. Może kiedy po raz pierwszy mnie pocałował.. Kiedy po raz pierwszy
dotknął mnie.. a od tego momentu nieustannie i uparcie twierdził że jest w
stanie doznać orgazmu jedynie pod wpływem dotyku mojej gladkiej jak dziecięca
skóry. Ha! Pusty śmiech.
.. Przypomniałam sobie po chwili
tę zapyziałą pizzerię na pograniczach miasta. Postanowilismy w ktoryms tam
momencie .. przewietrzyc sie.. zmarznac..
W pizzerii ten Niemiec o
wyglądzie Turka. Śniady przystojniak. Jeszcze jeden. Oczekiwanie
dziesięciominutowe. Dłużyło się nam dziesięć minut poza łóżkiem. Próbowaliśmy
zabić cenny czas bezsensownymi zakupami. Lemoniada w nieznośnym żółtawym
kolorze. Ostre przyprawy do oczekiwanej pizzy. Chusteczki. Trzy rodzaje
chusteczek. Guma do żucia. Kolejna para szczotek do zębów.. Pasta do zębów.
Wybielająca..
Zapachniało. Nawet smacznie.
Pizza gotowa..
Aaa... Sos! Sos konieczne. .. – Ale proszę pana ,
pizza zrobiona została z dodatkiem wyśmenitego sosu pomidorowego..
Sos.. Byłam pewna, że nie uda nam
się wyjść z lokalu bez kłótni. Właściciel zamiast sprzedać nam te dziesięć
buteleczek z różnymi sosami które bezczelnie świeciły fosforyzującym napisem –
na sprzedaż, wolał bronić honoru swej pizzy...
Najwyższy czas wtrącić się do
rozmowy – pomyślałam – i nie uczyniłam nic przez kolejne dwie minuty zachowując
się wciąż jak wstydliwa nieśmiała naiwa Poleczka blondynka.
- Sir, bierzemy tylko ten jeden .
Hanowerski . Na pamiątkę pobytu. – Wyszczerzyłam w uśmiechu zęby.. nie tak
białe jak bym chciała.. może ta wybielająca pasta.. Nie wytrzymałam napięcia
trzeciej minuty. Nie wytrzymałam siły bombardujących mnie obrazów-myśli
seksualnych ekscesów których nie uda nam się wykonać z braku czasu..
Sos zabrałam do
Polski. Zasmakował rodzicom. Pizza była w istocie pomidorowa o smaku
ketchupu...
Trawka w
Amsterdamie
- Żartujesz! Przepis na
holenderską trawkę? Poczekaj no... – zapaliłam małą lampkę i sięgnęłam ręką po
poduszkę, która zsunęła się poza łóżko i podłożyłam sobie pod plecy
półsiadając.. Zrozumiałam że nie uda nam się zasnąć wcześnie.. - Może to być
jedna paczka trawki.., i jedna bibułka , ale inne składniki – nieznane. A
sposób użycia byłby według mnie...
dowolnie skuteczny – wybuchnęłam śmiechem na widok jej zdezorientowanej miny. –
Salima, wiesz że w życiu nie miałam w ustach papierosa.. Tym bardziej nie
probowałam żadnych mieszanek odurzających. Może szkoda.. Podobno jednak każde
spożycie narkotyków zostawia trwałe ślady w mózgu.. Ubytki w masie szarych
komórek to nie byle jaka strata czy nie?
-A więc nie. Nigdy nie
skorzystałaś z możliwości zapalenia trawki. – powtórzyła z niedowierzaniem.
Przewracając się na wznak i wlepiając oczy w sufit, potem koncentrując się na
leniwie poruszających się pod sufitem serduszek mobile. – Zgaś lampę. Łatwiej
rozmawiać po ciemku, i mobile zgrabniej wyglądają w świetle księżyca. Widzisz?
– wskazała kierunek ruchem podbródka.
-Nie i nie. – powtarzałam
zniecierpliwiona spoglądając odruchowo na zegar.. i gasząc lampę. Było już po
północy - Odmówiłam przyjacielowi, który hodował zielsko we własnym mieszkaniu.
Odmówiłam wielokrotnie na całonocnych balangach. Zapewne ze strachu. Może z
obawy utraty opinii grzecznej dziewczynki... Odmówiłam sobie podczas pobytu w
Amsterdamie, który wydawałoby się być doskonałym miejscem, aby wreszcie
pofolgować zasadom i dać się skusić. Zupełnie bez sensu. Moja opinia w moich
własnych oczach była już i tak zaszargana – włóczyłam się za facetami moich
marzeń po świecie. Dawałam się uwieść i przywieść do łóżka. Szłam na lep
słodkich słów. Ale o tym wiedziałam ja i oni. I moja najbliższa przyjaciółka.
.. I moi rodzice w momencie gdy dałam im do przeczytania moją autobiograficzną
nowelę, i ciotki.. i kuzyni, i przyjaciele.. Nikt nie odwrócił się odee mnie,
nikt nie zmienił o mnie zdania. Być może nowela mimo oczywistych
autobiograficznych wątków, uznana została za fikcję. Do dziś jestem grzeczną
dziewczynką. Niewiele traciłam puszczając się w Amsterdamie. Kłamiesz. Kłamię.
Z nikim się nie puściłam właśnie w Amsterdamie. Podróżowałam samotnie. Czułam
się samotna i mało interesująca. Kto interesowałby sięblondynką w kraju
blondynek.. Spotkanie z wirtualnym przyjacielem na południu Holandii było miłym
przeżyciem, ale przydeptane sumienie nie pozwalało mi otwarcie czerpać
przyjemność z „bycia w Holandii” , z
„bycia z mężczyzną”. Cudzysłowy. Oczywiście. Holandii poza tym małym
miasteczkiem na południu i Amsterdamem nieco później, nie udało mi się zwiedzić
, nie udało mi sięw pełni i głebi tego słowa „być” tam właśnie. (Dopiero młody
człowiek którego miałam poznać dał mi tę możliwość – wiesz o kim mówię prawda?
– skierowałam ku niej wzrok w ciemności
- . I oczywiście. Holender poznany wirtualnie nie był mój. Był wypożyczony za
jego własnym przyzwoleniem i mojego sumienia, oraz za .. niewiedzą jego
narzeczonej... – zamilkłam na chwilę zastanawiając się czy moja historia
zdążyła ją już uśpić..
- Nie śpię. Słucham cię –
rozwiała moje wątpliwości po kilku sekundach.
- A więc abstrahując od maryśki i
od wielu wielu speluniastych coffeeshopów – ta speluniastość być może właśnie
mnie odstraszyła? Ja i moje poczucie estetyki przeszkadzamy sobie jeśli chodzi
o odkrywanie świata. – Amsterdam jest pięknym miastem. Uroczo starym. Kanały
oplatają je ściśle. Zaborczo. Miasto zdaje się mało przystępne w porze
deszczowej gdy mgła topiąc wzrok w chmurach dotyka stopami powierzchni wody.
Harmonijna architektura kamienic odsłania wówczas swój urok tylko cześciowo,
leniwie i z łaski. Przechadzka w strumieniach deszczu. Podnieść głowę można
lecz parasol lub krople mgły i wody zasłaniają czubki wyższych budowli. Wąskie
okna. Kwiaty na balkonach i parapetach. Nie wszystkie kwitną. Marzec to dopiero
mokry początek wiosny... – ucichłam. Usłyszałam jednak jej ciche..
– Hmm.. chciałabym tam kiedyś pojechać...
Amsterdam
po raz pierwszy
.. Amsterdam
zamoknięty w każdym jego zakątku. Leje od kilku dni. Nie mam parasola.
Pozostaje zaszyć się w schronisku, barach, kawiarniach internetowych. Te
ostatnie są przepełnione. Oczekujący na miejsce przy pececie znajdują
tymczasową miejscówkę przy barze. Atmosfera wilgotna. Schną kurtki i parasole.
Powietrze przesiąknięte dymem papierosowym. Zapewne dlatego podszedł do mnie. Z
daleka, w oparach dymu niewątpliwie wyglądam lepiej. – zachichotała nerwowo
spoglądając na słuchającą jej histori, niepewna reakcji.. Salima odpowiedziała
wymuszonym półuśmiechem.. Eh, za późno by się wycofywać.. ciągnęła więc
dalej – On siadł obok i oto.. Znamy się
już drugi dzień. Nie wiem co o tym sądzić. Co o nim sądzić. Jest bardzo miły.
Słodki momentami. Zachowuje się odmiennie niż mężczyźni do których sposobu
bycia jestem przyzwyczajona. On, to takie zabawne i nieoczekiwane połaczenie
chłopięcości, urwisowatości, szarmanctwa i męskości. Co mam na myśli.. Wystaw
sobie taki imaż : Kupuje mi róże – sztuczne – które gubię niecelowo przy
pierwszej okazji w barze chińskim. Kupuje mi róże – żywe – które zachowuję
suszę i zamierzam zawieść w dobrym stanie do domu. Fetyszyzm. Wiem. W kawiarni
– pora późna – bezpardonowo kładzie głowę na moim ramieniu (te piękne
kruczoczarne gęste włosy..) jednocześnie
wyciągając nogi w czarnych butach i białych skarpetach na krześle przed sobą.
Włóczy się za mną wszędzie. Wodzi wzrokiem za moimi ustami oblizując wargi w
taki sposób że rzeczywiście mam nieodpartą ochotę na pocałunek, jednocześnie
nie odrywa oczu od mojego biustu. – spojrzałam na Salimę. Blada jak ściana.
Opowiadając zapomniałam kim jest słuchaczka... Kontunuowałam więc próbując
obrócić sytuację w żart.. - Nie. Nie
wiem czy to fizycznie możliwe. Opisuję w tej chwili moje wrażenie nie fakty.
Odłóż na bok logiczno-techniczne myślenie. - ...I mówi mi, że mnie kocha w
pierwszym dniu znajomości. Proponuje noc w hotelu najdroższym w mieście – nie
wyglądał na „faceta z forsą” – podejrzewając zapewne że odmówię nie dając wiary
jego zapewnieniom – spaliśmy oboje w niezbyt oddalonych od siebie schroniskach.
Odmówiłam. Dla innych zupełnie powodów. W końcu zaprasza mnie na wyprawę
wynajętym mercedesem ( najlepszy silnik na świecie..) gdzie oczy poniosą, przed
siebie, jak droga wiedzie, w nieznane.
Nie jestem świętoszką. Świętoszką
w negatywnym tego słowa znaczeniu, obłudną i pruderyjną. Nie jestem idiotką.
Nie jestem dziewicą. Wiedziałam co stać się może w trakcie lub u końca podróży.
Sami we dwoje. Ale uczucia były i tak już zmącone i powikłane. Miałam święte
postanowienie dochować wierności wirtualnemu mężczyźnie z Portugalii o imieniu
Paulo- którego zdążyłam już zdradzić z pewnym poznanym wcześniej Holendrem –
ale czym był wirtualny związek wobec zapowiedzi rzeczywistego. Przyznaję,
miałam nadzieję, że ta znajomość przerodzi się w coś ciekawego i
niepowtarzalnego... Po kilku dwu dniach
było już cudownie.. Byłam zakochana. Nie bez kozery. Łatwo kobietę
omamić, mówią : Sheraton, Bruksela, wyśmienite jedzenie, przytulny apartament i
szerokie łóżko. I bardzo delikatny kochanek spełniający prawie wszystkie moje
zyczenia.
Tego więc dnia
wciąż jestem zakochaną idiotką, mimo że przed chwilą wysłuchałam rozmowy w
obcym azjatyckim języku, z której zrozumiałam tyle, że on jest żonaty. Po
kilkunastu minutach wiedziałam więcej – on jest żonaty i urodziło mu się
właśnie drugie dziecko. Syn.
- Czy to nie wspaniała
wiadomość.. – zapytał wtedy podniecony a jego ciemne oczy słały mi radosne ogniki
– Wspaniała, w istocie. Congratulations. – odpowiedziałam płaczliwym głosem.
List z
Ameryki - I
Ile to dni uplynelo od naszego
niepisania? Nie dni, mowisz, a godzin? Fakt, ze kontakujemy sie codziennie za
posrednictwem emaili I messengerow I innej masci posrednikow , kotrych teraz
tyle online. Ale zawsze tak mi brak naszych dlugich opowiesci. Wiec niech
bedzie jeszcze I ten list. Moze znajdziesz chwile dla mojego marudzenia.
Ostatecznie czyta sie moje slowa gladko – sam mowiels… Ach, I odpisa nie musisz..
Tak tylko, dla porzadku powtarzam.
A wiesz, jest w
Stanach Zjednoczonych cala grupa restauracji, ktore dla pewnosci, zwiekszenia klienteli I innych samym
Amerykanom wiadomym powodow, zrzeszaja sie w zgrupowania, lacza tworzac
lancuchy, po angielsku zwane Chains.
Doughnuts jest
jedna z takich lancuszkowych struktur.
Do Doughnuts’
baru?kawiarni? po prostu do Doughnuts zagladamy niemal codziennie; zawsze, gdy
jestesmy w “miescie” (to znaczy w Pensacola, w stanie Floryda). Nasz apartament
miesci sie tuz za granica stanowa Florydy, kilka mil za kawalkiem metalu z
napisem Alabama.
Miejscowosc nosi nazwe Atmore I
jest malenkie, ale jednak mozna je znalezc jezdzac palcem po ekranie wzdluz
linii maps.yahoo.com. (www.maps.yahoo.com – dla
zainteresowanych).
Ale przejdzmy do rzeczy.
Przejedzmy ponownie przez granice stanowa, ku Pensacoli, pod drzwi Doughnuts,
ktorych nie ma w Atmore. (choc sa inne lancuszki, jak chocby wszedobylski
MacDonald). Przed nami lokal, ktorego ogniwo w duzo lepszym stanie I wyzszym
mam wrazenie standardzie, znajduje sie chocby w Warszawie. Ale wciaz to
Doughnuts. Nazwa ta sama. Wyrob takowoz. Atmosfera jednak I obsluga
niepowtazalna I daleka od wszystkiego, co udalo mi sie zaobserwowac kiedykolwiek
w Polsce. Zazwyczaj akcja z udzialem moim I mojego towarzysza w rolach glownych
rozgrywa sie nastepujaco: Podjezdza samochod (blagam o wybaczenie dociekliwych
czytelnikow – nie jestem zdolna zapamietac najprostszej nazwy czterokolowego
pojazdu..). Z samochodu wysiada .. z wahaniem, jedna osoba. Wysiada mezczyzna.
Zamyka dzrzwi, dwa kroki od wejscia do Donuts zawraca – pada pytanie w kierunku
towarzyszki w samochodzie – czy na pewno nic nie chce. Ona kiwa glowa. On
bierze od niej pieniadze, o kotrych zapomnial. Wchodzi do baru. Po chwili
pojawia sie I ona. Drzwi samochodu pozostaja niezamkniete.
Oboje w
oczekiwaniu na swoja kolej patrza niecierpliwie kazde w inna strone baru. Ona
obserwuje sytuacje w glebi po prawej, on tuz za lada I dalej, za szklanymi
drzwiami, gdzie na ruchomych tasmach przesuwaja sie pachnace wytwory
Donnuts. Jego wzroku nic nie jest w
stanie oderwac od tych poruszjacych sie bez ustanku smakowitosci, jej uwage
wciaz inna pochlania osoba I jej z gruntu zdaje sie obce jej przyzwyczajeniom
socjologicznym zachowanie. Jego wzrok odrywa sie jednak od poczkow za szklanymi
drzwiami na dzwiek glosu poteznych kraglych rozmiarow Murzynki za lada – How
may I help you – domysla sie mezczyzna dzieki doswiadczeniu jezykowemu raczej
niz bieglosci organu sluchu. Murzynka ma szalenie barwny, otwarty , ekspresyjny
sposob wypowiadania sie, lecz jej akcent zdaje sie miazdzyc coniektore gloski,
zgniatac je na korzysc innych , wydluzonych. Dla kobiety, towarzyszki mlodego
mezczyzny jej wypowiedz byla raczej przyjemnoscia znow socjologiczna , niz
jezykowa, muzycznym doznaniem raczej jak mentalnym. Mezczyzna poprosil o dwa
swieze , FRESH!, doughnuts’y, co dla murzynskiej ekspedientki zdalo sie byc
niemal afrontem. Padl glosny komentarz, po kotrym nastapil glosny smiech innych
ekspedientem, lecz jakby wszystkie mowily w calkowicie unikalnym narzeczu,
zrozumialym tylk dla nich. Tylko one sie smialy, tylko one wiedzialy kogo I jak
wystawiaja na posmiewisko. Krecac nosem, Murzynka o krotkich, sztywnych , odstajacych
na karku wlosach zniknela za szklanym drzwiami zaplecza, po chwili wrocila z
goracymi pachnacymi poczkami. Cacko! Oba z dziurka. – to mezczyzna w strone
kobiety, ktora juz kilka minut temu zajela miejsce w glebi baru na wysokich
stolkach. –Hmmm… odpowiedziala. Uslyszal ja chyba jedynie towarzysz, a moze po
prostu domyslal sie z jej usmiechu, o czym pomyslala. Ty tez wiesz o czym
pomyslala, moj drogi. Zawsze odbieralismy na tej samej fali. Cieszy mnie to.
Przeciez uwielbiam niedopowiedzenia, czy nie tak?
Podczas
gdy oddawalam sie dygresjom, dwoje mlodych ludzi zdazylo usiasc po prawej
stronie dlugiego baru, na wysokich barowych stolkach. Na rogu, tak, ze jego
dzinsy dotykaly jej jasnozielonej wyszywanej pieknej sukni w stylu hinduskim,
spod ktorej widac bylo dol nogawek rowniez zielonych , ciemno zielonych
spranych nieco spodni plociennych. Ona w ciagu kilku sekund zjadla pol paczka I
nagle podniosla sie, odwracajac ku drzwiom. Spojrzala jednak na jedzacego
towarzysza I jego zlosliwy usmiech – wziela reszte niedojedzonego paczka w reke
I wyszla z baru. Po chwili wrocila na swoje miejsce – po chwili, ktora
odpowiadala kilku minutom jakich potrzea na zamkniecie drzwi samochodu. Oboje –
ona roztargniona, o slodkiej slicznej jasnej naiwnej twarzy I on – o ciemnej
karnacji, rozsadnym usmiechu pod krotkimi wasami , wydatnych wargach I
pociagajaco ciemnych glebokich oczach, zdawali sie byc niespokojni, czyms
poruszeni, podnieceni, pelni wahana a jednoczesnie I zmeczeni I znudzeni. Minelo niecale pol godziny. Para mlodych
podniosla sie ociezale. Aby wyjsc z baru. Ona zgarnela resztki jedzenia,
serwetki I kubki. Zamknely sie dzwni I otworzyly po chwili. Pchnela je
energicznie mloda blondynka. Zjawiskowo szczupla. W szczuplosci podobna do tej,
ktora przed chwila wyszla, kobiety. Och, Ameryka nie codzien widuje gustujace w
donnutsach, S jak small I size Petite koebiety.
Zreszta
nie zawracaj sobie tym glowy. Ameryka nie jest miesjcem dla ciebie, moj drogi.
Nie, nie jestem zlosliwa, po prostu znam ciebie I poznawac zaczynam to tutaj
miesjce.
Calusy I pozdrowienia. To nie
ostatni moj list. Trzymaj sie ddzielnie.
Pa.
Bialy
kruk
Śniło mi, się że
ktoregoś dnia w tygodniu nagle byłam zmuszona pójść do pracy. Wybrałam się więc
w drogę odpowiednio przygotowana psychicznie. Tuż przed samymi drzwiami budynku firmy - widziałam już ludzi
schodzących na przerwę, było około południa – stwierdziłam że to nie ma sensu.
Niepotrzebnie się tam pojawiam skoro już mam urlop.. – pomyślałam i odwróciłam się szybko. Zdaje
się że nawet nie odpowiadałam na wołania moich znajomych, których nie było
zreszta wielu, po prostu uciekłam.
Tej samej nocy śnił mi sie inny
sen, nie mam pojęcia czy był powiązany z poprzednim czy nie... Otóż śniłam, że
dokonuję zakupu białych kruków. A raczej jednego „białego kruka”. Pamietam że
cena tej książki była 20 złotych. Trzy białe kruki wystawiono na sprzedaz.
Zastanawiam się teraz na jakiej zasadzie ustala się, że dana książka będzie
białym krukiem? Zapewne wcale sie tego nie ustala. Jedynie gdy okazuje się, że
pewne wydanie jest jedynym na świecie, staje sie ono białym krukiem. O moja
ignorancjo polonistyczna i każda inna! Okropne uczucie. W każdym razie,
ponieważ we śnie wszystko jest możliwe, przyśniłam, że pewne wydanie, ładnie
zresztą przygotowane, stanie się białym krukiem. Ponieważ była to proza z
okresu lat pięćdziesiątych, proza „niepopularna”, niskolotna i ideaologiczna,
teraz mam wrażenie, że spora część tych egzemplarzy została zwyczajnie
zniszczona, czy wyrzucona przez posiadaczy po zamknięciu okresu komunizmu. Jako
mało wartościowa. Co oczywiście jest prawdą, ale jednocześnie pozwala
przewidzieć, że niektore spośród egzemplarzy prozy komunistycznej staną się
unikalne. Jakie by moje rozumowanie nie bylo, logiczne czy nie, pozwalam sobie
na takie dywagacje o godzinie raniutkiej, bo zaledwie dziesiątej, gdy za oknem
spadają pierwsze krople deszczu ( mamy w końcu porę deszczowa, porę
tropikalnych burz i huraganów).
Zapomniałam
wspomnieć, że po obudzeniu zachowałam w pamięci tytuł książki, którą zamierzałam
kupić za dwadzieścia złotych (do tej pory nie wiem, czy kupiłam czy nie...) –
„Adam i Ewa”. Nie przypomnę zazwiska autora. Przyznaje, że jak żyję nie
słyszałam o tej książce. A przecież wspominano nam na studiach o prozie ..
zaangażowanej, powiedzmy. Nie, ten tytuł jest doprawdy szokujący. Adam i Ewa.
Początek świata. Inspiracje religijne w książce komunistycznej? A może po
prostu sięganie do źródeł i budowanie świata od nowa. Cóż, szkoda, że nie udało
mi się we śnie przeczytać choćby fragmentu tej ksiązki. I szkoda podwójna już
dzisiaj, że nie mam sennika! To już kolejny dzień, ktory zaczynam mając pamięci nieoczekiwanie dziwne marzenia senne.
A tak. Dziwne. I
te dwie opowiastki nie zamykaja historii tej nocy. Pamietam jeszcze jedną.
Najdziewniejszą. Ale zanim opowiem, jeszcze jeden szczegół do opowiastki o
białym kruku. Pamiętam, ze nie byłam sama w trakcie kupowania. Pamietam
obecność męzczyzny. Kto to był? Tego nie pamietam lub nie wiem. Nie znam go.
Nie potrafię zrrszta w tej chwili przuywołać jego twarzy. Nie zdaje mie się
jednak, aby był to obecny mój męzczyzna. I czy to cokolwiek znaczy? To był
ktoś, kto doradzał mi kupno książki a sam się przed nim wzbraniał wymawiając
nieposiadaniem wystarczającej ilości pieniedzy. Dwadzieścia złoty! Tak tanio.
Dziwne. Może po prstu uważał że kupno nie jest wcale tak świetnym pomysłem. Kim
więc on był?
Trzeci zaś sen,
który śniłam tej nocy był najdziwniejszy. Widzialam moje własne podwórko przed
moim własnym domem. Własciwie było to miejsce w którym w tej chwili stoi dom
nasz były, w tejchwili dom naszych sąsiadów. Podwórko wygladało tak jak dawno
dawno temu. Jeszcze nie wyrównane. Orzechy zdaje się jeszzce pod płotem, dwa
ogromne. nie pamietam innych szczegółów. Na środku tego podwórza stały, a
własciwie poruszały się nieustannie dwa samochody. Dwie ciężarówki, nie ciężarówki lecz nowoczesne samochody
ciężarowe czy pół cieżarowe. Jeden obrócony był w jedną stronę , drugi w
przeciwną. Kierowcy wychylali się co chwila ze woich kabin i coś do siebie
krzyczeli na odległość. Nie znałam żadnego z nich. Samochody poruszały się
monotonnym ruchem wciąz w jedna stronę, jakby po krawędzi okręgu. Jakby jeden
za drugim, fizycznie w rzeczywistości nie jest to zapewne możliwe, we śnie
miałam wrażenie że samochody, jak w krzywym zwieirciadle są odrobine wygiete.
Jak wielkie gąsienice. Samochody tarasowały przejscie z domu na ulicę. nie wiem
dlaczego nie pomyśłałam o wyjściu furtką, lecz zdecydowałam bunczucznie że
wyjdę na wprost, ze przecisnę się pomiędzy dwoma pojazdami . Zaczęłam iść w ich
kierunku, Nikt mnie nie zauważył. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Znalazłam się
wkrotce pomiędzy dwoa pojazdami, ktore nagle zaczeły zamiast poruyszaćsię po
okręgu , wyraźnie do siebie przybliżać wielkimi tułowiami. Poczułam się zagrozona.
Ale nie wydobyła z siebie ani słowa. Dopiero gdy spostrzegłam że samochody są
stanowczo za blisko mnie i nie moge wyjsć spomiedzy nich ( nie wiem ja to
możliwe że nikt mnie nie zauważył, czuałam się jakbym zmieniała co chwila
wielkość, z maleńkiej istotki ledwie zuwazalnej do tajkiej ktora nie da się
zgnieść nie wiadomo jak wielkiej ciężarówce (!!)) zaczęłam coś wykrzykiwać do
jednego z kierowców. Nie , to własciwie była osoba siedząca obok kierowcy.
Wszystko to jest mało logiczne, ale zapenw tak to jest we śnie. Czułam nieal
fizyzcnie jak samochody dotykają mnie i zaczynaja zgniatać. Krzyczałam ,aż
nagle oba odsunęły się tak że mogłam swobodnie przejśc pomiędzy. Wzruszyłam
więc ramionami i pzrzeszłam i opusciłam podwórko. koniec snu ( a w każdym razie
tu pamięć mnie zawodzi).
Sny pozostawiam bez komentarza.
Tobię życzę snów przyjemniejszych
Całuję jak zwykle. Mocno
Drive thru
Przyjacielu, w Ameryce nie musisz być bogaty, ale
musisz mieć samochód. Nie jest to tak duzy wydatek. Okazuje sie w chwilę potem
jednak, że ubezpieczenie jest drogie.
Podobno. Zreszta ja nie o tym.. Jesli kogos ciekawi
ile rzeczywiscie ubezpieczenie kosztuje prosze zadzwonic do .. chocby Geico..
