Spis treści
I gra wstępna
II to co najważniejsze
III europejskie inspiracje
IV deser
Cz I
Gra wstępna
Bhadźi z groszku, kartofli,
pomidorów
4 średnie kartofle
3 małe pomidory
zielony groszek – pół szklanki
bakłażan – opcjonalnie – 1 mały
cebula – 1 średnia
sól – 1 łyżeczka
czerwony pieprz chili – 1/3
łyżeczki
kurkuma– ¼ łyżeczki
kolendra– szczypta
zielone papryczki ostre – 2
posiekane w plasterki
Jak to się stało że
ja, Polka znalazłam się w Amsterdamie, to historia zbyt długa. Ważne jest to,
że tego właśnie marcowego ranka dotarłam do miasta pokrojonego siecią kanałów
na wielokąty lądu. Dotarłam tam pociągiem międzymiastowym, nowoczesnym, nie tak
superszybkim jak francuskie train rapide, a jednak dalece lepszym od naszych
polskich zbiedniałych expresów. Przyjeżdżałam z północy lądu, z prowincji,
gdzie zakupił mi bilet i pożegnał mnie przyjaciel Holender. Niemo zazdrościł mi
mojego wypadu do stolicy. Tam cisza i spokój. Nuda. Przestrzeń agrarna jak
okiem sięgnąć i ani skrawka niezagospodarowanej albo zabałaganionej płaszczyzny
zieleni. Tu gwar i ruch za sprawą turystów. Stoliczanie, spokojniejsi i
dystyngowani, porzucają samochody dla rowerów.
Z dworca z mapą i
przewodnikiem w ręku, pieszo, udałam się na poszukiwanie jednego z owych tanich
schronisk niedaleko dzielnicy czerwonych świateł. Od terytorium tego dzieliło
schronisko jedynie kilka przecznic. Co istotniejsze jednak, od kawiarenki
internetowej dzieliła mnie tylko jedna, jedna, powtarzam, szerokość ulicy.
Lało. Początkowo
Amsterdam przywitał mnie zdradliwie łagodnie - słońcem. Po kilku godzinach
jednak jakby niebo się oberwało. Włóczyłam się po mieście z zaciśniętymi ze
złości zębami. Błądziłam w labiryncie kanałów, gubiłam ślad. Odnajdowałam się
mozolnie z pomocą przewodnika. Amsterdam jest podobno logicznym w swej strukturze
miastem. Może więc za krótko studiowałam mapę, a moja nędzna orientacja w
terenie ze względu na pogodę zupełnie odmówiła współpracy. Zmęczona i zniechęcona
wróciłam o zmierzchu do schroniska. Modliłam się o dobrą pogodę następnego
dnia. Za tydzień przecież kończył się mój urlop. Tymczasem postanowiłam wziąć
prysznic, coś przekąsić i skoczyć online po drugiej stronie ulicy.
Tłum. Wszyscy wpadli
na ten sam pomysł tego deszczowego popołudnia. Dostałam bilecik i zaczęło się
oczekiwanie w kolejce do komputera. Zdążyłam zamówić kawę przy barze – tylko
tam było miejsce siedzące, gdy podszedł młody mężczyzna i zapytał o pozwolenie
zajęcia sąsiedniego stołka. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się - To bar dla
wszystkich – Czułam, że za chwile zagai, zastanawiałam się tylko, czy uznał mój
uśmieszek za obelgę czy zachętę. Pierwsze pytanie–zagadka, dla przełamania
lodów – Czy domyślam się skąd pochodzi?
- zaczęłam zgadywać. Źle. Dowiodłam jedynie mojej nikłej znajomości
świata, kultur i ras. Okazało się, że jest z Pakistanu. Wiedziałam gdzie leży
Pakistan, mogłam w głowie nakreślić linie granic, choć z mozołem próbowałam z
dna pamięci wydobyć nazwę stolicy lub jednej z metropolii. Przyszedł mi z
pomocą, podając nazwę miasta, w którym mieszkał. Karachi. Nad oceanem
indyjskim, po zachodniej stronie.
Przyglądałam mu się
spod oka. Do jakiej rasy należał? Gdy ostatecznie rozwiązałam problem w głowie
na korzyść żółtej doszedł mnie jego głos – Są i w południowych Indiach i
Pakistanie ludzie zdecydowanie czarni, bardzo ciemni – znów więc zwątpiłam – A więc nie żółta? -
Jak wiele lekcji geografii musiałam przespać, by pozostawać teraz z tak wielka
białą plamą niewiedzy. Było mi wstyd. Europejczycy są do tego stopnia zainteresowani
samymi sobą i swoją własną kulturą, że rzadko kiedy przyjdzie im do głowy
spojrzenie na drugą stronę półkuli. Ja chciałam jednak tam zajrzeć. I brawo!
Nareszcie coś się działo. Akcja zawiązała się ciekawie, zaczynałam poznawać
świat i ludzi, ja, zapyziała, o jasnych oczach blondynka, Polka z warszawskiej
prowincji, panna Anna.
Bałam się.
Pakistanczyk wyglądał jednak przyjacielsko. Rozmowa toczyła się spokojnie, bez
agresji. Odrobinę jakby rezerwy czy nieśmiałości z jego strony. Doszedł nas
głos kelnera. Wzywano mnie do sali komputerowej na półpiętrze. Moją uwagę w
pełni pochłonęły nie czytane od kilku dni emaile. Po chwili jednak poczułam
dotyk na ramieniu. Farid wskazał mi miejsce gdzie stał przeznaczony dla niego
komputer. Okay. Odwróciłam głowę, nie chcąc tracić moich piętnastu minut na
zbędną rozmowę. Mój czas szybko się skończył. Podeszłam do jego stolika.
Oszołomiła mnie szybkość, z jaką potrafił pisać na klawiaturze po angielsku.
Nie korzystał z własnego języka. Dlaczego? Nie przyszło mi do głowy wówczas to
pytanie, które potem wielokrotnie sobie zadawalam. Jak to jest – wyrzec się
dobrowolnie własnego języka, używać oficjalnego angielskiego w każdej niemal,
najbardziej prozaicznej sytuacji.
Stałam przy nim
kilka minut zanim mnie zauważył. Nie zdałam sobie sprawy, że po prostu nie
usłyszał kiedy podeszłam, tak zajęty był tym, co działo się na ekranie,
piramidą listów, na które jednocześnie odpowiadał i kolejką stron
internetowych, które jednocześnie otwierał i z szybkością światła zamykał.
Skróty klawiaturowe. Byłam pod wrażeniem. Moja wówczas znajomość komputera nie
wykraczała poza normę przeciętnego młodego człowieka, który miał za sobą pracę
magisterską, czyli word processor, jakiś program typu messenger i serwis poczty
elektronicznej.
Dostrzegł mnie w
końcu. Z niewiadomego powodu czekałam, aż mnie zauważy, zamiast zwrócić na
siebie uwagę. Nie chciałam być natrętna, ponadto zdecydowanie hipnotyzowały
mnie jego migające po klawiaturze ciemne palce i migający ekran.
Zaproponował spacer.
Otworzyłam zdziwiona oczy - lało przecież niemiłosiernie. – Może przestało
wreszcie padać, sprawdziłem pogodę. Zapowiadali jej poprawienie pod wieczór
– potakiwałam biernie głową jak niema
księżniczka. - Czy mogłabym poczekać jeszcze chwilę? - Mogłam. Po chwili jednak żałowałam owej
obiecanej „chwili”, która okazała się pod względem długości w czasie bliska
godzinie. Wyciągnęłam przewodnik, odrobinę zmarnowany już i trochę wilgotny i
zagłębiłam się w jego studiowanie.
Spacer.
Niebo istotnie rozchmurzyło się, jakby na specjalne zamówienie Farida. Zapadał
jednak zmrok, i nie można było rozeznać czy chmury deszczowe wciąż grożą czy
nie. Groziły. Zaczęło znów kapać. Ale delikatniej. Włóczyliśmy się razem po
mieście, przekonałam się, że jest to przyjemniejsze niż samotność. Mniejszą,
niż dawniej, uwagę zwracałam na urodę miasta. Dotarliśmy aż do zakątka kawiarni
jazzowych, które nie wzbudziły jego zainteresowania. Wiedziałam już, że nie
znajdziemy wspólnego języka w dziedzinie muzyki, nie wiedziałam jednak jak
silny związek ma to z jego wiarą i światopoglądem. Przeszliśmy w okolice
uniwersytetu, kamienice na brzegu niektórych kanałów całkowicie nieoświetlone.
Dzielnica czerwonych świateł i panie półnagie, stojące cierpliwie w
zabarwionych ukrytymi swiatłami na różowo oknach, dla ułowienia klienta. Co za
egzotyka dla młodej Polki katoliczki! Ten liberalny świat zamiast jednak
fascynować, nudził. Nie wzbudzały mojej ciekawości ani atrakcyjne domy
rozkoszy, ani coffee shopy gdzie można legalnie skosztować miękkich narkotyków.
Zdecydowaliśmy się w
końcu na neutralną, klasyczną w stylu, przytulną kawiarenkę, bez muzyki na
żywo. Niemal pusto. Niedługo wybić miała północ. Zamówiłam kawę z mlekiem. On
również. Dużo później zrozumiałam, że dokuczać musiał mu ból głowy. Tylko w
takich chwilach zwykł pić kawę. Nieoczekiwanie wyciągnął nogi na stojącym
naprzeciw krześle. Białe grube skarpetki – serce mi krwawiło. Dlaczego nie
zapytałam go wcześniej o to, co robi w życiu, z czego się utrzymuje?
Potwierdziłaby się o kilka godzin wcześniej znana prawda, że technicy
komputerowi nie zwykli dbać o dobry gust i stosowność odzienia. Wygoda to ich
idea naczelna. To był cały on. Obraz więc malował się następująco – mężczyzna
średniego wzrostu, Indus, ale nie Hindus, muzułmanin z Pakistanu, śniady, ale
nie żółty, o skórze ogorzałej i opalonej, ciemnych oczach, długich rzęsach i
wydatnych ustach. To była kwintesencja tego, co całkowicie subiektywnie
nazywałam byciem mężczyzną przystojnym. On tymczasem wyciągnął się wygodnie,
oparł głowę na moim ramieniu zdawkowo tłumacząc jedynie, że przyleciał tego
ranka z USA. Kilkanaście godzin podróży. Różnica czasu. W jego czarnym, ładnym
garniturze, białych skarpetkach, szarym płaszczu z naturalnej wełny – skarżył
się ze „gryzie” i ociera mu skórę szyi – sprawiał wrażenie rozczulające. Wciąż
jednak broniłam się przed jego uporczywie spadającą na moje ramię, głową.
- W porządku, nie spałeś entą ilość godzin,
lecz poznaliśmy się dzisiaj, nic o mnie wiesz. Czy możemy zachować dystans?
- I owszem – skinął głowa, a ta po chwili i
tak opadła na moje ramie.
- Chodźmy już, jest późno. Chodźmy do
schroniska.
- Tak, ale wiesz co? Może wybrałabyś się ze
mną jutro w podroż po Holandii. Będzie pięknie, zapewniam. – Byłam zaskoczona –
Podroż pociągiem?
- Wynajmę samochód – przyłapał mój
niedowierzający wzrok – żachnął się i roześmiał – Jutro będę pod twoim
schroniskiem o dziewiątej. Pójdziemy razem wynająć samochód. Możesz wybrac
model.
- Nie znam się na samochodach – ucięłam,
niepewna czy powinnam zakończyć tę znajomość czy zdać się na los.
Farid odprowadził
mnie pod samo schronisko. Był środek nocy. Wiedziałam, że będzie musiał
przewędrować pół miasta w drugą stronę, aby dotrzeć do swojego lokum. Dlaczego
właściwie mieszkał w schronisku? Ten garnitur i samochód do wynajęcia! Cóż,
może to, co mi wydawało się niezwykłe i dziwaczne, dla obieżyświata było
codziennością. Zdecydowałam zdać się na los. A na pożegnanie tej nocy dostałam
różę, która kupił od samotnego sklepikarza, nocnego marka.
Następnego dnia
rozpoczął się niezapomniany tydzień. Wspaniała podróż, w czasie której
dotarliśmy aż do granic Belgii, przedsmak wielkiej podróży która czekac mnie
miała już niedługo - Europa jest tak mała -
mówił i aby to udowodnić w drodze powrotnej w kilkanaście godzin
próbował dotrzec do granic Amsterdamu. Niemal uciekł mi sprzed nosa mój autobus
do Polski. On czekać musiał na swój samolot, wylatujący dopiero dwa dni
później.
To,
co myślałam na jego temat w momencie pierwszego naszego spotkania zupełnie nie
pokrywało się z tym, co wiedziałam pod koniec naszej podroży. Pakistanczyk o
ciemnych oczach ujawnił swoją naturę czarującego mężczyzny, dowcipnego i
inteligentnego, z którym nie mogłam rozmawiać o muzyce poważnej i jazzie, ale
który mimo wszystko intrygował mnie i pociągał.
Droga Anno
Odpowiadając na twoje zapytanie odnośnie kuchni
pakistańskiej, muszę powiedzieć, że niestety nie jestem koneserem w tej
dziedzinie. Moja matka byłaby właściwą i godną polecenia znawczynią kuchni pakistańskiej.
Niestety żadną miarą nie umiem wyobrazić sobie jej ślącej ci przepisy i porady
droga emailową. Jestem obecnie w Stanach i wiesz, nawet w tym przypadku trudno
mi jest nakłonić ją, by siadła przy komputerze i porozmawiała ze mną.
Messengery są wciąż dla niej zmorą i pewien jestem, że śnią jej się po nocach w
postaci koszmarów. Eh, żal mówić. Jest jednak ktoś, kogo chciałbym polecić. Oto
adres emailowy Mariam msmariam@yahoo.com.
To moja kuzynka, Pakistanka. Znajdziecie wspólny język jak sądzę, w tym samym
jesteście wieku. Życzę powodzenia. A
dziś Mariam zdecydowała przesłać ci ten oto pierwszy przepis, który ja tu
wiernie z słuchawką przy uchu dla ciebie zapisywałem. Doceń wysiłek leniwego
mężczyzny!
To jest potrawa warzywna, zwiemy ja w Pakistanie
bhadźi z groszku, pomidorów, kartofli, z dodatkiem pakistańskich przypraw.
Mariam podpowiada, że potrzebujesz poniższe składniki : Cztery średnie kartofle. Lepiej jasne, żółte,
czerwone będą zbyt słodkie, trzy małę pomidory - Mariam kupuje jedynie owalne,
zwane sałatkowymi, o dość twardej skórze, ja jednak nie sądzę, aby to miało
znaczenie. Następny składnik to pół szklanki zielonego mrożonego groszku oraz
jeden mały bakłażan, to śmieszne, purpurowe warzywo i jedan średnia cebula. Co do przypraw, potrzebujesz jedną
łyżeczkę soli, jedną trzecią łyżeczki
czerwonego pieprzu chili. Nie kupuj jednak pieprzu kajeńskiego tylko
czerwony pieprz chili. Znajdziesz go w sklepach z orientalnymi produktami.
Szukaj produktów oryginalnych, hinduskich.
Kolejna przyprawa to jedna czwarta łyżeczki kurkumy, inaczej szafranu
indyjskiego. Kurkuma to ten żółty proszek. Nie można w sklepie przeoczyć. A na
koniec garść zielonej, świeżej kolendry, opcjonalnie może być natka pietruszki
i dwie maleńkie zielone
papryczki, posiekane w
plasterki.Całość będzie ostra. Przygotuj szklankę wody i tabliczkę czekolady na
pierwsze testowanie smaku potrawy. Nie zmniejszaj jednak ilości przypraw.
Potrawa może zmienić, co mówię, stracić! właściwy smak!
Gdy zgromadzisz składniki usmaż cebulę na złoto, do
niej dodaj wszystko z wyjątkiem kolendry, czyli – kartofle pokrojone w czworo,
pomidory drobniutko pokrojone w kosteczkę, zielony groszek, bakłażan pokrojony
drobniutko, oraz wszystkie przyprawy. Smaż na średnim lub małym ogniu, gdy
wszystko zmięknie i woda wyparuje, posyp po wierzchu kolendrą, podawaj z roti.
Czy to nie proste? Może sam zacznę gotować. Mariam ma jeszcze w zanadrzu
przepis na roti. To nasz odpowiednik chleba. To smażone na wielkiej płaskiej
bez brzegów patelni zwanej ata, mączne placki. Podczas posiłku urywasz kawałek
placka i posługując się nim jak małą łyżką sprawnie nabierasz warzywa w rożek.
Jestem pewien, że sobie poradzisz, trzymaj jednak widelec w pogotowiu, moja
kochana Europejko. Aby zrobic roti, przygotuj ciasto dodając odpowiednią ilość
letniej wody do szklanki nieoczyszczone, pełnoziarnistej,j pszennej mąki
induskiej – chapatti i wyrabiając ciasto ręką, w misce. Wygniatasz je dłonią
złożoną w pięść. Potem bierz małe kawałki ciasta, kształtuj kulki, rozgniataj
na placuszek, obtocz w mące, rozwałkuj
na cienkie placki odpowiednie do wielkości patelni, zwykle mają one średnicę dziesięciu
centymetrów i cienkie są na 3 milimetry. Smaż każde roti bez oleju na
przygotowanej patelni, ściereczką z płótna dociskaj roti do patelni, powinno
się „nadmuchiwać”, dociskaj brzegi tak, by uniknąć niedosmażonego ciasta,
uważać by się nie przypaliło. Smaż na obie strony. Sama uznasz kiedy jest
gotowe. Roti powinno być wypieczone, lecz bez przypaleń.
Wierze, że ci będzie smakowało. Mi już ślina zbiera
się w ustach i mam nadzieje, że kiedyś
będę mógł spróbować twoich gotowanych i smażonych cudów!
Pozdrawiam i
Całuję
Farid
Danie jarskie z zielonego groszku z ryżem
mrożonego groszku - 1
szkl pełna
ryżu długoziarnistego, induskiego -1
niepełna szkl.
cebuli żóltej - ¼
malej
„garam masala” tzn gotowa mieszanka
przypraw pakistanskich - ¾
lyzeczki do herbaty
ziarna kminku - ¼
łyżeczki do herbaty
ziarna dużego ciemnego kardamonu
– 2 szt.
czarny pieprz mielony - 1
szczypta
soli - 1 łyżeczka
do herbaty
imbir starty lub w postaci gotowej pasty - 1
łyżeczka
czosnek starty lub w postaci
gotowej pasty - ½ łyżeczki
Byłam pełna wątpliwości. Co
myśleć miałam o indywiduum z Azji, które wywarło na mnie tak duże wrażenie.
Myślałam, że zapomni i nie przyśle obiecanego emaila. Serce przeczyło jednak
uparcie. Jak mogło nie pamiętać jakie wrażenie zrobiły na Faridzie polskie
szare oczy, blond włosy i jasna cera, gadatliwość i nieśmiałość? Serce wierzyło
i popadało znów w cynizm w dywagacjach z samym sobą - biała dziewczyna dla
Azjaty gratką była przecież nie lada!
Odsuwałam od siebie te myśli
dopiero w momencie, gdy musiałam pojawić się w pracy i zmusić umysł do
koncentracji. Niech los sam sobie radzi z rozwiazywaniem własnych sprzeczności
i gmatwaniny ludzkich przypadkowych spotkań. Dlaczego wątpiłam czy napisze?
Napisał. Krótko. Pospieszna i skrótowa angielszczyzna – rozczarowana
spoglądałam na trzy linijki tekstu. – kilka słów, kilka pozdrowień i pytań -
Jakiego używałam messengera do rozmów? O której pojawiałam się w domu?
Nie mogłam się skoncentrować na
pracy. Miałam nadzieje ze nikt niczego nie zauważył. Spojrzałam spod oka na
siedzących przy stolikach w głębi pokoju kolegów i koleżankę. Zajęci, oczy
pilnie śledzące ekran. Informatycy. Jedynie ja nie śmiałabym się w żadnej
sytuacji nazwać informatykiem. Nie byłam nim przecież i w tej dużej firmie
zajęłam miejsce jednego z nich z czystego przypadku. Szukałam pracy jako
asystentka, taką tu też znalazłam, u boku dyrektora informatyki. Po kilku
jednak miesiącach roztargniony i wiecznie śpieszący się szef, z nieskończona
ilością kontaktów i informacji w głowie, stwierdził, że nie tyle potrzebuje
asystentki, co osoby zamującej się help deskiem. Takie też i zajęłam
stanowisko, ja, laik w dziedzinie poważnej informatyki. Wszystko opierało się
na mojej znajomości angielskiego. Byłam pośrednikiem i tłumaczem dla
informatyków w siedzibie w Londynie oraz dla naszych pracowników w Warszawie
nie znających podłego słówka po angielsku. Codziennie więc pojawiałam się w
biurze przed ósmą aby wieczorem dotrzeć do domu po dwunastu godzinach, również
o ósmej. Po półtoragodzinnym telepaniu się w pociągach podmiejskich, nareszcie
w domu. Miałam to szczęście czy nieszczęście, że mieszkałam poza Warszawą.
Podróżowanie dwa razy dziennie. Pociągiem. Nie stać mnie na samochód -
wmawiałam sobie samej, nie wiedząc, że wkrótce będę zmuszona wykorzystać
zapomniane umiejętności kierowcy. Tymczasem powtarzałam sobie, że jazda
pociągiem to wspaniały czas na lekturę, choć prawda niejednokrotnie okazywała
się o wiele mniej różowa – to był mój czas na odsypianie rozmów w nocy. Pociągi
ślimaczki, jak nazywają podobne podmiejskie cacka we Francji, tak miękko
kołyszą do snu. Tendencje do usypiania nad najbardziej pasjonującą lekturą
miałam zwłaszcza po powrocie z Amsterdamu. Te zarwane noce! Po pierwszym jego
liście, który był jakby zaproszeniem do nawiązania bliższej znajomości
listownej, pojawiły się inne. Regułą pozostało jednak to, że moje długie listy
były wynagradzane lakonicznymi jego odpowiedziami. Doprowadzał mnie do furii,
stwierdzając, że nie ma czasu na czytanie tak długich esejów, choć docenia
wysiłek. Wyznał, że czyta, i owszem, początek i koniec. Zastanawiałam się, czy
to nie za duża uraza dla mojej dumy kobiecej - Nie czytał listów! Dziś wiem, że
większość rodu męskiego nie należy do grupy znanych mi wcześniej mężczyzn
literatów, którzy pisać lubili obszernie i w okrągłych słowach. Uspokoiłam się
jednak. Internet miał swoje dobre strony. Neutralizował. Nie doszło do kłótni
ani do konfrontacji. Zdecydowałam, że to drobnostka i odpowiedziałam dowcipnym
emailem. Dziś jednak wiem, że większość moich mnogich listów rzeczywiście w
całości czytał i zachowywał. Czytał, niezależnie od jego setki sztuk liczącej
codziennej korespondencji.
Pisałam listy nocami. Listy
przeplatane opowiadaniami i wierszami. Pisałam, gdy czułam się samotna. Gdy
byłam pełna optymizmu. Gdy byłam pełna frustracji. Jakże mogliśmy jednak
utrzymać nasz związek, jeśli on tkwił uparcie w Stanach Zjednoczonych lub w
Pakistanie, a ja pośrodku, w Europie? Chat’owalismy każdej nocy. Choć kilka
słów. Przyjaciele skarżyli się, że ich zaniedbuję. Zaskakiwali mnie w domu.
Przychodzili na kawę i ciastka. Narzekali ze wariuję i odcinam się od świata.
Nie odcinałam się, jedynie ten skąpy skrawek czasu po pracy, który poświęcałam
im kiedyś, przeznaczałam teraz na nocne nie-Polaków rozmowy.
Czas płynął. Nauczyłam się
obsługiwać wszelkie nieznane mi do tej pory programy. Poznawałam zawsze z
pierwszej ręki wszelkie nowinki techniczno-telekomunikacyjne, internetowe. Mój
stary komputer z cierpliwością znosił wszelkie testy i mnogość ściąganych z
Internetu aplikacji. Doceniłam voice over ip, aplikacyjki, które pozwalały na
rozmowę za pośrednictwem komputera. Nawet sfatygowany mikrofon był w stanie
zanieść dźwięk mojego głosu do Ameryki. Cud techniki. Używaliśmy kamery cyfrowej
i telefonu internetowego. Telefon! Ile kosztuje minuta do Stanów, kto wie?
Dużo. Podczas pierwszej już rozmowy Farid zakomunikował, że nie pozwoli, bym
marnowała pieniądze, że wysyła do Polski jego nowy wynalazek, firmowy. Ten,
który właśnie testuje i promuje. Dostałam wkrótce paczkę ze Stanów.
Zrozumiałam, że technika
postępuje naprzód niezależnie od tego czy zapyziała mała Polka śledzi jej
osiągnięcia, czy nie. Tajemnicze urządzenie ze Stanów to był inteligentny
modem, tak zaprogramowany, że po podłączeniu do linii telefonicznej łączył się
z Internetem i pozwalał na kontakt z najdalszym zakątkiem świata. Nareszcie
zrozumiałam czym zajmowała się firma Farida, czym była ta tajemnicza
telekomunikacja internetowa, która pozwalała przy niewielkim nakładzie funduszy
ludziom w najodleglejszych zakątkach świata utrzymywać ze sobą ścisły codzienny
kontakt telefoniczny. Czy Internet nie był ósmym cudem świata? Dla mnie był.
Nareszcie mogłam usłyszeć jego głos jasno i bez zniekształceń, jak to działo
się w przypadku komputerowych aplikacji Voip. Byłam nieomal szczęśliwa. On
zarówno, choc jego pozbawiony emocji głos brzmiał w słuchawce aż nazbyt
spokojnie. Kochałam go za ton jego głosu. Uzyskaliśmy nareszcie odrobinę
realności, której tak nam brakowało.
Po kilku miesiącach tęsknoty na
odległoścć spotkaliśmy się ponownie. Na przecięciu dróg. Los padł na Hannover. Pamiętam chłód mimo początku lata.
Gotowe rozpłakać się w każdym momencie niebo, szare i smutne, przypominające to
dawne, amsterdamskie. Nam smutno nie było. Tylko na chwilę kilkakrotnie
wysunęliśmy nos za drzwi wynajętego pokoiku w motelu, którego nazwy żadne z nas już nie pamięta. Pierwszego
dnia jakaś parada na ulicach miasta. Zaciekawiona zmusiłam go do opuszczenia
pościeli. Przelotnie pojawiło się się w mojej głowie pragnienie zwiedzania.
Nowe miasto, w którym nigdy nie byłam. Niemcy. Po raz pierwszy dane mi było
słyszeć niemiecką gwarę w naturze, popatrzeć na niemieckie kobiety, na
niemieckich mężczyzn. Zrezygnowaliśmy
jednak ze zwiedzania. Odstraszyła nas szarość betonu. Nowoczesne niemieckie
miasto nie miało wiele do zaoferowania przygodnym turystom. To tam, znudzeni
chcieliśmy powtórzyć doświadczenie niekontrolowanej, nieplanowanej podróży
„gdzieś tam przed siebie”. Tym razem najdalszym miejscem, do którego dotarli
pionierzy była Anglia. Podroż tunelem pod La Manche. Zafascynowana byłam
zwiedzaniem Europy, jakiej nie znałam. W pędzie, na skróty. Ten człowiek
istotnie otworzył mi oczy na świat. Zaczynałam marzyć o wizycie w Pakistanie.
Im bardziej mi to ze śmiechem odradzał.
– Myślę, że wiele jeszcze powinienem ci powiedzieć
o naszej kulturze zanim podejmiesz decyzję o odwiedzinach – śmiał się – A
tymczasem zapraszam do Stanów. Kiedy przyjeżdżasz? Daj znać – żegnał mnie na
stopniach mojego pociągu do Polski.
Droga Anno,
Dziękuje za twój list, będzie mi miło pomóc ci w
poznawaniu kuchni pakistańskiej. Myślę, że poradzisz sobie świetnie. Pochodzisz
więc z Polski. Nic właściwie nie wiem o Polsce. Opowiedz mi w przyszłym liście.
Odpowiadając na twoje wątpliwości – czas poświecony tej korespondencji będzie
miło spędzonym czasem, nie obawiaj się. Myślę ze Farid postąpił bardzo ładnie
dając ci kontakt do mnie. Mam nadzieje, że i nam przyjdzie się kiedyś poznać w
przyszłości i gotować wspólnie Insz’Allah. Gotowanie nie jest dla mnie jedynie
obowiązkiem. Cieszę się, że poznałam osobę, która ma podobne hobby. Ale do
rzeczy. Zaczniemy od najłatwiejszych potraw – znasz już najłatwiejsze bhadźi -
kartofle pomidory groszek. A teraz dam ci przepis na groszek z ryżem.
Potrzebujesz
jedną szklankę mrożonego groszku, najłatwiej kupić mrożony. Co do ryżu,
my lubimy ryż hinduski, te długie ziarna. Po ugotowaniu wyglądają jak maleńkie,
zwinięte robaczki. To żart. W zasadzie nie widzę przeszkód, aby połączyć
groszek z ryżem chińskim, małym, jednak jeśli chciałabyś stworzyć oryginalną
potrawę pakistańska, ryż hinduski jest niezbędny. Spróbuj zakupić w sklepie z
orientalnymi produktami ryż basmati. Ryż należy dokładnie wypłukać, aby pozbyć
się jak największej ilości mętnej maczki, osadu, który sprawia, gdy gotujesz,
że ryż jest zlepiony. Należy namoczyć na piętnaście minut, lecz nie gotować.
Ryz dusi się w garnku.Potrzebna będzie nam także cebula. Najlepiej świerć małej
żółtej cebulki. Tylko dla smaku. Co do przypraw, tu tkwi cała istota kuchni
pakistańskiej. Bez nich nie zaistnieje najprostsze danie. A nasze dania
zachwycają prostotą. Właśnie tak jak ten groszek i ryż. Lecz bez przypraw nie
byłaby to potrawa, którą mogłabym ci uczciwie polecić.
Koniecznie musisz znaleźć mieszankę przypraw która my
nazywamy „garam masala”. Potrzebować będziesz pół łyżeczki. Szukaj w sklepach
orientalnych. Wiedziałabym który sklep polecić w USA. Houston, Atlanta, Nowy
Jork to miejsca gdzie odnalazłabyś dzielnice pakistańskie i sklep obok sklepu. Polska to wielka dla mnie
enigma i niestety zdana będziesz na siebie. Ale jeszcze o przyprawach. Wrzucisz
do garnka cwierć łyżeczki ziaren kminku, dwa ziarenka dużego brązowego
kardamonu, szczypta czarnego pieprzu zmielonego na proszek, jedną łyżeczkę soli,
jedną łyżeczkę startego na pastę imbiru, pół łyżeczki rozgniecionego lub
wyciśniętego czosnku.
Jak potrawę przygotować? Namocz ryż na piętnaście minut.
Smaż cebule na złoty kolor, dodaj czosnek, potem imbir, potem wszystkie
przyprawy. Dodaj groszek i odrobinę wody – podsmażaj tak i duś aż do momentu,
gdy groszek stanie się miękki i aż zobaczysz ze olej wyraźnie wypływa na
powierzchnie sosu i oddziela się. Dodaj wtedy ryż i wody tyle, aby przykryć ryż.
Gotuj dopóki ryż nie zmięknie a woda nie
wyparuje. Koniecznie opisz mi rezultaty, opisz wrażenia smakowe. Wierzę że
podniebienie Polki musi być inne niż nasze, azjatyckie. Mimo że stwierdziłaś, że
Polacy ostrych potraw nie lubią, wierzę że polubisz kuchnię pakistańską. Dla
jej oryginalności. Dla zapachu, który kusi i zniewala.
Pozdrawiam. Assalam alaikum.
Mariam
żółta soczewica i ryż
Ryż induski – 1 szklanka
Soczewica żółta – nieco więcej niz
pół szklanki
Soczewica pomaranczowa – pół
szklanki
Żółta zwykla cebula – ½ malej
Zielone małe papryczki chili – 1szt
Olej – 2 łyżki
Pomidor – 1 mały (owalne twarde
pomidorki)
Sól – 1 łyżeczka
Czerwony pieprz chili w proszku –
½ łyżeczki
Czosnek – ½ lyzeczki w
trakcie gotowania i na koniec - 1 zabek
lub plaska lyzeczka
kurkuma – ¼ łyżeczki
Kminek – 1 lyzeczka
salatka
Pomidory sałatkowe owalne – 2 szt
Cebula – ½ malej
Zielona papryczka – 1 szt
Sol – szczypta ( lub ok ½
lyzeczki)
Pieprz – szczypta (lub ok
½ lyzeczki)
Kolendra świeża – ¼ szkl lub
„ na oko”
Zanim podjęłam decyzję o odwiedzinach
w Stanach Zjednoczonych, zanim zainteresowałam się gdzie i jak się to
oficjalnie załatwia, on już pisał do mnie, że pragnie odwiedzić mnie najpierw w
Polsce. Nie spodziewałam się. Dlaczego nie? Był mi osoba ogromnie bliską i
chciałam, by poznali go moi rodzice, jednocześnie jednak bałam się tego
spotkania. Jak wyglądać będzie nasza komunikacja? Jak zareaguje staroświecka
babcia? Ponadto tkwiło we mnie drobnomieszczańsko i szlachecko-zaściankowe
przekonanie, że Pakistanczyk w Polsce nie ma czego szukać. Zjedzą go wzrokiem
przechodnie. Tkwiło we mnie inne jeszcze nie szlacheckie nie
drobnomieszczańskie tylko niemądre, kobiece Zosine Pana Tadeuszowe, poczciwe
zdziwienie – Jak to? On tu? Do nas, w nasze progi. Wszechwiedzący obieżyświat,
dla którego drobiazgiem jest wynajęcie mercedesa, gdy samochodu własnego brak,
a potrzeba. Kto jeździłby pociągiem? Nie on, informatyk, posiadający firmę w
Stanach, której działalności do tamtej chwili wciąż jeszcze nie potrafiłam
sobie samej nawet w pełni objaśnić, cóż dopiero mojej rodzinie, kretą drogą pod
górkę – z angielskiego na polski.
Jednak Farid zdecydowanie chciał
przyjechać w odwiedziny. Dowiedziałam się mimochodem, że zdążył już nawiązać
kilka profesjonalnych kontaktów w rożnych krańcach Polski. Otworzyłam oczy ze
zdziwienia. Nie wiedziałam czy poddać się osłupieniu czy złości. Potraktował
mnie jak profesjonalną, skuteczną asystentkę, na której zabiegi zawsze można
liczyć! Zdążyłam już bowiem zasięgnąć informacji w biurze do spraw cudzoziemców
i wiedziałam, że cała impreza zajmie trzy tygodnie, zaangażuje mnie osobiście,
moich oboje rodziców oraz pewną sumę pieniędzy z mojej kieszeni. Małomiastkowy
obudzil się we mnie egoizm i jeszcze gdzieś głębiej w sercu panika. Jak urwać
się z pracy w pełni dnia i wpłynąć na urwanie się z pracy obojga rodziców? Farid
jednak sprytnie potrafił wszystkie moje jawne i ukryte obiekcje usunąć lub
ułagodzić. Dostałam list z przeprosinami, że cała sprawa wymaga tak wielkich
ode mnie poświęceń. Gdzież poświęcenie? Tęskniłam za nim tak, że uczyniłabym
wszystko, aby dostać dla niego oficjalne zaproszenie. Uprzedziłam więc szefa o
moim nieoczekiwanym, ale koniecznym wypadzie – zgodził się. Nie musiałam wiele
tłumaczyć - Sprawa osobista? Uczuciowa? – Zapytał tylko. I gdy potwierdziłam skinieniem
głowy, wymyślił mi na drogę sprytne, profesjonalne wytłumaczenie nieobecności,
stwierdzając, że nawet nadmierne moje spóźnienie nie wywoła zamieszania i
awantury.
Urząd do spraw cudzoziemców w
tamtym czasie znajdował się w samym centrum stolicy. Rodzicielskim maluszkiem
przedarliśmy się przez zakorkowane niemiłosiernie w porze lunchu miasto, na
miejscu zastaliśmy długi ogonek oczekujących na możliwość wyświadczenia
przysługi swoim znajomym obcym. Niezliczone podpisy na niezliczonych arkuszach
papieru i obietnica przesłania pocztą zaproszenia. Tę wielce obiecującą
opowieść przekazałam Faridowi, kóry ucieszył się szczerze. Nigdy nie słyszałam
jego głosu w stanie tak wielkiego podniecenia. Sytuacja wzbudziła moje
rozbawienie z domieszką rozczulenia i zaskoczenia. Wciąż jeszcze miewałam
czarne myśli, których bohaterem był on, zdradzający, porzucający, oszukujący
kochanek. Szatan podsuwał najbezczelniejsze przypuszczenia w dniach samotności,
niezależnie od tego jak słabo przemawiały za nimi realia. Ta rozmowa była momentem przełomowym. Kocha mnie – zapewniało
serce - Zobaczymy, gdy się tu pojawi –
ostrożnie podpowiadał umysł.
Na lotnisko pojechać chcieli ze mną rodzice. Musiałam
się zgodzić. W ten sposób Farid uzyskał rodzinne, gwarne powitanie. Był odrobinę
zaskoczony. Wyobrażał sobie zapewne, że z gestem opłaci wynajęcie auta, hotelu,
restauracji, że będzie uroczo i prywatnie. Zapewne taki właśnie układał sobie w
głowie plan w trakcie podroży samolotem. Z odrobiną złośliwości zapytywałam się
w duchu - Dlaczego? Dlaczego znów miało być po jego myśli? To był mój kraj.
Pora na nasz gest. Rodzice zaprosili go
do domu. Nie mógł odmówić. Mieszkałam wówczas na przestronnym
trzypokojowym piętrze dużego rodzinnego domu na prowincji, podczas gdy
pozostała cześć rodziny zajmowała parter.
– Będzie nam wygodnie - zapewniałam, choć
widziałam jego niepewna minę. Był typem
mężczyzny, który nie potrafił czuć się swobodnie w obecności rodziców
ukochanej. Wiedziałam, że zastanawiał się jak dalece przepuszczalne dla dźwięków
są ściany i sufity naszego domu.
– Są cienkie, lecz zapewniam cię, kochanie, że
nikt nie stara się nas podsłuchiwać – Bezradnie pokiwał głową.
– Oczywiście. Wiec jednak nie chcesz przenieść
się do hotelu?
- Nie powiedziałam, że nie chcę. Ja jedynie
chciałam, żebyś poznał moja rodzinę. Babcia nie pofatygowałaby się do Warszawy,
aby cię poznać. To była jedyna dla niej szansa. - Uśmiechnęłam się trochę
łobuzersko, przypominając sobie pierwsza reakcje babuni – o Boże! Murzyn! – Nie
Murzyn babciu, to moj narzeczony, Farid, jest z Azji, nie z Afryki. -
Pocieszałam ją, jak mogłam i próbowałam zmniejszyć stan przerażenia. Nie
wiedziałam jednocześnie - śmiać się czy płakać, gdy przelotnie udało mi się
pochwycić speszony wzrok Farida. Zrozumiał całe zajście, choć ani jednego słowa
nie znał po polsku. Incydent był w gruncie rzeczy śmieszny, świadczył jedynie o
babcinej naiwności i absolutnej niewiedzy o „wielkim świecie”.
- Trudno gniewać się na staruszkę o taki
drobiazg - podsumował Farid moje tłumaczenia.
- Przyjechałeś więc na tydzień, na osiem dni.
– Marzyłam w duchu aby jeszcze raz powtórzyć doświadczenie z Holandii, z
Niemiec. Zaczęłam wyobrażać sobie wnętrza poszczególnych znanych mi w Warszawie
hoteli. Ten potok próżnych myśli przerwał mi jego cichy, zamyślony głos
– Wiesz. Jest tak, jakby spełniał się mój sen.
Zasnąłem na krótko w samolocie. W zasadzie nie potrafię spać w powietrzu. Lubię
mieć grunt pod nogami. Śniłem ciebie i twoją rodzinę i wspólny posiłek. I
pamiętam, że pomyślałem – Jest tak rodzinne i miło. I oszczędnie!
- Oszczędnie! Co ty sobie wyobrażasz? –
wybuchnęłam. Zaraz jednak pohamowałam gniew i ucichłam. Od tamtej pory zawsze
będzie mówił ze śmiechem lub z rozczarowaniem - Ty tak gwałtownie na wszystko
reagujesz. Ściągnij cugle, oddychaj głęboko. Przez dwie sekundy nic nie mów i
wtedy wal co myślisz.
Dlaczego ja, głupia gąska nie zapytałam go o
interesy, o firmę? Jestem tak wielką egoistką – ganiłam siebie sama w myśli.
Rzeczywiście okazało się, że miał kłopoty fnansowe. Unikał podania bliższych
szczegółów. Przyznał się do długów.
- Przepraszam kochanie za mój wybuch – było mi
szalenie głupio. Unikałam jego wzroku, po chwili wziął jednak moja twarz w
dłonie i pocałował. Przytuliliśmy się do siebie i długo tkwiliśmy w tej
skurczonej pozycji ze splecionymi dłońmi, policzkami, które dotykały się
delikatnie. Farid wyciągnął się po chwili wygodniej na moim gąbkowym, szerokim
materacu, przyciągnął mnie do siebie i zamknął oczy.
– Ten pokój jest tak przytulny, tak
uspokajająco nie działało na mnie żadne dotąd miejsce. Nawet mój dom własny w
Pakistanie.
- To jego maleńkość. I kolory – pokoik był rzeczywiście nie tyle mały, ile
wąski i długi, materac zajmował główną pozycję środkową, wokół niego przysiadły
małe meble ratanowe. Drewniane, strzeliste półki zastawione w dwu rzędach
książkami. Bibeloty, misie, książki, dywaniki i kwiaty sprawiały wrażenie
przytulności i ciepła. Zielony kolor w różnorakich odcieniach, który tu
królował od zawsze, relaksował, pomarańcz i żółć przynosiły z sobą ciepło.
- Tylko prosze nie namawiaj mnie do zwiedzania
miasta – faktyczne przerwał mi moje plany wędrówek po Warszawie.
– Mam tylko tydzień i chcę go spędzić z tobą,
nie z przewodnikiem i historykiem.
- Wiec może jednak Łazienki i Wilanów?
- Co to Łazienki?
- Moglibyśmy pospacerować, tam jest pięknie.
Łazienki to park.
- Okay, pospacerujemy, pójdziemy z twoimi
rodzicami do restauracji. Wybierz dobrą. Zaproś wszystkich, także babcię.
Plany jego w istocie odbiegały od moich. „Sam na sam”
poznasz w Stanach – twierdził. - Docenia się rodzinę dopiero w momencie
znacznego od niej oddalenia. - Może i prawda. Dlaczego miałabym myśleć w tej
chwili o Stanach? W głębi duszy nie porzuciłam jeszcze myśli ze uda mi się
namówić go na osiedlenie się w Polsce. Rozwijający się kraj. Duże możliwości.
Spodoba mu się. W istocie spodobało mu się to, co mi popsuło humor – moje
rodaczki, Polki.
- Jak to możliwe – zachwycał się - aby
dziwięćdziesiąt procent populacji żeńskiej było ponadprzeciętnie ładnych. Jak
to możliwe? I ta gracja. I te sukienki. Podoba mi się europejska moda. I te
jasne oczy.
- Nawet nasze ciemne oczy są dla ciebie jasne
– wybuchnelam w którymś momencie śmiechem po to jednak, by pokryć moje
rozczarowanie. - Jak mogą tak bardzo
interesować go kobiety, gdy ma wreszcie przy sobie tę jedyną i kochaną? – Płakałam
nocą ukradkiem w jego ramię. Nie mogłam jednak powstrzymać szlochu. Obudził
się. - Kia o hua - zapytał we własnym języku. Zabrzmiało tak czule.
Rzeczywiście lubiłam, gdy mówił do mnie w urdu. Oboje odczuwaliśmy nieznośność
angielskiego. Jego oporność i brak delikatności. Był to w końcu dla nas głównie
język kontaktów powierzchownych, przyjacielskich, a wkrótce profesjonalnych.
Urdu i polski. To były nasze momenty największej czułości. Rozumieliśmy się.
Powiedziałam, co mnie gnębi. Nie roześmiał się, nie zbagatelizował. Posmutniał.
I zaczął mi opowiadać o Pakistanie. Nie wiedziałam jak bardzo jego kultura
tradycyjna, induska i muzułmańska, barwna i bogata, a jednocześnie powściągliwa
różniła się od naszej, polskiej. Nie do pomyślenia było, aby kobieta wyszła na ulicę w mini.
Zdarzało się to rzadko, wśród turystów.
- Teraz kobiety nie są już tak przywiązane do
tego, co mówi Koran. Nie wszystkie noszą chustki, długie suknie i
płaszcze, noszą jednak zawsze długie szale,
którymi okrywają ramiona i długie krucze włosy oraz ocieniają czoło tak ze trudno
takiej nawet w oczy spojrzeć. – śmiał się – Ot, skromność. - Wbrew sobie samej
i jego lekkiemu tonowi, który wyraźnie unikał komentarza na korzyść jednej lub
drugiej kultury, podobał mi się ten opis. Ta idea okrywania się i ocieniania
czoła i oczu.
- Słowem, jesteś zauroczony tym, czego nie
widujesz we własnym kraju, czujesz się jak na wolności – droczyłam się z nim.
- To nie tak – zaczął tłumaczyć, że to nie tylko o te krótkie sukienki i o te
jasne oczy chodzi. Lecz i o styl bycia. O tę otwartość, uprzejmość i
życzliwość. – Posłuchaj, nikt tu jeszcze nigdy nie powiedział mi złego słowa,
nie odburknął, nie odwrócił się plecami, nie okazał cienia rasizmu. Powinnaś
być dumna z własnych rodaków - Zamyśliłam się. Powinnam być dumna? Lecz
psychologicznie rzecz rozpatrując, chodzi o to, że ty Faridzie spadłeś dla nas
Polaków niejako z Księżyca, jesteś czystą egzotyką – roześmiałam się - Wiele
osób nie wie skąd dokładnie pochodzisz. Trudno cię na pierwszy rzut oka
zaszufladkować. Oczywiście nie możesz być Żydem. My nie kochamy tych, którzy
coś nam są winni, cos nabroili. Albo my nabroiliśmy na ich podwórku. Słowak,
Niemiec, Żyd. O, widzisz. Tu zdecydowanie łatwiej się nam określić w kategorii
lubię nie lubię. Ty, kochanie, jesteś po prostu szalenie przystojnym, śniadym
typem o długich rzęsach i ciemnych oczach.
Uważał ze Polacy są szalenie mili i gościnni i
życzliwi.. Uważał tak, co ciekawsze, nawet po incydencie z kradzieżą w tramwaju
gdzie jakiś młodzeniaszek próbował mu wyjąć portfel z kieszeni, lecz spłoszyła
go krzykiem stojąca obok staruszka. – Farid skwitował to jedynie twierdzeniem
że Polacy są bardzo „zapobiegliwi” i „sprytni”. To samo powtarzał, tak często,
że dostawałam bólu głowy od przesycenia, o polskich ludziach biznesu. - Polacy
nie ufają obcokrajowcom. - Rozczarowała go Polska pod względem profesjonalnym.
Wyjeżdżał wyraźnie zawiedziony.
– Polska nie stoi tak wysoko w procesie
rozwoju techniki jak inne kraje Europy zachodniej, nie mówiąc już o Ameryce ,
która w dziedzinie najbardziej mnie interesującej, telefonii internetowej stoi
na najwyższym szczeblu – Twierdził że Pakistan w dziedzinie Internetu jest na
wyższym poziomie zaawansowania niż Polska – Uczyliśmy się od zachodu. Ja byłem
tym, który podrzucał nowe pomysły, gdy Internet był jeszcze w powijakach –
pochwalił się znienacka i pochwycił moje pełne uznania spojrzenie
– Kochanie, mimo że nie wiem o tobie wiele,
wiem jedno. Jesteś nieprzeciętną kreaturą – Pocałowałam go ze śmiechem – Jesteś
absolutnie unikalny. Unique. Kocham cię. Powiedziałam mu już szeptem po polsku
i szeptem mi odpowiedział, po polsku. Wiele tygodni później dowiedziałam się,
że znaczenie jego imienia jest zbieżne z tym co powiedziałam wówczas – Farid
czyli Wyjątkowy, Unique.
Kolejne dni tego
krótkiego tygodnia minęły szybciej niz. sobie tego życzyłam. Okazało się
niestety że nie dostanę najkrótszego nawet urlopu – koledzy z działu
bezwstydnie w łóżku z grypą – oznaczało to samotność dla Farida w ciągu długich
dziewięciu godzin dnia i nasze jeszcze bardziej intymne, bezsenne i drogie nam
noce. Moja praca stała się wielką fikcja, której, modliłam się, by nikt nie
odkrył. Skoncentrowanie się nie najprostszych zadaniach stało się dla mnie
sztuką. Rozpraszały mnie myśli, rozpraszały mnie wielokrotne jego w ciągu dnia
telefony. Rozczulałam się jednak na myśl o tym, jakiego wysiłku psychicznego
wymaga od niego porozumienie się z babcią, która z angielskiego nie znała ani
słówka. Mój narzeczony po polsku najlepiej umiał mówić „kocham”, ale prosiłam
by się tym przy babci nie chwalił. Tymczasem wbrew moim obawom, pierwszego już
wieczoru zastałam podekscytowaną, radosną babcię z Faridem, przy stole. Jedli
razem kolacje. Rozmowa na migi. Oboje w świetnych humorach. – On jest taki
uprzejmy i miły. - Zachwycała się -
Spadł mi kamień z serca. Babcia została już oswojona.
Tego samego dnia
zagadnęłam ponownie o przeprowadzkę do hotelu. Propozycja była wciąż aktualna.
Okazało się, że Farid zrobił rezerwację na kilka ostatnich dni.
– Nie mogę pozwolić abyśmy tyle czasu tracili
z powodu twoich czasochłonnych powrotów z pracy. Wynająłbym ci samochód, ale
nie chcesz.
- Boje się! – jęknęłam. Warszawiacy są tak
brutalnymi kierowcami.
- Ech ty! Pomyśl, że w Stanach nie będziesz
miała wyboru. Tam niebezpiecznie jest chodzić po ulicach. Przynajmniej tam,
gdzie mieszkam. Na prowincji. Nauczę cię jeździć, ale weź wcześniej kilka
lekcji u taty. Uczył cię dawniej. Ile to lat temu mówiłaś?
- Dziewięć. Prawie dziesięć.
- O, Allah! Cóż to za dziwna dziewczyna –
przytulił mnie z uśmiechem.
Droga Anno,
Assalam alaikum, to znaczy pokój nie będzie z tobą.
Mam nadzieję, że nie obrażam cię używając tego naszego powszechnego
pozdrowienia muzułmańskiego. Skoro zdecydowałaś się na korespondencje z
Pakistanką, to musiałaś wziąć pod uwagę wszelkie konsekwencje tego wyboru. To
żart oczywiście. Czasem myślę ilu Polaków wie cokolwiek o Pakistanie? Przyznam
się szczerze, że jeśli zapytasz kogokolwiek w Pakistanie o Polskę zawstydzony nie
będzie umiał powiedzieć o niej jednego nawet słowa. To wielka enigma. Odległy
kraj. Dziękuje ci więc za twój ostatni list. Przyznaję, że korespondencja z tobą
jest jedną z moich ulubionych rozrywek. Nie ociągaj się i nie leń! Pisz.
A teraz przepis, dziś postanowiłam, że opowiem ci jak
się przygotowuje żółtą soczewicę z ryżem. Tym razem podam ci również naszą
nazwę w urdu . Przyznaję, rozbawiła mnie twoja opowieść o języku polskim i o
tym jak jest trudny do nauczenia.
Zauważyłam, że fonetycznie nasze języki są zbieżne. Jestem w stanie
wymówić wszystkie zdania, które przysłałaś mi w plikach mp3. Czyż to nie jest
zabawne i zadziwiające? Z łatwością przyjdzie nam się więc uczyć wzajemnie
naszych języków.
Ale przejdźmy do ryżu i soczewicy. Ryż nazywamy „czalder”,
soczewica – dal.. Długie „a” pośrodku. Potrzebujesz jedną szklankę ryżu,
oczywiście zachęcam do smakowania hinduskiego basmati. Kup żółtą soczewicę, do
potrawy zużyjesz nieco więcej niż pół szklanki, a soczewicy pomarańczowej –
dokładnie pół szklanki. Potrzebujesz też pół małej, żółtej cebuli, jedną
zieloną, małą papryczke chili, olej do smażenia i jednego małego pomidora z
tych owalnych, małych. Co do przypraw, czy zauważyłaś już, że zazwyczaj się one
powtarzają? Prawda, to dopiero twoja trzecia potrawa. Lecz powiem ci to od
razu. My Indusi, a mówiąc to myślę i o Pakistanczykach, nasza kultura jest
podobna, nie jemy wieprzowiny, lecz używamy do woli wszelkich przypraw.
Podstawowe przyprawy bez których nie może się obejść dobra kucharka to czerwony
ostry pieprz, pieprz czarny, mielony i w ziarnach , imbir, sól, kardamon,
kminek, czosnek, dhanya czyli mielona kolendra. Dziś potrzebować będziesz jedną
łyżeczkę soli, pól łyżeczki czerwonego pieprzu chili w proszku, półtorej
łyżeczki czosnku, w trakcie gotowania i na koniec jeszcze plaska łyżeczka
zakupionego startego na pastę czosnku, ćwierć łyżeczki kurkumy w proszku ,
jedną łyżeczkę ziaren kminku.
Powinnaś gotować ryż w dużej ilości wody, na sypko.
Następnie połączyć dwa rodzaje soczewicy, opłukać, namoczyć na kilkanaście
minut. Wrzuć soczewice do gotującej wody Gdy soczewica się zagotuje zmniejsz
ogień. Pokrój cebule w pasemka, cieniuteńko, dodaj do soczewicę. Dodaj potem
sól, czerwony pieprz, czosnkową pastę, kurkumę, zieloną papryczkę w całości lub
przekrojoną na pół, pomidora bez skórki, jeśli nie czujesz się zbyt leniwa.
Gotuj soczewicę na średnim ogniu, aż się rozgotuje. Soczewica powinna mieć
konsystencję sosu., polewać będziesz nią ryż. Tenże ryż w odpowiednim momencie
odcedź i przełóż do salaterki. Czy mówiłam że ma być osolony?Ma być. Soczewicę
tuż przed podaniem na stół przełóż również do drugiej salterki. Następnie w
małym naczyniu żaroodpornym, które możesz ustawić na ogniu, podgrzewaj jedną
łyżkę oleju Dodaj wyciśnięty czosnek, poczekaj aż się delikatnie podsmaży, lecz
nie spali, stanie żółtawy, lecz nie całkiem brązowy. Dodaj wtedy ziarna kminku,
smaż jeszcze chwilę, może pół minuty, nie pozwól żadną miarą by się spaliło.
Gorącym olejem polej soczewicę w półmisku. Całość jest gotowa do podania na stół.
Muszę ci zdradzić, że ta potrawa, choć tak prosta,
zajmuje jednak sporo czasu i zwykle musisz wykorzystać wszystkie garnki, jakie
posiadasz w kuchni. Żaden porządny znawca kuchni pakistańskiej nie zje daal i
czalder „samotnie”, one potrzebują towarzystwa sałatki z pomidorów, domowych
frytek i zmazonej ostrej papryczki. A wiec droga Anno, usmaż frytki domowe
z pięciu średnich kartofli. Po usmażeniu
frytek, w ten sam wrzący olej wrzucać pokrojone w grube plasterki zielone
bardzo ostre papryczki. Uwaga, nie odchodź od patelni! Spalisz. Posypuj
plasterkami papryczki ostrej usmażone
frytki, a całość kolendrą w proszku.