Popularnej obecnie agencji ubezpieczeniowej.. Reklamuje ich w telewizji ten
dziwolag gad ... ktorego nazwy polskiej nie pamietam..
Sama samochodu własnego jeszcze nie mam. Niedługo.
Jezdze samochodem mojego mezczyzny.
Ubezpiecza sie kazdego przypuszczalnego kierowce
danego samochodu. To znaczy, ze ja, choc tylko od czasu do czasu prowadze woz
partnera, mimo wszysko jestem wpisana jako „drugi kierowca” w dokumentach
polisy ubezpieczeniowej. Prawo jednak pozwala na sporadyczne prowadzenie
twojego samochodu przez osobe trzecia .. z rodziny lub z poza rodziny. Przepisy
nie sa tak drastyczne jak dajmy na to na Bialorusi, gdzie tylko wlasciciel
(papiery zawsze nosic trzeba przy sobie!) ma prawo prowadzic swoj samochod.
Zadna tam matka ojciec maz zona! Tylko wlasciciel. Wow!.. zakrzykna zdziwienie
Amerykanie.
Życie w Ameryce lekkie jest
dla tych, którzy jakis czterokołowy środek transportu posiadają. Poczatkowo ze
zdumieniem spoglądałam na Amerykanów udających się do położonego o
kilkadziesiat metrów od ich domu supermarketu. Sama jednak po kilku tygodniach
nabrałam podobnych nawyków. Tym bardziej, że czułam się jak wyrzutek
społeczeństwa, obserwowana podczas marszu brzegiem drogi (brak chodników, na
prowincji brak chodników !) przez przejeżdżajacych kierowców. A przeciez
kilkadziesiat metrów przejechać samochodem po chleb, który nie waży przezciez
tony, wyadawało mi się czystym skarłowaceniem i nienaturalnością. Podobnie
w innej sytuacji. Otóż od parku i basenu
publicznego dzieliło mój dom może pięćset metrów. Stwierdziłam, że jest to
świetna okazja do spaceru. Stwierdzilam to tylko raz. Po tym jak pewien
kierowca zawzięcie trąbiący na mnie z daleka (moze szlam za blisko drogi? Trzy
metry.. moze zbyt jaskrawa mialam sukienke i wzieto mnie za... Wlasnie, uwaga
panie – kobieta kroczaca brzegiem drogi nie jest zadna miara Bogu ducha winnym
spacerowiczem..lecz wiadomo kim!) i, miałam wrażenie, próbujący mnie z cichą
przyjemnością rozjechać, nie próbowałam wybierac się nigdzie na piechotę, jeśli
nie byłam do tego zmuszona .
Jednak ja o drive thru.. Cudowny wynalazek leniwych Amerykancow. Drive
thru posiadaja przede wszystkim osrodki zywieniowe. Nie tylko slynny u nas
MacDonald i znane tu inne fastfoody, ale najpodlejszy nawet bar bedzie mial
skromny bo skromny, ale jednak drive thru.. Czyli „wjezdzalnie”. Czyli specjalny
tor przeszkod z malym gadajacym billboardem na poczatka i okienkiem na koncu
gdzie mozna nie wysiadajac z samochodu zamowic , zaplacic i odebrac
pozywienie... Sa i innego typu drive thru – wjezdza sie w odpowiednie miejsce
parkingowe z osobista dla ciebie maszyna gadajaca – i zamawia to co wola..
Jedzonko przynosza ci na na tacy do samochodu. Mniej leniwi moga wysiasc z
samochodu i usadowic sie przy stolikach na tarasie restauracji szybkiego
zywienia..
Ja jednak przede wszystkim
cenie banki drive thru.. malo powiedziane, ja je kocham.. Dlaczego nie mamy ich
jeszcze w polsce?? Taka oszczednosc czasu.. Nikt nie zmusza nikog do stania w
kilometrowej kolejce (choc przy ilosci bankow w USA i w malym miescie jak
pensacola i tak niemal nie istnieja kolejki..). Transakcje szybkie jak
wplacenie pieniedzy na konto, depozyt i tym podobne zalatwia sie wlasnie przez
drive thru... Podjezdzasz, wrzucasz cash czy czek do szufladki lub specjalnej
butelki, pani po drugiej stronie sprawnie wydaje ci po kilku minutach poswiadczenie.
Oczywiscie kazdy bank ma swoj jeden lub kilka bankomatow drive thru...
Chyba ze ktos musi zrobic
transfer gotowki ... miedzynarodowy..
Insza inszosc.. Ale od czasu do czasu to juz nawet wypada pojsc i
pogadac z pania czy panem z banku.. W koncu nie codziennie robi sie takie
operacje wiec mozna sie pofatygowac.. A ludzie banku sa zawsze mili i uczynni..
Business to business..
Ameryka
II
Nic mi sie dzis
nie snilo... Wiesz, to az niemożliwe. Mysle, ze po prostu zapomnialam tak nagle
i brutalnie zmuszona do wstania przez dzwiek natretnego telefonu. Nie posiadamy
w domu nawet jednego dzialajacego poprawnie budzika. Moze ztreszta jest to wina
tych, ktorzy te budziki nastawiaja... Nie dalej jak dwa dni temu probowalam
nastawic na poranne dzwonienie alarm w elektronicznym notesie mojego mezczyzny.
Malo skutecznie, jak okazalo sie nad ranem. Nic nie zadzwonilo. Znowu zas
zadzwonil telefon, do ktorego nie mialam ochoty biec. Przeklinalam swiat i
mojego faceta. Oboje chodzilismy podminowani potem przez caly poranek. Brutalne
pobudki nie sa specjalnoscia poniedzialkow. Nie znosze ich kazdego dnia
tygodnia.. Co innego gdy sama, z wlasnej woli wstaje o godzinie powiedzmy
siodmej i siadam do komputera by pisac. Nikt mnie nie zmusza! Zapewne dlatego
jest to tak przyjemne.
Dzwonki i
dzwieki dzwonkopodobne i alarmowate sa zmora dzisiejszego swiata mam wrazenie.
Wprowadzaja stres i zamieszanie, trzeba to jasno stwierdzic. Bo jaka jest nasza
na nie reakcja jesli nie agresywna? Wywoluja bunt. Wywoluja lek. Pamietam, ze
reagowalam lekiem na dzwonki szkolne. Niektore szkoly ten system alarmu
dzwiekowego usunely.. A gdy sie o tym dowiedzialam pomyslalam o dzwonkach z
sentymentem. O jak przewrotna jest moja kbieca natura!
A propos dzownkow jeszcze, przed chwila
zadzwonil telefon.. Odebralam z niechecia, a moze nawet z nienawiscia w umysle
– to byl jeden z naszych klientow, ktoremu i tak nie moglam pomoc poza
zlozeniem obietnicy, ze “ktos do niego na pewno oddzwoni i jego problem
rozwiaze”. Coz, czuje sie jak uczennica przemoca zmuszona do powrotu do szkoly
podstawowej, ktora reaguje obawa na dzwiek dzwonka. Dzwonka telefonu tym razem.
Jak mam reagowac zreszta, moj drogi, powiedz! Jestem niedoswiadczona mala gaska
w tym “byznesie” i sekretarka najeta bez wynagrodzenia “na czas niekreslony”; -
na czas snu mojego mezczyzny, ktory po nocy przy komputerze niezdolny jest do
wysilku umyslowego i fizycznego o godzinie tak rannej jak osma! A telefony
dzwownia sobie i dzownia. No ale mniejsza. Odbieram. Z lekiem i odraza ale
odbieram .Grzecza jestem dziwczynka. Odbieram, mimo ze natchnienie – bo pisze
przeciez w porannych godzinach – ucieka nieraz bezpowrotnie. Psia ssskorka! ma
sie ochote powiedziec. Albo bardziej dosadnie. Po angielsku.
Sobota jest.
Powiedzialam sobota? W sobote tym bardziej dostaje wysypki na dzwiek dzwonkow.
Ale pomysl, ze jest tyle sposobow, aby uniknac sluchania tego dzwieku. Ot
chocby wowczas, gdy zamiast proponowac klientowi, aby zadzwonil ponownie, mowi
sie – ja zadzwonie. na pewno. za pol godzini, nie dluzej zadzwonie na pewno. .
“ Oczywiscie kosztuje to nas drozej. Ale jaki komfort psychiczny! Zadnych
dzwonkow.. No.. powiedzmy mniej. Moj mezczyzna jest jednak szczegolnie
uodporniony na wspomniany dzwiek. Powiedzialabym nawet, ze jest od niego w
pewien sposob uzalezniony. A moze uzalezniony jest od samej rozmowy
telefonicznej i posrednio jedynie od podnoszacych cisnienie i stezenie
adrenaliny we krwi dzwonkow. To stymuluje. To podnieca. Tak zapewne mysli. To
nuzy. To meczy. – mysle ja. On wykorzystuje wolne chwile aby dzownic. Zawsze
jest jakis zapomniany telefon do wykonania!
Dzis po poludniu
chocby, tuz po zjedzeniu tuczacych pysznych donnutsow, udal sie w kierunku
budki telefonicznej (ktorej ja nota bene nawet nie zauwazylam!!) bo padla
bateria w telefonie komorkowym – i po okolo dziesieciu minutach rozmowy z
wlascicielem domu, ktory chcemy wynajac, zabral sie za wydzwanianie pod
telefony ogloszen wiszacych we wnetrzu budki. Jedno z ogloszen bylo wyraznie
intrygujace. – dwa tysiace dolarow mozna zarobic. Dziennie! Chyba ponad pol
godziny wiszenia na sluchawce, zamiennie on i ja nie wyjasnilo nam jakiego typu
prace wykonywalby czlowiek zarabiajacy 2 tysiace dziennie!
Ameryka jest ciekawym krajem. Wszystko mozna
sprzedac. Wystarczy tylko zaopatrzyc sie w telefon i wymienic magiczna sume...
Caluje cie jak
zwykle goraco.
Przeprowadzka
Przeprowadzki to
jedno z moich dawnych wyobrażeń o radościach dorosłego zycia. Uwielbiałam
przeprowadzki w dziecieńtswie. Może dlatego, że nigdy nie udało mi się żadnej
przezyć... Uwielbiałam je wirtualnie, w marzeniu. Pierwszą przeprowadzką,
jakiej bylam uczestnikiem, och, mozna powiedzieć że i sparwczynią, była
przeprowadzka do mieszkania francuskiej rodziny. Na dobrych kilka miesięcy z
dala od domu – myślałam. Na rok – okazało się w rzeczywistości. Byłam wówczas
dorosłą już osobą, jesli przyjmujemy, że granicę dorosłości wyznaczają
osiemnaste urodziny. A te osiemnaste urodziny dawno miałam już za sobą.
Dwudzieste zresztą również. I dwudzieste pierwsez i drugie. Trzecie obchodziłam
we Francji. Można powiedzieć że była już wtedy dobrze odchowaną na garnuszku
rodzicielskim starą panną. Ale wróćmy do tematu przeprowadzek, który jest
znacznie bardziej ciekawy od problemów staropanieństwa. Tych, którzy sądzą
inaczej (czują inaczej, kochają inaczej) odsyłam do Dziennika Bridget Jones.
Bez ironii. Książka nie jest tak zła, jak wiekszość środowiska „intelektualnego
uniwersytetu sądzi.
Jak
wspomniałam ci mo drogi, a może zresztą wspominałam ci już otym nie raz.., ale
jesczze ten ostatni teraz, bo to ciekawe – nigdy nie mieszkałam sama. Sama!
Nawet sama z koleżaką nigdy. Ani sama w akademiku. Tak wiele zaprzepaszczonych
szans na samocdielność. Wiedziałam, że akademink to synonim dobrej zabawy i
swobody. A ja mialam swobod e w moim pokoju na pietrze. I mimo że lubiłam bywać
sama , lubiłam rwnież mieć nieustającą świadomośc,, że gdyby co nie bądź, sama
nie jestem w rzeczywistości bo cała rodzina na parterze mieszka sobie w
najlepsze. Całkowiecie nieświadoma moich dylematów i rozterek. Tak więc przez
orkragłe 22 lata pozostawałam w domu rodziców , na najlepszej drodze do
staropanieństwa ( ten temat to bumerang, czy nie?).
Jeśli
jednak zdaje ci się, że moja pomieszkiwanie we FRancji przez rok (dziewięc
miesięcy konkretnie w ciagu ktorycg nic konkretnego się nie wylęgło ani nie
urodziło poza kilkoma aferami uczuciowymi z ktorych jedna trwała nieco ponad
rok..) cokolwiek w moim życiu zmieniło, to się mylisz. Ostatecznie, spoglądają
na rzecz obiektywnie – mieszkałam we Francji z rodziną ! Nie moją własną,
osobistą ale z rodziną. nigdy sama.
Trzeba
wiec podreślić solidnie fakt, że mój wyjazd do Stanów Zjednoczonych Ameryki i
moja w tej chwili pzreprowadzka to w moim umyśle jedno z bardziej ekscytująch
wydarzeń mojej epoki dorosołści. Żałuje, że nie mam tego typu doświadczeń z
Polski. Ale to potwierdza jedynie regułę, że nikt nie może doświadczyć
wszystkiego. Ja zwykle doświadczam rzeczy, które niewiele mają wspólneo z
naturalnym biegiem życia większości osobników, podobnie jak posiadam zwykle
wiedzę i znajomośc rzeczy, na które większość stada ludzkiego nie zwraca uwagi
i ktore im wydają sie niepotrzebne i niepraktyczne. Wiem kim była Andromacha i
Gluck , nie wiem ilu mieszkańców liczą Stany Zjednoczone; nigdy nie była w
pełnym tego śłowa znaczeniu związana z męczyzną w Polsce, jestem bardzo blisko
( bardz bardzo ) związana z człowiekiem który mieszka w Ameryce.
Jak
więc odbywa się wynajecie domu w Ameryce? Aby nie uogólniać powiem jak odbywa
się wynajęcie domu w Pensacola. Monotonnie i nużąco. Objazd po okolicznych
agencjach nieruchomości. Obdzwonienie dalszych agencji nieruchomości.
Obdzwonienie wszystkich włascicieli, którzy niezależnie od agencji wystawili
tabliczki „for rent” gdzieś przy drodze, gdzies na otwartej przestrzeni
trawnika należącej , jak się trzeba domyslac (bo brak ogrodzenia) do
wynajmowanego domu. Kolejnych co najmniej dwa dni poswiecić nalezy na
odwiedzenie (bo broszurki agencji i ogłoszenia online rzadko okazuje się,
zawieraja zdjęcia) domów które nas interesują. Na rozczarowania i marzenia i
plany kolejnych kilka nocy. Czyli standard międzynarodowy, jak sądzę.
Zdecydowaliśmy
się na jeden z większych domów, blisko centrum. Urokliwe drewniane podłogi,
małe okna (ooczuywiscie w amerykańskich stylu – otwierane przez
rozsunięcie ku górze), trzy pary drzwi
na zewnątrz, śliczna łazienka, praktyczna pralnia, kominek w dużym pokoju o
skośnych scianach... i .. i ani jednego
prawdziwego drzewa na zewnatrz ( nie liczę jakiejś niezidentyfikowanej
owocówki), i .. i stado moskitów i ogród do oporządzenia i trawa do skoszenia
pod groźbą wysokiej kary lub opłata „kosiarza” – 100 dolców! , i wiele
„drobiazgów w domu do poprawienia i naprawienia. Ale mimo wszystko uwielbiam
przeprowadzki i zdania nie zmienię. A kolory wewnatrz .. biuro i mieszkanie ,
bedą : brąz czerń pomarańcz. I meble nowe.. Albo lepiej nie. Kto wie jak szybko
będziemy się musieli przeprowadzać. Do nowego domu. Do Nowego Jorku.. I kto by
tam taskał skompletowaną zastawę, choćby unikalną pomarańczową. Tak daleko...
Mozna podobno wynająć dom z pełnym wyposażeniem. Ale! To nie to. nie to samo.
Nieprawda , przyjacielu?
Całuję cie wyjątkowo czule. Jest
mi dziś samotnie. I nijako.
Smierc
Mój drogi,
opowiem ci bajkę... Nie, nie obawiaj się albo może właśnie tak, bo opowiem ci
znów mój sen. Moje sny są coraz bardziej zawikłane i napedzają mi strachu. Tym
razem nie przesadzam. Otóż sniło mi się, że wydano na mnie wyrok kary śmierci.
Odbył się sąd, którego szczegółów nie jestem w stanie sobie przypomnieć...
Skazano mnie. Nie pamiętam za co. Nie pamietam gdzie. Widzę w tej chwili
jedynie wyraźnie ostatnią scenę, gdzie spaceruję po przestrzennej długiej
zatłoczonej plaży – jest piekny sloneczny dzień – i zastanawiam się czy
pozostała mi jakaś mozliwość ocalenia. Mam przed sobą 24 godziny aby powrócić
.. gdzie? .. do więzienia zapewne, choć jego wizerunku mój sen nie wykreował.
Pamiętam, że
jestem zrozpaczona. Pamietam, że ogromnie brak mi mojego męzczyzny, który
(paradoksalnie!) został skazany dzień wcześniej! Ten sen zdaje mi się być
wyrokiem dla nas oboje za nie wiadomo jakie winy. Absurdalny splot okoliczności,
których szczegółów nawet nie znam. Musiałam być rzecvzywiście przerazona skoro
obudziłam się w nocy – było to już właściwie wczesny ranek i z ulgą spojrzałam
na śpiącego obok mnie kochanego człowieka, stwierdziłam, że ani mnie ani jemu
nic nie zagraża i zamknęłam oczy aby znów usnąć.
Na jakiej podstawie mózg
człowieka tworzy tak tragiczne obrazy we śnie? Muszę znów zaprzyjaźnić się z
Freudem i Jungiem, jak sądzę. Czytanie ich po angielsku będzie jednak nie lada
wysiłkiem.
Jestem ogromnie
ciekawa jakie jest twoje zdanie o karze śmierci. Jesteś za? Stany Zjednoczone,
mimo że zjednoczone, równiez pod tym względem różnią się od siebie. W prawie
jednych (Teksas, California, Alabama..) kara śmierci jest mozliwa, inne stany
całkowicie się od niej powstrzymują na korzyść dozywotniego wiezienia.
Moi przyjaciele w Polsce,
przynależący do kościoła przedsoborowego akceptują karę smierci. Podobnie myśli
mój chłopak. Podobnie myślą wierzący i praktykujący muzułmanie. Juz przestał
mnie szokować wyrok śmierci wydany przez nich na Salmana Rushdiego. Przyznaję
niejednokrotnie rację moim przyjaciołom z Polski, którzy twierdzą, że kara
śmierci jest jedynym sposobem, by chronić się przed zbrodniarzami seryjnymi. A
mimo wszystko mam w pamięci obraz filmowy „Tańcząc w ciemnościach” i delikatną
postać .......... morderczyni. I nie potrafię zdobyć się na radykalizm.
Dlaczego więc
prześladują mnie sny o smierci? Wydawało mi się, że nie boje się śmierci.
Przeraża mnie. Tak, a jednak nie bałam się jej. Podchodzi gdzieś wewnatrz mnie
z dna żloądka ku gardłu lęk i na pytanie Czy śmierci się obawiam – odpowiadam w
razie czego Tak. A jednak posiadam wewnętrzne przekonanie, że w odpowiednim
momencie nie zawiedzie mnie moja duchowa odwaga cywilna. Tak. A jednak, wciąż
jednak drżałam podczas tornada i zastanawiałam się, czy koniecznie muszę zginąc
podczas katastrofy, z dala od kraju. Wydawało mi sie to niedorzeczne. Więc
zapewne dlatego że bałam się śmierci. Nie posiadam jednej dobrej odpowiedzi na
ważne pytania. A ty?
Całuję. Pozdrawiam.
Nie myśł za duzo. To szkodzi. I nie pomaga.
Dzieci
Czy moge
opowiedzieć ci jeszcze jeden sen? Nie chce cię jednak zanudzać. Opowiem może w
skrócie. Sen sam w sobie zdaje mi się był spójny i dość szybko przemknął mi
przed oczyma we śnie. .. Ale dlaczego właściwie tak wiele miewam teraz snów
jeśli wcześniej nigdy ich nie pamietałam... Za długo śpię?
Otóż
śnilo mi się, (tylko szszaaa, nie trzeba mówić mojemu mężczyxnie) że miałam
dziecko. Pominiety znów nieoczekiwanie łagodnie okres narodzin. Pamietam, że
byłam we snie czymś bardzo zajęta. Ja, zapracowana osoba, ciagle gdzieś
biegłam, zostawiając to biedne dziecko u znajomych lub rodziny (w co na jawie
tudno mi jest uwierzyć!). Pamiiętam poszukiwania najniezbędniejszych częsci
garderoby i odwiedziny w sklepach dawno już zamknietych, bo po godzinach ich
pracy, i całowanie klamki z zawodem. I pamiętam.. jak nieoczekiwanie po jednej
z jak mi się zdawało jednodziennych rozłak z dzieckiem, gdy je odnalazłam na
nowo – było już a całlkiem duże i mówiło do mnie bez ustanku z wyrzutem o tym
jak tęskniło za mną. Pełne bylo energiii i radości. Wygadana duża dziwczynka.
Nieoczekiwanie podobna do mojej chrześnicy blondynki! Choć jako maleństwo, we
wcześniejszej częsci snu miała ciemne oczy i włosy. Cieszyłam się wówczas że
tak bardzo jest podobna do mojego ukochanego... Tej nocy, przed zasnięciem on
opowiadał mi też własny sen, w którym mnie poślubiał, i w którym mielismy w
chwilę póxniej dzieci. Zadziwiająca zbiezność. Nota bene – ja nie chcę mieć
jeszcze dzieci! Tam, na górze , jeśli mnie słyszysz, proszę nie dopuść..
Powiedz
mi, przyjacielu, czy ty wierzysz w Boga? Czy wierzysz w konieczność wychowania
w religii, wychowania w środowisku uznającym pewne określone zasady moralne? Ja
wierze, lecz widzę jak szalenie poplatane jest moje zycie, jak daleko oddaliłam
się od wyznawanych wcześniej zasad religii, choć .. zachowałam zasady moralne.
To jest dla mnie wartosciowe. To odnajduję również w innych religiach.
Wokół
mnie pojawiali się w różnych czasach ludzie, którym bliska była nie moja wiara,
katolicyzm, lecz inne wyznanie. Mam przyjaciół, którzy są prawosławnymi,
protestantami (praktykującymi i niepraktykującymi – cokolwiek by to słowo
znaczyło), katolikami wyznawcami kościoła przedsoborowego, których niektórzy
uwazają za sekte (!), muzułmanami. Wszyscy w jednakowym dużym stopniu zwracaja
uwage na wychowanie dzieci w zasadach ich religii. Dziewczynka ze snu, „moje
dziecko” – moja chrzesnica, w rzeczywistości nalezy do kościoła
przedsoborowego. Potrafi mi bezbłednie wyłozyć zasady swojej wiary i
wyrecytowac po łacinie szereg modlitw i spora część mszy, która odbywa się w
tym właśnie jezyku.
Dzieci
zawsze w jakiś sposób uczestniczą w ceremoniach religijnych. Nigdy nie zapomnę
naszego Bożego Ciała w Polsce. Procesji porannej, sypania kwiatów przed
Chrystusem w Hostii, noszenia różańca i ozdobnych poduszek. W białych
sukienkach od pierwszej komunii świetej. Wyrastałam w takich otoczeniu. Trudno
jest mi więc, przyznaje, pojąć istotę uczestnictwa w modlitwach islamu. Nie
dane mi bylo choćby zajrzeć na chwilę do sali gdzie przebywali mężczyźni –
właściwej części światyni. Mogłam wejść jedynie do części przeznaczonej dla
kobiet. Moglam pozostać tam przez cały okres trwania modlitw i mogłam założyć
chustkę na głowę, aby nie prowokować za bardzo zainteresowanych spojrzeń kobiet
(i tak moje wejście przyciagnłeło liczne źrenice zaciekawionych pań –
przyznajmy , jestem biała, moja uroda nawet nie zbliża się do hinduskiej ani
arabskiej – po prostu zjawisko).
One siedziały w
pewnym rozsypaniu i chosie, każda gdzieś pod ścianą. Każda niemal przygarniała
do siebie większe lub mniejsze dziecko. Część dzieci po prostu bawiła się na
środku sali, wyłożonej dywanem, zabawkami odnalezionymi bez trudu pod szerokim
stołem przy zasłonietym oknie. Niestety nie potrafię powiedzieć jak wygląda
stara z tradycjami i ciekawą archotekturą światynia muzułmańska. Ta, w której
byłam – zaimprowizowana była w prostym budynku w ten sposób, że jeden większy
spośród jej pokoi stał się częścią światynną dla mężczyzn , drugi –
skromniejszy i mniejszy – dla kobiet. Żadnych ozdób, podobno w żadnej z
przedzielonych części. Nic, co przypominało by mi znany mi ołtarz. Żadnych
wizerunków Boga. Nic. Jakby puste, ogołocone z mebli i ozdób, surowe
mieszkanie.. Tylko dzieci i kobiety w rozmaitych bogatych strojach w stylu
arabskim, murzyńskim i hinduskim dodawały uroku temu miejscu. I barwa
niezrozumiałego dla mnie języka, w którym wypowiadane były słowa modlitw i
nauk.
A jeśli
kiedykolwiek będziemy mieć dzieci, mow do nich po polsku – prosił mnie już po
raz kolejny mój chlopak. Będę. Na pewno. Jaki to jednak byłby mix kulturowy!
Ale dizeci lepiej się odnajdują w mieszanym środowisku niż dorośli, lepiej niz
my rozumieją drobne i duże róznice kulturowe. Przesadzam? Och, to są moje
nadzieje i może złudzenia. Nie musisz mnie ich pozbawiać , prawda?
Mimo
wszystko cię całuję. Chłodno. Dzień chłodny. Tylko trzydzieści stopni
Celsjusza.
Ochotniczka
z bozej laski
Jakie są zalety pracy
ochotniczej? Żadne. Przecież nie ma z tego pieniędzy. Tak myślałam na początku
– wiedząc, że nie stać mnie choćby na bezinteresowną pomoc kalekim dzieciom w
szpitalach czy osamotnionych na podwórkach ubogich dzielnic. Wystarczyła jedna
dluższa opowieść mojej matki o kilkuletnich gruźlikach, o dzieciach z wadami
wrodzonymi, brzydkich i cierpiących, i osieroconych, abym tchórzliwie wyrzekła
się woluntaryzmu co się zowie.. i w dalszej perspektywie w ogóle pracy z
dzieńmi. Może nawet macierzyństwo stanie się nieosiągalnym marzeniem, skoro
obsesyjnie boję się poczęcia kalekiego maleństwa i i ciąży z powikłaniami. W
miarę upływu czasu nie będą to prawdopodobnie już tylko moje urojenia, ale i
realne zagrożenie. Jestem stara. Dwadzieścia osiem lat. Powtarzam sobie to co
rano. Dla zachowania samoświadomości.. skutek uboczny – utrata humoru. Na kilka
chwil. Nie warto na dłużej o czym opowiem innym razem.