Co do sałatki
pomidorowej, pokrój pomidory i cebule w drobniutka kostkę, posiekaj świeżą
kolendrę i papryczki. Posól i dodaj pieprzu czarnego.
Ta potrawa jest ostra, zarówno soczewica jak sałatka
jak i frytki. Ale co to za rozkosz dla podniebienia.
Pozdrawiam cię
gorąco z Pakistanu.
Mariam
Okra z pomidorami
Olej – 1 łyżka lub na oko , do
smażenia
Cebula – ¼ małej cebuli
Okra mrożona – 1 i ½
paczki
Pomidory – 6 salatkowych owalnych
Sol – 1 łyżeczka
Czerwony pieprz – ½ łyżeczki
Pasta czosnkowa – 1 łyżeczka
Mango mrożone lub swieze – 2 małe
plasterki
-
Absurd,
kochanie, nigdzie nie jedziesz – Przekonywała mnie przyjaciółka – wyobrażasz
sobie życie gdzieś tam w obcym kraju? Z człowiekiem, z którym nie będziesz
mogła zamienić nawet jednego słowa po polsku.
-
I owszem. Umie powiedzieć „Kocham “ – Przerwałam jej –
Przemawia przez ciebie zwykła zazdrość.
-
Oczywiście! Zostawiasz mnie tu samotną. Nie będzie
wspólnych spacerów, wspólnych rozmów, kawy w Nowym Świecie, kawiny w
McDonaldzie. I rowerowania nad brzegiem Wisły.
-
Tak. Nie będzie.
Wiedziałam, że nie będzie wielu
rzeczy, do których zdążyłam się przyzwyczaić, które kochałam od dziecka,
miejsc, które wypełnione były wspomnieniami z dzieciństwa. Nie będzie
przyjaciół, ale namiastka ich obecności w postaci listów i emaili. Nie będzie
łatwo poznać nowych przyjaciół, gdy najlepszy do zawierania przyjaźni czas
szkoły, studiów i dzieciństwa miałam za sobą, a znajomości zawierane w
środowisku profesjonalnym zupełnie inną posiadały wartość. Były trwalsze.
Rozsądniejsze. I żal mi było tych dziecięcych i szkolnych, bo wiedziałam, że
one były najbardziej kruche. Bo to ci właśnie przyjaciele wykruszali się z pola
widzenia najłatwiej i najszybciej.
W pewnym momencie zdecydowałam,
że niezależnie od tego, co myślą przyjaciele, niezależnie od tego jak smutno
wygląda uśmiech matki, która godzi się na mój wyjazd, powinnam rozpocząć
procedurę uzyskania wizy. Chciałam w końcu popchnąć to domino, chciałam, by
porwał mnie bieg wydarzeń tak, bym nie musiała zastanawiać się nad każdym
posunięciem. Marzyłam o tym, by przez chwilę przestać myśleć i zrozumieć, co w
istocie czułam. Jak wiele byłam zdolna poświęcić dla miłości? Wyświechtany
cytat. A jednak życie z nim to miało być budowanie od podstaw. Pora coś
solidnego nareszcie ukształtować, czułam się stara - za kilka lat może nie będę
miała już tyle wiary, zapału, miłości. – zaczęłam ironicznie odpowiadać na
płynące zewsząd zapytania, zdziwione spojrzenia, skwaszone miny. – Trzymajcie
za nas kciuki – rzucałam tym, którzy ze szczerym uznaniem kiwali głową.- Tak
daleko. Sama. Zaczynać od zera. Chapeau!
Byli tacy, którzy oskarżali mnie o
nieczułość względem rodziców lub o brak patriotyzmu. Do tego stopnia, że
zaczęłam zastanawiać się, czy rzeczywiście urodziłam się ułomna, pozbawiona
cnoty przywiązania do kraju. Bezradnie szamotałam się w myślach próbując
rozwiązać kwestie nie do rozwiązania – Dlaczego? Dlaczego nie może człowiek po
prostu zniknąć? Spakować walizki i odejść. Dlaczego tyle zobowiązań? Tyle
materialnych i duchowych nitek. Tyle uczuć, wyrzutów sumienia, szamotaniny, obietnic,
kolekcjonowania kontaktów, gubienia kontaktów. Czy rzeczywiście wolno mnie oskarżyć o brak
patriotyzmu? Kto śmie twierdzić, że zna doskonałą jego definicję? Kto w dzisiejszych
czasach Internetu, otwartego świata, szybkich środków lokomocji śmie potępiać
kosmopolitów? W głębi serca marzyłam o mieszkaniu w Polsce, Polska jednak nie
marzyła o mnie. Nie udało mi się nigdy poznać mężczyzny Polaka, którego
chciałabym poślubić, ktory chciałby mnie poślubić. Jak długo miałam czekać na księcia z bajki? Na której stronie, w
którym miejscu napisał Andersen, że książę ma być tej samej nacji, co
księżniczka? Jednak dopiero poza granicami kraju, dopiero teraz właśnie, gdy
pisze te słowa, wspominam Mickiewicza i Norwida i smętniawe, urocze, pełne
melancholii dzieła napisane na obczyźnie z myślą o Polsce. Tęsknię za domem, za
widokiem z okna mojego pokoju, za ulicą bez asfaltu, która wiedzie nad rzekę,
za łyżwami zimą, za płaskością Mazowsza, za brudną Wisłą i spacerami po starym
warszawskim mieście. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się przyłapać myśli pełnej
żalu. Nie, nie żałuję wyjazdu do Stanów.
USA – trudny kraj, który wszyscy uważają za „łatwy”, otwarty. Trudny
kraj, lecz wizę udało mi się uzyskać nadspodziewanie łatwo. Aplikację i paszport wysłać można było przez kuriera i
tak odesłana miała być wiza. Nie było wiec prawdą, że należy „odstać” swoje w
kolejce kilkugodzinnej przed ambasadą amerykańska? Wysłać dokumenty. Czekać na
odpowiedź. Po dwu tygodniach dostałam paczkę z ambasady – paszport z wklejoną
wizą na dziesięć lat. Bez słowa. Bez problemu. Nie udało mi się spojrzeć
konsulowi w oczy. Kolejnym moim strategicznym posunięciem była rozmowa z
szefem.
- Urlop? Myślałem,
że zdecydowaliśmy już o terminach urlopu – Zaczął szef, zamykając za mną drzwi
swego gabinetu.
- Właściwie nie o urlopie chciałam porozmawiać. A
raczej o urlopie również. – zaczął mi się język plątać pod badawczym jego
spojrzeniem. Uspokoiłam się jednak i opowiedziałam w skrócie cala historię
planowanego wyjazdu do Stanów. Uśmiechał się.
- Wiedziałem, że coś jest na rzeczy. Zauważyłem,
że od pewnego czasu jesteś roztargniona. Co ja mam do powiedzenia? Jaki ty masz
plan? – opowiedziałam jak wyobrażałam sobie delikatnie zniknąć po urlopie,
rozwiązać umowę nazajutrz rocznicy dwuletniej współpracy z firma. Skinął głowa.
Rzeczywiście szef taki jak on to błogosławieństwo.
Tego dnia opuściłam biuro z
lekkością na duszy i pustką w głowie. To, co najcięższe już było za mną.
Puściłam już w ruch wrzeciono. Nie mogłam zawrócić. Nie mogłam powiedzieć
„nie”. W głębi duszy wiedziałam, że boje się. Jak nigdy w życiu boję się
wyjechać, przeciąć wszystkie nitki wiążące mnie z krajem. Bałam się życia we
dwoje, życia w dalekim kraju z człowiekiem, który w pewien sposób był mi wciąż
obcy. Obcego używaliśmy języka, by się porozumieć. Dzieliła nas różnica kultur,
wiar i doświadczeń. Łączyła miłość. A wiec ostatecznym pytaniem, które
zdecydować miało o tym, czy chciałam wyjechać, było pytanie czy rzeczywiście
kochałam go.
Byłam pewna swoich uczuć. Byłam
tak pewna do momentu, gdy otrzymałam nieoczekiwany list od Farida. Podejrzewałam
hakerstwo, dowcip, pomyłkę. Byłam zaskoczona nienaturalnym, oschłym tonem,
cynizmem, przez który jednak przemawiała rozpacz. - Zmienił zdanie. Mylił się.
Było mu przykro, lecz musiał zerwać ze mną kontakt. Było coś, o czym musiałam
wiedzieć... – List był napisaniu z dystansem, ale chaotycznie. On, który zwykł
poświęcać minutę na napisanie długiego, czułego listu, który miał taką łatwość
pisania, tu wyraźnie nie potrafił sklecić zdań, które nosiłyby znamiona jego
stylu. Pisał, że musimy się rozstać. Bez podania powodu. Zimno. - To
niemożliwe! Nie podyktowało mu tego serce, raczej czyjaś wola lub ręka.
Odpisałam w wyważonych słowach, pytając jedynie o powód. Cisza. Sprawdzałam
skrzynkę emaliowa kilka razy dziennie. Nie potrafiłam się na niczym skoncentrować.
Moje zmysły, moje serce, mój umysł czekały. Byłam cała czekaniem i nadzieją.
Dostałam w końcu list, długi tym razem, czuły, delikatny. Opowiadał historię
mężczyzny, który z pochodzenia jest Pakistanczykiem, ktory Pakistańską posiada
rodzinę w Pakistanie. Który, jak to nakazuje pakistańska kultura i obyczaje,
mimo że doszedł wieku lat dwudziestu siedmiu, wciąż pozostawał pod ogromnym
wpływem rodziny. Który nie potrafił sprzeciwić się woli matki, która
postanowiła wydać go za pannę z Pakistanu, kuzynkę, która jest piękna,
inteligentna, religijna, lecz której on
nie kocha.
Zamknęłam oczy. Zaczęłam zapadać
w półsen, w letarg. Moje mięśnie uległy rozluźnieniu. Nareszcie prawda.
Jakkolwiek była bolesna. Wiedziałam, że mówił prawdę. Chciałam stanąć oko w oko
z prawdą. Dziękowałam mu w duszy za ten list. Wiedział, że to docenię.
Odpisałam, że oczywiście rozumiem. Co mogłam uczyniąc jeśli taki był jego
obowiązek względem rodziny? Powinien pójść za jego głosem. Nie za głosem serca.
Nie dostałam odpowiedzi. Kończył się mój urlop. Nie wiedziałam, co robić.
Szukać innej pracy? Błagać o możliwość powrotu do firmy? Nie miałam jednak na nic siły, na nic ochoty,
przeżywałam coś, co psychologowie nazwaliby zapewne załamaniem nerwowym,
melancholią. W myślach ganiłam siebie samą – Staczasz się na dno. Popadasz w
apatię. Zrób coś dla siebie! Stań na nogach. - Nie potrafiłam jednak. Nie
potrafiłam z nikim o tym rozmawiać. Otoczyłam się milczeniem, udając, że
wszystko jest jak przed kilkoma tygodniami, jednocześnie oddając się namiętnie
chat’om internetowym. Godzinami rozmawiałam z nieznajomymi. Odkrywałam gdzieś
tam po drugiej stronie tak samo sfrustrowanych, samotnych ludzi, którzy
pomagali mi, jak sądziłam. Wiedziałam jednak, że ten stan rzeczy pozwoli
jedynie, bym pogrążyła się głębiej w rozpaczy i apatii, w absurdalnych
wyrzutach sumienia. Czułam się jak zdradzająca kochanka, jak zdradzająca
narzeczona, żona. Wiedziałam przecież, że moje miejsce jest wciąż tam, obok
niego. W jego sercu.
Pewnego dnia usiadłam, aby napisać
jeszcze jeden list, bezpretensjonalny, prosty, szczery, obnażający list. – Nie chcę cię stracić. Wybrałam ciebie, mimo
że ty obawiasz się wybrać mnie. Odpisz mi, jeśli pragniesz dać mi i sobie
szansę zobaczenia się jeszcze raz. Odpisz, jeśli chcesz, abym niezależnie tego,
co już zostało miedzy nami powiedziane, przyjechała odwiedzić cię. Porozmawiać.
Powiedzieć jak bardzo mi na tobie zależy, powiedzieć jak bardzo cię kocham,
może powiedzieć żegnaj, jeśli zdecydujesz, że tego właśnie rzeczywiście chcesz.
- Odpowiedz przyszła nazajutrz – Proszę, przyjedź. Potrzebuje cię. Kocham.
Droga Anno,
Witam , Assalam alaikum,
Dziękuje za ostatni długi list. I za twój polski
przepis na kurczaka na słodko z rodzynkami. Zrobiłam. Smakował, choć przyznaję,
wciąż czułam się głodna. Eh, to nasze przyzwyczajenie do ostrości. Podniebienie
nie przywykło do delikatnych smaków. Zauważyłam, że nawet nasze desery i słodycze
są zdecydowanie słodsze niż. wasze, europejskie.
Przyślij mi jeszcze inne przepisy. W mojej restauracji
pakistańskiej, którą kiedyś otworzę, atrakcją będą także oryginalne,
europejskie, delikatne dania. Tak zdecydowałam po twoim liście. Pisz moja droga
przyjaciółko. Czekam na każdy list niecierpliwie.
A teraz mój przepis – bhadźi, warzywne danie z okry i
pomidorów. Proste. A jednak sztuką jest wysmażenie okry tak, by się nie
rozpadła, a zmiękła i cudownie rozpływała w ustach podczas jedzenia, zaś
pomidorów wysmażenie w taki sposób, by niemal znikły i stały się sosem, miazgą
pomidorową. Potrzebować będziesz łyżkę oleju, cebuli malej ćwierć, półtorej
paczki okry mrożonej lub świeżej, pokrojonej w plasterki centymetrowe, sześć
średnich pomidorów. Co do przypraw, weź
łyżeczkę soli, pól łyżeczki czerwonego pieprzu, jedną łyżeczkę pasty
czosnkowej, dwa plasterki maleńkie mango świeżego lub mrożonego. A teraz
zabierz się do przygotowywania potrawy. Nie zajmie ci to więcej niż piętnaście
minut. Podgrzej olej na patelni, wrzuć pokrojoną drobniuteńko cebulę, podsmaż
ją na złoto, nie spal, dodaj okrę. Wszystko na małym ogniu.. Dodaj do okry
pomidory pokrojone w małą kostkę, mieszaj zawsze delikatnie albo podnieś
patelnię i potrząśnij w przód i w tył,
tak by upewnić się, że nic nie przywiera do niej, że nic się nie przypala. Nie
używaj łyżki. Dodaj do przyprawy pieprz, czosnek, sól, mango. Smaż, aż okra
będzie miękka. Aż pomidory rozpadną się na miazgę. Przykryj patelnię w czasie
smażenia, na trzy czwarte. Te potrawę łatwo zepsuć smażąc zbyt krotko,
pozwalając by woda z pomidorów odparowała zbyt szybko, by okra się przypaliła. Spaloną trudno dłużej
podsmażać i nie stanie się już miękka i rozpływająca w ustach.Czuwaj więc,
jeśli chcesz uzyskać dobry efekt.
Podaj te potrawę z roti, plackami. Pakistanczyk nie
może obejść się bez roti, smażonego w
domu, świeżego przed każdym posiłkiem. Gdy czasu mało można roti zastąpić
substytutem, chlebem pita.
Pozdrawiam
Mariam
Czarna
soczewica, ryż, sałatka z pomidorow
Czarny soczewica – 1 szklanka
Sól – 1 łyżeczka
Czerwony pieprz chili 1 łyżeczka
kurkuma – ¼ Łyżeczki
Liście mięty suszone – szczypta
Mrożone lub surowe mango – 2 małe plasterki
Zielona papryczka mała ostra – 1
szt
Ziarna kminku – 1 łyżeczka
Czosnek - pasta – pół łyżeczki
Samolot wylądował po południu w
Nowym Yorku. Był to najtańszy lot, jaki udało mi się znaleźć. Jedna z promocji
letnich – węgierskie linie lotnicze, przesiadka w Budapeszcie. Tłum na
lotnisku. Odpowiednio wcześniej stewardessy zaproponowały wypełnienie
formularza wizowego. Posłusznie podałam swoje dane osobowe, szczegóły
planowanego miejsca pobytu, celu podróży, źródeł utrzymania. Dopiero na miejscu
w trakcie rozmowy z celnikiem zrozumiałam, że owa dziesięcioletnia wiza w żaden
sposób nie pozwoli mi na pozostanie w Stanach na tak długi okres. Cóż ja sobie,
niemądra, wyobrażałam? Z każdym przekroczeniem granicy uzyskać miałam
odpowiedni, dozwolony okres pobytu. Sześć miesięcy – taki dostałam wyrok. Cóż
za różnica - myślałam. Kto wie, czy nie przyjdzie mi opuszczać Amerykę za kilka
dni. Za dwa mieliśmy się dopiero spotkać. Ogromna dla mojego oka Europejki
przestrzeń dzieliła stany Nowy York i Alabama, gdzie mieszkał mężczyzna, za
którym tęskniłam. Miałam wykupiony samolot do Tampa, miasta leżącego gdzieś
tam, na południu, nad oceanem, na Florydzie. Zanim jednak wsiadłam do
narodowych linii amerykańskich dane mi było zwiedzić Nowy York, wedle moich
wyobrażeń, miasto na granicy Europy i Ameryki. Obraz ten niewiele miał
wspólnego z prawdziwą Ameryką stepów, prowincjonalną, rozległą. Prosiłam Farida,
by wybrał najbliższe centrum NY schronisko i zrobił mi tam rezerwacje. Było to
małe lokum w starej dzielnicy Harlemu. Spacerem wzdłuż Central Parku i rzędu
hotelów dla bogatych mogłam dostać się do centrum miasta. Piętra okien. W
otoczeniu wieżowców po raz pierwszy dostałam zawrotu głowy. Był wieczór. Nie
opuściłam schroniska aż do wieczora. Byłam w stanie wyczerpania podróżą, byłam
przygnębiona. Nie bawiło mnie towarzystwo młodych ludzi w sali na parterze.
Czekałam dnia następnego, aby ujrzeć Nowy Jork w pełnej krasie. O siódmej
zadzwonił jednał Farid, zadając tysiące pytań, na które nie miałam siły ani
ochoty odpowiadać, przed którymi nie mogłam się jednak bronić. - Może jednak
tęsknił. – myślałam - Może nie na marne moja podroż i ta krucjata dla
odzyskania miłości.
Przystałam, za jego namową, na
wieczorne zwiedzanie Nowego Jorku. Miało być pięknie, choć samotnie. Obiecałam
dzwonić do niego ilekroć Nowy Jork zaskoczył mnie lub zbulwersował. Dzwoniłam.
Miasto zadziwiało i zaskakiwało urodą Central Parku, strzelistością budynków,
które były jak współczesne katedry gotyku, niedosięgłe, odlegle i abstrakcyjne.
Miasto bulwersowało. Nie tyle jednak tego wieczoru, co kolejnego ranka. Nie
tyle nawet tamtego ranka co jednego z późniejszych jesienno-zimowych miesięcy
podczas mojego kolejnego pobytu w stolicy. Tymczasem przypomniałam sobie słowa Farida,
które powtarzał nie raz – pamiętaj, że Nowy Jork to miasto najbliższe stylem
Europie, jednak piękno i czystość znikają i pojawiają się zależnie od tego jak
przebiega granica dzielnic. Bogactwo poznasz po czystych ulicach. - Rzeczywiście.
Manhattan lśnił w słońcu, zadbany kawałek bogatego świata ambasad i biur,
świata rockefellerow. Jednak ulice dolnego Manhattanu tętniły życiem handlowym.
Ulice, które przypominały jeden wielki targ kwiatów, ulice niby bazar pełen
żywności, stragan odzieży męskiej i damskiej, wystawa cacek jubilerskich. Często
popełniały grzech nieczystości. Nocą, po godzinach straszyły pustkami i brudem.
Sprzątano. Nie była to jednak wymuskana część Manhattanu, zawładnięta przez
ludzi „wysublimowanego” biznesu. Cóż za różnorodność! Metro wiodące własny
pod-ziemny i nad-ziemny żywot, świat Broadwayu i musicali, gwarna, zaludniona
młodzieżą okolica Columbia University i Harlem, czarna, modna ostatnio
dzielnica mieszkalna były również częścią sławnej wyspy. To było miasto, w którym kłębiły się i żyły
jedno obok drugiego przeciwieństwa, skrajności, odmienne kultury i odmienne
religie.
Spodziewałam się taki właśnie
ujrzeć cały rozległy kraj. Chciałam widzieć Nowy Jork jako namiastkę tego, co
ofiarowuje Ameryka prowincjonalna. Na próżno. Miejsce, gdzie dane mi było w
końcu wylądować dzięki narodowym liniom lotniczym American Airlines, płaskie
było i nijakie w moich oczach. Stuprocentowe rozczarowanie. Czyż nie wiedziałam,
że większość powierzchni tego kontynentu to pustka, którą swobodnie zaludnia
się, bez pośpiechu i w świadomości, że lądu nigdy i dla nikogo nie zabraknie?
Płasko, daleko, jak mówił Słowacki o Mazowszu. Ale tam to była swojska
płaskość, która nieznośnie w sercu zalgła i pozbyć się jej nie dało. Tu było
inaczej. Czy kiedykolwiek obiecywałam, że bezwarunkowo pokocham Amerykę?
Starałam się polubić. Warunkowo. Floryda i Alabama, te nudne stany. Ocean,
który widziałam spoza drzew z okna mojego pokoju, znikomym był urozmaiceniem.
Na Florydę dotarłam samolotem.
Tam właśnie spotkaliśmy się z Faridem. W Tampa. Czekał już na mnie. Nie
dostrzegłam go jednak z początku, rozkojarzona i roztargniona na skutek podroży
i towarzystwa młodego Anglika, który przyleciał do Stanów, by studiować twórcze
pisanie w dziedzinie sztuk teatralnych. Byłam zafascynowana możliwością rozmowy
z osobą o pokrewnych zainteresowaniach. Twórcze pisanie brzmiało jednak
groteskowo. Taki przedmiot nie istnieje w Polsce na uniwersytetach. Poetów i
pisarzy się nie kształci! Oni rodzą się genialni. Oni posiadają dar
nadprzyrodzony. Ameryka podchodzi do rzeczy o wiele praktyczniej. W księgarni
znaleźć można wiele książek o rzemiośle pisarskim. Popieram amerykańskie
podejście do rzeczy.
Po uwolnieniu się z maleńkiego
samolotu, przejściu labiryntu korytarzy znalazłam się na parterze i ruszyłam
wprost ku wirującym na taśmie bagażom. Zdążyłam pożegnać Anglika, poznać jego
przyjaciółkę i pożegnać jego przyjaciółkę, odebrać walizkę, znaleźć wózek, gdy
dostrzegłam przyglądającego mi się Farida. Uśmiechał się. Półuśmiechem. Powitał
mnie drobną złośliwością, jednocześnie wrzucając resztę walizek na wózek –
Przystojny facet. I ten akcent. British.
- Oh, przestań. Ładne powitanie. Nawet mnie nie
zapytasz o podróż? – Pocałował mnie, prawdopodobnie, by uciąć moje żale.
- Przepraszam, przepraszam. Tęskniłem za
tobą, to dlatego. Jak tam podróż? – Ah,
więc wszystko wróciło do normy? Więc nie istnieje misja odzyskiwania
narzeczonego? Może mi się to wszystko przyśniło? – Od miesiąca nie miałem kontaktu z rodziną.
Właściwie sam doprowadziłem do zerwania kontaktu. Rzadko bywam w domu.
Podróżuję, jak widzisz.
Jego głos zaprzeczył moim domniemaniom, lecz nie
uspokoił. Trzeba będzie jednak walczyć. Nie można w nieskończoność uciekać
przed własną rodziną, trzeba jej stawić czoła. – przekonywałam go w myślach.
Powiedziałam zaś głośno jedynie „kocham cię”. Tylko na tyle było mnie stać.
Myśli zaczęły wirować w głowie, czułam zmęczenie w kościach, w stopach. Bolało
mnie wszystko, od głowy po maleńki palec u stopy. Zabrał mnie więc narzekającą
do hotelu w Tampa. Jego skromny apartament czekał na nas hen, o setki
kilometrów dalej, w stanie Alabama, w miasteczku Atmore. O dziesięć godzin
drogi stamtąd.
Na widok hotelowego szerokiego, o
królewskim rozmiarze łóżka wstąpiły we mnie nowe siły, jakby na przekor ciału.
Zmysły oznajmiły swoją gotowość. Dopiero teraz spojrzałam przytomnie na siebie.
W lustrze patrzyła na mnie potargana podróżniczka. W lustrze patrzył na niego,
pożal się Boże, podróżnik. Te jego zawsze ciemnoniebieskie, zbyt długie dżinsy,
które zawijał dwukrotnie u kostek – wedle zaleceń islamu jak twierdził - tak,
że dostrzec mogłam nieskazitelnie białe skarpety! Ten t-shirt z hasłem na temat VOIP, zdobyty za darmochę
na jednej z wielu high tech exhibitions! Farid. Po prostu on, na luzie. Styl
pakistańsko-amerykański. Nie za ten styl czy brak stylu go jednak kochałam.
Wkrótce miałam przekonać się, że jego sposób bycia i ubierania się był szczytem
perfekcji w porównaniu do przeciętnego obywatela populacji amerykańskiej, który
niezależnie od pory dnia, zajęcia, miejsca cenił sobie wygodny dres lub dżinsy,
tshirt i adidasy. Wkrótce przekonałam
się także, że mój mężczyzna najprzystojniej wyglądał w swoim stroju narodowym,
długiej do kolan koszuli i luźnych, płóciennych spodniach zwanych zabawnie pidżamą.
Po chwili zdecydowanie woleliśmy
oglądać się bez odzienia. Wskoczyliśmy oboje pod prysznic. Rozkosz. Długa kąpiel.
Seks i łóżko. Do wyczerpania. Nie zauważyłam, kiedy nadeszła noc. Obudziłam
się. Podniosłam. Byłam głodna.
- Pizza? Szeptałam śpiącemu do ucha? Obudził się.
Zgodził. Zamówiłam i zasnęłam. Śniłam pół godziny, podświadomie czekając na
pukanie do drzwi. Śniłam o Atmore, Alabama. Wiedziałam już, że podobnie jak tu,
jest tam płasko i prowincjonalnie. Bardziej płasko, dalej od oceanu. Czekało
nas dziesięć godzin w samochodzie.
Nie usłyszeliśmy pukania do
drzwi. Pierwsza prawdziwa amerykańska pizza czekała na nas rano pod drzwiami.
Na zimno. Z rachunkiem czekał recepcjonista.
Droga Anno,
Słyszałam nowinę! Jesteś w Stanach. Nawet się nie
pochwaliłaś? Farid cię wydal. Czy to tajemnica? A może po prostu jesteś jeszcze
zmęczona podróżą i niepewna przyszłości? Opowiedz mi o sobie. Przecież ja nawet
nie wiem, co robisz, jaki zawód wykonujesz. Oh tak, ta firma w Polsce! A teraz?
Co zamierzasz? Nie będę ukrywać, że wiem już od Farida, że ceni twoje
umiejętności językowe. Zastanawiał się nad zatrudnieniem cię w jego firmie.
Psst! Miałam nic nie mówić, ale życzę ci jak najlepiej. Porozmawiaj z nim.
Jeśli praca, dla której przyjechałaś do Stanów jest nieciekawa, kobiety niegodna, rzuć ją. Poproś Farida, by
ci pomógł.
My tu w Pakistanie uważamy, że kobieta nie powinna
przyjmować byle jakiej pracy, jeśli tylko pozwala jej na to sytuacja
materialna. Największym szacunkiem otacza się kobiety, które uzyskały wysokie
wykształcenie uniwersyteckie. Ceni się te, które studiują medycynę i nauki
religijne, Koran, prawo islamskie, zwane szariat. Z rówym szacunkiem traktowane
są te, które chcą pozostać w domu.
Slyszalam, że Europejczycy i Amerykanie bardzo złe mają o nich zdanie. Kury
domowe! Tak mówią. Tak słyszałam. U nas taką kobietę otacza się szacunkiem.