W
moim dwudziestym ósmym roku życia, niedługo po urodzinach marcowych,
postanowiłam jednak podjąć się ochotniczej pracy. W miejscu bezpiecznym. Przyjęto
mnie w bibliotece miejscowego college’u, na Florydzie. Dzieci i owszem są, lecz
większe. Kalekich zauważyłam dwoje. Na wózkach. Za duzi aby pobudzać mnie do
łez nad ich losem i pozbawiać równowagi psychosomatycznej.
A więc miejsce bezpieczne. Tylko
znów pytanie – dlaczego. W jakim celu podjęłam się tej pracy. Ochotniczo –
ponieważ na nic innego nie pozwala mi mój status turysty w USA. Poza domem, w
bibliotece .. – ponieważ zdało mi się, że to świetny sposób doskonalenia mojego
angielskiego, cyzelowania sztuki konwersacji o niczym – small talk – how do you
do – how do you do, a i możliwość poprawienia akcentu (tfu, akcent
południowców, niech tylko mi się nie utrwali..). Zamierzałam poznać nowych
ludzi, „zrobić nowych” przyjaciół, myślałam o nauce rzeczy nowych. Biblioteka
okazuje się jednak miejscem technicznie nieskomplikowanym. Mała biblioteka,
taka jak ta,w której udzielam się ochotniczo nie uczy mnie wiele. Raczej nudzi.
Tu całe nieszczęście. Liczyłam naiwnie że potraktuje się mnie jak pełnoprawnego
pracownika bez pensji. Tymczasem traktują mnie jak stażystkę bez umiejętności i
przygotowania zawodowego. „Czytam więc półki” ( ustawiam książki wedle porządku
właściwego bibliotekarskiej chronologii), robię kserokopie, układam papiery,
stempluję papiery, przynoszę nowe magazyny i gazety, wynoszę stare magazyny i
gazety. A dziś zupełnie zeszłam na manowce. Zdegenerowałam się do szczętu.
Pomiędzy regałami ukryta piszę ten dzisiejszy eseik. Więc może jedno tylko jest
jeszcze pozytywne – fakt, że wstałam rano, choć spóźniona (seks poranny ..)
dotarłam do biblioteki I staram się pracować, mimo że coraz mniej mnie to
ineteresuje i staram się wyzwalać w sobie tę energię, która tak potrzebna mi w
domu. Której nie mogłam nijak z siebie wykrzesać „na gospodarstwie”. Trzeba mi
szukać innej ochotniczej posady. Początki w najbardziej nudnym miejscu mogą być
ciekawe.. A profesjonalna apatia nie służy mojemu zdrowiu psychicznemu.
Zauważyłam to w drugim roku pracy w tej francuskiej firmie. Cofnięcie na
poziomie intelektualnym i moralnym. W najlepszym przypadku zastój.
Przesada. Niewątpliwie. Wiele
osób ( i ja wśród nich) w pewnym momencie zaczyna znajdować zadowolenie w tego
typu pracy – spokojnej leniwej przewidywalnej, z możliwością robienia tylu
przerw, że człowiek wpada w rytm rzeczywistego luzu i czerpie czystą
przyjemność z siedzenia za biurkiem. A być może przy odrobinie sprytu,
odrobinie inteligencji najbardziej stresujący zawód można zamienić w ciepłą
posadkę. Wystarczy zachować pozory , wyzbyć się ambicji i zadowolić stabilną
pensją ( lub jej brakiem jak w moim obecnym przypadku ..). Wystarczy zabić w
sobie uczucie nudy i skoncentrować na przyjemnych rzeczach, które można robić
we wspomnianych przerwach : korzystać z kopiarki, korzystać z drukarki,
rozwinąć obfitą korespondencję z przyjaciółmi, czytać magazyny, pisać
pamietniki, pisac wiersze, pisać książki, pisać parodię w odcinkach na temat
życia biurowego. Cieszyć się życiem…
Potworek
Przyjacielu,
urodzilam potworka. Potworka o glowie ludzkiej i tulowiu jakby ryby, jakby
plaza. Czy to nie straszne? Na szczescie urodzialam go we snie i gdy obudzilam
sie okazalo sie, ze moj nowonarodzony potworek nalezy do snu.
To
nie jets moj pierwszy sen o narodzinach. Powinnam chyba zaczac czytac senniki.
Te ktore kiedys posiadalam , zostaly w Polsce. Czy Amerykanie wiedza co to jest
sennik? Oo, jestem zlosliwa , tak. Ale przede wszystkim jestem dzis przerazona.
Wlasciwie mialam sie obawiac w nocy nadejscia sztormu i wichury i tornado, i
nic. Nic sie nie dzialo, a w kazdym razie nic nie slyszalam. Slyszalam tylko
wyraznie placz tego malego... To bylo okropne. patrzylam na ten film nie swoimi
oczyma.
Mloda
kobieta spozniona najwyrazniej, zaniepokojona wchodzi szybko do pomieszczenia,
ktorego wygladu zupelnie w tej chwili nie pamietam. Odnajduje dziecko w glebi
pokoju. Samotne. Owiniete w pieluche czy przescieradlo, tak ze widoczna jest
jedynie jego ludzka glowka. Dziecko ma oczy przymkniete, lecz budzi sie na
odglos krokow matki. Ona podchodzi, podnosi je, siada na podlodze po turecku i
przygarnia do piersi. Oslania w koncu lewy sutek i podaje malemu.
Wszystko wyglada
tak naturalnie. Dziecko uspokojone, je, ssie z zapalem, jakby nie bylo pewne
czy zdarzy sie ponownie tak swietna okazja do ssania mlecznej piersi. Kobieta
tymczasem wsuwa reke delikatnie gdzies pod pieluche, tak ze udaje jej sie
dotknac sliskiej skorki plaziego tulowia dziecka, ktory jest oblym podluznym
dziwacznym w swej budowie ksztaltem jakby weza. Nie pokryty zadna luska, ne
rani dloni, zimy w dotyku. Wywoluje przejmujace uczucie chlodu i niecheci, lecz
nie odrazy. Kobieta wciaz przesuwa dlonia wzdluz tulowia dziecka, czuje ze to
uspokaja je, czuje jak maly mniej nerwowo i zachlannie zaczyna ssac jej piers.
A jego cialo nie drga juz tak jak przed chwili, gdy zdawalo sie maly probuje
wydobyc nieistniejaca spod sliskiej skory malenka raczke, aby przytrzymac
piers. kobieta wciaz gladzi dziecko delikatnie przez chwile podczas gdy ono
spokojnie ssie jej piers. Zadziwiajaco male miala piersi, jakby nie wypelnione
zupelnie mlekiem. Dziewicze mlde jedrne piersi, nie opadajace piersi
karmicielki. Jakby psychicznie i fizycznie daleka byla od posiadania
jakiegokolwiek dziecka, a coz dopiero dziecka potworka.
Nie pamietam jak
dlugo trwalo karmienie, we snie czas przeciez plynie odmiennie. A moze w ogole
nie plynie... Zachodzila w glowe kiedy pojawilo sie to niemowle? Jakby cudownie
z pominieciem okresu dziewieciomiesiecznego oczekiwania, bez bolu narodzin, bez
wisilku i obawy i staran. Kobieta zdawal sie byc jedyna osoba w obszernym
pomieszczeniu, a jednak, moze dzieki jej myslom, ktore biegly ku mezczyznie,
wyczuwalam obecnosc kogos jeszcze. Nieustannie zadawala sobie pytanie – jak?
jak przekaze te wiadomosc o dziecku swojemu towarzyszowi? Jak a moze raczej
Czy? bylo wlasciwym dylematem. Poki co, nie rozwiazanym.
Dziecko wciaz ssalo, wciaz
lewa piers mlodej matki byla widocznie spod cienkiej bluzki, jej delikatna
jasna skora. A przeciez nie dalej jeszze jak wczoraj zastanawiala sie czy nie
jest zagrozona rakiem. Lewa piers byla wyraznie podejrzana, jak twierdzil jej
partner. Pod dotykiem jego palcow w lewej wyczuwalny byl jakis
niezidentyfikowany podejrzany guzek. Dlaczego karmi teraz lewa? Jaki to
wszystko ma zwiazek, sen i rzeczywistosc? Po chwili jednak jej mysli bardziej prozaicznie
pobiegly ku rozmowie jaka odbyla z lekarka szpitala w Atmore dzien
wczesniej... Prosze udac sie najpierw
do lekarza. Nie ma powodu do paniki. – mowil kobiecy glos na odzdziale przyjec.
Jesli pani jednak zechce mozemy zrobic badanie.. ale i tak lekarz musi
zadecydowac.. Wyczuwala zniecierpliwienie w glosie Amerykanki.
Zniecierpliwienie moze jej niezrozumialym akcentem, moze jej uporem “musi
zrobic przeswietlenie, musi! “. Odlozyla w koncu sluchawke. Dobrez. Tak tak,
pojdzie najpierw do lekarza, tak, na pewno w poniedzialek. Ale jest dopiero
sobota.. nie, jest niedziela. Za oknnem deszcz a w prognozie online zapowiedz
huraganu. Moze nie bedzie po co i nie bedzie komu isc do lekarza w
poniedzialek. I o co caly ten szum. Nawet potworkowate dziecko nie jest juz
zmartwieniem.
Caluje cie
goraco, wietrznie i deszczowo. Niespokojnie. W policzek. Moze w usta.. Wlasnie
poklocilismy sie z moim cudownym mezczyzna. Czuje jak przytlacza mnie atmosfera
zblizajacego sie tornada. Czuje jak prztlacza mnie atmosfera przygnebiajacej
ciszy w naszym malym mieszkaniu.
Prawo
jazdy prawo bycia
Prawo jazdy...
W wielu podejściach zdawałam
test. Test po angielsku, bo mimo dobrych checi pana policjanta najblizsza
polskiej wersji jezykowej w jakiej posiadali test, byla rosyjska.. Wciaz czuje
zawstydzenie gdy w zuciu przychodzi mi przyznac ze – znam francuski i angielski
lepiej niz rosyjski.. tyle lat nauki -
na nic, taka strata potencjalu! Wszyscy wiedza jak „chodliwym” zajeciem w USA
sa tlumaczenia z rosyjskiego..
Tak wiec zdawalam test po
angielsku, wybor odpowiedzi a b c .. zawsze mozna bylo sie zdac na intuicje i
strzelac. Mozna do skutku powtarzac test jednego dnia.. az sie w koncu zda...
lub straci zapal... lub zamkna urzad..
Potem przyszedl egzamin
praktyczny. Oblalam w pierwszym podejsciu...
Reguły niby są jasne i proste.
Amerykanie nie lubią komplikacji. Prawo uproszczone w porównaniu do polskiego.
W Polsce zdałam bez trudu. Tak , ponad dziewięć lat temu. Ale tu okazalo sie ze
nie potrafię parkować. Może nigdy nie potrafiłam... Moze to stres..
Zapewne stres, bo parkowanie
jedynie pomiedzy slupkami... zadnych kopert, zadnych komplikacji.. Jestem pewna
ze to delikatnosc klimatu Florydy lagodzi tutejsze obyczaje. Jestem pewna ze
egzamin nowojorski wyciska siodme poty z ochotnikow.
System jest punktowy, odpowiednia
ilosc utraconych punktow wyrzuca cie z gry i trzeba podchodzic od nowa. Nie w
tym samym dniu, ale nazajutrz... jesli taka twoja wola. Nikt nie zmusza nikogo
do przesiadania sie do nieznanego samochodu, gdzie prawdopodobienstwo bledu sie
zwieksza.. Na egzamin przyjechac trzeba wlasnym lub pozyczonym samochodem.. Z
waznymi dokumentami ubezpieczeniowymi i wazna rejestracja.. Moze to byc kazdy
typ samochodu osobowego.. niezaleznie czy posiada on automatyczna skrzynie
biegow czy nie.. Wiekszosc amerykanow nigdy w zyciu nie miala okazji prowadzic
samochodu z reczna skrzynia biegow.. Po co? Na co komu takie utrudnienie..
Obilo mi sie tylko o uszy ze ten kto zdawal prawo jazdy w samochodzie z
automatyczna skrzynia biegow, nie moze prowadzic innego typu samochodu.. Ale
gdzie to jest napisane pytam? Zadnej wzmianki nie ma na malej karcie prawa
jazdy ktore jest jednoczesnie twoim dokumentem tozsamosci.
Zdawalam jak wariat w naszej
toyocie zaden tam automatyk. Nie mielismy wtedy jeszcze automatycznego vana..
Przyznaje ze szybko sie czlowiek przyzwyczaja do wygody i wychodzi z wprawy..
Dzis ciezko mi sie przesiasc na reczna skrzynie biegow, choc jest ta
przyjemnosc... wiekszej kontroli nad samochodem... Automatyk wyluzowuje...
Miesnie odpoczywaja, lewa noga sie nudzi lub dretwieje.. Zatrzymanie na
swiatlach na jakkolwiek skierowanej pochylosci nie jest problemem.. Luz blues..
Rozgadalam sie .. tylko dlatego
by powiedziec ze dostalam w koncu prawo jazdy florydzkie.. latwo, za jakie
dziesiec dolarow z tego co pamietam... Oplata tylko za dokument, egzaminy sa
przeciez bezplatne.. W sumie i tak.. Obecnie zauwazylam ze testy robione sa
jedynie na komputerach.. Oszczedzaja wiec i na papierze... Jezdze po malym
miescie Pensacoli, swobodnie... zadnych korkow. Zasada kto pierwszy ten lepszy
na rownorzednym skrzyzowaniu (cztery znaki stopu) przyswoila mi sie
automatycznie ( dla niewtajemniczonych – na tym skrzyzowaniu kazdy ma znak
stopu , kto pierwszy podjechal do skrzyzowania, ten ma pierwszenstwo ruchu.. )
Cale to niewielkie przeciez miasto wyposazone jest w swiatla na kazdym wiekszym
skrzyzowaniu.. Pelny zestaw swiatel.. strzalki dla skrecajacych w lewo oraz
ostrzezenia – zakaz skretu w lewo na czerwonym.. Niby kazdy wie.. ale moze
zapomnial..
Czego sie nie zrobi aby
zmiejszych ilosc wypadkow i uprzedzic ewentualne konsekwencie glupoty niewiedzy
i zapomnienia..
Kocham za to Ameryke.. Sa rzeczy
w ktorych sprowadza wszystkich obywateli do jednego poziomu...
Shopping
Niedziela stała się nudnym dniem lenistwa i
odpoczynku. Budzę się zwykle około dziesiątej lub dziewiątej, ale nie mam
ochoty podnosić się z łóżka. Otwieram oczy. Zaczynam myśleć o dniu który
obudził się o wiele wcześniej niż ja. W końcu powieki same zamykają się i
drzemię tak jeszcze przez godzinę mnej wiecej. Dawniej pozwalałam sobie na to,
ponieważ rzeczywiście zdarzało mi sie kłaść do łóżka w sobotę nie wcześniej jak
o trzeciej nad ranem... Ameryka mnie rozleniwia! Ten nieustajacy czas wakacji
dopóki nie znajdzie sie konkretnej pracy. Po miesiącu mam juz dosyć. Dopiero
teraz rozumiem co oznacza taki okres bezczynności dla ludzi szukających pracy.
to całkowita zmiana nawyków. Powiedziałabym, że nabywa się tabun nowych.
Negatywnych! Człowiek staje się tak leniwy i pozbawiony energi! A przeciez ja
co najmniej połowę dnia spedzam na pracy dla naszej firmy ineternetowej ktorej
biuro mieści się wewnatrz domu. Ale to nie to. Hmm, ale gdyby kto sprawił mi
niespodziankę i przysłał tu kilkadziesiąt tomów książek polskich ,
zapomniałabym może mimo wszystko o problemie bezczynności i przepuszczania
czasu przez palce...
Zadziwiające.
Nie wiedziałam, że jestem do tego stopnia pracoholikiem i uzaleznioną od
regularnej pracy poza domem, że pozbawienie mnie tego elementu budzi
nieoczekiwany bunt mojego organizmu. Pomyślmy. Pracuję w domu. Zachowuję jak
jedna z najprzykładniejszych zon ( nie lubie gotowac ale gotuję!) zmywam,
sprzątam, piorę. Mam czas na pisanie, więc dużo piszę. Mam czas aby odbierać
telefony i byc sekretarką więc jestem nią i telefony odbieram. Ale... Ja chcę
do ludzi! Stwierdzam z rozczarowaniem, ze nie nadaję się na domatorkę.
Jednym
z ciekawszych zajęć, które pozwala mi na chwilę uwolnić się od domu, jest
zakupowanie – czyli shopping. Mam, nie mylne chyba, wrażenie, że jest to jedno
z ulubionych zajęć Amerykanów. och, przesadzam. Może nie tylko Amerykanów. W
każdym razie na pewno uwielbiają to panie. Panie różnego
typu. Panie samotne, nudzące się
w pewnym momencie swoim sam na sam z soba. Panie z dziecmi, gdy mąż w pracy,
odrywające się na chwilę dluższą lub krótszą od garnków i pieluch. Panie
niezamężne i zamęzne. Szukajace rozrywki w supermarketach. Przy czym
zapamiętrajmy , to ważne – nie chodzi o to , by coś zakupić, zakupowanie odbywa
się jaby przypadkiem siłą rzeczy i przy okazji. Chodzi zaś w rzeczywistości o
to, aby shoppingować (przepraszam wrażliwe
uszy za nagromadzenie neologizmów), aby oglądac, obserwować to co
obserwują inni, podglądać to, na co zwaracają uwagę inni, oglądac towary,
oglądac ludzi. Wzajemny ogląd i rozeznanie w trendach mody wśród pań odbywa sie
z pewnością miedzy innymi podczas zakupowania.
Hej,
przyjacielu, cierpliwości, wiem, ze masz nakońcu języka pytanie – jak tam miewa
się AMeryka i jej zakupowanie. Odpowiadając na twoje w domyśle pytanie – miewa
się świetnie. Przy czym nie widze wiekszej rówznicy w zakupowaniu jeśli chodzi
o połacie dostępne dla osób szukajacej tego typu rozrywki. Supermarketów ci u
nich dostatek. Wszystkie.., o nie wiem tego, więc powiedzmy że większość to tak
zwane chains – łańcuchy, po polsku nazywane sieciami. Wchodzisz do Kmartu czy
Wal Martu (uwaga mowa o stanach Alabama, Floryda , odpowiednie różnice wychwyce
po odwiedzeniu innych stanów!) i wiesz
mniej więcej jakich towarów możesz spodziewać się na półkach. Jest to przyznaje
duży konfort psychiczny. Żadnych zaskoczeń, zadnych rozczarowań, zadnych
niespodzianek .. (innymi słowy i w penym sensie nuda – ja osobiscie
niespodzianki sobie cenie, ale to nie lezy w Amerykańskiej przewidywalnej
naturze ku;ltury). Podobnie jest i w małych masteczkach i w duzych metropoliach
– jedyna równica to ilość mil jakie dzielą jeden supermarket od drugiego.
Żałuje, że nie znam lepiej Nowego Jorku. (Juz niedługo, już niedługo...). Bo po
cichu zwierzę ci się, ze brakuje mi tu maleńkich sklepików,. Całkowiecie
wyspecjalizowanych, całkowicie nastawionych na klienta o oryginalnych
unikalnych gustach i potrzebach. Nie zauwazyłam istnienia ani nawet potrzeby
istnienia tego typu sklepów na prowincji. Są , i owszem w większych miastach.
Są i o wszem sklepy specjalizujące się w sprzedazy rzczy w Ameryce trudno
dostępnych jak chocby żywność koszerna. Są i owszem sklepy oferujące żywnośc
zydowską, azjatycką, arabską – czyli mięso koszerne, halal.. , oferujące
ubrania w stylu hinduskim, arabskim, których supermarkety nie oferują! Są
sklepiki kuszące egzotycznymi bibelotami, proponujace po abstrakcyjnie wysokich
cenach wysublimowany i oryginalny wystrój wnetrza domowego.
Jest
jednak coś, co zdecydowanie odróżnia Stany Zjednoczone od Polski, a myśle, że i
od innych europejsyich krajów. Otóż okazuję się, że Ameryka nie sprawia żadnych
trudności ludziom z natury niezdecydowanym wybrednym i marudnym. Okazuje się że
towar raz kupiony, z rachunkiem czy bez rachunku, bez problemu mozna zwrócić do
miejsca zakupu. Oczywiście nalezy oddac wszystko w komplecie , w staie nie
zużytym i przed upływem określonego terminu. A termin ten jest szalenie długi.
Jest to zwykle około miesiaca., dla niektóreych towarów i w niektórych sklepach
sięga on nawet roku! Przyznaję, że byłam tą sytuacja zaszokowana. Jednak
uzmysłowienie sobie jej zalet szoku każdą normalą osobę pozbawia. Po chwili
wraca ona już do stanu trzeźwości i otwarcie korzysta z uroków zakupowania. A
jednak wciąz wciąż mam stare, zakotwiczone we mnie głeboko opory i obawy natury
moralne. – Bo jakże to? Kupie bardzo
drogą płytę ze świetnym nagraniem , zgram na mój świetny laptop, zrobie kopię
na nagrywarce, po czym płytę oddam i pieniądze odzyskam i wszystko jest w
porządku? nikt mnie na tym nie przyłapie i nikt mnie za to nie zamknie? A co z
moja samoświadomością uczciwego obywatela?
Pozdrawiam cię pełna frustracji i
niepokojów moralnych,
Tornado
Obudziłam sie dopiero nad ranem.
Żadnych nocnych pobudek. Cisza za oknem. Nie slyszalam nawet szumu deszczu.
Okazalo sie ze jest osma. Mezczyzna obok mnie wlaczyl telewizor zmuszajacc mnie
chwile wczesniej do odnalezienia pilota czyli „przedluzacza telewizyjnego”
ktory wyladowal w nocy gdzies poza lozkiem. W polsnie wysluchalismy wiadomosci
o pogodzie. Tornado i owszem nadeszlo, ale nie wyrzadzilo wielkich szkod,
glownie ograniczylo sie wszystko do ulewnego deszczu. Pokazywano jakies zdjecia
z plaz w Pensacoli i innych. Ani slowa o malym Atmore. Najwyrazniej tym razem
natura oszczedzila zastraszonych mieszkancow Alabamy. Cala noc i wieczor
niepotrzebnie nerwowy. I te zakupy nad miare. I latarki i baterie w podwojnej
ilosci i czekolada i batoniki i ciasto na strach i stres ( juz czuje ze
przytylam co najmniej dwa kilo!). I przemeblowanie w apartamencie i wazne
przedmioty pietrowo na biurkach i komodach. Moze zostawie tak wszystko poki nie
dojdzie do przeprowadzki? Tyle pracy na marne. Chyba nie mialabym za zle panu
T.S Barry (tropical storm nazywany Barrym – da ciekawych )gdyby podszedl tuz
pod nasze drzwi.
Przynajmniej nie
nudzilabym cie teraz w liscie opowiesciami o tym co mialo sie wydarzyc a sie
nie wydarzylo.
Hmm? nie nudzilabym cie tak jak
nudza nas na każdym kanale telewizji, w radio i online.
Poniedziałek.
Cały dzień bezustannie słyszę, że szanowny Barry przesuwa się, pomyśnie z dala
od Atmore. o piatej po południu ma być 35 mil od południowowschodniego wybrzeża
Columbus, Mississippi. Zagrożenie powodzią utrzymac się ma aż do wtorku.
Doppler radar określił wysokość opadów na 8 cali (kurka, znów! ile to
centymetrów).. Ale to juz nas nie dotyczy. poniedziałek zaczął się pochmurnie
lecz nie deszczowo.
Caluje jak zwykle,
Wlasciwie moze mniej goraco,
Wybacz, stopy mi marzna. Musze podwyzszyc temperature w klimatyzatorze. Na 80.
Fahrenhait. Nie pytaj mnie ile to Celsjuszy, nie pamietam. Policz.
Aha, caluje
Mocno
Weekend
Wydaje mi się że
jest 11. sierpnia, ale nie jestem tego pewna. Od kilku dni przeprowadzka
wprowadza lekki zamęt w naszym życiu. Jemy byle co (znów przytyłam!), śpimy
byle jak i byle gdzie – dziś w starym domu w Atmore. Na twardym posłaniu z
kołder i kocy. Nikomu nie chciało się dmuchać materaca o godzinie pierwszej nad
ranem... W nowym-starym domu przynajmniej wykładzina dywanowa miała dłuższe
owłosienie.
Jeśli
tak dalej pójdzie, przestanę ci opowiadać moje sny. Dziś nic zupełnie nie
pamiętam. Ale chciałabym ci opowiedzieć o tym, co można w Ameryce robić (w
stanie Floryda, zanaczam!) w weekendowe wieczory...
Sobota.
Męczący dzień. Upał. Deszcz. Burza. Zaduch. Przeprowadzka. Sprzątanie i praca.
Około dziewiątej para mlodych ludzi zdecydowała jednak, że nie wróci
bezpośrednio do starego legowiska, ale wybierze się na przechadzkę po
okolicznych klubach i kawiarniach. Trzeba przecież poznać miasto, w którym
niedługo zapuści się korzenie. Mężczyzna zdążył juz w ciagu wcześniejszego
wypadu poznać jeden z coffe shopów. Uznali więc, że jest to dobre miejsce na
początek. Jakieś pięć minut samochodem od nowego ich miejsca zamieszkania
odnaleźli piętrową kawiarnie. Mieściła sie (mieści wciąż) w niepozornej, starej
kamienicy. Tuż obok nocnego klubu, dyskoteki i baru. Pierwsze pomieszczenie
wąskie, maleńkie, po lewej niewielki bar. Zamówili kawę. Okazało się jednak, że
kawiarnia nie akceptuje kart kredytowych. Coffee Tofee Milkshake i kawa na
kredyt dla niej, podczas gdy mężczyzna musiał pofatygować się do najbliższego
za rogiem bankomatu. A wydawało im się, że nikt nie nosi już czystej gotówki w
kieszeni. Ot, może dolara na napiwek. Że karciane pieniadze dotarły wszędzie.