Podobno nie ma cięższej pracy nad wychowywanie dzieci i prowadzenie domu. Tu
gotowych dań się nie je, tu roti smaży się przed każdym posiłkiem, co najmniej
trzy razy dziennie. Tu nie każdy posiada zmywarkę. Tu dzieci uczy się religii w
domu, Koran, modlitwa.
Opowiedz mi o
kobietach w Polsce.
Podam ci teraz kolejny i ostatni przepis z serii
bhadzi. Bhadzi nigdy nie podaje się jako głównego dania. One jedynie towarzysza
daniu mięsnemu, które nazywamy salan. Żaden Pakistanczyk nie zaspokoi głodu
zjadając jedynie okrę z pomidorami. Ale do rzeczy, notuj składniki potrawy,
która nieco podobna jest do dania z żółtej soczewicy i ryżu. Soczewica tym
razem będzie jednak czarna Weź jedną szklankę tejże. Z przypraw potrzebujesz
łyżeczkę soli, łyżeczkę czerwonego pieprzu mielonego, ćwierć łyżeczki kurkumy,
szczyptę suszonych liści mięty, dwa małe plasterki mango, jedną małą zieloną,
ostrą, papryczkę. Na koniec – olej, łyżeczka ziaren kminku, pół łyżeczki pasty
czosnkowej. W trakcie przygotuj szklankę ryżu basmati, namocz, ugotuj na sypko
w osolonej wodzie. Gdy wszystko gotowe, ryż polewamy płynną soczewicą. Mówisz,
że wygląda to jak wasza zupa grochowa? Być może. My całość spożywamy z
dodatkiem sałatki z pomidorów i domowych
frytek. Opłukaną soczewicę namaczasz na jakiś czas, potem wrzucasz do gotującej
wody i dodajesz wszystkie przyprawy i dodatki warzywne z wyjątkiem tych trzech
składników - smażonego na oleju czosnku i ziaren kminku, która to miksturę
przygotowujemy tak samo jak w przypadku żółtej soczewicy i polewamy wrzącym
olejem z podsmażonym czosnkiem i kminkiem. Soczewicę czarną gotujesz dłużej niż
żółtą. Po godzinie będziesz zmuszona użyć miksera. Zsuń garnek z ognia i miksuj
przez kilka minut, tak by ziarna soczewicy rozbily sie. Czarna soczewica jest
twardsza, nie rozgotowuje się tak łatwo na miazgę. Mikser pomoże ci uzyskać
potrzebną konsystencję sosu o wiele szybciej, jednak nie doprowadź do
całkowitego rozdrobnienia ziaren. to nie ma być konsystencja zupy. Gotuj
jeszcze przez co najmniej pól godziny. Sprawdzaj czy nie przywarło, zamieszaj
drewnianą łyżką, dodaj wody, gdy to konieczne. Po dwu godzinach wyłóż sos
soczewicowy na salaterkę, przygotuj olej czosnek kminek jak wspomniałam
wcześniej i polej tym soczewicę. Frytki i sałatka z pomidorów są oczywiście
nieodzowne.
Smacznego
Pozdrawiam
Mariam
Część II
To co najważniejsze
Oto apartament samotnie
mieszkającego mężczyzny – zawołałam w duchu na widok bałaganu, jaki panował tam
w Atmore, Alabama, w tym drewnianym pomieszczeniu, jednym z czterech w
kompleksie mieszkaniowym, jakich wiele widziałam potem jeszcze w Alabama. Dwie
sypialnie, jeden pokój dzienny, który trudno nazwać by salonem, przekształcony
był bowiem w biuro, podobnie zresztą jak jedna z sypialni, duża kuchnia,
maleńka łazienka. Dwie pary drzwi, jedne od frontu drugie wychodzące na
podwórze. A podwórze właściwie nie istniało. Dom nie był ogrodzony. Podwórzem
musiałabym więc nazwać dość szeroką pustą przestrzeń, gdzie królowała trawa,
pomiędzy jednym, a drugim drewnianym domkiem. Tam parkowaliśmy samochody. Tam
znajdowała się również pralnia. Pralka i suszarka obsługiwane były za pomocą
monet. Witamy w świecie publicznych lavomatów! Wielu z nich korzysta. To
miejsce spotkań i rozrywki. Rozmowy, plotki, telewizja, komentowanie seriali,
niusów, reklam, wymiana skutecznych rad w rożnych językach. Jednak nasz lavomat
potrafił zachować prywatność, ani razu nie udało mi się wpaść na sąsiada.
Słysząc dźwięk bębna, każdy cicho wycofywał się już od drzwi. I czekał aż
nadejdzie jego kolej. Zabrakło więc mi rozrywki w postaci plotek i
konfrontacji. Jednak na brak konfrontacji nie mogłam narzekać w kontaktach z
moim mężczyzną. Mieliśmy ich zbyt wiele.
Przyjechałam do Stanów na własną
prośbę, choć wiedziałam, że on pragnie, bym była przy nim. Nie byłam świadoma
wielu rzeczy. Moja wiedza o nim była ograniczona. Obce były mi jego sekrety,
tajemnice, wady, nawyki. Nie wiedziałam o tym jak trudny jest jego charakter.
Jak trudny jest mój. Jakie to zmaganie - wpółobecność. Te pierwsze dni,
tygodnie, miesiące docierania się, przełamywania lodów, mieszkania razem,
pracowania razem były koszmarem. Dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery
byliśmy zdani na siebie, pomijając obecność spontaniczną leniwej sekretarki,
która pojawiała się i znikała, będąc jedynie naszym jeszcze jednym powodem do
kłótni. Potem ostatecznie znikła i nie pamiętam w tej chwili nawet jej imienia.
Pojawiły się zaś wkrótce nowe osoby, między nimi Kate, managerka firmowa numer
dwa, firmowy omnibus. Kochałam ją. Ale na początku jej jeszcze nie znałam. Nie
było jej.
Mówią, że początki trudne. Młoda
para szuka wspólnego języka. Jednak nasze szukanie języka było utrudnione w
dwójnakroć. Było ograniczone. Mieliśmy do dyspozycji jedynie język angielski,
który jak się okazało, w moim przypadku poważnie niedomagał w sytuacjach
profesjonalnych, w momencie gdy postanowiliśmy pracować razem. Przynosiłam mu
wstyd – narzekał - ośmieszałam się. - Innym zaś razem kompromitowała się firma
za sprawą mojego akcentu. Eh, ten ciężki, polski akcent, z domieszką
francuskiego. Znałam francuski. Farid był w zachwycony moja biegłością w
dziedzinie języków. Cieszyli się również jego francuskojęzyczni klienci. Rzadkie
były jednak momenty szczęścia i satysfakcji.
Po kłótni chodziliśmy godzinami
naburmuszeni. Oboje uparci. Nieustępliwi. Dumni. Godziliśmy się w łóżku.
Wpadałam w depresje kilka razy dziennie. Opuszczałam biuro bez podania
przyczyny. Co za brak profesjonalizmu - wołał. Rozczarowywała go moja
nieumiejętność rozwiązywania problemów technicznych. Co robiłam w mojej
wielkiej ex firmie angielskiej w Polsce, w dziale techniczno-informatycznym? A
przecież ja nigdy nie nazywałam siebie informatykiem, lecz laikiem. Ja,
humanistka, powtarzałam wyuczone czynności. Tłumaczem byłam, nie technikiem. Co
mogłam poradzić na to, że nie potrafiłam zaspokoić jego oczekiwań? – krzyczałam
sfrustrowana. Chmury burzowe wisiały nieustannie pod niskim sufitem naszego
mieszkania. Chciałam uciekać, ale gdzie miałam pójść? Najdalej pod kołdrę w
sypialni po drugiej stronie korytarza. Czekałam aż minie jego gniew i moje
rozgoryczenie. - Nieprawda, że tak miało być.
Oboje rozczarowani, wciąż
odgrywaliśmy jednak naszą smutną historię improwizowaną, wiedząc, że mimo
wszystko potrzebujemy siebie nawzajem. Dostawałam listy rozwodowe. Jeden ścigał
drugi. Farid był szybki. Klawisze laptopa cierpliwe. Zawsze potem przepraszał.
Proponował czasową separację. Ofiarowywał pomoc, oddzielny apartament, pensję,
zatrudnienie w biurze. Nie non
stop. Nie
non stop! - prosił. - To nasze nieszczęście. Skazanie na siebie. Znajdź
przyjaciół – mówił.
Próbowałam. Miasteczko, po którym
wędrowałam pieszo, ziało jednak pustkami. Nie miałam odwagi wsiąść do samochodu
i zacząć jeździć. Dopiero jednego spośród tych czarnych dni pełnych desperacji,
siadłam za kierownicą i zaczęłam ćwiczyć jazdę na pobliskim parkingu
supermarketu. To był jeden z tych dni, gdy Farid rozchurzyl się zaskakująco
szybko. Dołączył do mnie i uczył. Uczył dobrze i fachowo kobietę
dwudziestokilkuletnia, która dziewięć lat temu zdała egzamin i dostała, cud dla
amerykanów – bezterminowe wówczas jeszcze – prawo jazdy.
Wkrótce przyzwyczaiłam się do
szerokich dróg prowincji amerykańskiej. Zaczęłam składać częste wizyty naszej
toyocie. Sukces. Tych sukcesów wciąż brakowało jednak w naszym współżyciu. We
wrześniu dostałam kolejny list.
Droga Anno,
Przykro mi, bardzo przykro, ale muszę wysłać ci ten email. Myślę, że to
konieczne. Sądze, że nasze bycie razem przynosi nam zbyt wiele szkody. Nie
sądzę, bym był odpowiednim dla ciebie mężczyzną. Będę niewątpliwie żałował, że
wysyłam ci ten email, ale sądzę że powinienem to zrobić. Nie stać mnie w tej
chwili na żaden stały związek, żadnego rodzaju zwiazek. Ani z tobą, ani z nikim
innym. Jeśli zechcesz, wynajmę ci apartrament. Mogę płacić za wynajem przez
kilka miesięcy dopóki nie będziesz w stanie na siebie zarobić. Możemy się
widywać, jeśli chcesz. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie. Nie mogę mieszkać z
tobą w tej chwili, to zbyt trudne dla mnie. Ale to nie twoja wina. Jesteś
wspaniała. To ja jestem winien. Nie sadze, bym na ciebie zasługiwał.
Całuje cię gorąco
Proszę, wybacz mi.
Farid
Płakałam przez kilka godzin w łazience. Nie rozmawialiśmy przez cały dzień.
Żadne z nas nic nie jadło, choć zmusiłam się, by ugotować i podać obiad. Miałam
głęboką depresję. Czułam się jak porzucone dziecko. Bezradna. W obcym kraju,
niepotrzebna. Odcięte drogi powrotu, spalone mosty za mną, jak zmora wciąż
tkwiły w mojej wyobraźni. A tak byłam szczęśliwa, gdy obiecywałam sobie, że tu
właśnie, w Stanach, odkryję siebie, swoją naturę silną i kreatywną,
profesjonalną. Tu miałam być w pełni kobietą, kochającą i pomocną.
Nie spalam tej nocy. Gubiłam się w myślach, samotna w łóżku. On pracował
cały dzień, potem całą noc. Nad ranem zziębnięty wsunął się do łóżka. Zamarło
mi serce. Usłyszałam tylko ciche – Czy chcesz porozmawiać? - Nie mogłam nic
wydusić ze ściśniętego gardła i zaschłych warg – Myślę... - zaczął w końcu, nie
czekając już na moją odpowiedź. – Myślę, że nie tylko żałuję tego listu, ale i
nie sądzę, bym był w stanie żyć, mieszkać, funkcjonować bez ciebie. Potrzebuję
cię.
- Ja też, Farid - Gardło jakimś cudem uległo rozluźnieniu.
- Myślę tylko, Ania, - nazywał mnie Ania, jak prosiłam. Ogarnęła mnie
czułość dla niego. Zapomniałam o żalu i rozpaczy. – Myślę, że nie powinniśmy
pracować razem full time. Przynajmniej dopóki twój angielski się nie poprawi.
Co ty na to? Znajdź kursy jezyków online. Brakuje ci słownictwa. Akcent, to przyjdzie
z czasem. Musisz być dzielna, niezależnie od mojej gburowatości i pretensji.
Proszę, nie miej do mnie żalu. Byłem równie sfrustrowany, jak ty. Interesy idą
nie najlepiej, sama wiesz. Poświęć mi kilka godzin w biurze. Potrzebuję cię.
Administracja. Te niezliczone papiery, rachunki, korespondencja, nasza baza
danych online. Pozostałą część dnia zagospodaruj sama. Spotykaj ludzi. Chodź na
zakupy. Wyjdź z domu, kochanie.
- Nie jestem tego typu kobieta. To nie mój styl i nie moja natura. Wrócę do
pisania opowiadań. – Spojrzał na mnie lekko zdziwiony. Stłumił jednak widocznie
cisnący mu się na wargi komentarz i pocałował mnie. Zasnęliśmy po kilku
minutach
Droga Anno,
Assalam Alaikum
Mam nadzieję, że u ciebie, moja przyjaciółko, wszystko
w porządku. Ja ostatnio czuję się niezdrowa. Leżałam w łóżku z grypą przez
tydzień. Stąd ta przerwa w pisaniu. Wiesz, nie miałam nawet siły siąść przy
komputerze i naskrobać ci tych kilka zdań. Dziś czuję się znacznie lepiej.
Pierwszy dzień na nogach. Matka odpuściła mi codzienne, domowe obowiązki.
Wspaniały czas. Z nosem siąkającym i bolącą głową leżałam z książką w łóżku.
Literki migały przed oczyma, jednak przeczytałam dwie powieści i niezliczone
opowiadania, które tu u nas wydają w postaci pisma kobiecego. Opowiadania są
moja ulubioną jego częścią. Ale nie chciałabym cię zanudzać. Ty opowiadałaś mi
ostatnio o swoich studiach literackich. I ten planowany doktorat! Podziwiam
cię. Takie szerokie horyzonty. A ja po skończeniu college'u nie planowałam
studiów, więc większość czasu spędzam w domu. Z przyjaciółkami, z rodziną. Czytamy
Koran, czytamy powieści. I gotujemy. Jest jeszcze ISNA, muzułmańska amerykańska
organizacja oraz Jamat, pakistańska. Należę do obu. Słyszałaś może o nich?
Zapewne katolicyzm posiada własne tego typu organizacje - działalność
charytatywna, społeczna, kulturowa, a nawet polityczna. Ja się jednak do
polityki nie mieszam. Tak jak i ty – tak mówiłaś, czyż nie?
Ale przejdźmy do
kuchni. W rzeczywistości przenieść się muszę od biurka do łóżka. Dokuczają mi
wciąż zatoki. Tym razem koniecznie chcę ci wysłać nowy przepis, bo co ty tam
biedna będziesz gotować w tej Ameryce? Dziś opowiem jak zrobić salan –
kartoflano-mięsną potrawę w sosie. Pakistanczycy tę potrawę ogromnie lubią,
choć tak prosta. Mam nadzieję, że i
tobie przypadnie do gustu. I twojemu mężczyźnie. Przygotuj więc sześć średnich
kartofli, obierz ze skórki, opłucz, pokrój w ćwiartki. Jeśli to są większe
okazy pokrój je w szóstki. Ale nie zupełnie drobno. Potrzebować będziesz
dwieście gram mięsa. Może być wołowe, kurczak albo baranina. My najczęściej
używamy baraniny, jest wyśmienita, jeśli odpowiednio chuda. Porządnie opłucz
mięso. Jeśli jest zakupione w sklepie, tym lepiej dla ciebie. Jeśli zdobywacie mięso
dozwolone muzułmańskie, halal od rzeźnika, uważaj na partaczy. Trzeba dokładnie
płukać, by usunąć wszystkie włosy i kawałki skory. Mięso używane do potraw pakistańskich musi być
chude. Z kurczaka koniecznie zdjąć trzeba skórę inaczej potrawa nie będzie
miała odpowiedniego smaku i zapachu, odetnij z każdego rodzaju mięsa nadmierny
i możliwy do wycięcia tłuszcz. Pozostałe składniki to pół szklanki jogurtu
śmietankowego, cebula suszona smażona, ewentualnie świeża, którą będziesz
musiała usmażyć, odcedzić i ostudzić. Co do przypraw, potrzebne ci będą trzy
ziarna kardamonu zielonego, cztery ziarna czarnego pieprzu, następnie jednak
łyżeczka czerwonego pieprzu chili, jedna łyżeczka soli, ćwierc łyżeczki kurkumy
w proszku półtorej łyżeczki dhanya czyli kolendry, pół łyżeczki świeżego
startego imbiru, półtorej łyżeczki pasty czosnkowej.
Co do przygotowania, Aniu - widzisz wciąż jeszcze
pamiętam twoje zdrobnienie - zmieszaj wszystko z wyjątkiem kardamonu i ziaren
pieprzu w sporej, koniecznie metalowej salaterce. W plastikową zioła i przyprawy
będą się „wżerały” i trudno ją będzie umyć. A i utracisz cenne, mikroskopijne
ziarenka przypraw. Najlepiej najpierw wrzucić cebulę, przyprawy i jogurt,
uczynić masę i dodać kartofle i mięso. Zamieszać. Wtedy usmażyć na oleju ziarna
pieprzu i kardamonu – smażyć aż zaczną skwierczeć cicho, a kardamon stanie się
delikatnie zloty. Nie spalić na Allaha! Stój przy garnku. Niestety ta potrawa,
jak dziecko, wymaga ciągłej uwagi na początku. Teraz dodaj masę
mięsno-kartoflaną. Najlepiej na chwilę zdjąć z ognia – olej będzie pryskał.
Zamieszaj, koniecznie używaj łyżki drewnianej, aby nie rysować garnka. Wszystko
smaż na dużym ogniu. Mieszaj energicznie. W okrąg, po krawędzi garnka, nie po
przekatniej, aby nie naruszyć kartofli i mięsa. Wówczas są one jeszcze twarde,
nic się w zasadzie nie może stać, zasada ta jednak jest ściśle obowiązująca,
gdy wszystko staje się miękkie.
Smaż, aż zauważysz ze powstaje jednolity sos, a olej
wypływa na jego wierzch i oddziela się. Na początku mieszaj energicznie również
po to, by jogurt nie utworzył grudek, aby cebula się właściwie rozeszła,
rozgotowała. Po dwudziestu minutach, gdy mięso jest już odrobinę podsmażone,
kartofle połowicznie miękkie, a sos jednolity, dodaj chłodnej wody. Chodzi o to,
by przykryć kartofle i mięso. Tylko ich czubki powinny wystawać z sosu. Zamieszaj
po dodaniu wody. Doprowadź do zagotowania. Zmniejsz ogień i gotuj na małym aż
mięso będzie zupełnie miękkie. Kurczak nie będzie potrzebował dużo czasu. Mięso
może dusić się jeszcze godzinę. Przykryć zostawiając szparkę, aby się nie
gotowało za mocno. Zaglądaj co jakiś czas czy się nie przypala, czy woda się
nie wygotowała.
Potrawa gotowa posiada dość rzadki sos. Rzadszy niż
nahari, gęstszy niz. typowa zupa. Gdy gotowe posyp tuż przed podaniem świeżą
kolendrą. Podawaj z roti. Z plasterkami świeżego ogórka, rzodkiewek. Może twój
mężczyzna będzie lubił również plasterki świeżej, ostrej zielonej papryczki
chilli, przecież jest Pakistańczykiem.
Życzę Smacznego
i Pozdrawiam
Mariam
Singhi Bryani
8 małych kadamonów
4 duże kardamony,
10 goździków,
10 ziarenek czarnego pieprzu,
1 łyżeczka kminku,
cynamonu 1 paleczkę,
2 liście laurowe
Ryż basmati – 2 szklanki
Mieęo – wołowe baranie
Jogurt bezsmakowy śmietankowy – pół szklanki
Kartofle – średnich 3
Pomidory – 3 średnie,
Cebule – 3 cieniutko pokrojone w
plasterki
Czosnek pasta – ½ dużej łyżki
imbir – 1 łyżka pasty lub świeży korzeń
Małe zielone papryczki chili – 5 całych
Zielona kolendra – ½ szklanki posiekanej
Liście mięty – ½ szklanki posiekanych
Ghee albo olej – do smażenia.. ok 3 lyzek
Pisanie i nie-pisanie. W istocie nigdy nie przerwałam pisania. Zawsze coś
się tliło, coś tworzyło. Zawsze najwięcej listów. Te właśnie segreguję i
zbieram po rozrzuconych, zapomnianych skrzynkach emailowych, których używałam.
Powstaje mój pamiętnik wstecz. Wspomnienia. Proza odmienne ma źródło niż
poezja. Powstają odmiennie. Sezonowo. Sezon poezji to był sezon płodny, polski.
Tęsknota za Faridem pozwoliła urodzić się wielu wierszom. Tworzyłam wiersze uczuciowe
i cyniczne.
W Ameryce poczułam się jak zdmuchnięta świeczka. Wykrzesałam z siebie kilka
jeszcze wierszy, amerykańskich, trochę wydumanych, trochę wymuszonych. Spośród
nich może jeden tylko jest rzeczywiście dobry. Przyszedł czas na krótką prozę, mierną,
zmanierowaną, którą potrafiłam przemycić w biurze pomiędzy jednym a drugim
zadaniem. Proza w stylu reportażowym. Opisywałam Amerykę z perspektywy
prowincji, z punktu widzenia Europejki. Pisałam o niczym – twierdził Farid,
któremu podekscytowana opowiedziałam pewnego dnia jedno z moich opowiadań.
Powstała seria opowieści-snów, abstrakcyjnych i enigmatycznych. Farid zdecydowanie
negatywnie się do nich odniósł – Tracę czas.
Rozmowa sprzed kilku dni o moich kilku porannych godzinach pracy w biurze i mnóstwie wolnego czasu po południu – nie dała żadnych rezultatów. Nie chciałam poruszać drażliwego tematu. Nie chciałam wchodzić w nowy okres kłótni, rzucając pytanie czy dziesięć godzin dziennej pracy to właśnie obiecane „kilka”. Fikcją stał się mój czas wolny. Chodziliśmy spac coraz później. Wstawaliśmy coraz później. Próbowałam więc uszczknąć tyle czasu, ile mogłam i pisać. Choćby o niczym. Przecież najgorsze, co spotkać może pisarczyka to lenistwo. Nieróbstwo. Niepisarstwo. Utrata nawyku pisania ma duże konsekwencje. Spoczywanie na laurach. A u mnie i laurów wciąż jeszcze brak. Spoczywać więc żadną miarą nie mogłam. Pisałam porankami, gdy on jeszcze spał. Pisałam nocami, gdy on siedział wciąż przy biurku wpatrzony w ekran laptopa, z okularami zsuniętymi odrobinę z nosa. Cały tam. Po drugiej stronie. Nieobecny. Telefon dzwonił nieprzerwanie. Początkowo nie umiałam zasypiać. Wiele nocy spędzałam bezsennie, czekając na niego, na jego miękki dotyk i pocałunek. Na seks. Na uścisk i na „dobranoc”. Wkrótce przyzwyczaiłam się do dzwoniących o każdej porze dnia i nocy telefonów, do kilku linii telefonicznych i kilku telefonów komórkowych, do widoku Farida z dwoma słuchawkami przy uchu, wciąż wpatrzonego w ekran i stukającego bezwzrokowo w klawiaturę laptopa. Spalam źle. Budziłam się. Ostatecznie decydowałam ten czas poświęcić pisaniu. Farid wciąż twierdził, że marnuję czas, jednak po sążnistej kłótni, która w końcu wybuchła, ktora musiała wybuchnąć, na temat trybu pracy full time i part time, „kilku godzin” i mojego wolnego czasu, kłótni o zasady firmy, o zasady jego i zasady moje, on w końcu ucichł. Przeprosił. Stwierdził, że w istocie zaczynaliśmy się docierać. Po miesiącu pracy z nim zaczęłam nareszcie rozumieć, na czym polega biznes, który prowadził, jakimi krętymi ścieżkami chodzą jego myśli. Zaczynałam rozumieć jego mentalność, jego sposób rozwiązywania kwestii zawodowych. Po kilku miesiącach dopiero zrozumiałam, czego rzeczywiście ode mnie oczekiwał. Jakiego rodzaju emocjonalnego, psychicznego wsparcia potrzebował, na ile ważna była dla niego moja obecność, mój upór i trwanie przy nim. Uspokoił się. Uspokoiłam się i ja. Żadne z nas nie chciało już niczego udowadniać. Zaczęliśmy pracować wspólnie, a jednak niezależnie. Czasu wciąż miałam mało. Noce bezsenne i pracowite. Noce pełne czułości. Dnie przesycone były dźwiękiem telefonów, przesiąknięte stresem. Pośpieszne.
Rzadko opuszczaliśmy biuro. Firma
przesyłkowa, poczta, bank, supermarket. Byłam jednak w duszy i w cichości
mojego sumienia pełna żalu do niego. Za tę obcość, za ten brak zrozumienia dla
moich może i nędznych wierszy, które podobały mu się kiedyś, gdy je z Polski w tłumaczeniu
na angielski słałam. Tu i teraz, w Ameryce, był zazdrosny o każda sekundę
mojego czasu. Czasem oddechu i odpoczynku stało się ostatecznie gotowanie. Nie
potrafiłam jednak uniknąć stresu. Kuchnia pakistańska, mimo przepisów
przyjaznej Mariam, które słała w listach, wciąż pozostawała dla mnie obszarem
nieznanym. Jedne potrawy udawały się, inne były całkowitym fiaskiem, do którego
nie potrafiłam się ani Faridowi ani Mariam uczciwie przyznać.
Pewnego jednak dnia otworzyłam email od Farida. Przesyłał mi niezliczone
linki do stron o poezji i literaturze. Mówił o wielu istniejących konkursach
online. Zachęcał, by wysłać tam nieliczne moje wiersze angielskie. Czytałam
zdziwiona – Byłem niesprawiedliwy… - Okazało się, że przeczytał dawne wiersze z
Polski. Może nigdy wcześniej ich nie czytał? - Zawrzało we mnie – uspokoiłam
się jednak. Przecież przepraszał. Było mu przykro. Poczułam nagle dotyk jego rąk
i otaczające mnie, siedząca przy biurku, jego ramiona. Zamieniliśmy się miejscami
i usiadłam mu na kolanach. Przytuliłam policzek do jego czarnej krotko
strzyżonej brody. W tej pozycji mogłam pozostawać w nieskończoność. Ciepło.
Bezpiecznie.
Droga Anno
Śpieszę powiedzieć, że całkowicie i nieodwracalnie
jestem zdrowa. Mówię to zarozumiale ale ze smutkiem. Jaki człowiek jest jednak
przewrotny, że w czasie choroby narzeka, biadoli. Jęczy, że w łóżku trzeba
leżeć, że wszystko boli. Po wyzdrowieniu zaś wciąż jęczy, że choroba minęła, że
czas wolności i wakacji minął. To właśnie zaobserwowałam u siebie. Pociesz mnie
i powiedz, że to nie tylko moja osobista i narodowa przyległość, lecz ludzka.
Pocieszysz mnie, jeśli powiesz, że i ty miewasz te chwile lenistwa i
niekonsekwencji.
Ale do rzeczy. Pisałaś ostatnio dużo o twoich
opowiadaniach. Żałuje, że nie mogę ich przeczytać, skoro są jedynie po polsku.
Tylko smak mi robisz, wstydzialabys się. Przesadzasz jednak tak bardzo skarżąc
się na swojego mężczyznę. Czego właściwie oczekiwałaś? Niewiele znajdziesz
wśród ludzi uznania i zainteresowania, i twój ukochany nie jest wyjątkiem. Cóż,
nie mogę wiele powiedziec o wartości tego co piszesz. Pisz jednak, jeśli
uważasz, że warto. A mężczyźni wszyscy są właśnie tacy, zazdrosni o każdą
chwilę twojego kobiecego życia – jak mówi moja matka. Ona tak ocenia ojca. Ja,
panna, niewiele wiem.