Gdy on wrócił, udali się na obchód
przestronnej, przytulnej jak klub młodzieżowy lub schronisko, kawiarni. Jej
pierwsze pomieszczenie - bar, mimo że kusił licznym, ciekawym, bo zróżnicowanym
towarzystwem, zdał się jednak dla nich przyciasny. Pojawiający się nowi goscie
kawiarniano-klubowi tłoczyć musieli się gdzieś w progu i za progiem. Miejsca
skąpo. Jeden z korytarzy prowadził do obszernego pomieszczenia, w którym
ustawiono jedynie dwa, lecz duże, okrągłe stoły. Przy jednym z nich siedziało
grono ludzi i zawzięcie o czymś rozprawiało. Postanowili im nie przeszkadzać.
Tuż przy barze strome schody prowadziły na pietro. Długi, waski korytarz (nota
bene, miejscami nie do przejścia – „zasiedziały” przez njamłodszych, jak im sie
zdało, bywalców kawiarni. Młodzi ludzie siedzący na podłodze wyglądali na
szesnasto- i siedemnastolatków. Wszyscy palili. Tu właśnie. W salach – pokojach
ustalono bowiem zakaz palenia. Mężczyzna i kobieta stopniowo odkrywali kolejne
pomieszczenia. Nie było ich a z tak wiele. Może pięć. A jednak kazdy inny: sala
telewizyjna, w której na dwu wygodnych kanapach zawsze ktoś wylegiwał sie
półleżąco zapatrzony w ekran, ta przypominająca bibliotekę – pełna książek,
dalej sala najbardziej kawiarniana, zapełniona maleńkimi, okrągłymi stolikami,
sala pełna układanek, puzzli, gier.., następnie sala.. nie.., nie pamiętam jak
wyglądały ostatnie pomieszczenia. Atmosfera tej kawiarni wywarła na mnie jednak
przyjemne wrażenie. To nie był jedynie lokal zgodnie z nazwą pozwalający na
zakup i wypicie dobrej kawy na rozmaite sposoby. To było doskonałe miejsce,
gdzie poznać można nowych ludzi, gdzie zawiązać można nowe przyjaźnie. A jednak
mężczyzna wyglądał na znudzonego, a może zmęczonego, kobieta na zastraszoną i
nieśmiałą. Po kilkunastu minutach ktoś ich zaczepił, ktoś zadał pytanie.
Wywiązała się rozmowa. Miło. Mimo to po dwu godzinach, obejrzeniu horroru z lat
pięćdziesiątych i kilku japońskich abstrakcji rysunkowych, udali się na
poszukiwanie innych środowisk i innych klimatów. Odnaleźli klub, który nie
pozwalał już na wolny wstęp wszelkiej maści gościom. Wejście było płatne.
Dozwolone jedynie pełnoletnim. Ta zaaranżowana w hotelu w Pensacola impreza
nazywana była przez bywalców i znawców Swingers Party. Czy byłeś kiedykolwiek w
takim miejscu, mój drogi?
Para
młodych ludzi dotarła z niejaką trudnoscią na miejsce, położone w pobliżu plaż
Pensacola. Trudno było je odnaleźć na podstawie podanych online, nie dość
dokładnych instrukcji i wskazówek drogowych. A jednak dotarli. Bilety wstępu
sprzedawała para ludzi w średnim wieku. Oboje nieszczególnie urodziwi. Mężczyzna
i kobieta weszli do obszernej sali, w ktorej na środku umieszczono podest –
tańczyłą na nim mniej więcej połowa obecnych. Po obu stronach podestu
rozstawiono stoliki. W umyśle młodej kobiety całość wzbudziła wspomnienie
starych, dobrych weselnych przyjęć w jej rodzinnym kraju. Nie był to jednak
styl zabawy, ktorego oczekiwala. Poczekajmy zobaczmy – powiedziała sobie w
duchu. Usiedli oboje przy jednym z wolnych stolików. Nie tańczyli. Wstali tylko
raz pod koniec, gdy muzyka wydała im się dość atrakcyjna, aby ruszyć się z
miejsca. Wyczekiwali zakończenia częsci wstępnej i oficjalnej i przejścia do
pokoi hotelowych na górze. Wiedzieli, że po północy to właśnie miało
nastapić...
Czas
dłużył się niemiłosiernie. Ona wyglądała na znudzoną. W końcu jednak muzyka ucichła
i każda para powoli zbierała się do opuszcenia sali tanecznej. Pokój numer? –
zapytała ona swojego towarzysza – nie dosłyszałam. – Ja też nie. Idźmy za
tłumem. – uśmiechnął się.
Na
pierwszym piętrze dwa pokoje zapełniły się szybko ludźmi. Wywiązywała się
szybko rozmowa. Przełamywaie lodów. Niektórzy, jak zauwazyła ona, znali sie już
dobrze – to zapewne stali bywalcy – pomyślała. – W napięciu oczekiwała, co
stanie się dalej. Wiedziała mniej więcej czym jest swingers party. Kim są
ludzie nazywani „swingers”, a jednak nie bardzo wiedziała jaki charakter mieć
może ta impreza, w której uczestniczyła. Czy będzie to otwarty seks? Rodzaj
orgii? – nie mogła uwierzyć, że to spotkanie, pełne tak łagodnych i uprzejmych
i nieśmiałych niemal ludzi, przerodzić się miało w jakąkolwiek jawną, seksualną
ucztę. Powoli, przeciskając się pomiędzy zgromadzonymi ludźmi, odpowiadając
równie uprzejmie na uprzejme i ciekawe Hi, how are you?, odrzucając propozycje
zainteresowanych nią panów, zwiedzała zarezerwowane dla klubu pokoje. Jeden z
nich, jak sie okazało, krył w oddalonym kącie szerokie, dwusoobowe łóżko i tak
zwany „swing” czyli rodzaj huśtawki, na której już niedługo miała obserwować
seks dwojga ludzi. Była to jedna z młodszych tutaj par. Dwoje ludzi stało,
dwoje uczestniczyło w akcie seksualnym. Była to jedyna odważna czwórka tego
wieczoru zapewne. Obserwującej kobiecie nasuwała się jedna tylko myśl -
Swingers party są świetną rozrywką dla nieco już sobą znudzonych par
małżeńskich. Niekoniecznie młodych, niekoniecznie nieurodziwych. Te pary jednak
właściwą seksualna grę pozostawiają na późniejszą chwilę i moment bardziej
intymny.
Dwoje młodych
ludzi, mimo że zawarło kilka ciekawych znajomości, zaczerpnęło wiadomości o
innych tego typu imprezach w mieście i okolicach, poczuło się po kilku
godzinach znudzeni. Wyszli więc i dopiero przechadzka po barach i dyskotekach
na plaży Pensacola ją wyrwała z zamyślenia, jego pozbawiła nastroju zawodu i
rozczrowania. Ach, więc tak wygląda słynne Sinders Party...”. Nie zachwyciła mnie
żadna z obecnych tam kobiet.
Co ty sadzisz o
stylu zycia par zwanych swingers?
Pozdrawiam cię
ciepło,
Nie zapominaj o
swojej Marii,
Wciąz łudzę się,
że kiedyś mi odpiszesz długim długim listem.
Nuda
Dzień zaczął się przyjemnie.
Obudziłam się u jego boku. Narerszcie. Po kilku dniach rozłąki byłam
szczęśliwa, że wreszcie jest ze mną. Pół dnia minęło. Więcej... po południu
znów pojawiły się nieporozumienia. Mam wrażenie że nigdy nie zaakceptuję jego
sposobu mówienia o rzeczach, które należy zrobić.
Jestem zawsze pełna ochoty i
entuzjazmu, a jednak, nie wiem dlaczego, w jego obecności, każdą uwagę typu –
dlaczego ogród nie jest opielony czy „musimy oczyścić z błota kafelki u wejścia
do mieszkania” odbieram jako zarzut. Jak atak. Nie chcę być agresywna. Mam
jednak wrażenie ze on wciąż nosi w sobie ideę kobiety ze wschodu, która wykona
w ciszy, bez mrugnięcia okiem każdą pracę. Która zajmuje się rzeczami, które
należą do mężczyzn w kulturze zachodniej. Narasta więc we mnie
niezidentyfikowany jeszcze do końca bunt – dlaczego mam się tym zajmować?
Dlaczego kupować benzynę do kosiarki, skoro nawet nie potrafię wytłumaczyć o
jaką mi chodzi. Cała historia przecież odbywa się w kontekście języka
angielskiego. Dlaczego przenoszę meble i mebluję dom – który potem nasza nowa
pracownica zmienia jak tylko chce a ja nie mam nic do powiedzenia. A może nawet
nie chcę się już wtrącać. ..
Kolejne moje rozczarowanie.
Najmilsza dla kobiety rzecz – meblowanie mieszkania, urządzanie, projektowanie
i dekoracja – nie jest tu możliwa. Włożyłam sporo pracy w urządzenie dużego
pokoju – jednocześnie biura, a teraz wszystko trzeba zmieniać. Jednocześnie on
na pewno nie będzie chciał inwestować w jakiekolwiek meble do dużego pokoju:
„przeciez nie wiadomo jak długo tu zostaniemy… , przecież wystarczy mi jeden
pokój , w którym nie mam wcale biurka i piszę siedząc na podłodze… , „w tej
chwili nie myślę o tym, myślę o biurze, o pracy..
Ja miałam być tą częscię istotną
pracy. Mieliśmy pracować razem . Jak to jednak zrobić, gdy trudno się porozumieć.
Dlaczego jakby coś się we mnie
wypaliło. Jakbym nagle przestała być kreatywna, pełna inspiracji, entuzjazmu I
radości. Nagle coś wygasło. Czuję jkbym wciąz tłumila w sobie dobre chęci I
pomysły. On mnie tak skutecznie ‘gasi”. Zwykle nie bardzo słucha tego co mówię.
Zwykle kończy rozmowę krótkim – nie teraz . To nie jest ważne. Chodzi mi
głównie o biuro…
Jestem a-kreatywna. Nudzę się z
sobą samą. Nigdy nigdy tego nie doświadczałam. Dlaczeog nudzę się z sobą samą?
Pakistan – pierwsze spotkanie
Podróż z Dubaju do Karachi
miała trwać trzy godziny. Kłótnia na lotnisku. Cicha. A jednak zepsuła mi
całkowicie humor i jak to zwykle bywa zagłuszyła moją intuicję, pragnienie
obserwacji szczegółów otoczenia i ciekawość. Ogromnie odczuwam w tej chwili niedosyt
- szczegółów, wrażeń, kolorów, zapachów, które umknęły skwaszonej uwadze.
Lotnisko w Dubaju i szybkie przejście bramki po stronie arabskiej i
pakistańskiej. Szybkie, bo i nie było na nic czasu, jak okazało się na miejscu.
Przybyliśmy godzinę za późno wedle reguł linii PIA. Zamknięto już stanowisko.
Nie czekano na spóźnialskich. Błagalne prośby skierowane do dyżurnego
lotniskowego, czy kimże ów średniego wzrostu ponury pan był. Odprawiono nas i
kilku za nami spóźnialskich Pakistańczyków. Walizki oddane, uff. Razem musiały
ważyć około stu kilo. Paszport, wiza w porządku, odetchnęłam z ulgą po raz
pierwszy, widząc, że nikogo nie kłuje w oczy moja dwukrotnie anulowana wiza
pakistańska oraz trzecia z kolei – tym razem ważna, roczna, wielokrotna. Nikt,
nawet oficer imigracji nie zadał mi jednego pytania na temat celu mojej wizyty
w Pakistanie, nikt nie zapytał o długość pobytu. Surowa twarz zza wysokiego
biurka – stanowiska pracy nie dawała żadnych oznak negacji ni akceptacji.
Przyjęto bez słowa moją kartę imigracyjną, paszport i wizę. W końcu - mogłam
iść, uprzejme skinienie głowy i odpowiedź pod nosem na moje dziękuję. „Blond
włosy są czarodziejskim kluczem, który otwiera w Pakistanie wszystkie drzwi..-
Nie tak dokładnie, nie aż tak poetycznie-kiczowato brzmiały słowa mojego
mężczyzny, a jednak taki miały sens. Maksyma, którą powtarzał mi kilka razy
rzeczywiście się sprawdziła, – Gdy stajesz przed oficerem imigracyjnym w
Emiratach Arabskich – załóż chustkę; gdy masz do czynienia z oficerem o
podobnej funkcji w Pakistanie – pozwól sobie na swobodę, odsłoń białe ciało,
odsłoń blond włosy, a nie będziesz miała żadnych problemów, nie postawione
zostanie ci żadne kłopotliwe zapytanie, nikt nie będzie sprawdzał co przemycasz
do Pakistanu w swoich wielkich walizach.
Lot zdał mi się krótki.
Byłam zmęczona, ponura i śpiąca. Zdenerwowana przed spotkaniem z imigracyjną
obsługą, a jednak głód sprawił, że w kilka chwil opróżniłam niezbyt dobry
pakistański posiłek, a następnie w lepszym humorze zagłębiłam się w lekturze pakistańskiej
angielskojęzycznej gazety. Jedyne wiadomości z Europy dotyczyły Hiszpanii,
czyli terrorystycznych ataków na dworcu kolejowym, domniemań, co do sprawców
zbrodni – wersję baskijską już odrzucono, oskarżoną stała się Al Kajda i Bin
LAden.. Mój Boże, atakują już Europę. Cóż za różnica więc gdzie i po jakich
ścieżkach człowiek się porusza. Cóż za różnica, mamo, czy pozostaję w Europie,
wyjeżdzam do Dubaju, czy po chwili do Karachi. W razie czego wolałam cię jednak
nie martwić, i zachować wiadomość o moim wyjeździe do mojego powrotu. Czyż tak
nie jest zdrowiej i lepiej dla was? Tyle hałasu o nic. A kraj rzeczywiście
zdaje się być interesujący. Choć.. nie uda mi się już zobaczyć najciekawszej
jego części północnej. Może nie uda mi się to już nigdy.. Ostatecznie zapadły
pewne decyzje pomiędzy mną a nim. Nieprawda?
Z lotniska w Karachi
bierzemy taksówkę do hotelu – Beach Luxury. Oddalony od centrum hotel nad
kanałem, który kusi turystę z daleka, z bliska zniechęca jednak nieznośnym
zapachem brudów unoszących się na powierzchni wody. Park nad wodą zaśmiecony.
Po wyjściu Armana udałam się na krótki spacer po parku, który z wysokości
trzeciego piętra zdał mi się miłym miejscem lektury. Godzina jednak okazała się
już zbyt późna, ostatni mieszkańcy hotelu opuścili park, pozostawiwszy po sobie
nieopisane mnóstwo śmieci; ostatni pływacy w formie męskiej opuszczali kuszący
niebieskawo kafelkową wodą basen, wyległy z zakątków spragnione wampirkowate
maleństwa komary, zbliżała się pora zmierzchu, słyszałam wezwanie z meczetów po
drugiej stronie kanału na modlitwę maghrib. Przypomniałam sobie zrezygnowana tę
opowieść przesąd nie przesąd o dżinnach, które o zmierzchu schodzą na ziemię,
które są wówczas najbardziej niebezpieczne dla człowieka. Zastanawiałam się czy
nie lepiej byłoby wrócić do pokoju i zapisać kilka stron, zamiast bezużytecznie
włóczyć się po zaśmieconym parku. Zrezygnowana zajrzałam jeszcze jedynie poza
ogrodzenie, które otaczało basenik i nie dostrzegłszy żadnej kobiety wycofałam
się szybko. Nie weszłabym do wody, nawet gdybym miała przy sobie kostium –
spaliłabym się ze wstydu pod spojrzeniami tych panów sprawiających wrażenie
nigdy nienasyconych seksualnie samców. W Pakistanie, podobny jak w Emiratach
fenomen. Biała Europejka blondynka nie umknie spojrzeniom. To spojrzenie dotyka
i pożera i zniechęca i denerwuje. Wygłodniali wyposzczeni mężczyźni
pracowniczej dzielnicy Sharjah, w Emiratach, Hindusi i Pakistańczycy, którzy na
długie miesiące opuszczali swoje żony aby szukać lepiej płatnego zajęcia poza granicami
własnego kraju w moim umyśle tutaj zamieniali się miejscami z Pakistańczykami którzy wyglądali na
wygłodniałych samców, nieprzywykłych do widoku młodej ładnej blondynki o jasnej
skórze. Wszędzie napotyka się intensywnie wpatrzone w ciebie oczy. Jestem
odmieńcem, jestem kobietą, jestem obiektem pożądania w tej formie, jakiej żadna
z pań nie toleruje, natrętnej i męczącej. Dlatego wówczas, już po kilkunastu
minutach pobytu na ziemi pakistańskiej, już po kilku chwilach, zdało mi się, po
opuszczeniu lotniska i złapaniu taksówki, zdecydowałam się na założenie
chustki. Czuję się bezpieczniej. Nie pożera mnie już nikt wzrokiem, hmm, może
jeszcze odrobinę tak, lecz nie doprowadzają do szału nasycone ciekawością i
pożądaniem przenikliwe oczy. Te jednak nie zawsze należą do mężczyzn. Pożądanie
innego typu, zazdrość i ciekawość wyrażają również oczy kobiet żebraczek. Pusty
był jedynie wzrok transwestyty, który pozostawiając mnie w stanie szoku,
przemknął się z gracją w stroju kobiecym pomiędzy pojazdami uwięzionymi w
korku. Jakże to? W Pakistanie? Kraju islamskim i szczycącym się zasadami
państwa islamskiego? Wszystko jest więc tu fikcją, wielką mistyfikacją w tym
państwie policyjnym, które pięćdziesiąt procent wydatków przeznacza na armię,
armia jest też jedyną grupą ludności chronioną w zamkniętych i szczelnie
chronionych osiedlach. Fikcją jest więc Pakistan państwo islamu, gdzie kwitnie
korupcja na niespotykaną gdzie indziej skalę, a każdy zdolny młody człowiek
myśli tylko o emigracji. Nie dziwię się więc już biadoleniu mojego Armana,
który tęskni za Emiratami ilekroć przyjdzie mu powracać do Pakistanu, dla
spotkania rodziny. Emiraty to realizacja islamskich zasad – w pewnych
dziedzinach, tych dogodnie wybranych, takich jak bankowość i podatki, pokój,
bezpieczeństwo i nienaganna czystość, podczas gdy efektywne zdaje się tam
zastosowanie reguł gry europejskich jesli chodzi o gospodarkę, przemysł,
technologie.
W Pakistanie jedną z wielu
zasad, które zostały narzucone przez islamski rząd, a nie są zupełnie przestrzegane,
jest „godzina policyjna”. W momencie, gdy wybija dziewiąta wieczór, kobietom
zabrania się opuszczania domostw. Zabawne jest oczywiście to, że tuż przed
jedenastą miasto wciąż jeszcze tętni życiem, a na szerokich, zrujnowanych i
zawalonych gruzami z okolicznych domów-ruin, zwykle pozbawionych chodników
ulicach pojawia się wiele kobiet. Nie wszystkie są nawet w towarzystwie
mężczyzn, choć przeważnie ta zasada jest w nocy przestrzegana. Karachi nie jest
bezpiecznym miastem. Kilka ulic w prawo, jedna w lewo i jedno z wielu centrów
nagle znika i znajdujemy się w ciemnej ulicy, której przemierzanie samotne na
piechotę nie wróży nic dobrego. Kilka godzin wcześniej, gdy przemierzaliśmy
dość długą trasę z lotniska do hotelu, po drodze Arman wskazał wyrosłe gdzieś w
centrum osiedle, w którym częste są ponoć strzelaniny, bójki i napady. Chwilę
później wyrósł przed nami po lewej wielki budynek, jeden z nowocześniejszych..
hmm, powinnam powiedzieć po prostu – nowszych budynków, nowoczesności w Karachi
próżno by szukać. Tu w tym wysokim dość ładnym budynku kilkakrotnie podłożono w
ciągu ostatnich tygodni bomby.
Nareszcie w hotelu. Arman
wyszedł na spotkanie swojej rodziny, z którą uparcie nie chciał mnie zapoznać.
– Może jutro uda się przemycić cię do domu – obiecywał tylko. Pozostałam sama,
zazdroszcząc mu odrobinę tego poczucia – bycia nareszcie w domu. Sama tęskniłam
już odrobinę z swoim apartamentem w Ursusie. Miałam ochotę już wrócić i rzucić
się w wir pracy nad otwarciem kawiarenki księgarenki. Zastanawiając się jednak
nad mieszanką własnych uczuć uznałam za dziwne że nie pojawiła się we mnie
zazdrość... Czyżby? Och, pojawiła się, tak na chwilę, wygoniło ją jednak zaraz
uczucie zadowolenia z samotności i możliwości pisania i pisania do woli, do
zmęczenia, do wyczerpania myśli. Otworzyłam więc komputer i usadowiłam się w
łóżku. I znów rozejrzałam się ponownie wokół siebie. Miły i zachęcający wygląd
na pierwszy rzut oka. To był stary klasyczny hotel z tradycjami. Skromne ale
porządne umeblowanie w jasnych kolorach, niebiesko-jasne kapy na łóżkach i
kolorowe w kwiaty zasłony. Widok na basen, park i kanał, w dali restauracja nad
kanałem. Szeroka toaletka po prawej od wejścia i duże lustro. Telewizor w kącie
z odpowiednią ilością angielskojęzycznych kanałów. Łazienka czysta choć daleka
od luksusu, choć czy słowo luxury nie posiada nieco odmiennego znaczenia dla
mieszkańców tego kraju żyjących często w zrujnowanych domach bez wody niż dla
nas, Europejczyków, niż dla nich, obywateli państw bogatych w ropę takich jak Emiraty?
Ciepła i zimna bieżąca woda, obowiązkowy mały prysznic przy toalecie –
zapewnienie higieny i czystości – nota bene, chowałam w walizce zakupione dwa
tego typu cacka z zamiarem zainstalowania jednego w domu, drugiego zaś w
mającej wkrótce powstać księgarnio-kawiarni. Kto nie doceni tego wynalazku,
który niezależnie od tego jak dziwny zdaje się z początku obywatelom kultury
chrześcijańskiej, zawsze jest w końcu doceniany i z ochotą używany. To nie
domniemanie. To fakt.
Pokój zdawał mi się miły,
śniadanie nazajutrz – mieszanka kontynentalnych zwyczajów żywieniowych z
pakistańskimi, również nie zawiodło moich nadziei, trudno jednak opisać męki,
jakie przeżywałam w czasie minionej nocy. Noc była koszmarem aż do momentu
nadejścia poranka, który jak zwykle rozwiewa wszelkie złe myśli i nastraja
optymistycznie. Czyż nie pochodzę z kraju zasypanego śniegiem, kraju ostrych
zim, czyż nie jestem Polką przyzwyczajoną do zimna? Otóż na to zadawane mi
często pytanie odpowiadam – nie. Bo czyż nie wiadomo, że kobieca temperatura
ciała jest bardziej zmienna, że kobietom jest zwykle zimno, że bardzo często
one właśnie mają problemy z krążeniem. Słowem – w kraju gdzie temperatura w
marcu nie spadała poniżej 40 stopni Celsjusza, było mi zimno, pokoju hotelowym,
gdzie AC czyli klimatyzacja nastawiona była odpowiednio do potrzeb
Pakistanczykow – maksymalnie. Po długich poszukiwaniach, stwierdziłam, że
regulatora klimatyzacji w pokoju nie ma. Było już po północy, gdy zdecydowałam
się zadzwonić na recepcję. Zimno i nieznośny hałas pracującego urządzenia nie
pozwalały mi spać – skarżyłam się. Czy mogli zmniejszyć? Uprzejme – tak,
oczywiście. Sytuacja pozostała jednak bez zmian. O czwartej nad ranem, gdy nie
pomagały nawet wetknięte jakkolwiek w uszy zatyczki z chusteczek do nosa, znów
mój zdesperowany telefon na recepcję i prośba o całkowite wyłączenie
klimatyzacji na kilka godzin. Zgoda recepcjonisty. Uprzejme „tak oczywiście, no
problem.” I żadnego efektu. Próbowałam znów usnąć i udało mi się. Obudziłam się
po około siódmej i hałas zdał mi się już mniejszy. Ciało odrobinę wypoczęło.
Nie reagowało już tak gwałtownym sprzeciwem na wszelkie atakujące je czynniki z
zewnątrz. Trzeba dodać, że o owej czwartej rano, gdy znów otworzyłam zmęczone
oczy zaatakował mnie wtedy jeszcze bardziej gwałtownie niż szum klimatyzatora -
zapach nie do zniesienia. Zapach ścieków, szamba, odpadów. Schowałam się jak
kret pod kołdrę wraz z głową. Pomogło nieznacznie...
Noc pełna przygód. Ranek
ich wspomnienie jednak trochę przygasił, przyniósł nowe myśli i
usprawiedliwienia - ostatecznie – myślałam – Pakistan da się lubić,
ostatecznie, to jest jeden z lepszych hoteli, lepiej niechże panna Joanna nie
marudzi. Może prawdą jest, że klimatyzacja jest systemem zcentralizowanym,
który nie pozwala na jej wyłączenie w poszczególnych pokojach – snułam bajkowe
przypuszczenia – była to rzecz niewyobrażalna, jednak czy niemożliwa w tym
mieście południa, gdzie zimy były cieplejsze od naszego lata?
Klimatyzacji nie posiadały
jednak małe restauracyjki w starej dzielnicy ładnych, choć zrujnowanych
wysokich domów, z pięknymi niegdyś balkonami, wybrzuszeniami i kolumienkami.
Szeroka główna ponoć aleja, asfaltowa, choć nie posiadająca chodników dla
pieszych, obrosła barami bez grama alkoholu i jadalniami o mikroskopowych zwykle
rozmiarach. Większe pośród nich posiadały dwa poziomy. Parter i piętro – a la
mezzanine przeznaczone dla rodzin z dziećmi i dla kobiet. Ciężki zaduch nocy
rozwiewały jedynie ustawione, co kilka metrów lub zawieszone na ścianach
potężne duże wiatraki. Rozdmuchiwały ciepłe powietrze, przynosząc złudzenie
chłodu. Sprzedawcy pożywienia pichcili na skraju ulicy. Pomiędzy asfaltem a
restauracyjką, pomiędzy gruzami które pochodziły niewiadomo skąd. Tony gruzu i
kamiennych odpadków, tony piachu i pyłu. Ogromne patelnie szerokości metra a
nawet większe przywoływały moje wspomnienia z Francji, gdzie w podobny sposób
przyrządza się poellę – hiszpańskie południowe danie z ryżu i owoców morza. Tu
pieczono na ruszcie kurczaki, podsmażano kebaby, wprost na skraju ulicy stały stanowiska
obieraczy i krajaczy warzyw, których nie tknęłam wedle zaleceń Armana aż do
momentu, gdy udało się je obmyć zakupioną wodą z butelki. Nawet zjedzenie
umytych w wodzie nie gotowanej z kranu warzyw, nie mówiąc o sokach i potrawach,
w których wykorzystywano nieprzegotowaną tego typu wodę z całą menażerią
bakterii, groziło kilkudniową chorobą żołądka, aż do momentu uzyskania
odporności na tutejsze bakterie. Ja miałam jednak do dyspozycji jedynie kilka
dni – choroba, która kazałaby mi zlec w łóżku nie była zupełnie zgodna z moimi
oczekiwaniami. Kilkudniowe wakacje w Pakistanie stałyby się porażką. Unikałam
więc wody jak .. ognia.