Czy wiesz co to oznacza byc panną w Pakistanie, panną
muzulmanką? Kobiecie z dużym temperamentem musi byc ciężko. Ale ja nie z tych.
Nie tęsknię za głośną muzyką, za
zabawami i randkami, na ktore tutaj żaden
rodzic by nie pozwolił.. Tak. To islam. Są tacy, którzy podważają te zasady,
twierdząc, że są staroświeckie. Moja rodzina jest jednak wyjątkowo tradycyjna.
Czasem tak po kobiecemu chciałabym, z próżności, podobać się, bawić. Matka
kupuje mi wtedy nowe suknie, szelwar, – czyli te szerokie spodnie może kiedyś
widzałaś u Pakistanek, i kamiz, czyli długa tunika. Zawsze ozdobna, zawsze
wyszywana, ręcznie zdobiona. Dostałam ostatnio nowy komplet, wraz z szalem,
dupattą. Musisz kiedyś odwiedzić Pakistan, nasze sklepy pełne materiałów
wielobarwnych, aż oczy bolą od kolorów, tę wełnę mięciutką, delikatną bawełnę,
tkane delikatności. I jedwab.
Może kiedyś wspólnie będziemy gotować. Nauczę cię szyć
szelwar kamiz. Na pewno wyglądałabyś pięknie. Ty, blondynka, biała skóra. Nie
kpię. Czasem zazdroszczę. Tak jak ty, mówisz, zazdrościsz mi moich czarnych
włosów i oczu. Ale koniec próżnego gadania. Teraz przepis. To będzie sindhi
bryani Co do produktów, które sama będziesz musiała zakupić i przyrządzić,
koniecznie zdobądź ryż basmati Zużyjesz dwie szklanki, opłucz go dokładnie i
namocz na pół godziny. Dalej mamy mięso – wołowe, baranie, z kurczaka.
Najlepiej z kawałkami kości. Mięso jak zawsze należy porządnie umyć i dokładnie
odcedzić. Następnie potrzebować będziesz śmietankowy – pół szklanki dodasz do
potrawy, musi być dobrze wcześniej rozbełtany, obierz i podziel na połówki, lub
na ćwiartki cztery kartofle, trzy średnie pomidory pokrój na okrągłe plasterki.
Trzy cebule muszą być cieniutko pokrojone w plasterki milimetrowe. Cebula musi
zniknąć w sosie. Potrzebujesz jej więcej niż pół szklanki, zaś pasty czosnkowej
pół dużej łyżki. Weź też jedną, dużą łyżkę pasty startego imbiru. Co jeszcze? Pięć
małych zielonych papryczek chili. Nie
krój. Pokrój za to świeżą kolendrę.
Podsmaż cebulę, wrzuć do garnka masę przygotowaną
dokładnie tak jak w przypadku mięsnych dan typu salan, czyli kartofle mięso
jogurt zmieszane z przyprawami, które podałam ci na oddzielnej kartce.
Wymieszaj wszystko dokładnie na małym ogniu. Podsmażaj. Przykryj i duś po
dolaniu wody. Gdy woda całkowicie niemal wyparuje, musi być niewielką ilość
sosu, wsypujesz wymoczony ale nie ugotowany surowy ryż. I dalej dusisz. Aż ryż
będzie miękki. Wówczas danie jest gotowe. Posyp je kolendrą.
Życzę smacznego
Napisz czy się udało
Pozdrawiam
Mariam
Nihari
Mięso wołowe/baranina/kurczak – ½ kg , 4
duże kawałki
Kości – ½ kg ( a moze byc i bez kosci)
Tluszcz (ghee) lub olej –1/2 szklanki oleju lub tłuszczu
Mąka pszenna – ½ szkl
Pasta z czosnku – 1/3 łyżeczki
Cebula – ½ średniej pokrojonej w cieniutkie
plasterki
1/2 łyżeczki czarnego pieprzu,
1/2 łyżeczki kminku,
nasiona dwu małych kardamonów
5 goździków
2 ciemne kardamony
1 pałeczka cynamonu
1 liść laurowy
2 łyżeczki kolendry
To była wspaniała, przestronna, odrobinę staroświecka, mówiąc szczerze, po
prostu stara, urządzona niegustownie kuchnia. Pomieszczenie w kształcie
kwadratu. Kuchenka elektryczna na prawo. Ogromnie trudno było jakąkolwiek potrawę
pakistanską bez ognia gotować. Później odkryłam, uspokojona, że to była to jedna
z głównych przyczyn moich niepowodzeń. Przypalaly mi się dania, gotowały
nierówno. Trudno podgrzaną płytkę tak kontrolować jak ogień. Tuż za kuchenką,
schowek na różnorakie przyrządy sprzątaczki, pani domu. Drzwi na podwórze
znajdowały się na wprost drzwi wejściowych z salonu, cóż ja mówię! wnęki
wejściowej. Nie mieliśmy przecież drzwi. Trudno było o najskromniejszy rodzaj
prywatności dla gotującej, gdy za plecami wrzało biuro, dzwoniły telefony.
Na lewo od wnęki wejściowej – lodówka, szafka jedna, druga, trzecia, zlew.
Tuż obok drzwi na podwórze. Sprzęty stały grzecznie jeden obok drugiego rzędem
po ścianami. Żadnych udziwnień, żadnych oryginalności. Odmiennością był brak
stołu. Jedliśmy na podłodze w salonie – biurze, na stojąco przy kuchni albo w
łóżku przed telewizorem. Jedliśmy razem i oddzielnie. Oddzielnie jedynie wówczas,
gdy mój żołądek nie zdzierżył, domagał się pożywienia zgłodniały. Mówił „nie”
oczekiwaniu, aż Farid łaskawie oderwie się od komputera i poczuje zapach
jedzenia i głód. Jedzenie potraw eksperymentalnych wspólnie było zdecydowanie
większą rozrywką. Większa przyjemnością. Nie lubiłam samotności w czasie
posiłku.
Największą jednak zabawę odkryliśmy w momencie rozpoczęcia wspólnego
gotowania, gdy ja, sfrustrowana po kolejnym nieudanym daniu, wybuchłam
narzekaniem na przepisy, które on ściągał z Internetu lub podrzucał spisane przez
telefon od jego licznych w Stanach i w Pakistanie ciotek. Narzekałam również na
dokładne, skrupulatne, klarowne przepisy Mariam, która, wiedziałam, życzyła mi
jak najlepiej, która starała się objaśnić zawiłości kuchni pakistańskiej laikowi
jakim była Polka Anna.
Farid stracił w pewnym momencie cierpliwość. W trakcie lunchu wstał
odstawił niesmaczne, niedojedzone bryani i uroczyście, spokojnym tonem oświadczył
– A więc zaczniemy od dziś gotować razem. Chciałbym przekonać się, czy nasza
kuchnia jest rzeczywiście tak skomplikowana. Spanikowałam.. Zaczęłam przeczyć,
przepraszać, zapewniać, że spróbuję jeszcze raz. Sama. Że on absolutnie nie ma
czasu! Że to wina mojego polskiego podniebienia, które nie potrafiło się
przyzwyczaić do ostrości przypraw induskich. To ja nie umiałam rozróżniać
jednej przyprawy od drugiej, ani odróżnić trzech czwartych łyżeczki czerwonego
pieprzu o czterech piątych. Farid jednak przerwał mi ze śmiechem i powiedział
tylko – Aniu, to będzie zabawa. To będzie nasze doświadczenie. To będzie nasz
czas razem. Ile razy mówiłaś mi, że nie
spędzamy dość czasu razem poza biurem, że nie mamy wspólnych ulubionych miejsc,
lokali, zajęć? Dlaczego nie kuchnia więc? Może poza sypialnią to będzie
najspokojniejsze i najszczęśliwsze z naszych miejsc. Wspólnych. Najciekawsze spośród
naszych wspólnych hobby. - Przecież oglądamy razem comedy channel i popularne sitcomy
jak Friends i Seinfield, Dharma &
Greg – pomyślałam ironicznie. – Anna, nie upieraj się już. Zgódź się. I powiedz,
co planujesz dziś na kolację. Chodź. Poszukajmy w Internecie.
- Właśnie cały problem z tym planowaniem. Gotuję właściwie to, co podaje mi
Mariam. Ostatni list dostałam na temat nahari czy nihari. Co to nahari? Nie
zdążyłam dokończyć czytania listu. Przeczytałam tylko o możliwości kupienia
gotowych przypraw, mieszanek przyprawowych do wielu pakistańskich dań.
- Ah , prawda. Jak mogłem o tym zapomnieć? Przywiozłem sam kilka z Pakistanu.
Muszą być gdzieś na dnie tej wielkiej walizki, która dotąd stoi nierozpakowana
– Spojrzał nie mnie ze złośliwym uśmiechem.
- Hej hej! – broniłam się - sam nie pozwoliłeś mi się do niej dotknąć,
twierdząc że masz tam jedynie zimowe ubrania, jakieś techniczne cacka i ulotki
reklamowe.
- Hmm, faktycznie? Tak powiedziałem? Przepraszam. Chodź, otwórzymy ją. A
właściwie nie. Myślę, że to jest w
kieszeniach. Zostawmy walizę w spokoju, nasz schowek na ubrania i tak jest już
za ciasny. Twoje ubrania zajmują sporo miejsca.
- Nie zaczynaj. Ja też mam jedną nierozpakowaną jeszcze walizkę. W końcu
jestem kobietą. Czego się spodziewałeś? Ciesz się, że nie przywiozłam
wszystkich moich butów.
- Mówiłem, że ci wszystko kupię.
- O tak! Na tej prowincji, gdzie nie znajdziesz jednego, porządnego butiku.
Przewidziałam, że tak może być. Niewielu zresztą Amerykanów grzeszy jakimkolwiek,
marnym choćby gustem w dziedzinie konfekcji.
Nasze spory przerwał jego radosny okrzyk. Znaleźliśmy w końcu cenną zdobycz
- pogniecione, lecz wciąż dobrze
zachowane paczki z przyprawami pakistańskimi Shan Food Industries. Było tam
bryani. Kilka jego rodzajów, znaleźliśmy
i nihari czy nahari.
- Świetnie , zróbmy nahari!
- Ale przyznaj, że gotowanie z użyciem zestawów przypraw, bez konieczności
ich mieszania, odmierzania to duże uproszczenie. Nie próbuj mi więc wmawiać
nawet, jeśli nam się to danie świetnie uda, że kuchnia pakistańska to sama
prostota - zastrzegałam się.
Błogosławiłam tę dużą kuchnię. Wystarczało miejsca dla dwojga bałaganiących
i gotujących. Zanim otworzyliśmy paczkę przypraw do Nahari sprawdzilam datę.
Kilka dni przeterminowana. Zdesperowani zdecydowaliśmy mimo wszystko ja zużyć.
Zaczynała się zabawa, którą dziś wspominam z rozrzewnieniem i tęsknotą. Ten czas
pewnie już nigdy nie powróci. Dlaczego dziś miałby Farid decydować się na
wspólne ze mną gotowanie w tej mikroskopijnej ciemnej wyłożonej drewnem kuchni naszego
wielkiego, nowoczesnego, domu w Pensacola. Nie ma powodu. Gotowanie po
pakistańsku nie jest już tak wielką sztuką. Minął okres nauki. Jestem dobrą
kucharką. On przy każdym posiłku nieodmiennie powtarza dowcipnie, że uwielbia
moje roti - dobrze wypieczone, smakowite, tworzone z wyobraźnia i fantazja, nigdy
okrągłe, zawsze różnokształtne, dzięki któremu bawić się mogliśmy w zgaduj
zgadulę, odgadywanie kojarzonych kształtów. Faktycznie lubiłam robić dobrze
wypieczone cieniutkie dobrze rozwałkowane o wąskich brzegach roti, bez zakalcowatego
niedopieczonego ciasta. Kosztem idealnego, okrągłego kształtu.
Nahari udało nam się doskonale, palce lizać. Farid był zachwycony wrażeniami
podczas wspólnego gotowania, smakowaniem w trakcie gotowania, doznaniami twórcy
kreującego coś nowego, żadne z nas nie wiedziało bowiem, co wyniknie z naszych
wysiłków. Jaka potrawa się narodzi: nahari, jakie Farid znał z Pakistanu i z
kuchni swej matki i pomagającej jej najemnej kucharki, „industrialne” Shan
nahari, czy też w końcu nasze, niepowtarzalne polsko-pakistańskie? Ja byłam
zachwycona możliwością wspólnego spędzania czasu. Gotowaliśmy razem ponad dwie
godziny. Nahari było potrawą długą w przygotowaniu. Aby urozmaicić sobie czas Farid
zademonstrował jak się robi i jak się spożywa pakistański snack, przekąskę z
kukurydzy. Surową obdzierał z liści i opiekał za pomocą naszej zapalniczki. W
Atmore, jak wspomniałam nie mieliśmy ognia na kuchni. Szkoda. Pieczone nad
kuchnią kukurydze są zdecydowanie lepsze. Na deser były zaś łodygi trzciny
cukrowej, które Farid świeże łamał, obdzierał z grubej skórki i jadł nad
zlewem. Sok spływał po dłoniach. Trzcina była dla mnie zbyt słodka. Nie jak
syrop. Jak cukier z dodatkiem wody. Rozwodniony cukier.
Na kolację zjedlismy nasze
wspólne dzieło - nahari. Bardzo ostry sos miał tak wyśmienity smak, że do dziś
uważam nahari za moją ulubioną potrawę pakistańską. Z wyglądu niepozorny, bury
sos, w nim pływające kawałki mięsa wołowego, jedzonego z zakupionym naan czyli
induskimi–pakistańskimi plackami, które odmienne były od domowego roti.
- Nie można jeść nihari z roti ? - zagadnęłam
- Można, lecz ja wolę placki naan, które są grubsze i bardziej
„ciastowate”. – spojrzałam rozbawiona i zadałam jeszcze jedno pytanie, aby
podsumować dyskusję o doznaniach smakowych
– A może spróbuję cię przekonać do kuchni polskiej? – zawiesiłam głos. –
Nie jest ostra wiem, ale może zupy. Smakowała ci jedna z zup mojej mamy,
pamiętasz? A może to było tylko kurtuazyjne wyrażenie zachwytu? – przyszpiliłam
go wzrokiem.
- Nie, szczere. Dobrze. Próbujmy. Lecz miejmy w zanadrzu, w drugim garnku
sindhi bryani. W razie, gdyby mój żołądek domagał się…
- Prawdziwego pożywienia – Dokończyliśmy oboje wybuchając śmiechem.
Droga Anno
Dziękuję za list. Szczery i długi. Dziękuje za opowieści
o Polsce i o Ameryce. Twoje pisanie wciąga. Mam nadzieję, że i moje listy nie
są zbyt nudne. Oczywiscie chwalić się moge tym, ze są pożyteczne. Pisałaś mi
ostatnio, że bez moich rad żadna potrawa nie wyszłaby tak, jak trzeba, nawet,
jeśli zrobiłabyś wszystko dokładnie według przepisu. To prawda. Wiem, że
gotowanie, kuchnia sama w sobie ma pewną filozofię. Gotowanie po pakistańsku to
jakby wyższy stopień wtajemniczenia. Każda kuchnia narodowa to nowy, niezbadany
obszar, który bez przewodnika trudno poznawać
i nie błądzić. Dziękuję wiec za twój ostatni przepis na polski sernik, ciasto
serowe, jak my tu w Pakistanie, mówimy, cheese cake. Jadłam kiedyś te delicje.
Ktoś sprzedawał na wielkim targu, w czasie święta Eid. To było ciasto serowe
niemieckie. Podobne w smaku. To, które powstało wedle twojego przepisu było
cudownie lekkie. Nie za słodkie, nie mdłe, rozpuszczające się w ustach. Cała
rodzina była pod wrażeniem mojego wypieku i twojego przepisu.
Czy ja nie rozpisuję się za bardzo? Powinnam przejść
do przepisu, który mam w zanadrzu. Nihari. Ale nie, jak mogłabym nie odpowiedzieć
na twoje zapytania osobiste! Ciekawa byłaś, co miałam na myśli, mówiąc o dojrzewaniu
w Pakistanie, o sobie jako młodej, niezamężnej kobiecie i muzułmance. Wiesz
chętnie opowiedziałabym ci o islamie. Czy jednak jesteś pewna, że chcesz?
Precyzyjniej zadając pytanie, czy nie odbierzesz mojego opowiadania o islamie i
wychowaniu młodzieży, nauce i studiach i kontaktach damsko męskich, i o wielu
innych pokrewnych problemach, jako ataku na twój katolicyzm? Nie chciałabym
zniszczyć naszej przyjaźni. Wiem, ze religia, dogmaty i silne przekonania mogą doprowadzić do zerwania
kontaktu najbliższych sobie ludzi. Słyszałam o rozbitych rodzinach i
małżeństwach z powodu konfliktu religijnego. Nie tyle kultury zazwyczaj dzieli,
ile religia. Wiesz? India i Pakistan to hinduizm i islam. Dwie sprzeczne idee,
choć w tej samej tkwiące kulturze.
Wiem, że chcesz poznać islam. Sama chciałabym wiedzieć
o katolicyzmie coś więcej ponad podstawowe idee, które poznałam w szkole. Wiem,
że mężczyzna, którego kochasz, jest muzułmaninem. Czy tak? Tak powinnam
zrozumieć to, co ostatnio mi wyznałaś? Jak on ma na imię? Nigdy mi nic nie
opowiadasz. Ale oczywiście szanuję twoją prywatność. Proszę pisz, odpowiedz na
moje pytania. Napisz, że rzeczywiście zależy ci na poznaniu islamu, że
cokolwiek miedzy nami zostanie powiedziane, nie potraktujesz tego jako ataku na
twoje przekonania.
A teraz, mimo że zapewne dziwnie to wyglądać będzie po
moich poważnych wywodach, chciałabym ci podać przepis na nihari i przekazać
kilka dobrych rad. Przede wszystkim, potrzebować będziesz mięso wołowe,
baraninę lub kurczaka. My zwykle gotujemy nihari wołowe. Zaletą kurczaka jest
to, że gotuje się najszybciej. Potrzebować będziesz około pół kilograma mięsa.
Dla 4 osób. Lub na dwa posiłki. Dla dwu. Dobrze jest również zdobyć około pól
kilograma kości - i gotować je wraz z mięsem, przed podaniem jednak usunąć.
Przygotuj również pól szklanki oleju lub tłuszczu. Może pamiętasz, ten tłuszcz,
którego my używamy nazywa się ghee. Z pewnością dostaniesz to tylko w sklepach
z orientalnymi produktami. A właśnie, czy udało ci się już odkryć tam, w twojej
małej mieścinie jak ją nazywasz, choć jeden sklep prowadzony przez Wietnamczyków?
Ci zawsze mają dobrze i bogato zaopatrzone sklepy. Potrzebna ci będzie również
mąka pszenna, weź pól szklanki, jedna trzecia łyżeczki pasty czosnkowej. Upewnij
się też, że masz pół średniej cebuli, tę pokroisz w cieniusieńkie plasterki i zakupić musisz również paczkę Shan Nihari. Jest
to najłatwiejszy jaki znam sposób na ugotowanie dobrego nihari. Zużyjesz pół paczki. Za pierwszym razem polecałabym ci
zrobić nieco słabsze w smaku nihari, niezależnie od tego, co twój Pakistanczyk
powie na powyższy temat. Najlepiej nie pytaj.
Przygotowanie nie jest skomplikowane. W dużym garnku
podgrzej ćwierć szklanki tłuszczu lub oleju, dodaj czosnek, zamieszaj i dodaj
mięso, kości i mieszankę przypraw do nihari. Smaż przez kilka minut i dodaj
potem około pięciu szklanek wody. Przykryj garnek z potrawą i gotuj pod
przykryciem na małym ogniu dopóki mięso nie zmięknie – w przypadku wołowiny pięć
długich godzin, baraninie cztery godziny powinny wystarczyć. Kurczak gotuje się
błyskawicznie. Potem rozpuść mąkę w półtorej szklance wody i dodawaj ją
stopniowo do gotującego się nihari. Zamieszaj. Wyjmij kości i gotuj to, co
pozostało przez kwadrans na dużym ogniu. Podgrzej pozostałe ćwierć szklanki
oleju lub tłuszczu i dodaj pokrojoną w plasterki cebulę, usmaż ja na złoto i
wrzuć wraz z olejem do nihari. Przykryj i pozwól by dusiło się przez
trzydzieści minut na małym ogniu. Podawaj z roti, lub naan, z pokrojonymi w plasterki zielonymi
papryczkami chilli, posiekaną kolendrą, cytryną, której sokiem zwykle każdy skrapia
danie na własnym talerzu.
Pozdrawiam
Mariam
Rosół pakistański
Kurczak –1
Woda – więcej niż pół garnka
imbir – 1 plasterek
czosnek – 2 ząbki
czarny pieprz – kilka ziaren
sól – 1 łyżka
cebula – ¼ sredniej
pomidor – ½
- Mamuś. Mamo, ale powiedz mi jeszcze raz, jakie przyprawy wrzucasz do tego
gotującego się kurczaka? Pieprz i sól? I tyle? Jakoś mało. Nie wkładasz liścia
laurowego? Mogę, mówisz? Ale nie koniecznie. No cóż. Jakoś to tak prosto w
porównaniu do tych komplikacji pakistanskich. Wspominała mi moja przyjaciółka z
Pakistanu, że i oni rosół gotują ale przepisu nie mam. Dobrze mamo. Muszę
kończyć. Całuję. Farid mnie wola i zostawiłam też coś na kuchni. Zadzwonię za
tydzień. Pa.
Teraz przede mną zadanie bojowe - zmusić Farida do spróbowania polskiego
rosołu. Gotowałam wywar warzywny wraz z całym kurczakiem. Po pakistańsku jednak,
bez skóry i grama tłuszczu. Inaczej wymawiałby mi on, ze śmierdzi i że tłusty.
I pomyśleć, że w Polsce zasadą jest, by rosół był właśnie tłusty, by te oka
tłuszczu jak największe na powierzchni zupy pływały! Najważniejsze to umieć
zaspokoić podniebienie mężczyzny, jednocześnie zaspokajając swoje.
W kuchni gotowało się właśnie bryani, doskonała potrawa, która zaspokajała
wyśmienicie żołądek Farida. Wrzuciłam ugotowany ryż do garnka z mięsem i
pozwoliłam, by powoli wszystko się dusiło pod przykryciem. I wróciłam do
komputera, gdzie czekały rozpoczęte zamówienia, rachunki, które płaciłam
online, aktualizacje naszej bazy danych. Kończyłam wszystkie rozpoczęte
wcześniej zajęcia, jednocześnie sprawdzając, czy nie pojawił się nowy list w
mojej skrzynce emailowej. Bardzo zły nawyk. Rozstrajał i rozpraszał.
Rozproszone myśli wracały do prywatnych zajęć. Do kuchni, do przepisów Mariam.
Od niej czekał na mnie list w skrzynce. Zaczęłam czytać nowy przepis. Tak! To
był rosół pakistański. Odgadła moje oczekiwania. Nie mogłam się na niczym
skupić. Cichaczem więc wstałam i przemknęłam się do kuchni. Kurczak z
warzywami, które wstawiłam wcześniej już się gotował. Postanowiłam zrobić dwie
zupy. Pakistańską i polską. I obie zaserwować na kolacje. Imbir, czosnek,
cebula. Rosół rodem z Pakistanu wyglądał zachęcająco. Te aromaty. Ta
esenjonalność. A gdyby tak zaserwować kluski do obu zup, nie zaś jedynie do polskiej?
Podać pakistańską w głębokiej salaterce? Farid zapewne wypiłby duszkiem nie
zakłócając spokoju łyżki i nie zapytując nawet o powód zamiany kubeczka na
salaterkę. Po co ugotowałam kluski? – usłyszałabym tylko. Może nie warto jednak
doprowadzać do tak gwałtownego zderzenia kultur. – ogarniała mnie apatia.
Zmniejszyłam ogień i osunęłam się na podłogę w pozycji kucznej, plecami oparłam o kuchenkę. Tak zastał mnie Farid.
Mój wzrok pozostawał na poziomie pięćdziesięciu centymetrów od ziemi. Kolana.
Kapcie wchodzącego. Zanim zdążyłam podnieść głowę usłyszałam już wybuch
śmiechu.
- Co robisz kochanie? Medytujesz, aby wzmóc i tak już wspaniały zapach i
nie wątpię smak tych pichconych delicji? Hmm. Co to tak pachnie? Nigdy nie
miałem okazji poznać takiej smakowitej woni…
- Zupy
- Zupy? Nie znam zup pakistańskich. Co gotujesz? Aha, polski plan w toku,
niemal zapomniałem.
- Tak, to będzie rosół polski. W pogotowiu mam jednak bryani, nie obawiaj
się. – Mój ton głosu musiał wydać mu się urażony i smutny, zapytał bowiem
- O co chodzi, mój ponuraku? Spróbuję tej polskiej zupy, obiecałem ci
przecież. Ponadto wierzę, że będzie wyśmienita.
- Dobrze już, dobrze. Nie jestem dziś w nastroju. O, patrz. Nawet bryani mi
się przypaliło trochę. Nigdy do tej pory nie przypaliłam bryani! – Moja mina
musiała świadczyć o silnej potrzebie płaczu. Wymknęło mi się kilka niesfornych
łez. Farid podszedł i wziął mnie w ramiona. Czułe słowa. Kojący ton głosu. Jak
bardzo go za to kochałam! Nie zawsze pojawiał się w potrzebie, nie zawsze był
obecny we właściwym miejscu we właściwym czasie, jednak był. Delikatny, wrażliwy
i nawet jeśli w moim osobistym, wewnetrzym zegarku uczuć on, Farid, mój
niedoskonały mężczyzna wciąż się spóźniał, wiedziałam, że w końcu pojawi się, podejdzie
pocieszy, porozmawia. Odkryje to, co przed nim chciałam ukryć, rozwiąże to, co
wydawało mi się nie do rozwiązania.
- A wiec zupa gotowa? O której lunch? Głodny jestem niesamowicie!
- Za piętnaście minut mogę podać.
- Świetnie. Zawołaj mnie. – rzucił tylko wychodząc i kierując się ku
sypialni gdzie usłyszałam po chwili dźwięk włączonego telewizora. - Mam więc
rzeczywiście jedynie piętnaście minut. - Skonstatowałam, wiedząc, że łatwiej
odciągnąć jego uwagę od telewizji niż od komputera.
Przed podaniem spróbowałam w kuchni obu rosołów. Nawet polski – Kurczak bez
skory! – miał być trochę inny - oba mi smakowały, chodź tak odmienne. Nasz polski,
łagodny słony, mniej tłusty niż zwykle, pakistański ostry, aromatyczny. Przygotowałam
kluski i wszystko zaniosłam do sypialni, gdzie mieliśmy zwyczaj jeść lunch, jednocześnie
oglądając wiadomości. Nigdy nie potrafiłam zapamiętać skomplikowanego grafiku
programów, które oglądał Farid. Każdego
dnia o ściśle ustalonej godzinie szedł do sypialni i oglądał ten czy inny
ulubiony program. Nieskończoną ich ilość również nagrywał. I zarywał noce, aby
oglądać nieobejrzane i do-ogladać wczesniej rozpoczęte. Budził mnie w środku
nocy wybuchami śmiechu, budził ciszą zgaszonego w końcu po północy telewizora, budził
nad ranem prosząc o to, na co ja miałam ochotę wieczorem. Wówczas, gdy on
oglądał. Nieobceny, zajęty. Rano prosił o seks. O pieszczoty, o dotyk, o pocałunek.
Farid. Mój mężczyzna niedoskonały.
Skuleni na łóżku, pół-siedząc pół-leżąc, zabraliśmy się do jedzenia.
Podsunęłam mu polski rosół. Podsunęłam kluski. Zjadł bez słowa. To świadczyło o
potrawie pozytywnie. Po chwili sięgnął jednak po kubek z pakistańskim rosołem.