Z poziomu mezzanine, tuż
przy barierce spoglądać mogliśmy na pracujących przy grillu mężczyzn, na
jedzących posiłek na dolnym poziomie. Podano najpierw trzy metalowe miseczki z
pokrojoną w plasterki słodkawą w smaku cebulą zatopioną częściowo w delikatnie
ostrym brązowym sosie, w którym odróżnić mogłam obecność ziaren anyżku. Ten w
Pakistanie dodawano do wielu potraw, a nawet jedzono suche ziarna, w mieszance
z kolorowymi w słodkiej otoczce cukierka. Ponoć pomagały zwalczyć ból żołądka.
Pakistan i Indie nade wszystko wierzyły w moc leczniczą ziół i przypraw. Nie
bez przyczyny. Przekonałam się sama o ich skuteczności. Wkrótce podano
zamówioną miseczkę z kebabem, który w momencie przyrządzania owijany był
cieniuteńką nicią, która w trakcie jedzenia łatwo dawało się oddzielić i
usunąć. Kebab – mielone mięso wołowe – był rzeczywiście wyśmienity. Ostry, lecz
nie zbyt ostry. Delikatny w smaku. Dwie pozostałe miseczki metalowe serwowały
udka kurczaka tikka czyli mięso z grilla posmarowane ostrym sosem z
przyprawami, tak zwaną masalą, oraz szaszłyki wołowe – te już rzeczywiście
ostre, odmiennie od tikka, zbyt ostre dla mojego podniebienia; zbyt twarde
zdało mi się też szaszłykowe mięso. Nie podawano tu sztućców – może znalazłyby
się i te – na specjalne życzenie, zapewne metalowe, jak talerzyki, kubki i
dzbanek – sztućce wielokrotnego użytku, jak miało to miejsce w samolocie linii
pakistańskich. Zdecydowałam się jednak towarzyszyć Mariam i Armanowi i
sięgnęłam po gorący jeszcze wspaniale wypieczony chleb pakistański zwany naan,
pulchny i miękki. Wyborny. Z ułamka chleba należało stworzyć małą łyżeczkę,
rowek, i w jego załamanie nabierać odpowiednią ilość mięsa i sosu. Łyżkę taką
za każdym razem połykało się w całości a po chwili proces tworzenia naturalnego
sztućca zaczynało się od nowa. Mały dwuletni Saad nie chciał rozstać się wciąż
ze słodkim, jednak ogromnie twardym ciastkiem sucharkiem, który dano nam do
spróbowania na jednym ze stoisk słodyczy. Dopiero cebula w sosie odwróciła jego
uwagę od słodyczy. Sięgnął małą rączką po plasterek biało bordowej cebuli,
która rzadka jest w Polsce, i w po chwili zajadał się nią już w najlepsze. Dopiero
coca-cola którą podano w szklanej butelce z wsuniętą weń słomką całkowicie
pochłonęła uwagę dziecka. Nie uważałam za stosowne, aby dzieci piły cocacolę,
która niszczyła zęby i uzależniała jak narkotyk. Nie chciałam jednak psuć
nastroju beztroski i zabawy, co miałam zresztą do powiedzenia – skoro matka
siedziała obok i nie wyrażała swojej dezaprobaty. Po pół godzinie opuściliśmy
restauracyjkę wraz z jej zaduchem i przesyconą zapachami kuchni atmosferą, i
kontynuowaliśmy nocne zwiedzanie starutkiej dzielnicy. Co chwila odzywały się
przed i za nami natrętne dźwięki klaksonu i pokrzykiwania. O północy ruch nieco
mniejszy niż w dzień, mnie wciąż przyprawiał o zawrót głowy. Uwagę trzeba było
mieć wciąż czujną, nie dać się stratować samochodom, ustrojonym jak na odpust
kolorowym świecącym choinkowo autobusom, motocyklom starej daty w stylu komara
mojego dziadka Albina, jakich w Polsce już znaleźć nie można, wielbłądom –
tragarzom powozów i rykszom z motorkiem.
Brnęliśmy wzdłuż drogi
pasem terenu, zawalonym gruzami i piachem. Potknięcie się gwarantowane w
momencie najmniejszej nieuwagi. A tymczasem uwagę przyciągały maleńkie
sklepiki, pełne przypraw, ziaren różnego rodzaju i cacek, których przeznaczenia
nie znałam, oraz wielkie metalowe wozy-patelnie – smażalnie, pośrodku których
znajdowało się zawsze stanowisko preparatora – kucharza. Wyjmował on skądiś zza
pleców, z małego worka spichlerza, albo misy surowe nasiona, warzywa czy
słodycze i przerzucał odpowiednim narzędziem na przód swego stanowiska, gdzie
znajdowało się palenisko czy smażalnia. Kilka chwil i wybrane danie było
gotowe. W ten sposób przygotowywano smażone orzechy, owoce, słodkie ciastka,
mięso z grilla. Nieco inaczej wyglądało stanowisko sprzedawców słodyczy w
postaci wodnistej lub wodnisto-zagęstnionej. Lada podobna do sklepowej stała na
kółkach na granicy ulicy i małego wnętrza wyłożonej kafelkami jadalni, w której
zmieścić mogło się kilkanaście osób. Kafelki typu łazienkowego, białe z
niebieskim wzorem, ładnie zdobione motywem roślinnym, dwie ściany tworzyły
zacisze oddzielone od ulicy. Dwu pozostałych ścian nie było. Kafelki dawały
wrażenie czystości – twierdził Arman – zauważyłam, że również w restauracjach
Emiratów Arabskich bardzo często wykorzystywano ten pomysł – łatwe w
utrzymaniu, szybko przywracano im pierwotną czystość. Na mnie jednak mimo
wszystko sprawiały wrażenie zimne i niemiłe – przywoływałam w myślach mimo woli
atmosferę szpitalu i .. łazienek. Jaka szkoda, że nie udało mi się do dziś
odwiedzić Portugalii... Czyż nie stamtąd pochodzą słynne kafelki,
biało-niebieskie, oryginalne, będące charakterystycznym elementem tego kraju,
podobno zwłaszcza jego stolicy. Może wówczas moje wrażenie nie byłoby tak
negatywne i gwałtowne.
Słodkie desery sprzedawały
dwie osoby z trzech mis, pełnych zastygłej mazi w kolorze białym i beżowym.
Mazia wbrew mało zachęcającej nazwie, którą jej nadałam była smakowita i
kusząca. Deser w biało-kremowym kolorze podawał starszy pan z siwą brodą, w
okularach o bystrym i inteligentnym spojrzeniu. Jego ubranie tradycyjne,
shelvar kamiz czyli dluga koszula z rozcięciami po bokach i luźne bufiaste
ściąganie sznurkiem spodnie brudne było niesamowicie od pracy przy słodyczach,
od kurzu przylegającej ulicy. Starzec zyskał w ustach Armana miano
Pakistańskiego milionera. Mówimy o rupiach, wciąż o rupiach.. Był on rupiowym
milionerem, co mimo wszystko zyskiwało mu uznanie w moich oczach. Ten
zapracowany człowiek, który o pierwszej nad ranem wciąż doglądał biznesu, co
więcej, sam własnoręcznie zajmował się sprzedażą swojego słodkiego produktu –
papki ze sproszkowanego mleka oraz drugiej papki podobnież z mleka, jednak o
smaku migdałów i pistacji, gęstszej i słodszej. Słodycze wyrabiane z mleka są
najpopularniejsze w Pakistanie, a właściwie mleko jest niemal zawsze
podstawowym ich składnikiem. Mleko. Przewożone w bańkach, przypominających
zgoła polskie starodawne dziś być może używane jeszcze na wsiach, mleko
rozwożone wozami zaprzężonymi w wielbłądy, osły lub ludzi; mleko świeżo każdego
ranka od krowy kozy lub wielbłąda, dowożone do sklepików i sprzedawane w
kartonowych pudełkach, albo dowożone bezpośrednio pod drzwi domostw co
bogatszych obywateli; mleko, z którego zbierano śmietankę i tę jedzono jak
smakowite smarowidło zamiast masła, z tostami, z miodem; mleko, z którego wyrabiano
naturalny bez dodatków jogurt, a tym zajadano się jak najlepszym w świecie
deserem. I niepoliczone mnóstwo rzeczywistych deserów, ciastek ciast i
apetycznych papek wyczarowywano z mleka z przyprawami barwnikami i dodatkami w
postaci bakalii. Nie on jeden staruszek milioner swoich milionów dorobił się
dzięki słodkościom. To była mniemana dzielnica milionerów, co kilka metrów
wskazywał mi Arman innego zapracowanego człowieka, który jedynie inteligencją
spojrzenia i szlachetnością rysów pozwalał uwierzyć, że może być on w istocie
posiadaczem bogactw, o jakich wielu śni. Pracoholicy. Zamiast budować domy,
kupować samochody, zamiast opuścić państwo utrapienia, biedy i korupcji, oni
wciąż stoją w pyle przydrożnym, każdy przy własnym straganie. O ich świetności
świadczą kamienice nieopodal, fantazyjne balkony i falbanki ozdobne, jest to
jednak świetność miniona. Ci właściciele kamienic nie starają się ich
restaurować, malować odnawiać. Nikt nie próbuje naprawiać i uprzątać dróg
dojazdowych, i głównej wielkiej ruchliwej komercjalnej alei zwanej Burns
Street. Nikt nie naprawia działającej wciąż przecież poplątanej pajęczyny kabli
elektrycznych zawieszonych jakby ręką artysty, fantazyjnie, na czubku słupów
betonowych. Ci ludzi żyją tak jak żyli niegdyś, pieniądze nie zmieniły ich
stylu życia. Pytanie dlaczego.. Pakistan nie toleruje managerów – jest
odwieczną odpowiedzią Armana. Nie istnieje możliwość powierzenia biznesu
lojalnemu pracownikowi. Nie istnieje możliwość odpoczynku dla
milionerów-sprzedawców w brudnym odzieniu. Nie ufają nikomu. Najlepszym
odpoczynkiem i rozrywką jest praca. Druga możliwa odpowiedź – Pakistan, państwo
policyjne i państwo pełne niebezpieczeństw, korupcji, państwo o wysokim
wskaźniku przestępczości nie pozwala aby bogaci ujawnili się jako bogaci, bez
ryzyka utraty dóbr nabytych. Potwierdza to przypadek rodziny Armana, która
posiada znaczną ilość pojazdów czterokołowych, każdy z nich jest jednak
zdezelowany stary i niepozorny. No possibility to show off. Stary ogromny
wygodny dom mieszczący kilkupokoleniową rodzinę chroniony jest w dzień i w nocy
przez czujniejszego niż system alarmowy strażnika, o wyglądzie przywołującym na
myśl tak licznych w mieście uzbrojonych żołnierzy w wojennych mundurach khaki.
Milioner w brudnym
odzieniu podał nam kolejną porcję słodkiej masy z bakaliami umieszczonej
fantazyjnie w dwu złożonych razem jak muszelki i zawiązanych nicią glinianych
miseczkach. Otworzyć trzeba było zawiniątko, opróżnić obie miseczki i wyrzucić
glinianki. Ja jednak, na przekór zdziwionym spojrzeniom obserwatorów schowałam
gliniane naczynia jednorazowego użytku do torebki. Staną się świetną podstawką
na świeczkę, albo kadzidełko – myślałam. Świetny prezent. Jeszcze jeden
oryginalny prezent dla jeszcze jednej oryginalnej koleżanki.
O podróży powrotnej myślałam jednak z
przerażeniem. W cudowny i nienaganny sposób miałam przetransportować do Polski
wszystkie moje kruche cacka, moje trofea i zdobycze upolowane na pakistańskich
straganach. W istocie, moje obawy okazały się realne. Dziś, już w Berlinie,
oglądać mogę straty spowodowane niedelikatnością tragarzy i obsługi lotniska,
oraz naturalnymi warunkami podróży. Jedynie to, co chytrze udało mi się
umieścić w podręcznym bagażu, który znacznie cięższy był niż przewidywały to
przepisy, pozostało jak do tej pory w stanie nienaruszonym. Czekała mnie
jeszcze podróż pociągiem do Warszawy...
Oni i coś na ząb
... dobrze gdy kuchnię i sypialnię dzielą tylko dwa kroki
dobrze jest nawet gdy mamy dwa w jednym
dobrze gdy na chwilę łóżko staje się stołem a stół łóżkiem
...źle gdy w kuchni zabraknie czułej i delikatnej ręki kucharza
źle gdy w sypialni zabraknie ciepła i pikantności
1 - kawa po
turecku
Ot, zrobiłam sobie dziś poranną
kawę, jak co dzień, i pomyślałam o nim. Pamiętałam te kilka dni, które spędziliśmy
razem w Turcji, na południowo zachodnim jej krańcu, w mieście No Name, w
mieście bez nazwy już w tej chwili, bo nie potrafię jej przywołać w pamięci.
Wciąż widzę jednak ten śmieszny mały domek z wejściem od podwórza, furtką od
frontu i wąskim chodnikiem wzdłuż ściany zarośniętej wspaniale pachnącą rośliną
pnącą o różowych kwiatach. I widzę mieszkanie dwupokojowe i kącik kuchenny, i
sylwetkę Aytekina od tyłu, barczystą i wysoką i jego dłonie w momencie, gdy
bierze delikatnie maleńki dzbanuszek o srebrnym kolorze, chwyta za długi
uchwyt, nalewa wody i stawia na gazie małej kuchenki gazowej. Potem otwiera
puszkę z kawą – jej zapach już wówczas wyczuwam i sprawia on, że czuję się
błogo i spokojnie. Aytekin wsypuje dwie łyżeczki czubate do wody w czajniczku i
odwraca się w końcu do mnie, uśmiecha i siada obok na kanapie.
Nie pamiętam, aby kiedykolwiek
wykipiała mu przygotowywana ze czcią kawa po turecku. Jej niewielka ilość,
która po nalaniu mieściła się w specjalnie przygotowanej malutkiej filiżance, zbyt
cenna była, by mogła się wylać podczas parzenia. W jakiś cudowny dla mnie
sposób zawsze wiedział kiedy jest gotowa i zaczyna wrzeć. Sztuka, której ja do
dziś nie mogę opanować, być może dlatego, że nie poświęcam jej tyle uwagi co
Aytekin, być może dlatego, że pozostawiam ją samotnie w kuchni gotującą się po
turecku w podobnym małym dzbanuszku i wykonuję milion różnych porannych
czynności w dalszych rejonach mieszkania. Nie siadam zaś i nie słucham odgłosu
gotującej się czarnej mikstury.
Dziś nadaję mojej kawie smak
odrobinę arabski, dolewam do niej mleka z puszki z dodatkiem kardamonu, jakiego
bodaj nie znajdzie nikt tu w polskich sklepach. Wówczas tamtej zimy roku 2000,
w grudniu piliśmy naszą kawę bez mleka. Była mocna i aromatyczna. Przyrządzał
ją przecież mój przyjaciel, mój turecki kochanek. Tylko kilka chwil trwało
rozkoszowanie się kawą. Wstawaliśmy późno. Dochodziła zwykle dziesiąta. Za
oknem słońce. I naturalne tu na południu początki wiosny. Jego jednak otaczały
nieprzerwanie bezsłoneczne, melancholijne i depresyjne nastroje. Zdawało mi
się, że już o dziesiątej słońce zbliża się ku przeciwległej stronie horyzontu,
i zachodzi. Muzyka Beethovena, głęboka i nostalgiczna. Sonata księżycowa,
której dźwięki rozbrzmiewały nie tylko nocą, ale i o poranku. To ona płoszyła
słońce i mój uśmiech – myślałam. To ona powiększała moje przerażenie, gdy
Aytekin sięgał po kolejny już kieliszek wódki, którą otwierał raniutko, jeszcze
zanim otworzyłam oczy.
Po raz ostatni piliśmy jego kawę
po turecku tuż po nowym roku. 2001 rozpoczął się niespokojnie. Gdzieś w jednym
z kawiarno-barów tego miasteczka bez nazwy w górach nad brzegiem morza, gdzieś
hen za Izmirem. Atmosfera przypominała hulanki la feria francuskiego południa.
Byłam szczęśliwa, byłam zakochana. Widziałam tylko jego oczy, ciemne,
fascynujące i nieustannie smutne, trochę nieobecne – odpowiednia ilość używek,
papierosów i alkoholu nie mogła pozostać bez wpływu. Czułam jego dotyk – nie
zawsze delikatny, zawsze męski. Czułam podniecenie, gdy wodził palcami po moich
plecach, gdy gładził moje dłonie. Wówczas jednak, w tamtym zatłoczonym barze,
poczułam jak tracę kontrolę nad jego wzrokiem ustami dotykiem. Chciałam wracać,
wracać! W środku sylwestrowej nocy chciałam znaleźć się wreszcie z powrotem w
domu, choćby w tym maleńkim letniskowym domku, gdzie nie istniał żaden system
ogrzewania poza małym piecykiem nad którym grzałam zwykle ręce. Chciałam się
tam schować. Wejść do łóżka. Napić się kawy…
Wracaliśmy. Siadałam obok
kierowcy, który nie mógł się utrzymać na nogach, był jednak w stanie prowadzić
swój wehikuł. Nie padło ani jedno słowo. W ciszy weszliśmy do domu. Szczęk
klucza i trzask drzwi. Po chwili zbliżenie bez słów i dźwięków. Rozpaczliwe i
ciche. Relaksujące. Czekaliśmy na to oboje. Jak na kolejną dawkę narkotyku –
dla niego i dla mnie jednakowo niezbędną.
Leżałam na wznak z otwartymi
oczami, czekając aż zapadnie w głęboki sen. Wówczas wstałam i wyszłam z
sypialni. Rozejrzałam się niepewnie szukając wzrokiem srebrnego naczynia. Jest.
Całą operację wykonałam na podobieństwo tej, którą obserwowałam od tylu dni w
wykonaniu Aytekina. Kilka chwil oczekiwania. Mogłam wreszcie ogrzać dłonie i
stopy w cieple elektrycznego piecyka. Łowiłam w poranno-nocnej ciszy każdy
dźwięk. To był jedyny poranek, pierwszy i ostatni, gdy kawa mi nie wykipiała.
2 – chai
Chai, tak jak zapisują go
Pakistańczycy po angielsku, przywołuje na myśl skojarzenia z językiem rosyjskim
– częściowo słusznie. Chodzi przecież o herbatę. Nie jestem znawcą zdaje mi się
jednak, że nalewana w filiżanki z ogromnego samowara rosyjska herbata posiada
odmienną od pakistańskiej recepturę. Najbardziej zbliża się w smaku do mikstury
popołudniowej w Anglii. 5 o’clock – tea time to moment spożywania czarnej
herbaty z dodatkiem mleka i ewentualnie cukru , wedle upodobań indywidualnych.
Chai jednak w swoich odmianach posiada ten sam podstawowy element przepisu –
czarną herbatę i mleko.
Pamiętam pierwsze chwile naszej
wspólnej obecności w Atmore Alabama America. Arman uczył mnie przyrządzania
swojej ulubionej herbaty, bez której nie mógł minąć dzień, której brak
spowodowałby bóle głowy i chroniczne zmęczenie. Patrzyłam więc jak bierze mały
rondelek – potem był to już mały dzbanuszek taki, w jakim gotować można również
kawę po turecku – nalewa wody, stawia na gazie i wsypuje jedną łyżeczkę na
jedną szklankę wody liściastej mieszanki mocnej herbaty indyjskiej
przygotowanej wcześniej przez Mariam. Gotująca się herbata staje się jeszcze
mocniejsza w smaku. W momencie wrzenia dolać można odrobinę mleka, poczekać
minutę i zestawić z gazu. Po chwili nalać i podawać i pić. Arman lubił dodawać
płaską łyżeczkę cukru. Ja wolałam smak bezcukrowej. W rozmowie z Mariam, jego
pierwszą żoną, odkryłam jednak sprytniejszy choć bardziej pracochłonny sposób
przygotowania chai’u. Chodziło o kulminację i o mleko. Trzeba było w kubku
przeznaczonym dla Armana podgrzać kilka centymetrów mleka – podgrzać w
mikrofalówce. Podgrzać nie zagotować, a do niego dolać wrzący napar herbaciany.
Nie powstawały wówczas nieapetyczne kożuchy, których obecności oboje z Armanem
nie znosiliśmy.
Spojrzałam w okno. W Polsce już
kwiecień wiosna i niedziela palmowa, dzwony biją i ludzie ciągną do pobliskiego
kościoła. Wypiłam już moją poranną kawę, za sobą mam poranne pisanie. Dwunasta,
a ja wciąż siedzę przy niedzielnym przedłużającym się śniadaniu. Obok, po
drugiej stronie stołu – przyjaciel, mężczyzna, w pewnym sensie “mój”, zajęty
stukaniem w klawisze mojego laptopa. A jednak moje myśli biegną ku Armanowi. I
rozchodzą się ich drogi na rozdrożu, jedne biegną ku Ameryce i tym latom, które
spędziliśmy tam razem, gdzie on obecny jest tylko jako duch i wspomnienie, inne
dosięgają go w Pakistanie – może i on pomyślał teraz właśnie o mnie..
Dlaczego tak bardzo tęsknię. Za
nim, za tym czajem prawidłowo przyrządzonym w USA, gdzie azjatyckie sklepiki
dostarczały najwymyślniejszych potraw, mikstur-herbat i przypraw świata. I
tęsknię za Pakistanem, który odwiedziłam niedawno i za tą herbatą, która często
miała smak południowy hinduski, pod wpływem dodatków – pieprzu, chilli, imbiru,
goździków i cynamonu. Tęsknię trochę bezradnie. Słyszę jak prędko zaczyna mi
bić serce, gdy usłyszy, o czym myślą moje myśli. - Przecież rozstaliśmy się,
uspokój się. Czyż nie wystarczy ci do życia jego zdjęcie, które dawno już
powinnaś była wyrzucić, wasze wspomnienia i ta niepowtarzalna receptura na
niepowtarzalną herbatę? Wstaję więc bez przekonania, wstawiam wodę w czerwonym
czajniku i zalewam nią za chwilę torebkę mocnego Liptona. Dwa centymetry od
brzegu kubka – przestrzeń oczekująca na mleko – zimne prosto z lodówki. Ot tak.
Mój chai jak moje życie, stał się prostszy szybszy i gorszy w smaku, i bardziej
żałosny.
Czyżby?
3 - M jak mężczyzna i ryba
Nie przepadam za przyrządzaniem
ryb. Ich smak bywa jednak zadziwiająco dobry, zwłaszcza smak tych rybich
wynalazków, jakie miałam okazję jeść w krajach frankofońskich – flądra w sosie
śmietanowym z kaparami w Normandii, niezidentyfikowany okaz rybi w Szwajcarii w
restauracji przydrożnej niedaleko Genewy smażony z dodatkiem migdałów podany z
kopiastą górką specyficznie krojonych i przygotowanych frytek o cieniutkiej
strukturze, które na talerzu tworzyły wiązkę chrustu, tak kruche były i
splątane. Smakowały jednak wybornie. Doskonałą rybę oceaniczną jadłam również
ostatnio, przed dwoma tygodniami, w wytwornej restauracji serwującej ryby i
owoce morza w Dubaju. Danie z grilla, ryba sama w sobie –cały wielki okaz dla
dwu przeznaczony osób – podana wraz z talerzem świeżych warzyw: liście szczawiu
obok grubych łodyżek szczypioru, plasterków cebuli, pomidorów i ćwiartek
rzodkiewki. Te frykasy w towarzystwie mężczyzny, z którym niedawno się
rozstałam jak i te, które konsumowałam kilka ładnych lat temu pozostawiły po
sobie już tylko wspomnienie boskiego smaku, bez zachowania ostrości szczegółów,
sytuacji i okoliczności posiłku. Odchodzą więc w cień i w dal wobec
intensywnych jeszcze, zabawnych i prozaicznych wspomnień polskiej kostki
fileta, którą zjadaliśmy łapczywie w mieszkaniu wysokiego sąsiada, bruneta o
ciemnych oczach – mężczyzny o imieniu z początkową literą szalenie męską – M.
Zbliżał się wieczór, ściemniało
się za oknem. Śledziłam wzrokiem zachodzące słońce stojąc zwrócona w kierunku
okna w maleńkiej kuchni, która pozwalała jedynie na zachowanie pozycji
wertykalnej nieruchomej lub wertykalnej w ruchu. Pozostawałam nieporuszona
przez kilka długich minut śledząc uważnie nieznaczny ruch słońca, jego
przygasanie i skrzydła wron na jego powierzchni. Wkrótce usłyszałam za plecami
gromki głos M. Drgnęłam wytrącona ze stanu apatii i zapatrzenia. Odsunęłam się od
lodówki, która stała tuż przy oknie i z której planował coś wyjąć. Wyjął z
zamrażarki. Rybę. To były krajowe filety nieokreślonego gatunku ryby. Może był
to halibut, który wyglądał jak zmielona mieszanka wszystkich innych ryb.
Niewiele wiedziałam o przyrządzaniu filetów – nie licząc przepisu, jaki znałam
na rybę po grecku, który nie pochodzi w istocie od Greków, oraz receptury na
rybę pakistańską maczaną w surowym jajku i smażoną w głębokim oleju.
-Może usmażyłabyś mi rybę… Moja
ex ją zostawiła, leży już od dłuższego czasu. Nie wiem jaki jest okres
przydatności ryb mrożonych..
Ja też nie wiedziałam. Dla
bezpieczeństwa postanowiliśmy ją więc rozmrozić, upichcić i delikatnie najpierw
próbując, zjeść. Procedura rozpoczęła się w momencie gdy poczułam się zobowiązana
stanąć na wysokości zadania i przyrządzić rybę smażoną a la polacca, a la
Joanna. Należało najpierw rozmrozić – tak nakazywał rozsądek i logika. W USA
włożyłabym rybkę w kostkach do mikrofalówki i nastawiłabym na powolne
rozmrażanie. Po kilku chwilach wyjęłabym ją, połowicznie rozmrożoną, z wierzchu
już ugotowaną, w środku surową i wciąż zmrożoną. Tu jednak nie było
mikrofalówki, której mój sąsiad M. był zdecydowanym przeciwnikiem.