Powąchał i niemal zachłysnął się z radości. Ugotowałam i pakistański rosół! Ta
błoga mina wdzięczności była warta wiele, lecz i doprowadzała mnie do
frustracji. Farid wlał zupę do salaterki z kluskami. Spokojnie. Leniwie. Z
półuśmiechem zadowolenia, wiedząc, że go obserwuję skonsternowana.
-
Smakuje mi polski rosół, ale myślę ze najbardziej mi się
podoba sama idea jedzenia zupy z kluskami. Nie wiedziałem, że jest to możliwe.
-
My jemy wiele zup z kluskami. Choćby pomidorową.
-
Pomidorowa! Przerwał mi. – Musisz mi ugotować pomidorową
z kluskami. Niezaprzeczalnie. To jest to! Kluski w zupie. Kochanie, jesteś
pierwszorzędną kucharka. I bryani też jest świetne. Mimo że przypalone.
-
Ale jednak wolisz rosół pakistański. – skonstatowałam
pozornie bezuczuciowo, lecz moja duma polskiej kucharki patriotki pozostała
nadszarpnięta.
-
Hmmm... No wiesz..
- wiedziałam.
Wielokrotnie jeszcze próbowałam gotować polskie dania: gołąbki, naleśniki,
które nazywał francuskimi, placki, zrazy, kurczak po królewsku, niezliczona
ilość sałatek, pierogi. Zawsze
jednak musiało być coś w pogotowiu, cos ostrego, coś, co zaspokajało głód
zdecydowanie skuteczniej, coś pakistańskiego. I zawsze słyszałam tylko w
postaci usprawiedliwienia - „ hmmm... no, wiesz”. Wiedziałam.
Droga Anno,
Assalam Alaikum
Co u ciebie? Znów albo cisza albo ta oszczędność w
słowach. Coś przede mną ukrywasz, przyznaj się. A ja się wysilam, aby wymyślać
ci najciekawsze nasze potrawy. Opisywać najdokładniej jak to tylko możliwe. I
tak mi się odpłacasz. Czy ja nie powinnam się obrazić, no powiedz? Chyba nie
powinnam. To ja zapewne ciebie obraziłam moim ostatnim listem. Przykro mi.
Ale dobrze już, obiecałam, że wyślę ci przepis na
rosół, aromatyczną pożywną zupę. Niewiele
jemy zup w Pakistanie, tę jednak wszyscy szczególnie lubią. Oto wiec ona. Odsłona
pierwsza i ostatnia:
Zakup średniego
całego kurczaka. Myślę że poradzisz sobie, mówiłaś że i wy w Polsce gotujecie
rosół. Wierzę w twoją kucharska intuicję. Wody nalej ponad pół garnka, wrzuć
plasterek korzenia świeżego imbiru, dwa
ząbki czosnku, kilka ziaren czarnego pieprzu, kilka ziaren kminku, ćwiartkę
średniej cebuli, pól średniego pomidora i na koniec wsyp jeszcze jedna dużą
łyżkę soli. To wszystko. Nie znam prostszej zupy.
„Na zdorowie”, jak mówicie w Polsce.
Pozdrawiam serdecznie, choć smutno. I czekam na list.
Taki jak dawniej. Długi i szczery.
Asalam alaikum
Mariam
mięso wołowe –½ kilograma, pokrojone na kawałki około
dwucentymetrowe
arvi – średnie, okragłe o brunatnej skórce warzywa – 12 sztuk
pomidory – 1 szt, pokrojony na małe kawałki
jogurt – ½ małej szklanki
cebula – ½ dużej
olej do smażenia
sól – 1 łyżeczka
czerwone chilli – 1 łyżeczka
kolendra w proszku –1 ½ łyżeczki
kurkuma – – ¼ łyżeczki
świeży imbir, pasta – ¾ łyżeczki
pasta czosnkowa – 1 łyżeczka
Mężczyzna muzułmanin zobowiązany jest pojawiać się co piątek w meczecie na
modlitwie zwanej "dżumma" – Usłyszałam po niecałych dwu tygodniach
mojego pobytu w Stanach. To oświadczenie nie zrobiło na mnie większego
wrażenia, poza nieciekawym, nieoczekiwanym skojarzeniem z dżumą i z Camusem. –
Oczywiście, jedź. Ja w tym czasie odpocznę i podelektuje się urokami samotności
- pomyślałam jedynie, odrobinę złośliwie i odrobinę nostalgicznie. Czasami miewałam
przypływy melancholii, wspominałam moje dwa na piętrze, samotne teraz pokoje, gdzie
rzadko ktokolwiek zakłócał mi spokój i samotność. Rodzina mieszkała na dole, na
parterze naszego dużego domu.
- Dobrze, idź do meczetu. Bądź dobrym muzułmaninem – zgodziłam się w
myślach. Przecież nie zamierzałam przeczyć jego wierze. Wręcz przeciwnie,
miałam potrzebę poznania jej lepiej, wiedząc że była by to jeszcze jedna nitka
nas łącząca. Oczywiście nikt nie mówił o… Nie chciało mi słowo przedrzeć się
przez ściśnięte gardło, przez wąskie kanaliki myśli, układów nerwowych, komórek
mózgu. Nie umiałam wyobrazić sobie możliwości zmiany religii, przejścia na
islam, porzucenia katolicyzmu. Oczywiście! Tak daleka już byłam od dawnych ideałów
czystej wiary, filozofii realistycznej, zachowywania przykazań w
najdrobniejszym szczególe, milczenia przy konfesjonale w braku tematu do
spowiedzi.
Zadałam jednak po chwili milczenia pytanie, którego nie powinnam byłą zadać.
Jednak ono rozpoczęło naszą długą, niekończącą zdawało się, pasjonującą
dyskusję o wierze. A zapytałam go wtedy krotko – dlaczego, jeśli uważa się za
dobrego muzułmanina, nie odwiedził meczetu w zeszły piątek?
- Może nie jestem dobrym muzułmaninem, Anno. – odpowiedział spoglądając mi
prosto w oczy, lecz widziałam, że to nie było to, co rzeczywiście myślał i
chciał mi powiedzieć. To była szybka reakcja na mój atak. To była złośliwość
skierowana przeciw sobie, czysta ironia.
- Ah tak – Westchnęłam tylko.
Po chwili jednak postanowiłam drążyć temat. Wiedziałam przecież, że
oczekiwał tego ode mnie. Oczekiwał gestu przyjaźni, zainteresowania. Dokładnie
tak, jak stało się to w Polsce, gdy zadawał mi dziesiątki pytań na temat
katolicyzmu, i słuchał, zdawało mi się, uważnie, moich wywodów z teologii i
historii. Wchodził ze mną do kościołów, które chciałam odwiedzić, w których
chciałam się pomodlić tam, we Francji, Holandii, Niemczech. Choć pamiętałam
także tę piekącą ironię, gdy zawsze ilekroć w Stanach czy w Polsce mijaliśmy
kościół, spoglądał na mnie wymownie i pytał czy chce wejść i wykonać te
mistyczne gesty, te machnięcia od czoła do ramion. Nie mógł się powstrzymać
przed żartem, ktory dla mnie żartem nie był. Zupełnie jakby czekał, aż w końcu
wybuchnę i powiem, co myślę o „jego” islamie. Jakby prowokował. Prowokował i czekał
na konfrontację.
W końcu nadeszła właśnie ta chwila. Usłyszałam, że nie jest dobrym
muzułmaninem. Potem jednak usłyszałam i to, że do meczetu jest niemal dwie
godziny drogi. Bo najbliższy w Pensacola, w stanie sąsiednim, co brzmiało
abstrakcyjnie, mimo że wiedziałam, że maleńkie Atmore leżało na samej granicy
stanów Alabama i Floryda. Usłyszałam także, że taka wyprawa. - Taka pielgrzymka
– dopowiadałam po cichu – to cały dzien piątkowy stracony. To konieczność
opuszczenia biura w najbardziej gorących godzinach, od jedenastej do piątej. A kto
zastąpi go w w biurze od kiedy sekretarka ostatecznie nas porzuciła? – jego
wymowny wzrok spotkał mój. Prysły w tym
właśnie momencie moje marzenia o chwilach samotności. O sam na sam z komputerem,
MS wordem i słowem, za drzwiami sypialni, które chroniłyby mnie przez dźwiękiem
natrętnym telefonów.
- Oh! Więc myślałeś, że ja…, ja mogłabym cię zastąpić? Przy telefonie? –
Mój wzrok musiał być mimowolnie pełen przerażenia. Dostrzegłam bowiem głęboki
zawód w jego oczach – Nie no, oczywiście mogę cię zastąpić. To tylko te kilka
godzin tak? – W mojej głowie jednak tkwiła uparta myśl - za nic w świecie sama
przy telefonie! Ucho w ucho z natrętnymi, jęczącymi klientami, którzy psują
humor, obrażają ciebie, obrażają się i są nieskończonym źródłem stresu. Oto,
jaka była prawda. Oto, jakie wściekle obrazy stały mi przed oczami.
Zaryzykowałam więc – A może i ja bym z tobą pojechała? Przecież zawsze chciałam
zobaczyć jak „to” wygląda od środka. Ten meczet. Jak wygląda modlitwa na
klęczkach. Wiesz, u nas w Polsce jest takie schematyczne wyobrażenie
muzułmanina, ktory bije pokłony na klęczkach.
- Okay. Chodźmy więc. – Przerwał mi, wybawiając od niemądrych dywagacji,
którymi chciałam ukryć zmieszanie, zakłopotanie i mętlik, ktory w tej chwili
powstał w mojej głowie. On mówił jeszcze - Potrzebować będziesz coś na głowę.
Aha, i załóż jakąś sukienkę z długim rekawem, dłuższą, o dotąd – pokazał
długość dalece poniżej kolan. Być może nie śmiał wskazać na kostki, unikając
tym samym mojego wybuchu gniewu i protestu.
- Jest ponad czterdzieści stopni w
cieniu! – próbowałam się jednak ostrożnie kłócić - zresztą nie mam sukienek z
długim rękawem.
- Okay, nieważne. Czterdzieści stopni tylko? Celsius, rozumiem. Nieważne.
Wychodzę, jest późno. Czekam na ciebie w samochodzie – Rzuciłam się pędem do
sypialni, aby przejrzeć garderobę w poszukiwaniu jakiegoś lekkiego wdzianka z
długim rekawem. Znalazłam. Czarne. Będę się smażyć w tym kolorze – przeleciała
niepokorna myśl przez głowę. Gotowa byłam jednak się poświęcić. Jeszcze
chustka. Jaka znów chustka? Miałam małą chustkę, którą chroniłam głowę na
plaży. Może to wystarczy. Zaraz stanęły jednak przed oczami wizerunki kobiet z filmów
i reportaży o państwach islamskich, kobiet zakutanych w czarne szaty. Jedynie
szparka na oczy pozwalała im na oglądanie świata. Żadną miarą! Nawet gdybym w
tej chwili miała taką właśnie chustę, długą i czarną - moja chusteczka była w
wesołe kolorowe kwiatki - nie zdecydowałabym się na jej założenie i pokazanie
się w tym stroju na ulicy. Wstyd. A może po prostu obawa przed byciem
odmieńcem, przed uczynieniem czegoś, czego w głębi duszy nie akceptowałam i nie
potrafiłam zrozumieć. Wstyd.
Do meczetu dotarliśmy pozno. Podróż rzeczywiście trwała dwie godziny. W
końcu pojawił się przed nami meczet, niepozorny budynek, malowany na biało, od
frontu szklony z udatnym wizerunkiem tradycyjnej architektury meczetu i jego
minaretów. Kroczyłam odważnie za Faridem do drzwi frontowych, gdy usłyszałam że
powinnam udać się do tych z drugiej strony, od podwórza. Tam, aby otworzyć
trzeba znać kod. On nie pamiętał. Lecz ktoś powinien otworzyć. Miałam stukać i
czekać. Spojrzał na moją zdezorientowaną minę i w przeciągu sekundy zdecydował
– chodź ze mną. Ostatecznie możesz przejść korytarzem do części kobiecej.
Nikogo nie będzie, bo już się zaczęło. Chodź. – Nie miałam już czasu by
zastanawiać się, dlaczego tak wielkim wydarzeniem i nietaktem miałoby być moje
przejście od strony „męskiej” meczetu.
Farid wskazał mi przejście za kotara. Udałam się w tym kierunku. Szeregi
butów. Małe, duże, dziecinne. Jedynie jakieś szkraby, które bawiły się w sali,
która wyglądała na szkolną, zachowywały swoje buty. Nie było tam dywanu, jak w
pomieszczeniach na prawo, wyłożonych grubą przyjemną dla stopy wykładziną. Pozwoliłam
się prowadzić instynktowi. Zdjęłam buty, ustawiłam grzecznie w jednym z
szeregów. Podniosłam kolejna kotarę i weszłam. Po cichu. Nie chciałam zwracać
na siebie uwagi. Nie chciałam, by dziwnie spoglądano na kusą chusteczkę na
głowie, która, wiedziałam już, nie mogła być uznana za muzułmańskie okrycie
głowy. Usiadłam w kucki z tyłu. Przy ścianie, w małym korytarzyku, który po kilku
metrach przechodził w salę modlitwy. Tu siedziały wszystkie spóźnialskie,
pomyślałam, oraz matki najbardziej ruchliwych i hałaśliwych dzieci. A tych było
wiele. Trudno było zrozumieć, które są
czyje. Wszystkie bawiły się niezależnie w małej sali na lewo od hollu. Stosy
zabawek, klocków, książek, a nawet mały
kojec dla dwulatka w rogu i materac dla większego. Sala posiadała okno
wychodzące na salę modlitwy dla kobiet. Od części męskiej oddzielała nas
jedynie długa, sięgająca sufitu i podłogi kotara, tak że swobodnie słyszeć
można było głos prowadzącego modlitwę i wykład. Wywody po angielsku i arabsku chaotyczne
były i niespójne. Nie potrafiłam skupić uwagi, koncentrując się na oglądaniu
wnętrza meczetu, na ocenianiu wyglądu i zachowania kobiet, odgadywaniu ich
historii, ich życia. Kobiety rożnych ras, białe Amerykanki, Induski, Murzynki nosiły
różnorodnego rodzaju chustki i długie cienkie płaszcze, które nazywano abajami
albo dżelbabami. Kolorowe objawienie kobiecości. Wszystkie zakrywały włosy i
sylwetkę, lecz odmiennie. Nie każda zakładała abaję. Wiele z nich miało na
sobie szerokie spodnie i wdzianko z długimi rękawami, inne wołały długie luźno
spadające fałdami w dół suknie. Pociągająco kobieco. Czerni widziałam niewiele.
Jedynie Saudyjki wierne były czerni. Ich abaje i chusty były jednak
najpiękniejsze - delikatne materiały, spływające jak u księżniczek do stóp,
rozmaity krój, rozmaite dodatki, ręczne hafty, moda rodem ze średniowiecza
jednak bez obnażania ciała bez odsłaniania dekoltów. Kontrastem dla kobiecej różnorodności było
samo wnętrze - skromne. Nagie ściany. Nienaganna czystość. Zegar, głośnik i
ekran telewizji pozwalający śledzić teoretycznie co działo się za kotarą po
stronie mężczyzn. Zepsuty telewizor nikomu jednak nie przeszkadzał. Kobiety nie
pragnęły widzieć. Wystarczyło im, że słyszą głos prowadzącego modlitwę. Wszystkie
znały wyuczone na pamięć gesty i słowa. Obserwowałam je z ciekawością, z
zazdrością. Tu wszystko było proste i ułożone. Jasne. Modlitwa określona w
każdym szczególe, wspólne schylanie głowy i ciała, w jednym kierunku , ku Mekce.
Rozmowy po zakończeniu modlitwy, wymienianie wiadomości, informacji, plotek
i nowin. Zostałam wszystkim przedstawiona, wszyscy chcieli mnie poznać.
Amerykanka? Nie. Ten dziwny akcent. Nikt nie męczył mnie natrętnymi pytaniami.
Nikt nie zrobił aluzji do mojej kusej chusteczki i wdzianka. Pytano o islam i
dawano broszury, których nie chciałam wziąć. Pożyczyłam Koran, ktory był
własnością meczetu. Miałam nadzieję przebrnąć przez gęste linijki
staroangielskiego. Nie chciałam słyszeć nic więcej. Żadnych wiadomości z
drugiej ręki i interpretacji osobistych. Przy wyjściu zaczepiła mnie jedna z
kobiet, która sprzedawała suknie, płaszcze i chustki w sali dla dzieci.
– To dla ciebie. Weź - uśmiechnęła się . Dostałam więc długi, haftowany na
wysokości ramion ozdobny kremowy cienki płaszcz i kremowożóltą chustkę. – jeśli nie będziesz chciała nosić, oddasz mi.
Wzięłam i podziękowałam, nie wiedząc jak
się zachować. Skinęłam głowa nic nie odpowiadając na jej Assalam alaikum. Goodbye
- zdawało mi się pożegnaniem nieodpowiednim. Assalam alaikum, którego nauczył
mnie kiedyś Farid nie chciało mi przejść przez gardło. Wyszłam czym prędzej. Farid
czekał już na mnie w samochodzie. Poczułam na sobie wzrok mężczyzn, którzy
stali niedaleko. Jego znajomi. Cisnęło mi się na usta pytanie - Co im o mnie
powiedział? Co im mógł powiedzieć? Ona nie jest muzułmanką. Jeszcze nie?
Assalam alaikum,
Droga Anno,
Czy mogę zadać ci to bezpośrednie, być może pomyślisz,
bezczelne pytanie, jak toczy się twoje życie prywatne? Jak to jest, wybacz moją
ignorancję, jak to jest mieszkać z mężczyzną sam na sam? Nie pamiętam w istocie
jak twój mężczyzna, twój narzeczony ma na imię, a może mąż. Taka jesteś
tajemnicza, a ja bym wszystko chciała wiedzieć. Czasem zazdroszczę ci, że nie
jesteś już panną, w domu, u rodziców. To
takie nudne. Tu taka monotonia. Wiem, życie u boku mężczyzny, rodzenie dzieci i
wychowywanie ich i prowadzenie gospodarstwa zapewne jest równie monotonne,
jednak dziś zdaje mi się szczytem moich marzeń i oczekiwań.
Pytałaś, czy nie chciałam pójść na studia, uczyć się,
zdobyć zawód, który przyniósł by mi niezależność i szacunek mojego przyszłego męża, moich
znajomych. Otóż nie, nie chciałam. Nie czuję się na siłach zdawać na studia. Nie
oceniam swoich zdolności tak wysoko. Nie jest mi pisana kariera zawodowa, mimo że moja matka jest dla mnie przykładem jak
niewiele trzeba, aby poprowadzić własny biznes – tylko upór i determinacja.
Matka szyje damskie chustki, dobre
zajęcie w Pakistanie, gdzie okrycie głowy jest uznawane za jedną z podstawowych
zasad islamu. Nie będę jednak ani
lekarzem, ani prawnikiem, ani
nauczycielem. To nie dla mnie.
Opowiedz mi o twoim domu w USA. Jak się urządziłaś? Nawet
nie wyobrażasz sobie jak ja tęsknię za posiadaniem własnego domu, szyłabym sama
zasłony i okrycia, i dodatki na stół. Wszystko!
Pytałaś o
islam. Chcesz wiedzieć więcej. Przyznam, że opowieść o twojej wizycie w
meczecie nie była dla mnie niespodzianką. Proszę, nie zrozum mnie źle, ale
kobieta, która decyduje się na związek z muzułmaninem wcześniej czy później tam
właśnie zajrzy. Do meczetu. Dlaczego? Choćby z ciekawości. Nie jesteś więc
wyjątkiem. Powiem ci tylko jedno – bądź ostrożna. Uważnie analizuj swoje zachowanie
i motywy swojego postępowania.
Na początek odrobina teologii – Bóg jest jeden. I nie
ma od tego twierdzenia żadnych możliwych odstępstw. Ani prorok ani duch ani aniołowie
ani dzinny i szatani, ani nikt inny nie
może z Nim się równać. Jest Jeden i Jedyny. To istota islamu. Wszystko inne
jest sprawą drugorzędną. Jeśli wierzysz w Jednego Boga można nieomal
powiedzieć, że jesteś już muzułmanką. Dorzucę jeszcze ciekawostkę – jako
kobieta, jako mężatka, córka czy siostra całkowicie polegać powinnaś na pomocy finansowej mężczyzny, ktory jest za
ciebie odpowiedzialny. Moja matka, choć może się swobodnie sama utrzymać, mimo
wszystko nie wydaje grosza na dom z własnego zarobku. Zobowiązany jest do tego
mój ojciec a jej mąż. Oczywiście, kobieta może wybrać niezależność, lub pomoc
finansową mężowi. Ale musi tu uczynić świadomie, nie pod wpływem przymusu. Islam
jest religią otwartą i doskonałą. Jego obraz wykrzywiony naleciałościami
kulturowymi, tradycyjnymi, pełen stereotypów utwierdził się w Europie i w
Ameryce, ale ja chciałabym abyś poznała prawdę. Mam tylko nadzieję, że twój
narzeczony jest dobrym muzułmaninem.
Dziś podam ci przepis na danie egzotyczne, ze względu
na rzadko spotykane w waszej części świata warzywa, które wykorzystamy – arvi
czyli colocassia. Nazwa dania brzmi zaś arvi salan, mięso w sosie z warzywami arvi. Będziesz
potrzebować dwanaście sztuk średnich arvi. Gdy je obierzesz zrobią się
maleńkie. Najlepiej załóż rękawiczki gumowe zanim przystąpisz do obierania arvi
ze skórki. Wydzielają białawy osad, maź, która podrażnia skórę i szczypie. Kup
pół kilo wołowego mięsa, pokrój na małe kawałki, usuń nadmiar tłuszczu.
Co do warzyw, polecam tradycyjną metodę obierania
warzyw nożem, spróbuj jednak wyobrazić sobie
jak robi to moja matka, która wkłada umyte dobrze arvi do specjalnego worka
płóciennego i następnie tłucze tym workiem o coś twardego, choćby podłogę. W
ten sposób skórka sama odpada To prymitywna metoda, lecz dzięki temu nie
potrzebne są mojej matce już rękawiczki. Wrzuca obrane warzywa na sito,
porządnie płucze, wyjmuje i oddziela skorki.
Ale wróćmy do
naszego przepisu. Potrzebny ci będzie również jeden pomidor, pokroisz go na małe
kawałeczki, pół dużej cebuli, pokroisz ją z kolei w cieniutkie plasterki, pół
szklanki jogurtu śmietankowego - rozbełtaj zanim dodasz w odpowiednim momencie.
Pora na przyprawy: jedna łyżeczka soli, jedna łyżeczka czerwonego chilli,
półtorej łyżeczki kolendry, ćwierć łyżeczki kurkumy, trzy czwarte łyżeczki
pasty ze świeżego imbiru, jedna łyżeczka czosnku. Przygotuj danie jak każdy
inny salan. cebule pokrojona w cieniuteńkie plasterki, dodaj czosnek, posmaż
chwile, dodaj masala czyli wszystkie zmieszane razem przyprawy, dodaj mięso i
pomidora, posmaż chwilę, dodaj arvi, jogurt, imbir, smaż pięć minut. Dodaj dwie
duże łyżki wody i pozwól, aby dusiło się na dużym ogniu aż do powstania
jednolitego sosu. Aż olej wypłynie i oddzieli się. Dodaj wody tyle, aby przykryć
niemal calkowicie warzywa w garnku i pozwól, by dusiło sie powoli na małym
ogniu, aż wszystko stanie sie miękkie. Przykryj częściowo garnek, by woda za
szybko nie odparowała. Sosu powinno byc sporo gdy danie bedzie gotowe. Podawaj
z roti i z dodatkami - pokrojony w plasterki
świeży długi ogórek, połówki cytryny, plasterki zielonych papryczek chilli.
Mariam
Mięso – kurczak, wołowina – ½ kg , z kurczaka najchetniej udka.
Pomidory – ¼ kg, ok 6 srednich – najlepiej owalne male, zwane bodaj
salatkowymi
Sól – 1 mała łyżeczka
Czerwone chilli w proszku – odrobinę więcej niż ½ łyżeczki
Zielona swieża papryczka chilli – 1 szt
Pakistan to państwo położone w Azji. Sąsiad Afganistanu, Indii, Kaszmiru,
Nepalu. Niewiele, czyli tyle potrafiłam poważnym tonem powiedzieć o kraju, z którego
pochodził mój mężczyzna. Mój mąż. Wkrótce jednak dzielenie z nim mieszkania
spowodowało, że mimo woli nasiąkałam niechcianym nadmiarem wiedzy na tematy,
które nigdy, mnie humanistkę, idealistkę, marzycielkę, poetkę sentymentalną
gąskę, nie interesowały. Nawet, gdy za wszelka cenę starałam się unikać
słuchania jego dyskusji ze znajomymi o układach międzynarodowych, polityce,
ekonomii, zagrożeniu wojną, trwającej wojnie i wojnie, która nigdy się nie
skończy; o problemach Kaszmiru, o problemach Iraku, Iranu; o ciemnych
interesach długorękich Stanów Zjednoczonych; o desperacji Palestyńczyków i
Kaszmirczyków; o spiskowej teorii wszechświata – słyszałam to wszystko.
Czytałam dużo. Przyjaciół mieliśmy z różnych stron świata. Każdy posiadał
własną narodową perspektywę, własny światopogląd, Amerykanie biali i Amerykanie
rożnej maści, pierwsze i drugie pokolenie imigrantów. W Nowym Jorku udało mi
się poznać Polaków Żydów z Polski, Żydów z Izraela, Indusów, z Indii i z
Pakistanu, Murzynów mieszkańców Nigerii i Senegalu. Na południu poznałam Arabów
z Maroko i z Arabii Saudyjskiej, Irańczyków, Polaków, Meksykańczykow. Niekończąca
się wyliczanka ras, kolorów, nacji, języków.
Zaczęłam uczyć się urdu i arabskiego. Dlaczego urdu? Jedno z nas musiało
pójść na kompromis, pozbyć się lenistwa i przekroczyć tę barierę, która nas
dzieliła - obcości języka. Jedno z nas wkrótce już być może miało delektować
się możliwością używania własnej mowy. Za wszelką cenę chcieliśmy porzucić
angielski i sprawić by był jedynie ostatnią deską ratunku w naszej konwersacji.
Chcieliśmy dać pierwszeństwo mieszaninie urdu i polskiego. Próbowałam studiować
nowy język z książki, którą upolowałam w jednym z nowojorskich dużych meczetów.
Wsłuchiwałam się w częste Farida konwersacje w urdu z klientami. Próbowałam
odgadywać sens i nastrój rozmowy, co, wbrew pozorom, nie zawsze było łatwe. To
co ja niejednokrotnie brałam za ostrą kłótnię było w istocie entuzjastycznie wymienianymi
komentarzami, było pełną werwy zachętą do zakupu tego czy innego serwisu, jaki
oferowała firma Farida.
Nasze dwa języki łączyło wiele podobnych dźwięków. Wszelkie moje złośliwe
testy językowe na Faridzie nie robiły wrażenia. Wychodził z potyczki zwycięsko.
Polskie szeleszczące spółgłoski, zbitki dźwięków bezsamogloskowe były pestką
dla mojego Pakistanczyka. Wszystko to świadczyło tylko o tym, że mogłam szybko
i z łatwością nauczyć się urdu, skoro wymowa nie była przeszkodą. Gramatyka urdu
okazała się być dalece łatwiejsza od francuskiej. Wszystkie te odkrycia nie
doprowadziły jednak moich umiejętności do mistrzostwa. Nie doprowadziły mnie
nigdzie. Do dziś potrafię jedynie zrozumieć sens rozmowy. Powiedzieć i
zrozumieć najprostsze zdania języka potocznego. Jakaś tajemnicza zagnieździła
się we mnie niechęć. Nie umiałam przekonać własnego języka, by układał się w urdyjskie
zdania. Gardło nie wydawało żadnego dźwięku. Uparte. Istniała we mnie psychiczna
bariera. Dlaczego miałam mówić w urdu i wystawiać się na pośmiewisko przed
ukochanym mężczyzną, jeśli angielski przychodził tak łatwo. Coraz łatwiej. Farid
wciąż mówił do mnie w swoim własnym języku, tak jakby mówił do siebie. Jego
mowa była miękka w urdu. Angielski nieodmiennie był dla mnie językiem flirtu.