Zniecierpliwiona więc kucharka jak i stojący za nią z burczącym żołądkiem
przyjaciel, postanowili obtoczyć w mące twardawe rybie mięsko i wrzucić na
patelnię, na płytki olej, na mały ogień.
-Cóż to za patelnia! Powinniśmy
byli skoczyć po moją za ścianę – biadoliłam, widząc, że rybki zaczynają się
przypalać i popuszczać wodę, która wprowadziła mąkę w stan rozciapciania.
Dwadzieścia minut smażenia – efekt – przypalone z obu stron lecz nie surowe już
rybki w rozpadające się kwadraty wrzuciliśmy na dwa talerze i zjedliśmy z
apetytem w towarzystwie ryżu.
- Nie były złe, nieprawda?
Istotnie, nie były złe –
skwitowaliśmy zgodnie, uświadamiając sobie, ,że żadne z nas nie pomyślało aby
wcześniej delikatnie filet nadgryźć, smak przetestować.
- Cóż – powiedział na koniec M. z
tajemniczym i ironicznym uśmiechem – Nie śmierdziało. A efekty poznamy dziś w
nocy. Najdalej jutro.
4 - Le croutons
Uwielbiał je. Przyrządzone na
oleju z oliwek w panierce z ziół prowansalskich, które wspanialszy miały smak i
aromat niż te mieszanki, które zakupić można było w Polsce. A ja uwielbiałam
pasjami przyrządzać je dla niego. On to Patryk, a właściwie Patrick. Mój
kochany przed kilku laty mężczyzna. Mężczyzna sprzed wielkiego wybuchu, sprzed
trzęsienia ziemi, tornada, katastrofy. Sprzed naszego zerwania.
Patrick
był uroczym człowiekiem. Trzydziestopięciolatek Starszy ode mnie o jedenaście
lat mimo wszystko tchnął tak wielkim entuzjazmem, energią i radością życia, że
ta różnica wieku rzeczywiście zdawała się niewidoczna, nieistniejąca,
nieistotna. Aż do momentu rozstania czasowego z Francją, Południem i
Patrickiem. Musiałam po rocznym pobycie w tym czarodziejskim kraju, za którym
teraz nieustannie chronicznie tęsknię, wyjechać, skończyć studia na
warszawskiej Polonistyce. Rozdzieliła nas niezliczona dla mnie ilość
kilometrów. Jako polonistka i humanistka już dawno ignorowałam cyfry i ich
logiczno-praktyczną wartość. Internet nas łączył wirtualnie. Internet nie
pozwolił mi jednak zachować wiernie w pamięci wzroku piwnych oczu Patricka,
które potem widziałam już jedynie we wspomnieniach, zasnute mgiełką złości,
odgradzające się ode mnie warstwą smutku, przez którą nie potrafiłam się
przebić. Po raz ostatni widzieliśmy się w roku dwutysięcznym podczas mojej
wizyty w Lille. Pewnego weekendu wsiadłam do TGV, dotarłam do Paryża i
skierowałam się na południe, do Nimes.
Wiedział,
że przyjeżdżam. Wiedział, że chcę odzyskać przewiezione tu dawno temu moje
drobiazgi, ubrania, książki i płyty. Czekał. Mały dworzec kolejowy nie był
szczególnie zatłoczony. Po zejściu z peronu na parterze na poziomie ulicy
poczułam zapach bagietek i słodkich croissantów, dochodzący z pobliskiej
piekarni - boulangerie. Jakże ja uwielbiałam smak i zapach francuskiego
pieczywa. Te niepowtarzalne, nie do podrobienia nawet we francuskich
boulangerie innych krajów croissanty o naturalnym smaku masła, nadziewane
czekoladą, croissanty obsypane migdałami i orzechami, croissanty, które
rozpływały się w ustach kruszyły i delikatnie ciągnęły w miarę jak rozrywało
się zwinięte ciasto zębami.
Patrick udawał, że się gniewa,
nie potrafił jednak ukryć radości, która wyrażała się sposobie w jaki mówił, w
jego gwałtownych chaotycznych ruchach i podekscytowanym tonie głosu. Z
pośpiechem odebrał ode mnie walizkę na kółkach, którą mogłam właściwie ciągnąć
sama, tak była wygodna i lekka. Poczułam jednak przypływ czułości dla jego
szarmanckich zachowań, o których zdążyłam już zapomnieć w ciągu tych kilkunastu
miesięcy obecności nie-wspólnej. Po piętnastu minutach otworzył przede mną
drzwi mieszkania, nowego już, większego, po przeprowadzce piętro wyżej. Dwa gustownie
choć prosto urządzone pokoje oraz kuchnia dwa na dwa, w sam raz, z oknem
wychodzącym na ulicę Richelieu. Po prawej stronie stół, po lewej ciąg
kuchennych szafek i sprzętów. Mój wzrok zatrzymała zgrabna kuchenka, którą
Patrick nabył zapewne niedawno – zakup dla potrzeb dużej wygodnej kuchni.
Możliwość pichcenia na gazie, no no! Z niechęcią wspominałam elektryczne
fajerki w starej kawalerce , która dysponowała jedynie wnęką kuchenną. Nie
zastanawiając się wiele, słysząc, że Patrick zajął się oglądaniem telewizji,
zajrzałam do chlebaka i zgodnie z przypuszczeniem dostrzegłam tam kilka
zeschłych kromek tostowych oraz pół na-wpół suchego chleba wiejskiego.
Pamiętam, że zaczął kupować ten wypieczony, jakby nadmuchany mięciutki jak
bułka w momencie pierwszej świeżości pain de campagne. Ten, który leżał przed
mną dodatkowo kusił fanatyków zdrowej żywności ziarenkami słonecznika. Niewiele
myśląc zaczęłam kroić chleb na kromki i dalej w paseczki na jeden centymetr i w
końcu wszystko w kosteczki. Na ogniu podgrzewała się już oliwa z oliwek na dnie
głębokiej patelni z przykrywką. Wrzuciłam na patelnię kostki chleba i tostów,
po sam brzeg. Wiedziałam, że za chwilę przesycone olejem zmniejszą swoją
objętość. Zaskwierczało. Wyciągnęłam z szuflady drewnianą łyżkę i mieszałam
pomagając sobie palcami, tak aby olej mniej więcej równo dotarł do kostek
chleba. Wsypałam hojnie garść ziół prowansalskich, potem jeszcze odrobinę
bazylii suszonej, odrobinę soli. Mieszałam wszystko nieustannie nie pozwalając
kwadracikom na nadmierne przypalenie. Mały ogień. Wszystko tak jak trzeba, tak
jak dawniej. Aromat chleba i ziół prowansalskich i czosnku w proszku i w
ząbkach zwabił do kuchni Patricka. Nie zauważyłam kiedy stanął w drzwiach. Nie
wiedziałam jak długo przypatrywał się mojemu kucharzeniu – gdy odezwał się,
drgnęłam przestraszona dźwiękiem jego głosu. Pobrzmiewało w nim jednak
zadowolenie i coś, czego nie chciałam nazwać nawet w duchu, by nie przywoływać
wspomnień, by nie pozwolić sobie na rozczulenie, którego żadne z nas nie przyjęłoby
bezboleśnie. Uśmiechnęłam się więc tylko słysząc – hmm, widzę, że
przygotowujesz naszą ...
Wyjęłam zupę grzybową,
pieczarkową – niewielu Francuzów wie o istnieniu innych jeszcze grzybów
jadalnych – i po chwili proszek gotował się już i rozpuszczał w wodzie a my z
niecierpliwością czekaliśmy aby usiąść przy szerokim stole z czarką zupy i
zacząć zajadać się nią wrzucając na jej powierzchnię garść kostek obtoczonych
ziołami i apetycznie delikatnie nie-przypalonych a przysmażonych. Nie
zauważyliśmy nawet kiedy pochłonięci byliśmy już dyskusją o ostatnio widzianych
filmach, odkrytej muzyce i ostatnio kupionych płytach, o książkach ulubionej
Patricka serii historycznej i o moich pasjach pisarskich. Wiedzieliśmy, że ta
chwila pełna radości i spontaniczności będzie trwała nie dłużej zapewne niż
czas spożywania zupy. Wiedzieliśmy jednak i to, że jest cenna a wszystko to co
poza nią, co nastąpić miało mogło musiało później nie było dla nas w owej
chwili istotne.
5 - Kuskus nie - winogrona tak
Był
Marokańczykiem a jednak nigdy nie zaprosił mnie do jednej z wielu we Francji
tradycyjnych restauracji i barów na równie tradycyjny kuskus, albo raczej
couscous. Był Marokańczykiem a jednak nie wiedziałam w czym wyraża się jego
marokańskość. Miał czarne włosy krótko strzyżone i bardzo ciemne oczy, smagłą
ciemną cerę, typową dla Arabów. Ileż razy obiecywał mi, że zabierze do swojego
kraju w którym wszystko było marokańskie, że pozna mnie ze swoją marokańską
rodziną i będziemy mogli bywać tam nieskończenie często, mieszkać jednak wolałby
we Francji, ze mną, swoją poślubioną Polką. Nie potrafiłam sobie wyobrazić
samej siebie gotującej couscous, siebie jako żony Marokańczyka, z którym nie
łączyło mnie właściwie żadne uczucie poza przywiązaniem i swojego rodzaju
nieokreślonym “lubieniem”. Był pierwszym mężczyzną, który dał się poznać w
pełni jako mężczyzna. Był delikatny i czuły, a jednak, o paradoksie nie
potrafię przypomnieć sobie zupełnie intymnych szczegółów naszych spotkań
wieczornych kochanków. Zupełnie jakby były to tak niemiłe wspomnienia, że aby
żyć w zgodzie z sobą samą zepchnąć musiałam je freudowsko na samo dno
podświadomości. Jest jednak kilka chwil, które istotnie pamiętam, które krótkie
jak mgnienie powieki odtwarzane są jednak w mojej pamięci gdy staram się je
przywołać.
To
był piękny wiosenny dzień na południu Francji. Ahmed czekał już na rogu ulicy
Trenet, pośród willi z basenami zasłoniętych do połowy przez ogrodzenia ułożone
chaotycznie z dużych wapiennych głazów pomiędzy których szczelinami wyrastały
wszędobylskie kaktusy. Mały samochód – zniszczony peugeot w granacie odrapanego
lakieru znajomy był mi już od kilku miesięcy. Zawsze umawialiśmy się tu, na
rogu, na rozstaju dróg, tu, gdzie prosto wiodła droga do stadniny koni, w lewo
w kierunku garrigue, typowej prowansalskiej łąki, w prawo w dół asfaltem na
oddalony o jaki kilometr przystanek autobusowy. Wsiadłam nieco naburmuszona do
samochodu, nie potrafiłam wzbudzić uśmiechu na widok tego mężczyzny.
Podniecenie pierwszych tygodni minęło. Nie fascynowała już jego kultura, której
nie potrafił przybliżyć mi i opisać. Nie fascynował i on sam, którego sztuczny
francuski akcent denerwował, a brak obycia, wyższego wykształcenia i
podstawowej wiedzy o kulturze, niecierpliwił i wprowadzał w stan rezygnacji. W
miarę jak rozmawialiśmy jednak rozchmurzałam się – okazywał mi tak żywe i
szczere zainteresowanie, że nie sposób było nie chwycić przynęty i nie nadziać
się na haczyk “zrozumienia i akceptacji dla kobiecych problemów”; zawsze pytał
z zaciekawieniem co interesującego wydarzyło się w moim życiu w czasie naszego
rozstania, kogo spotkałam, jakie filmy obejrzałam, jednocześnie gładził prawą
ręką, która zwykle spoczywała na drążku biegów, moją lewą dłoń, moje lewe
kolano. Z westchnieniem ulgi rozluźniałam się i myślałam o tym jak dobrze jest
mieć kogoś kto zapatrzony we mnie bezgranicznie, kto kocha lubi szanuje, kto
zabierać będzie zawsze na przejażdżki po okolicy. Z kim można choćby bez cienia
przyjemności uprawiać seks, wiedząc, że będzie to okazja do wielokrotnego
przytulania się, pieszczot i komplementów. Kogoś, z kim będę mogła przeżyć
jedną z pierwszych jedną z ciekawszych przygód seksualnych jakie przydarzyły mi
się kiedykolwiek...
Samochód
śmigał autostradą w kierunku Arles, w okolicach którego Ahmed wynajmował
gdzieś, nie wiedziałam dokładnie gdzie, kąt sypialny. Nigdy nie zgodził się
mnie tamże zaprosić, twierdząc, że to miejsce nie było odpowiednie dla moich
oczu przyzwyczajeń i wychowania. Nie dociekałam. Nie pytałam więcej.
Spotykaliśmy się zawsze w plenerze. Tym razem jednak było to miejsce
szczególne. Sięgające po sam horyzont hektary winnic, których wnętrze rzadko
grodzone rzadko strzeżone bywało przestrzenią nieznaną i obcą na podobieństwo
labiryntu. Krzewy winne nie rosły wysoko, nie bywały sadzone gęsto. Rosła ich tam
jednak niezliczona ilość, niektóre w pobliżu lasu, w pobliżu łąk i płynącej
tamtędy wąskiej rzeczki bez nazwy. Peugeot wjechał ostrożnie pomiędzy pierwsze
krzewy i drzewa liściaste rosnące na brzegu wody. Stanął i ucichł. Ręka Ahmeda
powędrowała dalej w kierunku mojego prawego kolana. Poczułam dotyk ust na moim
policzku, szyi, dekolcie. Wyjdźmy na zewnątrz – spójrz jak tu pięknie –
zawołałam przerywając brutalnie pierwsze pieszczoty, na które nagle nie miałam
już ochoty. Wolałam zwiedzić winnicę, dotknąć palcami zaczątków winogron,
poczuć gorzki smak tych, które już zdążyły się wykluć na brzegu brunatnej
gałązki. Posłusznie wyszedł za mną z samochodu i dreptał krok w krok dotykając
jedynie żebrzącym ruchem zwiewnego materiału mojego ubrania, spoglądając żarłocznie
na moje nagie plecy bladoniebiesko białej sukienki na szelki i ramiączka. Po
pięciu minutach miałam już w garści kilka kulek dość dojrzałych winogron, które
i tak gorzki winny musiały mieć smak, na wino przeznaczone nie zaś do spożycia
na surowo. Obejrzałam się i figlarnie pokazałam mu w zębach kulkę winogrona.
Nie zdążyłam jej ugryźć i połknąć, gdy poczułam jak chwyta mnie
zniecierpliwiony wpół, bierze na ręce i w pośpiechu spragniony białego ciała
kieruje się w stronę samochodu. Jedna alejka, druga, drzewa i rzeczka. Szybko
szybko. Już stałam tyłem do samochodu i czułam jak napiera na mnie i nie
pozwala uciec jego ciało, jak dziwnie delikatnie dotykają ust jego usta. Rząd
guzików na długość sukienki zdawał się płochą zabawą, podniecającą dla niego i
dla mnie. Nie wiedziałam kiedy dotarliśmy do dołu sukienki, do końca, kiedy
sięgnęliśmy trawy, kiedy dostrzegłam jak wirują już tylko roztańczone rzędy
krzewów winnych i drzew.
Tamto
popołudnie jest jedynym, które spośród naszych wspólnie spędzonych dni
pamiętam. Zawdzięczam to, jestem pewna, winnym krzewom, winogronom, drzewom i
trawie. I tej niebiesko białej sukience. Nie noszę jej już dziś. Nie myślę o
Ahmedzie. Nie często pijam wino. Po winogrona lubię sięgać. A couscous czeka na
stosowną chwilę. Jest przecież ten przepis – zdobyty nie do uwierzenia - po
angielsku w Berlinie u przyjaciółki Niemki muzułmanki.
6 – holenderskie brokuły
Holandia
jest krajem płaskim i mało interesującym topograficznie. Oko nie znajduje nic
ciekawego na czym mogłoby spocząć w łonie holenderskiej prowincji. Pominę
złośliwym milczeniem większe miasta, które zdają się mimo wszystko kameralne i
swojskie, miasta o ciekawej architekturze, miasta rzeźbione kanałami jak w
Amsterdamie, gdzie żaden zakątek nie jest dość daleko, aby dotrzeć doń na
rowerze. Ścieżki rowerowe dla rowerowców to znamię dbałości o przyrodę.
Powietrze czyste – wspaniale! Gdzież jednak jest przyroda? – jej namiastką są
parki bo lasów niewiele, zastąpiły je pola uprawne, które szeroką obejmują
połacią wspomnianą holenderską prowincję.
Znalazłam
się na początku marca pewnego roku kilka lat wstecz w jednym z małych
miasteczek Holandii, których jedynym urozmaiceniem jest stare centrum,
aleja-deptak handlowy i zabytkowy kościół, kilka kafejek coffe shopów i
restauracji. Po drodze do maleńkiego siedliska domków parterowych i
jednopiętrowych z nienagannie wytyczonymi ścieżkami i ogródkami – stacja
beznynowa Texaco, szkoła i przedszkole. Nie zauważyłam stacji kolejowej. Może
zwyczajnie jej nie zauważyłam. Może zwyczajnie jej nie było. Każdy mieszkaniec
domku posiadał garaż. Każdy posiadał samochód. Każdy dom posiadał ściany, które
zdawały się nie znać zimy, płaski dach oraz małą werandę i zamykane na jeden
zamek drzwi. Tchnęło bezpieczeństwem i zasobnością średniej półki społecznej.
Tu plasował się również mój przyjaciel internetowy – Henk. Pamiętam jak trudno
było mi zrozumieć fakt, że on, kierownik zmiany w pobliskiej fabryce mógł
zakupić spory domek piętrowy, wyposażyć go należycie we wszelkie najnowsze akcesoria
kuchenne i inne, domowe, łazienkowe, rekreacyjne.. Mógł zakupić w pełni sprawny
w pełni nowy komputer desktop czyli wierzchobiurkowy wraz z zestawem
internetowym kamerą i drukarką. A ileż lat świetlnych oddaleni byliśmy od
Holandii, skoro w Polsce ten standard życia nie był jeszcze standardem, był
luksusem, na który pozwolić sobie niewątpliwie nie mogli pracownicy fabryk.
Nawet ci, którzy dzierżyli dumnie funkcje kierowników. Henk gościł mnie
cierpliwie i przyjaźnie przez tydzień, po którego upływie wyruszyć miałam na
podbój Amsterdamskich kanałów i kofiszopów.
Henk żywił mnie typową dla
Holendrów mieszanką spożywczą, którą zakupić można było w każdym sklepie.
Jadłospis nie był skomplikowany. Holendrzy tak jak ich kraina mieli zamiłowanie
do prostoty i płaskości i braku urozmaicenia. Mięso warzywa kartofle. Kartofle
mięso warzywa. Tchnęło polskością? Nie do końca. Mięso – w formie kotleta,
pierś z kurczaka smażona bez dodatków niemalże bez przypraw niemalże bez smaku,
na maśle lub oleju. Kartofle – obrane młodej różnej wielkości, kartofle
przekrojone w połówki, ugotowane w wodzie, wyjęte w całości, przełożone w tej
postaci na talerz, spożywane z dodatkiem soli, szczyptą śladową ilością,
znikomą znikającą wypłukaną w wodzie, zerową. Soliłam więc obficie przy
konsumowaniu. Warzywa – te miały zwykle najwięcej smaku. Tego dnia wybraliśmy
brokuły. Henk wyjął z torebki już obrane i zapewne umyte. Postanowił jednak
wrzucić na chwilę pod kran. Nigdy nie za wiele ostrożności. Nigdy nigdy.. Może
woda wypłucze i ten nadmiar hormonów dzięki którym wyrosły brokuły tak wielkie,
tak okazałe zdrowe i zielone, tak bezsmakowe. Brokuły wrzucone zostały na
fajerce ostatniej do garnka; w niedużej ilości osolonej wody gotować miały się
godzinę. Nie hałasowały, nie bulgotały, nie dawały niemal żadnego zapachu.
Pozwoliły o sobie zapomnieć, gdy zajęci byliśmy zabawą w robienie filmów
komputerową kulistą kamerą z jednym okiem pośrodku głowy jak cyklop z dwoma
łapkami krótkimi jak zabawka dziecięca jak figlarne jajko wielkanocne, ozdoba
niepotrzebna, dekoracyjny kicz świątecznego stołu. W pewnym momencie doleciał
nas jednak zapach, który o wiele bardziej przypominał zapach prawdziwego
jedzenia, jakie przyrządzali ludzie w świecie położonym nieco bardziej na
wschód lub na południe – zapach spalenizny.
Zeskrobaliśmy warstwę brokułów.
Henk położył na naszych talerzach nienaganną kupkę zieloną, rzecz gotowa była
do spożycia. Wysepka brązowo jasna kurczaka, przerwa, wyżyny żółto jasne
kartofli, przerwa, zieleń i brąz spalonych słońcem pól brokułów. Pycha!
7 - Tacos
Wróciliśmy
do domu późno. Pies przywitał nas przy drzwiach i na odgłos otwieranych drzwi
pojawiła się na schodach jego matka. Uśmiechnęłam się na powitanie, nie byłam
bowiem w stanie utrzymać dłuższej i bardziej skomplikowanej komunikacji - moja
znajomość hiszpańskiego była znikoma.
Mój meksykański przyjaciel
uspokoił matkę i odesłał do łóżka, uprzedzając jednocześnie, że zamierzaliśmy
przyrządzić lekkie danie wieczorne, którego podstawą miały być tacos. Ich
zapach oraz aromat nadzienia niewątpliwie sprowadziłyby starszą kobietę o
rozbudowanym instynkcie macierzyńskim do kuchni na parterze. Tymczasem Pablo
wolał sam na sam ze mną w roli adoratorki i muzy przyrządzać wyśmienite swoje
tacos. Usiadłam więc po drugiej stronie małego baru, który oddzielał kuchnię od
salonu, tak by z dystansu śledzić poczynania mojego meksykańskiego kucharza.
Obserwowałam jak biegle radził sobie z pożywieniem zgrabnymi dłońmi o długich palcach.
Był typowym młodym Meksykańczykiem, śniadym, o ciemnych oczach i kruczoczarnych
włosach, nieco zarozumiałym, pełnym wigoru i zawsze wesołym. Nie starał się on
przekonać mnie, że potrafi piec doskonałe tortillas i tacos, wykorzystując do
tego składniki podstawowe takie jak mąka woda sól i proszek do pieczenia.
Otworzył za to lodówkę i wyjął paczkę zamrożonych, maleńkich tacos, których
wielkość nie przekraczała wielkości dłoni – około sześciu centymetrów w
średnicy. Po wyjęciu, maleńkie placuszki robiły się miękkie i mokre. Dlaczego
wyobraziłam sobie, że tacos to okrągłe wypieczone placki, które złożone w pół
chrupiące są i kruche jak chipsy. Jedynymi tacos jakie jadłam do tej pory były
te serwowane przez taco bell w Polsce, burrito były zaś podobną lecz miękką
tortillową odmianą placków z nadzieniem. Nigdy nie odwiedziłam żadnej
meksykańskiej restauracji w Europie, nie miałam okazji poznać meksykańskiej
kuchni z prawdziwego zdarzenia.
Odmrożone tacos należało położyć
na patelni i przypiec odrobinę, osuszyć z wody a potem pośrodku, w rowek jaki
tworzyły po zgięciu w pół ułożyć plasterki czy kawałki mięsa – mój kucharz
osobisty dysponował mięsem indyczym, kaczym oraz krewetkami, które posiadały w
meksykańskim hiszpańskim odmienną od hiszpańskiej z Hiszpanii dość zabawnie
brzmiącą nazwę – camaron. Kawałkom mięsa i owocom morza towarzyszył ser,
specyficznym przypominający postacią i smakiem nasze oscypki – ser, który
rozrywać można było łatwo w pasma, ser słony i biały, który rozpuszczał się
delikatnie pod wpływem ciepła patelni. Bo ułożone już były tacos w półokręgi,
na patelni suchej, bez oleju, jedno przy drugim ściśle. Przypiec miały się z
obu stron, dobrze podgrzać, doprowadzić ser do stanu rozpuszczenia, tak by
wziął w czułe objęcia pasemka cienkie mięsa. Po kilku minutach danie było
gotowe, usiedliśmy więc oboje przy barze, od strony kuchni, ramię w ramię
smakując wybornych meksykańskich tacos. Polewałam każde taco bielutką świeżą
śmietaną i salsą – czerwoną ostrą pomidorową i zieloną z ostrych papryczek
jalapino. Pablo opowiadał jak matka uczyła go “gotować”, chwalił się, jakim
sprytnym i zdolnym jest chłopcem, który w każdej sytuacji sobie dobrze radzi..
Rzeczywiście imponował mi fakt, że założył on własną firmę, która nieźle
prosperowała, zatrudniał wielu pracowników, był odpowiedzialny i niezależny. A
jednak po odejściu żony - pomyślałam złośliwie - powrócił do domu matki. Tu być
może poczuł się mniej samotny. Tu towarzyszyły mu wciąż wspomnienia początków
jego małżeństwa. Tu pokazywał mi nakręcone dawno filmy z dziećmi w roli
głównej. O tych dwojgu opowiadał nieustannie, o parce małych szkrabów i o niej,
niewdzięcznej Amerykance, która go zdradziła i znikła pewnego dnia wraz z
dziećmi. Historia słowo za słowem, strona za stroną, klatka po klatce przesuwała
się przed moimi oczami w miarę jak opowiadał. A rozpoczęła się ona, dla mnie,
specjalnie dla mnie, na moją prośbę, w jednym z przydrożnych barów, fast
foodów, gdzie skosztowałam moich pierwszych tacos w Meksyku. Ani jednak te, z
mięsem pieczonym na drążku tak jak czyni się to w przypadku tureckich kebabów,
ani te, które jadłam później w szalenie wykwintnej restauracji Mexico City w
towarzystwie jednego z klientów Pablo oraz klientów naszej firmy, nie mogły się
równać z tacos ręki Pablowej.
Smakowałam jeszcze kilkakrotnie
tych wyśmienitych i niepowtarzalnych małych placków z nadzieniem, które
niepowtarzalne były być może nie tylko z przyczyny smaku ale i dlatego, że taka
była też nasza sytuacja – dwojga samotnych i nieco chwilowo zagubionych młodych
ludzi. Te wspólnie przyrządzane i konsumowane tacos, ta Pablowa historia, która
też wkrótce stała się wspólną, gdy potoczyła się do końca, i gdy mogłam
wymienić ją na swoją własną, równie niewesołą, połączyły nas bardzo silnie i
równie silnie pchały ku temu, czego właściwie świadomie czy podświadomie nie
chcieliśmy. Ale stało się. I znaleźliśmy się wkrótce w swoich ramionach. Dla
pocieszenia? Dla relaksu czy dla przyjemności? Żadne z nas nie wiedziało. To
był jednak ten moment, który szybko zakończył naszą znajomość. To był, jak to
często bywa, koniec naszej przyjaźni, naszej niepowtarzalnej
kuchenno-powieściowej przyjaźni.
A dziś żal.
8 - Ruskie - bez mięsa
To
nie była zima. A jednak pamiętam, że było zimno. Jeśli głębiej się nad tamtymi
chwilami zastanowię, przypomnę sobie, że miałam wówczas na sobie zamszową
kurteczkę za pośladki, spadek po matce, która straciwszy młodzieńczą sylwetkę,
nie mieściła się już w jej zgrabnym kroju size S. Kurteczka skórzana, szalik,
dżinsy i półbuty i byłam tamtego ranka gotowa do podróży. Pociąg do Krakowa
odchodził bladym dla mnie świtem, o szóstej z minutami. Kilka godzin kołysania
nie pozwoliło mi jednak spokojnie przymknąć powiek. Doskwierały wspomnienia
sprzed tygodnia i ten pocałunek, którego pragnęliśmy oboje, który pozostał
jednak w sferze marzeń. Dokuczała nieobecność tamtych ciemnych oczu i brwi i
akcentu w angielskiej mowie, do którego nie było przyzwyczajone moje ucho.
Widziałam go, spod zmrużonych powiek – szczupłą sylwetkę bruneta i Turka.
Wiedziałam, że za dwie i pół godziny wedle wskazań zegarka komórkowego miałam
zobaczyć go jeszcze raz, poczuć dotyk jego smagłych dłoni i puścić wodze
wyobraźni, pasji i tłumionych pragnień kobiecych. Dać zaprowadzić się aż tam,
gdzie spełniają się pocałunki.
Kraków przywitał mnie mroźno. Czy
wiosna była to, czy jesień, nie pamiętam. Szybkim krokiem w kierunku
krakowskich zielonych tramwajów, powolnym gąsienicowatym ruchem po szynach,
pędem na kołach autobusu, śmiganiem na zakrętach zbliżałam się już do tego
hotelu na wzgórzu, który nazwiemy tu i teraz Mariottem. Nie dla reklamy, nie
dla wierności tamtym wydarzeniom, nie aby zadośćuczynić pysze zaściankowej
Polki z małego miasteczka, ale by odmalować przed twoimi, który czytasz oczami
symbol i obraz pewnego standardu i marki, które znane wszem i wobec. Mi jednak
wówczas były całkowicie obce. Umówione miejsce spotkania – parter, bar w głębi,
do którego wchodziło się mijając po prawej recepcję, przemierzając wzdłuż
przestrzenne lobby. Dostrzegłam go z daleka, jak siedział w fotelu przy oknie
prze nim na niskim stoliku szkło, w nim napój przypominający kolorem coca colę;
pływające na dnie szklanki kostki lodu. Dostrzegł mnie. Widziałam już od progu
skierowany nieruchomo wzrok w kierunku wejścia. Czekał na mnie – pomyślałam z
przyjemnością. Naprawdę czekał. I dawało o tym znać całe jego zachowanie pełne
podekscytowania.
Chodźmy... Zapomniał o niedopitej
coli, już zmierzał pewnym krokiem ku windzie spoglądając tylko za siebie co
kilka chwil, sprawdzając czy wciąż jestem, czy podążam tuż za nim. Dziesiąte
piętro i obszerna sala restauracyjna, pośrodku sali ogromny stół, który tworzył
bufet dla potrzeb śniadania. Bogactwo świeżych owoców, wiele z nich egzotycznych,
kilka rodzajów pieczywa, kilka rodzajów wędliny i serów, dżemów powideł, ziaren
płatków musli, tak by dogodzić podniebieniom gości z różnych stron swiata. Do
dyspozycji sniadających posiłek kontynentalny, angielski z nieodłączną fasolką
i kiełbaską, polski z bogactwem wędlin i delikatny jarski dla naturalistów i
fanów zdrowej zywności. Dla nich przeznaczone były ziarna słonecznika dyni
musli w pięciu rodzajach, czekoladki bez dodatku cukru i dźemy bez
konserwantów, mleko naturalne, niegotowane i nie słodkie kondensowane, zsiadłe,
krowie i kozie. Pamiętam, że siadłam wówczas obok Bulenta, który obficie
zapełnił swój talerz wędliną i dodatkami warzywnymi i jajecznicą, z moją małą
miseczkę musli i orzechów zalaną mlekiem z dodatkiem jogurtu owocowego i świeżych
owoców. Poza cząstkami arbuza kawą z ekspresu i winogronami, nie tknęłam już
nic. Śniadanie wciąż jest dla mnie przyjemnością, w momencie gdy nie psują go
dodatki na ciepło oraz zapach wędliny i mięsa. Wówczas sięgnęłam jeszcze po
szklankę zimnego mleka koziego, z ciekawości, tak jak z ciekawości miesiąc temu
włożyłam do koszyka w supermarkiecie w emiratach Arabskich, mleko wielbładzie,
obok różnych nieznanych mi owoców, które chciałam poznać – była tam opuncja,
owoce kaktusa, owoc pasji miekki i żelatynowaty, który kojarzył mi się
wyjątkowo cieleśnie i seksualnie i wzbudzał moje największe zainteresowanie,
były tez zabawne żółte gwiazdki, których nazwy nigdy nie pamiętałam, maleńkie
kuleczki żółtozielone przypominające polskie pomidorki miniaturki, zamknięte w
szeleszczącej łupince jasnobrązowej, także kilka odmian mango i melona.
Bulent
nie tknął owoców, ja większość mężczyzn nie był nimi zainteresowany. Ten
fenomen zaobserwowałam już dawno.. To właśnie kobiety są wielbicielkami
zdrowego jedzenia, to one uwzględniają z zapałem w nowym jadłospisie ogrom
owoców i warzyw, dla których mężczyźni ie mają ani cierpliwości ani
nabożeństwa. Owoc nieobrany nie jest wart grzechu, nie jest wart zachodu – to
dewiza wielu panów. Sięgają oni za to po rozmaitej jakości wędliny za zapałem,
który zdaje mi się – kobiecie o skłonnościach do wegetarianizmu – trudny do
zrozumienia. Bulent, dziś myślę o nim w otoczeniu określników – Bulent, Turek i
muzułmanin – nie pytając o pochodzenie i sposób przyrządzenia polskich wędlin sięgał
po nie bez odrazy. Rzecz dziś dla mnie nie do pojęcia. Być może jednak jego
zachowanie było właściwe wszystkim zeświecczonym Turkom. Wiedziałam skądinąd
jednak, że muzułmanin, choćby oddalił się od wiary, odrzucił wszelkie inne
zasady własnej religii włącznie z abstynencją od alkoholu nie sięgnie zwykle po
wieprzowinę albo mięso którego pochodzenia nie zna. To najsilniej zakorzeniony
wewnętrzny zakaz, wewnętrzne haram. Śmiem jednak przypuszczać, że albo wędlina
była namiętnością mojego znajomego Turka, albo rzeczywiście otrzymał pewne
gwarancje od obsługi hotelowej co do jakości spożywanego mięsiwa. Już bowiem w
czasie naszej wędrówki i zwiedzania Krakowa, jego zachowanie było zgoła inne. A
może oceniam jego wiarę zbyt surowo, i jakim prawem! Być może służba hotelowa
przekazała odpowiednie informacje, w które uwierzył Bulent, tak jak uwierzył
inny mój znajomy w innym czasie i miejscu pani serwującej tureckie kebaby, że
indyk nie różnił się niczym od kurczaka – dla wiadomości laików – kurczak jest
zwierzęciem, które uczeni islamscy pozwalają spożywać muzułmanom na obczyźnie
gdy mięsa halal voir koszernego – brak.
Być może Bulent, podbudowany
obecnością gości hotelowych żydowskiego pochodzenia, wyobraził sobie, że oni,
podobnie jak on sam podobną żywić musieli awersję do wieprzowiny, dla nich tak
jak dla niego dania z pewnością przygotowywane były niezależnie. Zauważyliśmy,
że oni, żydowscy ortodoksi, nie omijali również krakowskich restauracyjek...
Kto pamiętałby teraz jak i kiedy
trafiliśmy do jednej z wielu w stylu ruskim i ruskie serwującej potrawy.
Herbata parzona w czajniczku i rozlewana do miniaturowych filigranowych
filiżanek. I te pierogi, pierogi ruskie, danie obce Turkom jak twierdził
wówczas Bulent, a ja , nie odwiedziwszy nigdy jego ojczyzny, ani potwierdzić
ani zaprzeczyć nie mogłam, ani przywołać potrawy podobnej, nie licząc ravioli z
przeciwnego zachodniego kierunku Europy. Pierogi ruskie – zamówilismy je oboje
– ja, bowiem nigdy nie dotąd nie miałam okazji ich spróbowac, on – bo nie był
zmuszony odmawiać sobie typowo .. ruskiej potrawy, smakowicie wyglądającej na
zdjęciu, z powodu zawartości mięsnej wkładki, której tu, w przeciwieństwie do
tej w hotelu, nie ufał.
Podano.
Skonsumowaliśmy. Choć smaku w tej chwili sobie nie przypominam, pozostała mi
jednak w głowie tamta atmosfera uroczego starego Krakowa, jego przytulnych
kawiarenek i restauracji, atmosfera flirtu i randki. Kulminacja tychże miała
nastąpić zbliżającej się nocy, o której tu nie opowiem, z przekory oraz
dlatego, że przekracza ramy tego opowiadania; oraz dlatego, że opowiedziałam o
niej już kiedyś, w dawno pisanych tekstach. Motyw powtarzany blaknie i wyciera
się. Przykro mi.
9 - Na sposób chiński
Nigdy
nie byłam w Hiszpanii, jej namiastką jest jednak Ameryka. Źle mówię? Źle. Namiastką
Ameryki południowej jest Ameryka Północna, a stała się nią w momencie gdy
zalewać zaczęły ją miliony hiszpańskojęzycznych różnoakcentowych mieszkańców
Meksyku Wenezueli Kuby i innych państw i państewek.
To
było w jednej z dzielnic Nowego Jorku, okolice Jackson Hills, hałas
przejeżdżającego naziemnego lub nadziemnego metra, hałas samochodów i gwar
angielskiej i hiszpańskiej gwary tuż przy ulicy, na której na stoliku
turystycznym, i wprost na chodniku, rozłożyli się straganem obcokrajowcy
bukiniarze. Ich książki nie wzbudzały szczególnego zainteresowania wśród
przechodniów, czasami zatrzymywał się ktoś i biegle po hiszpańsku zapytał o
słownik lub książkę do nauki angielskiego. Były i słowniki i podręczniki.
Wielka ich rozmaitość. Zatrzymałam się z ciekawością, nie mogąc jednak
zrozumieć nic z hiszpańskojęzycznych napisów zamierzałam po chwili odejść.
Zatrzymał mnie jednak chłopak. Słabą łamaną angielszczyzną próbował zapytać
czego szukałam. Odpowiedziałam. Nie zrozumiał. Pojawił się obok niego kolega,
który już biegle po angielsku odpowiedział, że niestety – książki po angielsku
do nauki hiszpańskiego nie ma, ale może udzielić mi płatnych lekcji –
wyszczerzył żeby uśmiechu, zastanawiając się zapewne czy przyjmę propozycję.
Odmówiłam z uśmiechem i odeszłam. Minęło kilka dni. Wielokrotnie mijałam
bukiniarzy nie zatrzymując się jednak nigdy. Potem zmieniłam trasę i
zapomniałam o nich. Bywałam za to w bibliotece w odległej dzielnicy, którą
nazywałam azjatycką. Tam nieoczekiwanie spotkałam jednego z bukiniarzy w
sklepie z tanią odzieżą. Podszedł, zagadał. Pamiętał mnie. Zaproponował wspólny
posiłek – pora była późno-obiadowa. Udaliśmy się więc do pobliskiej restauracji
chińskiej jakich tutaj było najwięcej. Idąc tak u boku mojego towarzysza, który
jak się wkrótce okazało, był Kubańczykiem, miałam jednak lekkie wyrzuty
sumienia. Czyż nie był to flirt? Dlaczego nie powiedziałam Alioszy Kubańczykowi
właścicielowi wspaniałego ruskiego komunistycznego imienia, że jestem
narzeczoną pewnego gentlemana, który pozostał kilka stanów na południe, na
Florydzie. To miał być jednak tylko obiad – przekonywałam samą siebie w
momencie, gdy wchodziliśmy do restauracji gdzie pachniało mile sosem słodko
kwaśnym z zupą chińską. Zamówiliśmy oboje tę właśnie zupę zwaną przez Amerykanów
– egg dropped soup, czyli zupą z wrzuconym jajkiem. A chodziło o ten ostatni
moment, sytuację gdy kucharz był już niemal na finiszu, gdy zupa była już
prawie gotowa, gdy kucharz chiński otwierał surowe jajko i białko z niego
surowe wlewał do gotującej się zupy. Symetrycznie wlane białko dawało efekt
maleńkich ściętych białych drobinek które dodawały smaku, dzięki którym zupa
zyskiwała szczególny oryginalny wygląd. One były źródłem i inspiracją dla
nazwy.
Po
zupie każde z nas zamówiło danie główne, ja zdecydowałam się na kurczaka w
sosie słodko kwaśnym, z pędami bambusa, on wolał wołowinę z warzywami w ostrym
sosie. Na to danie musieliśmy poczekać znacznie dłużej. Przerwa wydłużała się a
Aliosza korzystał z niej do woli. Usłyszałam już wiarygodne i niewiarygodne
komplementy na swój temat, skąpe opowieści o Kubie, o nim samym i jego losach w
Nowym Jorku, które przypominały losy wszystkich imigrantów, jakie znałam na
przykładzie własnym, własnych przyjaciół i pracowników firmy narzeczonego –
problemy wizowe, akceptacje odmowy przedłużenia praca na czarno ucieczki przez
granicę kontrole paszportowe i zatrzymania. Szara codzienność szerokiego
marginesu USA. A jednak Aliosza mnie pociągał i zastanawiałam się w którym
momencie ta nasza obiado-kolacja przerodziła się mimo wszystko we flirt w jego
fazie początkowej. Nie dotknął mnie ani razu, a jednak czułam jak fizycznie
paliły mnie jego oczy, gdy spoglądał na mnie szukając jednocześnie wzajemności
w moich oczach. Uwaga o tym jak doskonałymi kochankami są kubańczycy rozbawiła
mnie a jednak rozbudziła też moje zmysły i ciekawość. Przyglądałam mu się spod
oka, czego był doskonale świadomy i zaśmiewał się pewnie w duchu z mojej
nieśmiałości i braku zdecydowania. Przystojny młody mężczyzna, przypuszczalnie
w moim wieku, przed trzydziestką. Szczupły i wysportowany o ładnych regularnych
rysach twarzy bez zarostu, krótkie włosy, wąskie usta wąski kształtny nos,
ciemne oczy.. Rozkojarzona zanurzona we własnych myślach o nim wróciłam do
rzeczywistości i odwróciłam twarz w kierunku Alioszy na dźwięk kolejnego
komplementu – jaki śliczny prosty i trochę zadarty na końcu nosek. Uśmiechnęłam
się teraz już czując niekontrolowanie czerwienię się od czubka głowy po dekolt.
Uchwyciłam wzrokiem zbliżającego z naszymi daniami kelnera i dałam wzrokiem
znać Alioszy aby nieco się odsunął. Poczułam się niezręcznie. Poprawiłam na
krześle i zdenerwowana schowałam ręce pod stół aby ukryć ich drżenie. Miałam
również wrażenie, że towarzysz Kubańczyk zamierzał sięgnąć właśnie palcami ku
moim palcom. Na spoczywających pod stołem na moich kolanach dłoniach wkrótce i
tak poczułam dotknięcie jego delikatnych rąk. Nie wiedziałam jak się zachować.
Gdzie uciec wzrokiem i co zrobić. Wezbrał we mnie żal, rozgoryczenie i
pragnienie aby poddać się temu obezwładniającemu uczuciu i temu pożądaniu. Czy
to nie mój kochany narzeczony prosił mnie abym wyjechała do Nowego Jorku, na
czas Bóg wie jak długi. Czy to nie przez niego i jego zagmatwaną sytuację
prywatną tkwiłam tu już od dwu miesięcy? Dlaczego miałam być mu wierna, skoro
on, wiedziałam, być nie zawsze potrafił.
Aliosza
najwyraźniej nie wiedział co się ze mną dzieje. Nie tknęłam dania z kurczaka,,
które stygło przede mną już od kilku chwil. Usłyszałam jak przeprasza mnie za
natrętność, przeprasza i przeprasza.. Uśmiechnęłam się, pogładziłam go po ręku
i zaczęłam jeść. Przecież nic się nie stało, on nic nie zawinił. Miał pecha i
trafił na smutną pesymistkę, która nie potrafiła zdecydować czego chce od
życia.
Danie
było smaczne, szybko odsunęłam od siebie natrętne myśli. Płaciliśmy już
rachunek, gdy zadzwoniła moja komórka. To był mój narzeczony, którego nie
wiadomo jakie telepatyczne siły zmusiły wykręcenia mojego numeru w tamtym
właśnie momencie. Przyznałam, że jestem w restauracji chińskiej, - obiad kolacja
i tak dalej.. Tak... tak.. sama. - Odeszłam od stolika, kłamać więc mogłam do
woli. Aliosza zasnuł się mgiełką. Widziałam go z oddali. Pociągał mnie a jednak
wiedziałam, że gdy wrócę do niego czekającego na mnie wciąż przy stoliku, przy
filiżance chińskiej zielonej herbaty, na nic już, na żaden flirt mieć nie będę
ochoty.
Tamtego
dnia, wieczorem wymieniliśmy z Alioszą odresy emailowe i uśmiechy. Być może
dane będzie nam się jeszcze spotkać. W innych okolicznościach – pomyśleliśmy
zapewne oboje.
10 – węgierskie kluski
Pamiętam,
jest taka restauracja na Węgrzech, w Budapeszcie, gdzie podają tradycyjne danie
węgierskie, kluski w sosie mięsnym. Szalenie sycąca i ciężka potrawa. A może
jest takich restauracjo-barów w Budapeszcie więcej. Na pewno. Wówczas jednak
każde miejsce, w które zabierał mnie mój budapesztański Francuz Patoche było
wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne, pierwsze.
Nie
podam przepisu na tradycyjne kluski węgierskie, nie znam go do dziś i nie
pozostało w mojej pamięci najmniejsze wspomnienie ich smaku. Jedynie ten
ogródek i drewniane stoły i ławy i widok na ulicę, wysokie zarysy kamienic i
gwar obcej niesłowiańskiej mowy pamiętam do dziś. Spagetti, kluski, kluseczki
były motywem, który plótł się gdzieś tam pomiędzy nami bez końca. To była
podstawa pożywienia i najprostsza do przyrządzenia zdaniem Patocha potrawa.
Moje zdanie było absolutnie przeciwne. Nie znosiłam przygotowywania klusek, o
których nieustannie zapominałam pozostawiwszy w gotującej wodzie, tak że jeść
trzeba je było w postaci rozciapcianej, na miękko. Zawsze przegotowane lub
niedogotowane – narzekał on i kpił z moich nie-zdolności kuchennych, które , to
prawda, mierne były wówczas i rozwinęły się dopiero kilka lat później gdy
inspiracją była własna kuchnia dom i przepisy hinduskiej cuisine.
Patoche
gotował więc lepiej ode mnie, a jednak typowo po męsku. Kartofle, kluski ryż z
dodatkiem mięsa i jakiego bądź sosu – całość przypominałą zwykle ogromną
zapiekankę – bo zapiec trzeba było wszystko na patelni , wielkość zaś tej
potrawy odpowiednia była dla mężczyzny jego wzrostu postury i wagi. Zdarzyło
się jednak, już w Polsce, w trakcie dwutygodniowego naszego pobytu w Warszawie
na Ursynowie w wynajętym po znajomości mieszkaniu, że podjęłam się
przygotowania obiadu dla nas dwojga. Znów były więc kluski, sos i dodatki. Była
też nerwowa atmosfera i kłótnia wisiała w powietrzu choć obiektywnie nie było
ku temu powodów. Czułam jednak, że coś się wydarzy. Patoche był spokojny a
jednak zachowywał się dziwnie. Stałam przy kuchni i zamierzałam własnie
odcedzić kluski, gdy podszedł do mnie i oznajmił, że chce wyjechać wcześniej.
To oznaczało w istocie dwa dni wcześniej w stosunku do naszych dawnych planów.
Pamiętam, że słuchając go, upuściłam durszlak do zlewu tak że kluski wpadły
bezpośrednio tam właśnie, zamiast na przygotowany półmisek. Patrzyłam przez
chwilę bez ruchu, na to co się stało, nie wiedząc czy zabrać się spokojnie za
zbieranie ocalałych klusek w durszlaku, wyjmować pozostałe ze zlewu na talerze
czy na półmisek, czy porzucić obiad i wyjaśnić do końca sprawę jego wyjazdu.
Odwróciłam się i zapytalam – dlaczego. W odpowiedzi usłyszałam tylko, że
odbywał się w Budapeszcie festiwal techno, na który kupił już wcześniej bilety,
o którym nie chciał mi mówić, na który nie miał mnie ochoty do Budapesztu
zaprosić. Wiedział wcześniej – myślałam.. – świetnie.. Oh, co to za egoista,
cóż to za drań.. – odeszłam od zlewu i wyszłam z mieszkania. Rzuciłam się
biegiem w kierunku placu zabaw za domem. Było już wtedy ciemno. Miałam ochotę
wybiegać, wyskakać wypłakać złość i rozczarowanie. Miałam ochotę krzyczeć – z
żalu – wykrzyczeć zawiedzione nadzieje, zapytać agresywnie i głośno nikogoś
wokół – dlaczego zawsze zakochiwałam się w głupcach i egoistach, którzy nie
potrafili docenić tego, jak bardzo ich kochałam i jak wiele dla nich chciałam
poświęcić.
Rozstaliśmy
się z Patochem wkrótce potem. Właściwie on zdecydował, mnie oportunistkę i
naiwnego baranka nie było by na to stać, za bardzo go kochałam ..
A on zapewne nigdy nie myślał o
możliwości mojego przeprowadzenia się do Budapesztu.. nie wierzył w powodzenie
naszego związku. Było nam dobrze i beztrosko, tylko przez dwa miesiące. Podczas
gdy ja fruwałam ponad ziemią on stał na niej twardo, ani razu nie tracąc gruntu
pod nogami.
Spaghetti kluski kluseczki zawsze
już jednak będą mi się kojarzyć mi się z depresją samotnością i rozstaniem.
11 – pasparilla
To było coś na kształt trójkąta,
niemal podwójnej randki na którą nie przyszedł jeden z amantów, randki ułomnej,
realizacji pokojowej założeń niestandardowego trójkąta, gdzie kobiety nie
skaczą sobie do oczu z powodu mężczyzny, idealnego spełnienia opowieści z
książki którą cenię – Miłość we troje, wspomnieniem mojego szczęśliwego życia
dwuletniego w Stanach. Było tym wszystkim i jeszcze czymś więcej.
Tamtego jednak dnia nasze
spotkanie było po prostu trójkątem, bez trójkąta zwykłych zagrożeń. Zeszliśmy
się w trójkąt na zaproszenie mojego kochanka i przyjaciela pana X. – kochanka i
przyjaciela powiedziałam? Tak, dokładnie w tej kolejności, co widać dziś gdy
rozstaliśmy się bezpoleśnie dla niego boleśnie dla mnie , dziś gdy nie
pozostało między nami nic prócz kurtuazji z jego strony i rozczarowania z
mojej. Spotkanie odbyło się nie w plenerze, lecz we wnętrzu mieszkania pana X.
Maleńka kawalerka z oddzielną kuchnią korytarzem łazienką, w centrum miasta,
zahaczająca o Mokotów i Rakowiecką ulicę. Tam zebraliśmy się aby konsumować
danie, które przygotowywał gospodarz. Produkty leżały już na szafce w kuchni,
czekając na rozpoczęcie święta pichcenia i konsumpcji. Ola spóźniała się. Ola
wciąż była nieobecna. O! Właśnie weszła. Na szczęście, inaczej zniszczyłaby
cała moją koncepcję tego trójkątnego opowiadania. Weszła i wszystko zajaśniało
i zaćwierkało, bo ja stwierdził pan X dziennikarz Ola była otwarta , taka
bardzo “do przodu” i do ludzi, podczas gdy ja byłam “cofnięta”. Interesująca
nieprawdaż teoria. Tak. Ale mimo wszystko to ze mną wolał chodzić do łóżka i do
kina. Mnie
przytulać. Moje jeść obiady... Kwestia żołądka, kwestia ciała.
Obiad przeznaczony był dla
trojga. X zaczął już podgrzewać olej na patelni, ryż już się ugotował na
średnio sypko, właśnie wcale nie był sypki, nie odlano po nim wody. Wyjąć z
wody można było już parówki, które też nareszcie się ugotowały. X zmieszał na
patelni ryż i skrojone w plasterki parówki. Polał wszystko sosem spaghetti ze
słoika. Żadnych komplikacji, żadnych trudów ani trudności, typowe danie
kawalerskie odpowiednie dla podniebienia męskiego, nieco ciężkie dla kobiecego
smaku. Rozmowa toczył się wokół dania, wokół składników, wokół jego nazwy
dziwacznie włoskiej – pasparilla. Pas? Od pasta klusek przecież nie było, może
być powinny ? parilla – oczywiste skojarzenie z parówkami i samo zakończenie
bardzo włoskie w brzmieniu. Zabawne jest to że nie pamiętam zakończenia tego
wieczoru. Był być może kino. Może jeden kąt trójkąta wyłamał się o odszedł na
spotkanie własne, prywatne lub stał się kątem innego trójkąta. Ola wyszła i
pozostaliśmy sami? Spędziliśmy noc sami , ja i pan X? Oh nie. Teraz pamiętam –
ten mecz i narzekanie mojego przyjaciela kochanka, że obiad nie był najlepszym
z pomysłów. Ociężałemu ciału nie będzie się chciało biegać po boisku na pół
godziny przed północą. I cóż? Przegrali. Pan X i jego drużyna. Do dziś powinnam
być może czuć się odrobinę winna?
Takie
tam
Most –
metafora komunikacji
Mosty z lotu ptaka wyglądają jak maleńkie poprzeczki z połamanych zapałek
ułożone na dwu dziecięcych klockach dwu brzegów, ponad zabawnie nierealnie nieruchomą
powierzchnią wody, która jest w istocie pofałdowaną błękitną apaszką matki
skradzioną jej potajemnie na czas zabawy.