Po angielsku rozmawiałam z wszystkimi mężczyznami, jakich kiedykolwiek poznałam
online. To był język chatu. Język ludzi sobie obcych. Język biznesu. Jezyk
ludzi sobie obcych. Tak bardzo chciałam by zanikł. Chciałam zrozumieć urdyjskie
słowa, które brzmiały tak miękko i czule. Chciałam by on rozumiał wszystkie
moje żale i radości po polsku. Nie tylko nieśmiertelne „kocham cię”. Ale to nie
miało nastąpić. Jeszcze nie.
Farid nie był jednak jedyną osobą, która próbowała mi pomoc w nauce urdu. W
firmie pracowała Seba, osoba, której matczynego zachowania początkowo nie
znosiłam, być może dlatego, że, jak sądziłam, bezprawnie starała się zająć
miejsce mojej matki, za którą tęskniłam, albo teściowej, której nie znałam.
Seba stała mi się bliska dzięki natarczywym naleganiom, które kierowała ku
mojemu zawiązanemu na supeł uparcie odmawiającemu konwersacji w urdu językowi.
To była moja pierwsza poważna nauczycielka, która każdą wolną chwilę
wykorzystywała by uczyć mnie nowych słówek i zdań, i zmuszała z cierpliwością i
namolnością starego belfra, by powtarzać je w nieskończonośc. Dzięki niej w
pamięci pozostały mi szczątki zdań pożytecznych, nazw, jakimi szczodrze
obdarzała wszystkie kuchenne przedmioty, potrawy i produkty. Uwielbiałam te
kobietę. Brakuje mi jej dziś, jej radosnego usposobienia, jej gadatliwości, widoku
jej strojów typowo pakistańskich, barwnych. szelwar kamiz i szali, którymi
owijała się całkowicie niemal w czasie modlitwy, pozwalała luźnym fałdom spadać
na ramiona i przysłaniać częściowo włosy w czasie pracy. - Kobieta muzułmańska
nie powinna odsłaniać włosów w obecności nieznanego jej mężczyzny, aby
uniemożliwić flirt, i ustrzec się przez brudnymi myślami, i aby nie zwracać na
siebie i uwagi – mówiła – nawet kobieta tak stara jak ja! – kończyła wywód głośnym
śmiechem.
Lubiłam obserwować jak doskonale radzi sobie z klientami. Jej konwersacja
była zawsze tak delikatna i płynna. Potrafiła okręcić ich sobie wokół palca,
doskonały naturalny marketing. Ona oferowała nowy sposób na życie, jednocześnie
sprzedając lub wręcz przemycając im swoją receptę na szczęście i nieustający
optymizm. Zwykle nie byłam w stanie zrozumieć konwersacji. Jej odpowiedzi
zawsze były pozytywne. Bez mrugnięcia okiem na pytanie czy zna hindi
odpowiadała „tak”. Byłam pod wrażeniem dopóki nie dowiedziałam się że w istocie
hindi i urdu niewiele mają różnic miedzy sobą. Wielu, tak jak Farid, twierdziło,
że urdu i hindi różnią się jedynie nazwą. Nie mogłam jednak zrozumieć, dlaczego
dwa kraje, które od wieków kształtowały się w jednej kulturze i jednym
środowisku zaczęły pałać do siebie tak wielka nienawiścią.
Pakistan wedle idei stać się miał państwem muzułmańskim i tu przenieść
mieli się wszyscy muzułmanie z części induskiej. Indie pozostać miały terytorium
religii hinduistycznej. Za takim stanem rzeczy opowiadali się muzułmanie.
Własne państwo było dużym wyzwaniem i słodką obietnicą. Do dziś jednak wielu
muzułmanów wciąż mieszka w Indiach, wielu hindusów w Pakistanie. Nie jest łatwo
dziś przekroczyć granice indusko pakistańską, nie jest to granica umowna.
Umundurowani strzegą jej po obu stronach i nie ma mowy o przejściu bez
posiadania wizy. A jednak nowinki kulturowe przedostają się niezależnie od
granic. Kto nie wie ze najbardziej prężna w Azji produkcja filmowa znajduje się
w induskim Bombaju, miejscu zwanym dumnie Bollywood. Kino to niepowtarzalna
mieszanka induskiej barwnej kultury, muzyki, piosenki z elementami
zapożyczonymi z kultury zachodniej. Połowę czasu filmowego stanowi muzyka i
taniec. To istota i esencja filmu indyjskiego. Te elementy wplatają się gładko
w nieodzowna historie miłosną, niejednokrotnie mającą miejsce na tle wydarzeń
politycznych.
Nie zapomnę poruszającego filmu,
który jednego z wieczorów letnich oglądaliśmy oboje już w łóżku. Dzwonek
u drzwi. To była nasza przyjaciółka Amerykanka Kate, która pracowała z nami. Miałam
wrażenie, że znam ją od wieków, choć upłynęło jedynie kilka miesięcy od
momentu, gdy ją poznałam. Była dla mnie ucieleśnieniem amerykańskości we
wszystkich pozytywnych skojarzeniach, jakie zdążyłam zgromadzić podczas mojego
pobytu w Pensacola. Chciała wziąć zostawiony w biurze jej komputer. Zapomniała
kluczy od domowego biura postanowiła więc zapukać od strony naszych sypialni.
Przywitaliśmy ją oboje szerokimi uśmiechami. Zero zdziwienia. Oczywiście, cała
Kate. Urocza zapominalska i wiecznie roztargniona. Nasz biurowy geniusz. – Kate
tłumaczyła się speszona widząc nas w strojach nocnych. Śmiechem potraktowaliśmy
jej tłumaczenie, padła również propozycja wspólnego oglądania Lagaan.
Wróciliśmy do łóżka. Usiadła na podłodze tuz przy naszym łóżku. Czułam się
nieswojo. Czy wypada ją poprosić by siadła na łóżku? W końcu ta mała sypialnia
nie miała kanapy ani fotela. Zmusiłam Farida tłumacząc mu na migi, o co mi
chodzi, by poprosił ją do łóżka. Propozycja zabrzmiala dziwnie. Czulam, że robię się czerwona ze wstydu słysząc jego
słowa, które brzmiały nie tak jak wyobraziłam to sobie w myślach. Kate zgodziła się. Po filmie, gdy pożegnaliśmy
już przyjaciółkę, Farid szepnął mi na ucho już w łóżku
– Wiesz.. To był mimo wszystko film bardzo induski. Niezależnie od wpływu
Anglików nigdy nie ujrzysz w filmie induskim otwartego pełnego pocalunku, nie mówiąc
o akcie seksualnym. Wszystkie amerykańskie filmy poddawane są ścisłej cenzurze.
W przypadku dzisiejszego filmu nie było więc powodu, aby czuć się zażenowanym.
Żadną miarą nie obejrzelibyśmy nic co uczyniłoby nasze łóżkowanie we trójkę dwuznacznym.
– No wiesz, ale to tak jakby kogo kusić seksem, ale nie pozwolić by seksu
skosztował. Przewrotna taktyka edukacyjna. Dlaczego wiec Pakistańczycy nie
wychodzą za mąż młodo? Czytałam jakiś raport i statystyki. W małżeństwie wolno
to czego nie wolno wcześniej. Zamilkłam po chwili nie mogąc już skupić myśli,
które zastąpił czysty popęd i namiętność.
Droga Anno,
Asalam Alaikum,
Pamiętam ten film, o ktorym opowiadalaś. Scena
spalenia żywcem wraz z ciałem zmarłego męża rzeczywiście jest poruszająca. Nie
zapomnę nigdy widoku oczu tej przerażonej młodej kobiety – świetnie zagrane – i
jej siostra kryjąca się w pobliżu, z ukochanym, ktory w odpowiednim momencie
miał jednym strzałem pistoletu uśmiercić płonącą i przerwać jej mękę. Makabryczny
zwyczaj – samospalenie, sati. Ofiara z własnego życia dla zmarłego męża,
któremu i tak wszystko już jedno. To jest element religii hinduistycznej – tradycja,
której rozpowszechnianie jest dziś już zabronione. Jednak inny fragment, który
zapewne wydał ci się barbarzyński przy pewnych zastrzeżeniach mógłby stać się
częścią filmu o tradycjach kultury muzułmańskiej. Siostry poślubione zostają
temu samemu mężczyźnie. Poligamia jest akceptowana przez islam, z szerokimi
jednak zastrzeżeniami, jak choćby ten, że jeden mężczyzna nie może poślubić
sióstr ani kuzynek ani jakkolwiek spokrewnionych dwu kobiet. Poligamia to nie
jest popularny temat, nie będę cię więc nią straszyć. W dzisiejszych czasach
jest zresztą szalenie rzadka. Niemal nie istnieje poza obszarem Arabii
Saudyjskiej. Nie potrafię jednak przypomnieć sobie, jaki tytuł nosił ten film.
Mówisz, że widziałaś go w Polsce.
Czy wiesz, że nigdy w życiu nie miałam okazji obejrzeć
jednego nawet egzemplarza kina europejskiego, z wyjątkiem filmów angielskich?
Zapewne uważane są za zbyt dalekie od naszej pakistańskiej moralności.
Przyznaję się sama, ze szokiem było dla mnie obejrzenie pełnego aktu
seksualnego - jeden z moich braci przyniósł film dvd produkcji niemieckiej!
Nie rozwiałam twoich wątpliwości ani nie
odpowiedziałam na twoje pytanie. Tylko zapewne zagmatwałam ci w głowie tematem
samospalenia i wielożeństwa. Może powinnam
więc przejść na bezpieczny grunt kuchni. Dzisiejszy przepis, który ci przesyłam
jest szalenie łatwy. Kluczem do powodzenia jest cierpliwość i pozostawienie
dania na dłuższy czas na małym ogniu. Nie może się przypalić! Potrzebować
będziesz pół kilograma mięsa. Najchętniej tę potrawę sporządzamy z kurczaka. Z kością. Należy jednak pokroić
mięso na dość małe kawałki. Dwu lub trzycentymetrowe. Upewnij się również, że
masz w domu małą lub dużą cebule. Malej zużyjesz pół, dużej ćwierć. Pomidory –
tych trzeba nam, co najmniej sześć, najlepiej zakupić średniej wielkości owalne.
Co do przypraw potrzebujemy jedynie sól i czerwony pieprz chilli, łyżeczka
białego proszku i pól łyżeczki czerwonego. Nie wolno zapomnieć o zielonej
papryczce chilli, którą wrzucisz do dania pod koniec gotowania, dla uzyskania
łagodniejszego niż oryginalny smaku. Zdecydowanie nie jesteś przecież zwolenniczką zbyt ostrych dań. A twój
mężczyzna może w trakcie lunchu wrzucić kilka pokrojonych chilli do własnego
jedynie talerza. Chyba że jecie z jednego, jak to u nas w Pakistanie w zwyczaju.
Jedzenie z jednego talerza jest dla Pakistanczyków świadectwem jedności i
miłości. Może udało ci się obejrzeć stare ryciny, ilustracje w rękopisach. Kochankowie.
Małżonkowie. Para młodych ludzi karmi się nawzajem podając sobie kawałki
potrawy wprost do ust.
Czas na przygotowanie kurczaka. Opłucz mięso, zdejmij
skóre z kurczaka, a w przypadku każdego rodzaju mięsa odetnij nadmierny
tłuszcz. Pokrój mięso w kawałki, powinno być około dziesięciu kawałków. Pokrój
cebule w cieniutkie plasterki i usmaż na głębokiej patelni na złoto, Dodaj
mięso, dodaj pomidory pokrojone w czworo, smaż wszystko razem pod przykryciem
na dużym ogniu przez dziesięć minut. Odkryj, zmniejsz ogień, dodaj przyprawy –
sól i czerwony pieprz. Smaż – duś, aż mięso będzie miękkie, a woda wyparuje
niemal całkowicie. W połowie duszenia lub na samym końcu wrzuć pokrojoną drobno
w plasterki zieloną papryczkę chilli. Gdy danie jest gotowe, na półmisku posyp
posiekaną kolendrą. Podawaj z roti i z pokrojonymi na talerzyku dodatkowymi
plasterkami zielonego chilli i świeżego ogórka.
Następna potrawa będzie prostsza. Nie mogę się
doczekać, kiedy będziemy mógły wspólnie testować moje przepisy w twojej
amerykańskiej kuchni. Będziesz mogła wytknąć mi wszystkie małe pomyłki i
wielkie błędy. Dziękuję za zaproszenie. Jeśli procedury wizowe pójdą gładko,
spotkamy się niebawem.
Pozdrawiam,
Mariam
Kurczak Tikka
Sól
czerwony pieprz chilli
kurkuma
ziarna anyżku
cynamon
kminek
brązowy kardamon
czarny pieprz
gałka muszkatolowa
imbir
czosnek,
Kurczak, pozbawiony skóry – 2 kg,
Pasta czosnkowa – 1 łyżka
Pasta imbirowa – 1 łyżka
Masło / ghee
Tęskniłam za rodzicami. Telefony były namiastka naszego kontaktu. Dla mnie
były groteską. Nigdy nie lubiłam rozmawiać przez telefon. Nie potrafiłam zbyt
długo grzać ucha przy słuchawce i mówić o czymś i o niczym bez możliwości
spoglądania rozmówcy w oczy. Farid skonstatował już na początku, że boję się
telefonu, że cierpię na telefonofobię. To prawda. Jedynie sama w domu, w cieple
własnego łóżka, potrafiłam się czasami zapomnieć i gaworzyć przez niemal godzinę
z najbliższą przyjaciółką. To polskie czasy. Ze Stanów dzwoniłam już tylko do
rodziców i zdecydowanie lubiłam dzwonić nie za często. Rzadziej niż raz w
tygodniu, aby nie powtarzać monotonnie „tak tak wszystko w porządku ”. Aby dać
życiu czas na obmyślenie ciekawszego planu wydarzeń. Nie dzwoniłam być może
również dlatego, że nie zawsze działo się dobrze. Wiele spraw wolałam zachować
dla siebie zamiast dzielić się nimi z rodziną. Dobre wiadomości jedynie miały
przywilej ujawnienia. Właśnie tym razem dzwoniłam, aby przekazać nowinę.
Zamierzałam przyjechać do Polski. Na miesiąc. Wyobrażałam sobie już ja całe
dnie spędzam na pisaniu, wolna od biura i obowiązków małżeńskich, a wieczorami
odwiedzam przyjaciół.
To była późna decyzja, w konsekwencji trudno było mi zdobyć bilet przed
dwudziestym czwartym. Magia Bożego Narodzenia skupiała się przecież w tym właśnie
dniu. Nie umiałam jednak samej siebie przekonać, że chcę tej magii jeszcze raz
doznać. Zaczął się dla mnie czas niekonsekwencji i wątpliwości. Przyjeżdżałam
do Polski, aby je rozwiać, aby rozwiązać tkwiące w mojej głowie dylematy, aby
powrócić do tego, co polskie i niepodważalne, do katolicyzmu w czystej postaci.
Tak bardzo od wielu miesięcy poszukiwałam odpowiedzi. Kto ma racje? Gdzie jest
prawda? Oczekiwałam, że mój pobyt w Polsce stanie się przełomowym momentem w
moim życiu.
A jednak nie udało się zakupić biletu na Gwiazdkę. Ominąć mnie miało
dwanaście potraw, opłatek, prezenty, pasterka. Przyjeżdżałam w drugim dniu świąt.
Próbowałam przywrócić w sobie do życia tę dawno zapomnianą atmosferę swięta.
Paradoksalnie dla mnie samej, zdałam sobie sprawę, że to, czego oczekiwałam to jedynie cisza
gwiazd, ciemność nocy i blask śniegu. I blask lampek choinki przed domem. Oto
za czym tęskniłam z dala od Polski.
I rzeczywiście
śnieg jakby spełnienie marzeń powitał mnie obficie w Warszawie. Nie wyobrażałam
sobie, jak możliwe jest przedzieranie się autem drogami, po których obu
stronach utworzyły się wysokie stosy śniegu odgarnianego od początku zimy.
Zwężone drogi, zamarzła ich szklista powierzchnia. W Polsce musiałam tymczasowo
powrócić do starego zwyczaju podróżowania pociągiem podmiejskim lub autobusem należącym
do firmy przewozowej Arka. Tłok nieodmiennie istniał w tym środku lokomocji
taki, jaki musiał istnieć w arce Noego. Doznawałam niejednokrotnie nawet
ciekawego uczucia wyzwolenia, jakiego musiały doznać przerażone gniewem Boga i
natury zwierzęta, gdy zmarznięta na przystanku pośród spadającego dużymi
płatkami śniegu dostrzegałam zbliżające się światła i znajomy zarys maski
samochodowej – Arka! Nareszcie. W cieple wypełnionej pasażerami ludźmi, wciśnięta
w kąt siedzenia pod naporem tłumu, z widokiem przez okno na poruszającą się w
tempie samochodu zimową biel gryzmoliłam w dzienniku.
Kolejny akt
wyzwolenia spełniała zazwyczaj babcia podając zmarzniętej odwykłej od mrozu
polską babciną gorącą zupę jarzynową i mielonego z kartoflami, które jak zawsze
miały konsystencje smakowitego rozdrobnienia, niemal puree bez mleka. Połknęłam
zupę, połknęłam kartofle. Z podejrzliwością spoglądałam na samotnego na talerzu
kotleta. Z czego właściwie robi się mielone, babciu? Wybacz moją ignorancję, z
jakiego zwierzęcia? Czy jest to mix nie do rozpoznania? Nie wiesz czy dodają
wieprzowe? A czy słyszała babcia… – Już miałam na końcu języka całą niedawno
poznaną opowieść o tym, co halal i haram wedle islamu, o nieczystości mięsa
świńskiego jako że to niewybredne zwierzę zjeść potrafi wszystko i stąd zwane
jest nieczystym. Już wybiegałam myślą wprzód, aby powiedzieć o nowinie dotyczącej
dziczyzny mięsożernej, gdy uzmysłowiłam sobie, że to nie byłyby odpowiednie dla
babci uszu informacje. Jeszcze nie. Zamilkłam więc i kotleta cicho zjadłam. Był
zresztą wyśmienity, dobrze wysmażony, tak, jak lubilam. Tyle lat jadłam
wieprzowinę, dlaczego ten jeden nagle kotlecik miałby mi zaszkodzić? Może
jedynie na zasadzie szoku po-odzwyczajeniowego. Ile to już miesięcy nie wzięłam
do ust wieprzowiny? Nie kupowałam jej ze względu na Farida, a ponieważ nie
należałam do osób szczególnie mięsożernych moje wyrzeczenie nie było w istocie
wielkim. Udawało nam się zawsze kupić odpowiednią ilość mięsa halal, czyli
dosłownie tłumacząc z arabskiego – mięsa dozwolonego, mięsa dobrego. Halal jest
odpowiednikiem koszernego i to sformułowanie wielu jest bliższe. To, co
koszerne dla Żyda będzie halal dla muzułmanina. Zgodnie z opinią większości
teologów muzułmańskich nie ma właściwie miedzy tymi terminami różnicy. Cała
tajemnica leży w sposobie zabijania zwierzęcia, tak by krew w momencie śmierci
została spuszczona i aby wypowiedziane zostało imię Boga jedynego.
Odzwyczaiłam
podniebienie i żołądek od tego, co typowo polskie. Przyzwyczaiłam do tego, co
pakistańskie. Jak łatwo! Słyszałam znów dźwięk śmiechu Farida i jego docinki, że
mimo moich starań w kuchni nigdy Pakistanką nie będę – Czyż ja tego jednak
pragnęłam? Może on pragnął. – Nie będę Pakistanką ze względu na charakter,
uparty, dociekliwy. Ile razy zwykł mawiać - Gdy jesteś dobra, jesteś bardzo
dobra. Stajesz się aniołem. Jednak, gdy nadejdzie czas złych nastrojów, po
prostu trudno z tobą wytrzymać – Pół żartem pół serio, powtarzał te słowa nie
raz. Wiedziałam jednak, że w głębi serca kocha mnie właśnie za to, za tę
polskość i europejskość, za dociekliwość, upór i wścibską inteligencję. Za
własne zdanie niezależne od jego zdania. Jednak ta polskość w oczach Farida różne
miewała postaci. Przekonałam się nie raz zdumiona jak dalekie od prawdy miewał
wyobrażenia o polskich obyczajach. I jak bliskie prawdzie, lecz raniące mnie.
Mnie! Dumna Polkę. Doszło miedzy nami do kłótni wkrótce po moim powrocie do
USA. Były opowieści o wizytach u przyjaciół, o kawiarniach, klubach, o polskim
kinie. Już jednak w połowie moich pełnych entuzjazmu wspomnień dostrzegłam jak
siłą woli powstrzymywał się, by nie wybuchnąć. Nie rozumiałam jego zachowania. W
końcu rozdrażniona zapytałam wprost o co chodzi. – O co? O te wizyty u przyjaciół?
Nie był przecież zazdrosny. Jak mógł być? Czy ja byłam zazdrosna o jego,
muzułmanina, wizyty w klubach, włóczenie się po kawiarniach i barach w wielu
miastach Europy i USA, w czasie jego tak licznych podróży? Czy był zły o te
kilka kieliszków szampana, które wypiłam w Nowy Rok? Przecież wiedział, że nie
piję w USA głównie ze względu na niego. Wiedział, że nie do końca byłam w
stanie zaakceptować idee islamu. Całkowita abstynencja była chwalebna, w
istocie. Niewątpliwie dzięki jej praktykowaniu uniknęlibyśmy tylu wypadków na
drogach, zwłaszcza w Polsce. Nie przepadałam za alkoholem pitym w dużych
ilościach podczas świat. To była jedna z głównych świątecznych rozrywek
Polaków. Tego nie rozumiałam. Lecz miałam słabość do wina. Jeden kieliszek. Czy
było o co wszczynać kłótnię? Stało się jednak. Doszło w końcu miedzy nami do
otwartej walki, której przedmiotem była wiara i odmienne nasze religie. Nie
mogłam uwierzyć, że to w końcu nastąpiło. Ileż trudu zadawalam sobie, by takich
dyskusji uniknąć, by nic nas nie dzieliło! Tyle kompromisów dla dobra związku
na nic! Urażona, lecz zdeterminowana, siadłam wówczas do czytania Biblii i
Koranu, który nietknięty leżał od momentu przyniesienia go z meczetu. Wtedy
właśnie zaczęłam czytać również Koran po polsku online, jedyną dostępną wówczas
polską wersję. Piękne, w twardej okładce, drogie wydanie Koranu ukazało się w
Polsce nieco później i zalęgło we wszystkich większych księgarniach – wydanie
nie do końca muzułmańskie, skoro podpisała się pod nim Ahmedija, muzułmańska
sekta z Anglii. Czytajcie Polacy, czytajcie. Jeszcze bardziej błędne, splątane
będą wasze opinie o islamie.
Ostatecznie
przemówiła do mnie idea czystości. Oczyszczenia. Islam był religią
oczyszczenia. Czystość była cnotą, rozumianą prozaicznie jako unikanie
wszystkiego, co niszczyć mogło ludzki organizm w jakikolwiek sposób lub
pozwalać na stępienie jego zmysłów, spowolnienie reakcji, zaćmienie umysłu. Ostatecznie to właśnie
gotowa byłam przyjąć.
Korespondencja
elektroniczna jest ósmym cudem świata. Nie stanie się to prawdą uniwersalną,
lecz taką była dla mnie wówczas gdy podekscytowana czytałam odpowiedź Fatihy na
mój napisany przed pół godziną email. Fatiha to osoba kontaktowa, której email
widniał oficjalnie na jednym z polskich muzułmańskich portali. Była muzułmanką,
była nieocenionym źródłem wiedzy. Opowiadała szeroko o muzułmanach w Polsce. Podawała
namiary na meczet w Warszawie – ktory udało mi się odnaleźć w odległym
Wilanowie. Meczet był zapełniony mężczyznami pochodzenia bynajmniej nie
polskiego, lecz tatarskiego, ruskiego, kazachskiego, arabskiego. Spotkałam
Fatihę następnego dnia. Sympatyczna Polka w chustce, której nikt nie miał jej
za złe, nikt nie śledził wzrokiem, wszak była zima.
Do dziś Fatiha
pozostaje dla mnie alternatywnym źródłem wiedzy, bardziej obiektywnym od
przekazu Farida. Wielu konwertow posiada wiedzę głębszą i bardziej obiektywną
od tych, którzy wzrastali i wychowani zostali islamie.
Droga Anno
Assalam Alaikum,
Mam nowinę. Zmieniłam stan z panieńskiego na
narzeczeński. Oczekuję gratulacji. Proszę, tylko nie pytaj mnie czy go kocham.
Takie pytanie nie istnieje dla mnie w tej chwili. Widzieliśmy się tylko raz, i
szczerze mówiąc miałam okazję i odwagę tylko raz spojrzeć mu prosto w oczy.
Przystojny, wykształcony, dobrego charakteru, czego więcej mogę oczekiwać?
Właściwie chciałabym czegoś więcej oczekiwać, ale powiedz czy powinnam odrzucić
propozycję dlatego tylko że czekam na miłość? Zdało mi się to tak naiwne, śmieszne
i nierealne, że przyjęłam jego oświadczyny. Gdzie miałabym szukać tej miłości?Czy
wiesz, że mężczyźni muzułmańscy wychowani są tak by za wszelka cenę unikać
rozmów sam na sam z kobietami? A w momencie przygodnych spotkań - spoglądania
kobiecie obcej prosto w oczy. Gdy robisz zakupy na bazarze, gdy załatwiasz sprawunki,
robisz interesy, słuchasz wykładu zawsze mężczyzna będzie miał w obecności
kobiet wzrok wbity w ziemie lub wlepiony w sufit. Tak już jest. To świadectwo
dobrego wychowania. Kobieta natomiast w stosunku do obcego mężczyzny przybierać
powinna ton zimny i obojętny, a nawet niegrzeczny, aby oddalić podejrzenie
flirtu. Ale wszyscy i tak twierdzą, że
mój głos jest słodki i niezależnie od tonu będzie brzmiał milo. Czy to nie
zabawne? Wielu uczonych muzułmańskich na ten temat pisze cale wywody.A to
ludzka wiedza potoczna.
Twój narzeczony ma na imię Fahad? Ładne imię. Wiesz,
co oznacza? Mężczyzna odważny. Czy zaprosicie mnie na ślub? Ja zapraszam was.
To już wkrótce. Za dwa miesiące. Zaprosiłam również Farida. Nie, w istocie
zaprosiła go moja matka, jednak nie dostaliśmy odpowiedzi. Znaku życia nie daje.
Czy masz może, jakie wieści? Czy wciąż pracujesz w jego firmie? Jak stoją
interesy?Tak tylko pytam. W istocie mnie to nie interesuje. Farid zachowuje się
jak dziecko. Obraża na własną rodzinę i dlaczego! Chodzi o jakąś kobietę,
którą, jak twierdzi „kocha”. Kocha! Też coś! Co to jest milość? Powiedz mi
Anno, co to jest miłość? Kto ma śmiałość wierzyć w miłość przed zamążpójściem w
Pakistanie, gdzie większość młodych ludzi nie chce i nie ma odwagi odrzucić decyzji
rodziców wybierających im małżonków? Ale Farid… Farid ma tupet sprzeciwić się
ich woli. Nie będę cię jednak zamęczać
moimi żalami. Och, miałam na myśli moimi rozterkami.
Przejdźmy do przepisu, ktory dziś przygotowałam dla
ciebie. Wielkości, które ci podaję będą w sam raz dla większej grupy osób.