A czasami mosty wyglądają znów jak szczebelki starej drabiny, położonej
horyzontalnie dla zabawy, dla akrobatycznych sztuczek, pomiędzy dwa murki
kamienne, szczeble tej drabiny ściśle, ale nierówno porozmieszczane, bo
wyłamały się te ze słabszego uczynione drzewa, to tak zwane – „jednostki
słabsze”, „elementy ułomne”, felerne trefne nietakie. Wyłamany, choć jeden
szczebel drabiny to trudność w komunikacji z punktem dalekim, do którego jak akrobaci
próbujemy dotrzeć po drabinie, to narażenie na złamanie, upadek, śmierć. To
nieistnienie i brak. Połamanych wiele szczebelków to całkowita niemożność.
Tak i mosty zapadały się, co starsze, w miarę upływu czasu, co słabsze i
bardziej pechowe – w latach katastrof, klęsk i wojen. Nieistnienie i brak wielu
mostów na naszej wyimaginowanej rzece to niemożność, to brak komunikacji, to
ułomność. Burzymy jednak mosty aby postawić obok nich inne, nowsze, popadają w
ruinę samoczynnie, nieodmiennie, ulegają zagładzie celowej podczas kreowanych
przez człowieka kataklizmów. Jak dzieci uwielbiamy się bawić w wojnę i zagładę.
To leitmotiv powracający zatrważająco często. Jak dziecko spoglądamy z
fascynacją na dzieło zniszczenia, nie pojmując jak można w sposób tak łatwy,
jednym ruchem jednym rozkazem sprawić by rozsypały się klocki mostu lego., by
bezradne zwaliły się horyzontalne i wertykalne fragmenty budowli w jedną
niekształtną zanurzoną w wodzie masę kamienno metalową. Brzeg od brzegu zdaje
się wówczas oddalać w nieskończoność, przestrzeń zawładnięta przez rwącą wodę –
przestrzenią nie do przebycia. Iść trzeba wówczas długo w górę rzeki i szukać
brodu, szukać możliwości kontaktu z drugim brzegiem. Tak czynić wolą słabsi –
tak czynią skłonni do ugody i kompromisu, ci, którzy z pokorą i radością zawsze
wyciągają dłoń do tubylców na drugim brzegu. Silni zakasują rękawy i klocek po
klocku przęsło za przęsłem budują nowy most.
I silni i słabi budując most i odnajdując bród przez rzekę ciszy i
chaosu, hałasu, zakłóceń i szumów w eterze, szukają dróg komunikacji. Dlaczego
komunikacja urastać miałaby do problemu tak monstrualnej postaci? Otóż w moich
oczach urasta. A dzieje się tak, bowiem myślę tu przede wszystkim o jednej
konkretnej sytuacji nawiązywania porozumienia – porozumienia
międzykulturowego. I tu szczególnie dla
mnie istotny jest jeden jej aspekt, osobisty. Nie będę przecież rozważać ani
zanudzać drogiego czytelnika opisami socjopsychologicznymi sposobów komunikacji
międzynarodowej ani układów i układzików w wyrastających obecnie jak grzyby po
deszczu koncernach międzynarodowych, w których mieszanka ludzka językowa staje
się niemal tłumem uwięzionym w wieży Babel, dążącym do autodestrukcji. Jednak
płaszczyzną porozumienia jest dobro firmy, nastawienie na cenny dla ogółu
profit. Kwitnie język biznesu, żargon profesjonalny, który często nie
przypomina już za bardzo języków potocznych osób wrzuconych w językowy młyn
firmowy.
Wyobraźmy sobie jednak, że powyżej wspomniani ludzie powracają późnym
wieczorem do domu i tam zastają męża / żonę, którzy jeszcze niedawno byli ich
obcojęzycznymi obcokulturowymi współpracownikami, szefami, podwładnymi. Okazuje
się w pewnym momencie, że nie sposób przenieść i zastosować żargon biznesowy w
kręgu domowym. Co robic więc? Wielu zauważywszy tę trudność nie do pokonania
wybiera rozwiązanie najprostsze – rozwód – i dalsze działanie myśliwego kieruje
na teren mocno już ograniczony, własnonarodowy. Inni, bardziej odważni i
zdeterminowani albo po prostu uparci, ci, dla których każde wycofanie się jest
porażką – próbują krok po kroku budować nowy język, przestrzeń porozumienia
międzykulturową, zakasują rękawy i budują mosty komunikacji, podwijają nogawki
i wypuszczają się na poszukiwanie brodu. Po to jedynie, aby uratować istniejący
związek. Być może kochają tak bardzo, być może potrzebują tak bardzo ( co też
jest inną „niższą” jak to się mówi formą miłości) tej drugiej osoby, że już to
uczucie samo w sobie staje się gotowym planem architektonicznym konstrukcji,
budowli porozumienia, już to jest czasowym mostem, mostem zwodzonym, mostem
wiszącym z lian ponad przepaścią, to jest już nicią pajęczą komunikacji.
Jeśli przyjmiemy, że uczucie, wzajemny szacunek i nieodzowna determinacja i
upór to już bazowa konstrukcja, to wystarczy na niej rozpocząć układanie
kolejnych elementów. Most z klocków lego staje się mostem zbudowanym ze słów.
Bez języka żaden most komunikacji nie powstanie, a jedynie jego namiastka,
ułomne są i niewystarczające, choć podstawowe - ciepło tkliwość dotyk wrażenia
pocałunki, wędki spojrzeń rzucane w stronę głębi, ku wnętrzu tej drugiej
drogiej osoby, którą chcemy poznać i zrozumieć. Bez słowa, w niezależnie jakiej
postaci, choćby najprostszej, stać będziemy na dwu brzegach, ty i ja, on i ona,
na para-mostach, na pomostach rybackich, na molo, a przestrzeń pomiędzy nami
nie zmniejszy się, nie zniknie, przeciwnie, zdawać będzie się odległością nie
do pokonania. Słowo łączy, ten prostopadły strumień poprowadzony ponad
równoległym strumieniem obojętnej rzeki rzeczywistości i okoliczności.
Nie wolno liczyć na współodczuwanie. Rzeka jest niezmienna, przewrotna i
obojętna, okoliczności, na których korzystny układ liczymy, zawodzą.
Rzeczywistość jest od nas w gruncie rzeczy na płaszczyźnie jednostki
niezależna. Dopiero osobisty wysiłek dwojga buduje mosty. On i ona muszą
znaleźć wspólny język, aby miłość nie zatonęła w głębi rzeki, miłość oparta na
nie dość trwałych podstawach. Ten pierwszy krok dwojga to ustalenie
odpowiadającego obojgu kompromisu. Kto zrezygnuje z komunikacji we własnym
języku na korzyść języka rodzimego osoby drugiej? Przyznajmy jednak, że życie
reguluje te sprawy dość sprawnie i spontanicznie. Dwoje młodych zwykle z
łatwością wyczuwa czyj język stanie się ich językiem miłosnym, czyj zaś
językiem konfrontacji i komunikacji. Czułość nie potrzebuje sensu i znaczenia w
słowach, najbardziej intymne komplementy zakochani przekazują sobie w im
najbliższym języku, każdy we własnym. Rzeczywista jednak komunikacja odbywa się
we wspólnie rozumianym języku.
Dwie są możliwości. Do pierwszej z nich zastosowałam się kilka lat temu, bo
mężczyzna wybraniec był Francuzem. Mimo, że nie znałam francuskiego
perfekcyjnie, mogłam jednak uznać się za w 80 % biegłą użytkowniczkę tej mowy.
Miłość zaś czyniła ze mnie niezwykle pilną studentkę zakamarków językowych i
językoznawczych. To było wyzwanie wszechświata, moja podłechtana ambicja i
skłonności do perfekcjonizmu nigdy nie pozwoliły nawet przez chwilę do głosu
dojść porzuconemu w kącie wzgardzonemu językowi polskiemu. On chciał się uczyć?
Cudownie. Wystarczyła mi jednak sama świadomość jego chęci. Nigdy nie
pozwoliłam, aby te przybrały kształt realny i możliwość materializacji. Polski
to było Hors de question! Nikt nie mógł przekonać mnie co do celowości jego
nauki i użytkowania w ramach naszej komunikacji. Dziś powiem tylko tyle – to
źle drodzy zakochani obcokrajowcy sobie bliscy – uczcie się wzajemnie swoich
języków. Niech każdemu będzie dane dołożyć cegiełkę do budowy mostu
komunikacji. Choćby po to, aby wina w kłótni nie spadała jedynie na tę stronę
ułomną kobiecą lub męską, która posługuje się językiem nie swoim, stąd dopuścić
się może, naturalnie, pewnych zafałszowań językowych i nie-do-rozumień. Uczcie
się choćby po to, by wysiłek był sprawiedliwie podzielony, dzieło wspólne, po
to by dwie kultury były w pełni zrozumiane i uwewnętrznione w łonie związku.
Aby były jego integralną częścią, jego istotą.
Drugi przypadek zaś to ten, gdy para znajduje język komunikacji, który
obcym jest dla nich obojga. Sprawiedliwość istnieje o ile żadne z nich nie
włada językiem bieglej niż drugie. Na tej płaszczyźnie powstać może wiele
nieporozumień. Załóżmy jednak, że oboje posługują się równie dobrze wspólnym
językiem im obcym – w moim i jego przypadku był to angielski. Nadchodzi kiedyś
jednak taki moment, gdy pragnienie poznania kultury osoby kochanej jest zbyt
silne, a język jest jej bardzo istotną częścią.
Zbudowany więc już przed wielu laty potężny solidny most w stylu
angielskim uzyskuje wsparcie czy raczej komunikacyjne „odciążenie” i ulgę, bo
ja i mój przyjaciel rozpoczęliśmy już żmudną budowę dwu delikatnych i kruchych
zwodzonych mostów – dwu nowych możliwości komunikacji w językach naszych
rodzimych, matczynych. Te zaś potrzebą jedynie serca, nie umysłu. Budowa toczy
się powoli. Żadne z nas nie posiada dość determinacji, chcemy jednak w
przyszłości prowadzić konwersację w językach jedynie tych najbliższych naszemu
ciału i sercu.
Słowo po słowie i zdanie po zdaniu. To są konstrukcje wrażliwe i ulegają
destrukcji miliony razy w ciągu jednego dnia. Są mostami zwodzonymi, mostami z
lian. Płomień gniewu je niszczy. Urazy zatrzymują zwodzony most w pół drogi
zawieszony w powietrzu pochyło ponad rzeką. Wiemy jednak, że mostów budować
trzeba jak najwięcej. Komunikacja czyni życie możliwym do zniesienia. Komunikacja
buduje zaufanie, i jednocześnie na nim się opiera. Bez obecności mostów stajemy
się znów obojętni dla siebie, stajemy się szczepami z przeciwnych brzegów
wielkiej rwącej wody, gorzej jeszcze może, szczepami w stanie wojny. Strzały
nienawistne para-komunikacji wysyłane na oślep z przeciwnych brzegów, mimo
wszystko ranią. Nawet w przypadku rozpadu, separacji, rozwodu, potrzeba
rozjemcy, który własny czasowy most zbuduje i skłóconych połączy lub na zawsze
rozdzieli. Spalone mosty zawsze jednak można odbudować. My czyniliśmy to wiele
razy. Po wojnie zawsze w końcu pokój i mostów rekonstrukcja, opuszczanie
zwodzonych, przerzucanie wiszących. Dlaczego? Bo warto.
Pomiędzy
Jest taki stary most w Londynie, nazywany Tower Bridge, którego początki
sięgają średniowiecza. Wąski i przysadzisty, sprawia nieodparte wrażenie
prężnego energicznego staruszka.
Tam, w okolice tego mostu, za wszelką cenę próbowaliśmy się dostać z
przyjacielem pod koniec 2004 – ogromna ilość aut, tłumów ciekawskich tubylców i
turystów nie czyniła naszego przedsięwzięcia łatwym. Każdy pragnął choć
spojrzeć, choć rzucić okiem, wypuścić choć sekundowe światło flesza aparatu
fotograficznego w stronę szczególnego londyńskiego gościa, niecodziennego
kloszarda przymostowego, zwierzęcia w klatce, które zamknięto na jego własną
prośbę. Wszyscy chcieli ujrzeć pana Blaine’a. Doznać wrażenia podglądactwa,
voyeurstwa. Zrozumieć. Pojąć fenomen zawieszenia, zamknięcia i niemożności. I
odcięcia się od świata.
David Blaine tkwił zawieszony na wierzchołku dźwigu od wielu dni. Pomiędzy
niebem i ziemią, pomiędzy wodą a stałym lądem. Pomiędzy rzeczywistościami,
które do chwili zamknięcia były mu zapewne bliskie i swojskie, naturalnie, tak
jak bliska jest ziemia każdemu z nas, skoro tak trudno się od niej oderwać.
Szklane zaś ściany odcinały Blaine’a od świata i przed światem chroniły – przed
agresywnością wrogów i nadmiarem czułości fanów, którzy cierpliwie Davida
wizytowali lub po prostu koczowali „pod nim”.
Ja zaś stawiałam sobie, naśladując bełkotliwe i plotkarskie gazety
brytyjskie i światowe, pytanie – Dlaczego? Czemu służyła asceza i
samoograniczenie, post ścisły, głodówka; owo studium anemii, anoreksji,
bezruchu i pustki pomiędzy żywiołami. Być może stan „pomiędzy”, stan
zawieszenia wpływał na szczególnie bliskie obcowanie z wszystkimi pierwiastkami
świata jednocześnie – woda, ląd, niebo.. Hmm, powiedzmy z trzema pierwiastkami
jednocześnie. Jeśli mnie pamięć nie myli, zawieszony w szklanej klatce brodacz,
dziwak nie miał okazji przeżyć, co więcej, nie przeżyłby silnej burzy z
piorunami – dotknięcia wody i ognia jednocześnie, zbyt bezpośredniego, aby
uchronić mogła go przed nim klatka ze szkła. Ich dotknięcie byłoby zbyt bliskie
i nieodwracalne. Ich jedynie, pośród pierwiastków świata, utrzymać nie można by
w bezpiecznej odległości od skazańca. A może tu rozwiązanie? Może na to właśnie
czekał on, który potrafił przekonać siebie i swoich wyznawców jak dalece
kontrolować może swoje ciało, jego aktywność i zachowanie - on, ten jogin, ten
mnich, ten magik i iluzjonista, ten pełen tupetu arogancki mędrzec o śniadej
twarzy i kruczoczarnych włosach. On, który czerpał inspirację z różnych
religii, on, którego fascynował Malcom X i religia islamu, powinien był pojąć
ideę główną tej wiary – poddanie, pokorę i pokój, które nie zgadzały się w
pełni z ideą samowystarczalności i nadczłowieczeństwa za sprawą magii i
sztuczek zgoła… diabelskich. Jednocześnie czyż ten, który aspirując do roli
współczesnego Jezusa rzucając wyzwanie w Jerozolimie, zburzenia i odbudowania
świątyni, nie powinien był przeczuć nadchodzące zagrożenie w marcu 2004? A
jakże!
Jakże jednak śmiem rzucać inwektywy na tego najspokojniejszego w świecie,
ujawniającego początki anemii w klatce ciasnej niby trumna w dniach postu
zimowego pod koniec 2003 roku? Jakże śmiem twierdzić, że niepokornym jest ten,
kto dąży do całkowitej kontroli nad sobą, nad własnym ciałem, nad słabościami,
nad… śmiercią? Nad śmiercią. Nad chwilą przejścia na drugi brzeg, który bliższy
jest niż nam się zdaje. Ot, na wyciągnięcie ręki, na życzenie, po nóż, żyletkę,
sznurek, szklaną klatkę głodu, tudzież inne akcesoria biegłego myśliwego,
polującego na własną duszę. Na wyciągnięcie ręki, na prawo lewo przed za pod i
ponad – jest szyba, blokada, brak wyjścia. A braknie mi wyjścia i wytłumaczenia
do dziś – czy klatka pana B. była metaforą życia postrzeganego jako niewola –
ograniczającego swobodę ruchu oraz swobodę w każdym innym sensie, życia
ciasnego i dusznego, czy może raczej była owa klatka synonimem życia jako
wolności, przestrzeni własnej, nienaruszalnej, mikroskopowej i kruchej,
ograniczonej do klatki na lince, zawieszonej o jakie pięćdziesiąt metrów ponad
ziemią, której przecięcie oznaczałoby – wolności utratę…
A może kolejne
wyzwolenie? Przez śmierć, przez zetknięcie z matką ziemią u brzegu Styksu.
A może klatka była jedynie synonimem klatek filmowych, których wiele
zarejestrowała telewizja różnorakiej proweniencji, na całym świecie. Może był
to po prostu doskonały sposób, aby zapewnić sobie godziwy dochód – w przypadku
pana Blaine’a – pięć tysięcy funtów. Doprawdy. Aż dziw, że David nie zapragnął
zawisnąć ponad rzeką. Ilość klatek rejestrowanych przez telewizyjne kamery
zwiększyłaby się na pewno, czas antenowy jednakowoż, nie wspominając już od
dochodzie, wzrastającym wprost proporcjonalnie do stopnia trudności, do
dystansu od brzegu rzeki w kierunku głębi, do odległości od krawędzi życia,
sensu, rozsądku…
Problem nosa
Podniosłam głowę sponad książki i spojrzałam podejrzliwie na osobę
siedzącą przede mną. Zbliżyłam delikatnie nos, wciągnęłam powietrze i
wiedziałam, nie na pewno, ale z pewnością częściową, że to nie ta osoba.
Rozejrzałam się po autobusie i dostrzegłam staruszka menela, który wyglądał na
pijaka, bezrobotnego i bezdomnego. Był ucieleśnieniem wszystkich albo jednej
choćby z tych kondycji. Sic! To musiał być on. Znalazłszy kozła ofiarnego,
schyliłam czym prędzej głowę, nos wtykając w szalik i kurtkę i starałam się nie
oddychać tym nieoczekiwanym nieznośnym smrodem, który bił tak silnie, że było
to niemal dziwaczne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę możliwości
smrodliwościowe takiego smutnego małego bezrobotnego staruszka.
Starałam się znów skoncentrować na moim czarno białym z okładki i
środka, ruskim po lewej i polskim po prawej stronie, tomiku wierszy Achmatowej.
Wiersze czytało się lekko i przyjaźnie. Nie starałam się wczuwac w epokę lat
dwudziestych czy czterdziestych dwudziestego wieku. Wciąż jednak widziałam ją
jak w szerokiej mufce chowa ręce i bezradnym wzrokiem spogląda w krąg sali
czekając na tego, który się nie pojawił. I brzmiał mi w uszach głos jednej z
piosenkarek Piwnicy pod Baranami, która kilka tych wierszy Achmatowej
zaśpiewała bardzo pięknie i przekonująco. Tak, że już wierszy tych nie mogę
czytać bez towarzyszenia grającej zdalnie w mojej głowie muzyki. Muzyka, słowa
i... odrażający zapach sczepiły się w jedno w moim umyśle i powstała
nieoczekiwana kombinacja, która nastawiła mnie jednocześnie agresywnie i
asertywnie do świata. Czekałam z utęsknieniem ostatniego przystanku
autobusowego na pętli i możliwości opuszczenia znienawidzonego zasnutego
smrodem środka lokomocji. I niechże przeklęty na wieki smrodliwy staruszek
wysiądzie wreszcie i zabierze ze sobą swój najsmrodliwszy ze smrodków.
Otworzyły się
wreszcie drzwi autobusu i ten moment, który wszystkim pasażerom zdawał się
zbawienny w istocie był niemałą niespodzianką – w momencie gdy buchnął w
nozdrza zapach jeszcze ostrzejszy od tego, jaki towarzyszył nam od kilku minut
wewnątrz autobusu. Obserwowałam już tylko, mimo wszystko z rozbawieniem poszczególne
osoby, jak zamknąć, zakneblować próbują nozdrza i ruszają czym prędzej w
wielkim pośpiechu ku własnym domostwom. Ulewny deszcz nie zmusiłby nikogo do
pośpiechu jeszcze większego. Ruszyłam i ja, szybkim krokiem w kierunku swojego
oddalonego znacznie od przystanku bloku o numerze 66. Otworzyłam szybkim ruchem
nigdy nie zatrzaśnięte, niedomknięte, bo nie było takiej możliwości w moim
zdemolowanym starym bloku drzwi klatki schodowej. Byłam jak się okazało jedyną
osobą, której trasa w kierunku domu była tak długa. Gdy odwróciłam na chwilę
głowę zauważyłam, że za mną nie było już nikogo. Wymarłe pustkowie. Odludnione
osiedle. A może po prostu wszyscy nie bacząc na śmieszność rzucili się do biegu
wkierunku swych domów, a gdy wreszcie ich dopadli, postanawiali nie opuszczać
ich aż do dnia następnego, czując jak ten trudny do określenia zapach zmusza
ich do mdłości i wymiotów, jak powoduje skurcze żołądka i boleści i ból głowy.
To było specyficzne pomieszanie zapachu nieczystości, rozkładającej się
żywności z odorem, jaki wydaje padlina – do takiego w przebłysku myśli doszłam
wniosku – to musiało być rozkładające się zwierzę, zwierzęta, a może może.. Nie śmiałam dalej posunąć rozważań...
Jechałam już
windą. Trzecie piętro, drzwi i dom. Wedle moich najgorszych przeczuć okna
pozostawiłyśmy otwarte, zapach zdążył więc przesycić juź kuchnię i mój pokój
sypialny. Pospieszyłam, aby zamknąć szczelnie oba. Zapaliłam wszystkie świeczki
zapachowe oraz zioła przywiezione z Emiratów przypominające te, które
przeznaczano na kadzidła kościelne. Odetchnęłam z ulgą. Czułam się znacznie
lepiej. Mogłam zrelaksować, usiąść wypić herbatę z mlekiem, spojrzeć w okno w
kuchni i zajrzeć w okna sąsiadów w bloku naprzeciwko. Wszystkie były zamknięte
równie szczelnie jak moje. Usłyszałam szczęk kluczy. Pojawiła się Kasia
wspólokatorka i opowiadać zaczęła podniecona i wzburzona historię, która kropla
w kroplę przypominała moją sprzed godziny, o autobusie pośpiechu i odrazie.
Stwierdziłam
głośno, że teoria śmieci raczej odpada ale może są to rozkładające się otrute
przez mieszkańców szczury. Był to przecież ewidentny zapach padliny. Szczury,
jestem pewna – upierałam się.
- Ee, może
jednak inne zwierzę, za bardzo czuć, może pies czy kot zdechł i leży gdzieś w
krzakach. Trudno przecież nawet zlokalizować ten zapach...
Siedzimy we
dwie z ponurymi minami naprzeciwko siebie, w kuchni, przy oknie. Dzwonek.
Pojawił się chłopak Kasi, przyłączając się do ogólnych narzekań na zapach nie
do zniesienia i wysuwając przypuszczenie, które doprowadziło nas do pustego
śmiechu. – to musi być trup...
I zaczął
opisywać swoją teorię ,dając ujście narzekaniom- na pewno ktoś kogos sprzątnął.
Ot tak po prostu. Ja jednak tego nie rozumiem. Naturalnym jest grzebanie
trupa.Jak można tok po sobie nie posprzątać.
- Zapewne nie
są stąd, więc wszystko im jedno.- Tej wypowiedzi zbyt groteskowej na nasz gust
towarzyszył nasz wybuch śmiechu.
Usłyszeliśmy
pukanie. Ostatnią osobą której mogliśmy się jeszcze spodziewać był Tomek. Od
razu skwitował nasze domniemania ironicznym uśmiechem- Moi drodzy, bez
przesady! To po prostu jakiś mało rolny rolnik polał sobie pole śmierdzącym
nawozem.
- Hm, z
dodatkiem padliny ze szczurów i kotów ,które ułowił we własnej mołostodolnej
stodole- rzuciłam pod nosem. Nikt nie chciał wierzyć w teorię Tomka ,zbyt
racjonalnej na nasz gust. Każdy obstawał przy swojej. Najbardziej jednak zapadł
nam w pamięć pomysł narzeczonego Kasi. Dlatego nazajutrz, gdy wstałyśmy z Kasią
rano , spotkałyśmy się w kuchni i ostrożnie otworzyłyśmy okno, najzgodniej w
świecie wyrwał nam się z ust okrzyk- Usunęli trupa!
PLAMKA
-I co z tą
plamką? – Zapytała cicho nachylając się do boku i ucha przyjaciółki i kuzynki
pani Anna.
-A nic moja
droga . Nie znalazłam jeszcze lekarza, który podać by potrafił choć cień
logicznego wytłumaczenia na ten temat. Wszyscy są jednak zgodni. Plamka z
pewnością zniknie z czasem.
Anna
wyfrunęła w skowronkach i w pośpiechu przypominając sobie zapewne że umówiona
jest z ulubionym jej lekarzem ginekologiem endokrynologiem, który polecił jej
zabieg kosmetyczno-chirurgiczny podniesienia macicy, dzięki któremu jej
stosunki z mężem stały się bardziej satysfakcjonujące. Mąż ją znów uwielbiał.
Znów całował po przyjściu z pracy, i patrzył na nią tak jak dawniej, przed
dwudziestu laty.
Katarzyna
zamknęła drzwi za Anną i od razu sięgnęła po telefon.
-Chciałabym
umówić się na wizytę. Tak tak..., dziecko, piętnaście lat. Już nie dziecko?..
nastolatek, tak tak. Wie pani, syn ma taką dziwną plamkę, od urodzenia, w
miejscu intymnym.. Nieeee... no wie pani, z tyłu, przy kości ogonowej. Hmmm...
tak. Piątek, osiemnasta. Dziękuję.
Piątek
nadszedł niebawem, dwa dni minęły bezboleśnie i szybko mimo że Katarzyna
codziennie myślała o przyszłości swojego syna. Pięć minut codziennie w łóżku, tuż
przed zamknięciem powiek pojawiało się w jej głowie wielkie i okrągłe pytanie –
Dlaczego?
To znamię
było tajemnicze, jak dotknięcie wróżki albo czarownicy przy narodzinach. Jak
pięta Achillesowa. Plamka dobrego i złego. Takie sporej wielkości odbarwienie,
które nie znikało z czasem. Choć podobno w pewnym momencie było mu przeznaczone
zniknąć. Ale nikt nie wiedział kiedy ani co było jego przyczyną - plamki
pojawienie się i przyszłościowe zniknięcie.
Gabinet
doktora Żywiołowa znajdował się w końcu korytarza nieprzyjemnej kliniki.
Pierwszy numerek. Nie było tłumów. Odezwał się głos z wewnątrz – Proszę. Katarzyna weszła ciągnąc za sobą syna