Zakładam, że zaprosisz na grilla przyjaciół. Najlepiej, jeśli uda ci się
zakupić mieszankę przypraw. Oto jej skład: sól, czerwony pieprz chilli,
kurkuma, ziarna anyżku, cynamon, kminek, brązowy kardamon, czarny pieprz, gałka
muszkatołowa, imbir, czosnek. Aby przygotować kurczaka zwanego Tikka
potrzebować będziesz około dwa kilo mięsa ptasiego, które obierzesz ze skóry i
podzielisz na części. Wyciągnij też z lodówki pastę czosnkową – zużyjesz jedna
łyżkę stołowa oraz pastę imbirową - jedna łyżkę. Zakup też pięć cytryn, z
których powinnaś wycisnąć około ośmiu łyżek soku. Na koniec dobrze jest
posiadać w domu masło, którym w trakcie pieczenia na grillu smarujemy mięsko.
Można ten składnik pominąć. Najłatwiej pójdzie cala operacja, jeśli uda ci się
zakupić mieszankę przypraw. Jeśli jej nie zdobędziesz – powinnaś samodzielnie
zmieszać odpowiednie przyprawy. Możesz zamiast mieszanki użyć tak zwanej Garam
Masala. Gdy wszystko już masz, po prostu zmieszaj wszystkie składniki
(przyprawy sok cytrynowy czosnek imbir) z wyjątkiem masła, i rozsmaruj to
mazidło na kawałkach kurczaka. W miarę równo i sprawiedliwie, by nikt nie
cierpiał na nadmiar ostrości. Wstaw tak przygotowanego kurczaka do lodówki, na
godzinę lub dwie. Piecz na grillu aż się ładnie zarumieni. Podczas pieczenia
można mięso smarować masłem.
Smacznego
Pozdrawiam
Mariam
Haleem
2 kilo wołowego bez kości
sól do smaku
1 łyżeczki pieprzu czerwonego
chilli
1 łyzeczka sproszkowanego imbiru
1 liscia laurowego
250 gramów soczewicy channa
200 gramów mąki pełnoziarnistej chapatti
50 gr jęczmienia
3-4łyżeczki oleju
cebula
plasterki cytryny
zielone papryczki chilli
świeża kolendra
plasterki świeżego imbiru
Usłyszałam głos Farida wołającego mnie z sypialni – Niespodzianka –
Powiedział, wręczając mi kasetę video. Monsoon Wedding. Wesele Monsunowe. Tyle
razy pytałaś mnie jak wygląda wesele indyjskie. A wiec tak. Oczywiście to jest
opowieść o rodzinie induskiej, wyznania hinduistycznego, jednak kultura
pozostaje tam sama. Stroje, obyczaje, jedzenie, muzyka. Chodź obejrzymy. – Farid
wkładał już kasetę i naciskał start, spojrzawszy na zegarek zaproponowałam jednak
zjedzenie kolacji w łóżku. Odgrzałam przygotowane wcześniej kulki mięsne z marchewką,
które tym razem udały mi się znakomicie, i byłam gotowa kontemplować hinduskie
induskie obyczaje weselne. Dodatkowo zachęcający był fakt, że film dostał
nagrodę Złotych Lwów we Włoszech. Nie chciałam negatywnie nastawiać się do
filmu, jednak szybko zmieniające się angielskie podpisy sprawiały, że nie
mogłam się skupić ani na jedzeniu ani na oglądaniu. – Och, wiesz co, przerwijmy
na chwilę, na czas jedzenia. Nie jestem w stanie tak szybko śledzić
angielskiego tekstu. Wy, Indusi mówicie z zatrważającą szybkością. Zazdroszczę
ci, że możesz po prostu słuchać. Tak chciałabym wreszcie mówić w urdu, hindi.
Co za różnica tak? – Farid wcisnął pauzę i spojrzał na mój talerz, w którym
jedzenie było ledwie tknięte. Wcisnął więc „stop” i jedliśmy przez chwile w
ciszy. Zagadnęłam go jednak zaraz, cicho i nieśmiało o wesele Mariam. Czy coś o
nim wiedział? – Wiedział oczywiście. Wołałam jednak, by on nie wiedział, że ja
wiem, że został zaproszony i do tej pory nie wysłał odpowiedzi.
Nie odezwał się przez dobra minutę. Dalej jedliśmy w ciszy. Otworzyłam znów
usta, by zapytać tym razem czy znał narzeczonego Mariam. – Jednak zanim
zdążyłam wypowiedzieć choć słowo, zdenerwowanym głosem wypowiedział uwagę, która
zepsuła mi humor na cały wieczór. – Jeśli bedziesz wciąż gderać, nigdy nie uda
ci się skonczyć kolacji i nie wiem, kiedy uda nam sie skończyć oglądanie filmu.
Proszę, skup się na jedzeniu i nie wtrącaj się w moje prywatne sprawy.
Wieczór zapowiadał się wiec fatalnie. Nadepnęłam na jego piętę achillesową.
Cóż to są jednak „prywatne sprawy” miedzy ludźmi, którzy tkwią w stałym
związku? Żadnych sekretów - to była moja kobieca dewiza. Zrozumiałam jednak że
męski punkt widzenia, lub nie tyle męski ile ten wschodni, muzułmański –
podpowiadał umyśl złośliwie - był zdecydowanie odmienny. Z gorzkiego zamyślenia
wyrwał mnie znów jego głos, spokojny już, choć ironiczny i zimny – A ty nie masz żadnych tajemnic przede mną?
Kim jest Fahad?
- Fahad! Mariam ci powiedziała. A jak chciałeś, bym wytłumaczyła jej fakt że
ty i ja… że mój mężczyzna to nie Fahad, lecz Farid. To była przecież twoja
przeklęta idea utrzymywania naszego małżeństwa w tajemnicy przed twoją rodzina.
To nawet nie po islamsku!
- Nie powinnaś jej była nic mówić, nie musiałaś mówić, że w ogóle mieszkasz
z kimś. Im więcej mówisz tym więcej musisz kłamać. – Uśmiechnął się grzecznie,
jakby rozmowa toczyła się o pogodzie, o rzeczach całkowicie naturalnych i mało
ważnych.
- Ja w ogóle nie chcę kłamać! Powiedz wszystkim prawdę, wtedy cała sytuacja
stanie się jasna i zdrowa. Mnie to psychicznie męczy. I jak ty w ogóle możesz
godzić się na to jako muzułmanin! Muzułmanin nie ma sekretów. Wiesz, po prostu
stawiasz mnie w pozycji kochanki!
- No cóż, jeśli tak to widzisz. – Zauważyłam, że ogarniał go gniew. Za
chwilę prawdopodobnie nie będzie w stanie powstrzymać wybuchu. Wolałam zamknąć
dyskusję, która i tak, wiedziałam, nie mogła mieć pozytywnego rozwiązania.
Jednak kusiło mnie licho. Byłam rozczarowana i zła. Jego słowa piekły jak
ogień. Złośliwość kazała mi zadać jeszcze jedno nieostrożne pytanie.
- Kim w istocie jest Mariam? Kim ona jest dla ciebie Farid?
- Jest kuzynką! Co masz na myśli - kim ona jest? I co to ma do naszej
dyskusji? – Obruszył się, jednak zauważyłam, że gniew ustąpił miejsca nieoczekiwanemu
dla mnie zmieszaniu. Był dziwnie zawstydzony, zdziwiony tak postawionym
pytaniem. Jeszcze jeden sekret, tym razem poważny – pomyślałam tylko i czym
prędzej próbowałam sama siebie uspokajać i oddalać niepotrzebne domysly. To nie
miało sensu. Kim mogła być dla niego Mariam, jeśli nie jedynie kuzynką? Kim
jednak była ta kobieta, z którą rodzina chciała Farida swatać? Mariam to kuzynka,
bliska kuzynka. Nikt nie zawiera tak bliskich związków. Nikt? Cóż ja jednak
wiem o Pakistanie? Tyle razy słyszałam o związkach zawieranych między kuzynami.
Choćby, dlatego, że kuzyn to swój. To mężczyzna znany. Ręczyła za niego
rodzina. Można mu było powierzyć naiwną i nie znającą życia młodą pannę
Pakistankę. Och, koniec koniec! Nie mogłam się opędzić natrętnym myślom.
Dopiero po chwili zauważyłam, że Farid obserwował mnie z rosnącym
zaciekawieniem. Spojrzałam mu w oczy. Zaczęliśmy znów rozmawiać.
- Anno, nigdy, nigdy nie zapominaj, że cię kocham. Cokolwiek powiem,
proszę, patrz na to przez pryzmat mojego wychowania, mojego charakteru. Jestem
tak fatalnym typem z wschodniej azjatyckiej kultury. Jestem leniwy i popadam
łatwo w gniew. I w gniewie wypowiadam słowa, których potem bardzo żałuję. Wiem,
że w gniewie ranię tych, których kocham. Ale duma nie pozwala mi się do tego
przyznać. Myślę ze nie jestem ciebie wart, że ty po prostu zasługujesz na coś
więcej, na lepszego mężczyznę, który będzie potrafił traktować cię jak
księżniczkę, który będzie czuły i zawsze
delikatny.
- Farid! Ja nie wierzę w bajki. A cuda zdarzają się rzadko i nie ma ludzi
idealnych. – znalam już ten jego ton. To przemawianie łagodne, które zawsze
działało na mnie uspokajająco, choć broniłam się przed nim. Znałam tę słodką
mowę, która dzisiaj, zdawało mi się, brzmiała fałszywą nutą, lecz jej efekt
pozytywny był i teraz. Nie umiałam się na niego gniewać.
- Jeśli więc mnie kochasz. i chcesz
być ze mną, pobierzmy się ceremonialnie, poprawnie. Tego chcesz tak?
- Tak, chcę. Chcę ślubu w meczecie w obecności wszystkich, chcę ogłosić to
wszem i wobec, lecz czy po ślubie
będziesz bardziej skłonny do kompromisów? Czy zawsze będzie to moja działka?
- Och nie zaczynaj. Nie bądź złośliwa. Moglibyśmy mieć powtórkę ślubu w
meczecie. Co o tym sadzisz?
- Świetnie! Powtórkę ślubu! Więc wciąż uważasz, że ta umowa pomiędzy nami
dwojgiem, bez świadka, sprzed kilku miesięcy jest wiążąca? Hmm! Ale pomyśl, moglibyśmy
zaprosić wszystkich z meczetu na przyjęcie. Jakieś trzydzieści osób.
- Wołałbym jedynie ceremonialny ślub, nie musi być nawet w meczecie.
- Nie zaczynaj znów. To twoja wersja islamu. Ja chciałabym mieć ślub w
meczecie. Niech to będzie uczciwa ceremonia. W obecności imama i dwu świadków,
z kontraktem ślubnym.
- Ale może moglibyśmy mimo wszystko zawrzeć ślub szybciej i prościej? My
dwoje. Jeden świadek, Imran, mój przyjaciel. A tę uroczystość zachować na
przyszłość? - Widział ze posmutniałam,
wyczuwał może że nie wierzyłam w jego obietnice o ślubie w meczecie, o
świadkach, przyjęciu. Czego się bał? Mnie? Przecież nawet rozwód w islamie jest
tak prostą procedurą! A i ja nie zamierzałam go zatrzymywać, jeśli okazałoby
się że nie ma pomiędzy nami miłości, że wola rodziny byłaby dla niego więcej
warta niż jego własne uczucia. Czego się tak bardzo bał? Jak głęboko sięgały korzenie
obowiązków rodzinnych, zależność od tradycji wiekowych, zależność od decyzji
ojca i matki? Chwalebne tradycje szacunku dla rodziców, całkowicie się z nimi
zgadzałam, dlaczego jednak podjęta już decyzja, co do samodzielnego życia i
samodzielnego wyboru żony, miałaby być takim powodem strachu i wstydu? Dlaczego,
dlaczego? Pytania bez odpowiedzi. Może w niewłaściwą stronę kierowałam
domniemania? Może o zupełnie inną zależność chodziło. Kim do licha była owa
Mariam? Czy nie słyszałam historii o mężczyznach, ktorzy zostawiwszy żony w
kraju, poszukiwali przygód z dala od niego? Mariam… Przeciez ona jest panną.
Ona nie potrafiła kłamać. Umyśl płata mi figle, a szatan kusi na całego.
Próbowałam się uspokoić i powrócić myślą do oglądanego filmu.
Jednak postanowiłam zadać jeszcze jedno pytanie, które po dłuższej chwili
ciszy zabrzmiało dziwacznie i nie w porę. Cicho toczył się jedynie pozbawiony
niemal akcji film hinduski na ekranie telewizora. Ceremonia zaślubin pary
młodych ludzi. Hinduistyczne hołdy składane bóstwom. Palenie świec. Dym
kadzidełek. Tańce, śpiew, radość. Ulewa w porze monsunowej. Niewiele myśląc zapytałam,
czy uda nam się pojawić na ślubie Mariam. Zapraszała przecież. Niewątpliwie
zapraszała mnie niezależnie od niego. Jednak zapraszała. I mnie i jego. To by
była doskonała okazja aby ujawnić nasz związek, doskonała, Farid – Cisza. Nie
odwrócił nawet wzroku od ekranu, choć nie musiał, jak ja pilnie śledzić
podpisów angielskich drobnym druczkiem u spodu ekranu. Cisza. Może rzeczywiście
nie słyszał. Wołałam myśleć, że nie usłyszał. Nie powtórzyłam już jednak pytania.
Oglądaliśmy dalej w milczeniu film hinduski z amerykańskim happy endem.
Droga
Anno
Przygotowania do ślubu w toku! Znajduję jednak dla
ciebie zawsze dłuższą chwilę na pisanie. Po pierwsze, powiedz mi czy
przyjeżdżasz? Musisz przyjechać! Zapowiedziałam już twoją wizytę moim rodzicom.
I koleżanki nie mogą się doczekać poznania ciebie. Ty, Europejka, bywała w
świecie! Mieszkasz w Stanach. Wiesz to naprawdę jest coś w Pakistanie. Kobieta
mieszkająca i pracująca w USA, która zainteresowana jest nasza kulturą. Jesteś
zjawiskiem, droga Ania. Proszę, nie zawiedź mnie. Nie martw się o nic. Nie
martw się o bilet. Podaj mi datę. Zarezerwujemy. Nie martw się o sukienkę. Ach,.
właśnie. Naszym zwyczajem jest jednak, by goście nosili tradycyjne stroje.
Przygotowałam ci więc szelwar kamiz, śliczne. Sama wybierałam materiały i
kierowałam się twoimi wskazówkami, co do rozmiarów. Ale oczywiście, jeśli
swobodniej będziesz czuła się w swoich europejskich strojach, jesteś gościem,
uszanujemy twoją decyzję. Po prostu przyjedź. Czekam. Nie wiem, czy miałaś
kiedykolwiek okazję oglądać wesele induskie, muzułmańskie. Nie wiem czy wiesz,
jakie są zasady zawierania ślubu w islamie. Czy chcesz wiedzieć?Rozumiem, że
jesteście zaręczeni z twoim Fahadem. Jesteś daleka zapewne od akceptacji zasad
islamu takich jak czystość przedmałżeńska. Dlaczego jednak robię wykład? Przepraszam,
po prostu jestem sama naszpikowana wiadomościami, które niedawno otrzymałam na
temat narzeczeństwa i małżeństwa, o tym jak być dobrą żoną i na temat tego…, o czym nie potrafię nawet
mówić. Nawet z tobą, która wiem, że nie uznajesz żadnych tabu. Wiem, że myślisz
o mnie jak o typowej Pakistance, naiwnej i nieświadomej. Trudno.
Zaczęłam ci opowiadać o islamskim ślubie. Otóż powinno
być tak: ceremonia w meczecie, spisanie i podpisanie kontraktu ślubnego,
powinni być obecni dwaj muzułmańscy świadkowie i jeden opiekun panny młodej.
Myślę że są to zasady normalne dla każdej ceremonii ślubnej. A jednak słyszałam
że chrześcijanie nie posiadają w ich ślubnych kontraktach obowiązkowej dla nas
klauzuli o podarunku ślubnym od pana młodego dla panny młodej, który ona
zachowuje w momencie ewentualnego rozwodu. Słyszałam również, że trudno jest
wam chrześcijanom zrozumieć jak ważna jest obecność walego. Wali, to opiekun
panny młodej. Ten, który służy jej pomocą w początkach małżeństwa, który
pilnuje, aby mąż był dla niej sprawiedliwy. Myślę, że wy po prostu korzystacie
z usług prawników. Odpłatnie!
Nie jest konieczny ślub w meczecie. Nie jest konieczna
ceremonia. Czy to dobra dla ciebie wiadomość? Jestem też pewna, że muzułmanin
może poślubić chrześcijankę. Uprzedzę pewnie twoje pytanie, mówiąc że sytuacja
odwrotna nie jest możliwa. Muzułmance zabrania się poślubienia chrześcijanina.
Dyskryminacja? Raczej względy praktyczne. Trudno, nawet drogą testów
medycznych, byłoby ustalić w stu
procentach ojcostwo wśród wielu partnerów seksualnych – mężów.
Przejdźmy do kuchni. Dzisiejszy przepis to haleem.
Palce lizać. To jest dość trudny przepis, jednak nie będziesz żałować. Wszyscy
uwielbiają tę potrawę! Namocz wszystkie nasiona na noc. Następnego dnia smaż
mięso na oleju. Dodaj wszystkie przyprawy i dodaj cztery szklanki wody.
Przykryj i zostaw na małym ogniu, aby mięso stało się bardzo miękkie.
Jednocześnie włóż ziarna i soczewicę do garnka wraz z jedna łyżeczką soli, pół
łyżeczką sproszkowanej papryczki ostrej chilli. oraz z ćwierć łyżeczki kurkumy.
Dodaj wody i gotuj na małym ogniu aż będzie bardzo miękkie. Gdy oba dania będą
miękkie zmieszaj mięso z ziarnami i postaw na małym ogniu i cały czas mieszaj i
rozgniataj. Gdy zacznie się gotować i będzie puszczało jakby bąbelki powietrza
wówczas usmaż odrobinę cebuli i dodaj do dania w garnku. Zdejmij z ognia i
podawaj z garam masala, świeżą kolendrą, zielonymi papryczkami chilli, smażoną
cebulą i cytryną.
Pozdrawiam
Mariam
Keema
2 łyżki stołowe oleju warzywnego
1 cebula posiekana rozdrobniona
¼ kg mielonej cielęciny
¼ kg zmielonego wołowego
sól
pieprz czarny do smaku
2 duże kawałki czosnku , wycisniętego
2 twarde , dojrzałe pomidory
1 łyżka stołowa startego świeżego
korzenia imbiru
1 łyżeczka Garam Masala
1 łyżeczka posiekanych świeżych
papryczek zielonych chilli,
3 filiżanki mrożonego zielonego
groszku
1 cytryna - wycisnięty sok z całej
albo do smaku
2 albo 3 łyżki stolowe
posiekanego swieżej kolendry
roti
Obudził nas nad ranem telefon. Spojrzałam zaspana na zegarek. Piąta. Kto
mógł dzwonić o piątej rano? Nikt z mojej rodziny ani znajomych. Takie pomysły
miewała jednak matka Farida. Różnica dziewięciu godzin dzieliła Pakistan i
Stany. Może dzwoniła by obudzić go na fajr, poranną modlitwę? Nie pomyliłam
się. Zrozumiałam jedno z niewielu znanych mi słow urdyjskich – ammi - mamo. Farid
rozmawiał z nią leżąc na wznak z zamkniętymi oczyma. Przysnęłam przytulona do
niego w półmroku, wsłuchując się w brzmienie urdyjskich głosek. Cisza. Przerwana
rozmowa obudziła mnie znowu. Farid odwrócił się na drugi bok, jednak czując jak
tulę się do jego pleców, wziął mnie znów w ramiona. Nie chciałam pytać o nowiny
z Pakistanu, choć świerzbił mnie język i paliła ciekawość. Wiedziałam, że za
chwilę sam opowie je. Jeśli historia warta była opowiadania. Jeśli rzeczywiście
matka miała coś ważnego do powiedzenia. Zazwyczaj, bowiem milczał, bagatelizując
jedynie – To nic takiego. Matka skarży się na mnie, na ojca. Marudzi, że się za
mną stęskniła, że nie mam dla niej czasu. Zbywam ją półsłówkami. – Roześmiał
się - Opowiada o ISNA. To ta organizacja muzułmańska.
Zdążyłam już wpaść w półsen, gdy on zaczął mówić. Cicho, jednak mój zajęczy
sen pozwolił mi ocknąć się natychmiast i słuchać, choć z zamkniętymi oczyma.
- Anno, za kilka dni jadę do Houston. Matka prosiła mnie, bym odwiedził
rodzinę. Wszyscy skarżą się że się izoluję, nie zapraszam nikogo do siebie.
Wymówki związane z pracą nie sa już tak skuteczne. W każdej chwili może się tu
pojawić gość, wuj lub ciotka. Byliby zaskoczeni… - poruszyłam się
niecierpliwie, wyrażając tym samym moją dezaprobatę dla jego słow. – Anno, wiem
ze chcialabyś poznać moją rodzinę, tak jak ja poznałem twoją. Wiem, że
polubiliby by cię. Jednak daj im czas. Chcę im najpierw sam powiedzieć. Chcę,
by przygotowali się na spotkanie z tobą. Nie chcę, by ktoś cię zranił. Anno,
zdecydowałem, że pojadę sam do Houston i nie miej mi proszę tego za złe. Myślę,
że tak będzie lepiej.
- Wstydzisz się mnie. Wiem… – utknęłam w pół zdania, nie będąc w stanie
dopowiedzieć całej myśli. Wstydził się mnie. I nie miał odwagi przedstawić mnie
jako swej narzeczonej i powiedzieć, że mieszkamy razem, że łączy nas związek małżeński,
ważny jego zdaniem, choć tak dziwaczny dla mnie. Nieceremonialny. Ja od początku chciałam, byśmy się pobrali,
chciałam, by było poprawnie, zgodnie z zasadami religii. Islam i katolicyzm
zgadzały się w tym punkcie całkowicie. On nie chciał jednak głośnego ślubu i
jawności. Bał się rodziny, a może był
jeszcze inny powód, którego nie znałam. Farid zamilkł, zdenerwowany moim
wyrzutem. Pogrążona w myślach nie zauważyłam nawet kiedy zasnął. Na wznak. Patrzyłam
na jego długie rzęsy, które w półmroku zdawały się jeszcze dłuższe. Położyłam
głowę na jego ramieniu i bokiem wtuliłam się w jego ciało. Przytulił mnie we
śnie. Myślałam o Houston, rozczarowana. Starałam się jednak oddalić żale, które
jak wiedziałam nie pozwolą mi szybko zasnąć.
Do rana czekać trzeba było na ostateczne słowo co do daty wyjazdu. Farid
zakomunikował mi, ze wyjeżdża nazajutrz. Po wizycie w meczecie. Był to przecież
piątek i jak zwykle wybraliśmy się do małego meczetu w Pensacola. Cieszyłam się,
że zobaczę przyjaciół, dla których przychodziłam do meczetu, których widywałam
nierzadko jedynie raz na tydzień, właśnie w piątek w porze modlitwy. Cieszyłam
się, jednak nie potrafiłam kontrolować przygnębienia, zasypano mnie więc
pytaniami, na które trudno było mi szczerze odpowiadać. Chciałam skarżyć się na
cały glos. Chciałam, by wszyscy wiedzieli jak niesprawiedliwym było
postępowanie Farida. Chciałam, by przyznano mi rację. Tymczasem sama
bagatelizowałam sprawę. Kłamałam na jego korzyść, starając się usprawiedliwić
jego wyjazd, podając milion powodów, dla których nie mogłam i ja jechać do Houston.
Biznes. Brak czasu.
- Przecież pracujecie razem. Przecież masz prawo do wakacji. Przecież nigdy
tam nie byłaś! Mogłabyś zwiedzić miasto, zabawić się. – spoglądano mi
przenikliwie w oczy i urywały się komentarze. Prawda gdzieś tam cicho się
czaiła, nikt jednak nie chciał jej wypowiadać. Miałam zostać sama w Pensacola. Nie!
Nie chciałam. Wzięłam do ręki słuchawkę telefonu i wykręciłam numer koleżanki z
Nowego Jorku. Usłyszałam daleki głos Basi. Chciałam przyjechać w odwiedziny.
Ustaliłyśmy datę przyjazdu. Rozmawiając z nią surfowalam po internecie, udało
mi się wiec zakupić najtańszy bilet na świecie dzięki priceline. Wyjeżdżałam
następnego dnia rano. Miałam nadzieję, że Farid podwiezie mnie na lotnisko.
Świetna okazja, by zakomunikować mu moją decyzję wyjazdu. Wiedziałam, że
wpadnie w gniew. O to chodziło. Nie chciałam jednak nawet myśleć ile problemów
nagromadzi się w biurze w czasie naszej nieobecności. Czy ja nie miałam również
prawa do odpoczynku? Z przyjaciółmi, skoro skoro moja pakistańska rodzina nie
jest moją rodziną.
Farid przyjął komunikat
zadziwiająco spokojnie. Nie powiedział słowa. Gdy skończyłam mówić powiedział
jedynie.
- Skoro jedziesz do Nowego Jorku, myślę że nie odmówisz mi wyświadczenia
profesjonalnej przysługi – jęknęłam. A co z wakacjami? - Chciałbym przenieść
nasz biznes do Nowego Jorku, chciałbym otworzyć tam biuro. Nie musimy od razu się
tam przeprowadzać, może kiedyś w przyszłości… Najpierw trzeba sprawdzić grunt,
zrobić rekonesans.
- Ale dlaczego nie mielibyśmy tam się przenieść? Kocham Nowy Jork..
- Wielkie słowa. Zwiedź miasto dokładniej tym razem. Zajrzyj do Chinatown i
meksykańskich dzielnic, na Brooklyn i do Harlemu, i powiedz mi czy te okolice
też kochasz – roześmiał się głośno – Szukaj dobrej okazji do wynajmu biura na
Manhattanie. Tylko Manhattan, pamiętaj!
Pamiętałam dobrze - Manhattan. Te wieżowce, te najwyższe, których nie udało
mi się i nikomu innemu już nigdy więcej zobaczyć, tylko gruzy po jedenastym
września. Te najwyższe, bliźniaki, które miałam jednak utrwalone na zdjęciach
zrobionych podczas mojej pierwszej wizyty w Nowym Jorku, podczas moich
pierwszych dni w USA. Wówczas jednak byłam tylko turystką, tylko Polką i
katoliczką, teraz zaś przyjeżdżałam do stolicy odmieniona, jako imigrantka i
muzułmanka. Intruz.
Dopiero po 11 września miałam okazję pieszo wstąpić na teren okalający Twin
Towers. Ruiny i miejsce pamięci i ściana zapełniona zdjęciami i listami,
płonące świece. I cisza. I często jeszcze wyraźnie słyszalny czyjś szloch. Ten
zapach nie do zniesienia, zapach ruin, zgliszczy, sztucznych stopionych
surowców, metalu i zepsutego mięsa,
ludzkiego mięsa, swąd śmierci, ktory unosił się już od stacji metra,
najbliższej, do której pozwolono dojechać. W tej okolicy pracowała Basia. Dane
jej było uczestniczyć w katastrofie jako świadek, jako ocalała od zguby ofiara.
Była jedną z tych, którym udało się uciec przez padającymi w gruzy wieżowcami.
Właśnie Basia przyjęła mnie pod swoim dachem w apartamencie w dzielnicy
Ozon Park. U niej na sofie zadomowiłam się na kilka tygodni. Dzięki laptopowi,
karcie wireless i uprzejmości mojej gospodyni spędzałam godziny online. Szukałam
biura dla Farida. Cierpliwie i wytrwale. Chodziłam na spotkania z wszystkimi
agentami agencji nieruchomości. Schodziłam buty po Manhattanie i jego
okolicach, pertraktowałam z Żydami, ja żona muzułmanina, ja Polka, zachowywałam
milczenie w obecności mówiących po polsku.
Po tygodniu udało mi się w końcu wynająć biuro, nie na Manhatanie jednak,
ale w oddalonej od centrum dzielnicy o malowniczej nazwie Jamajka. Stało się to
dzięki pomocy mężczyzny, którego mgliste wspomnienie zachowałam z dni mojego
pierwszego pobytu w stolicy. Ten Anglik z pięknym czystym akcentem brytyjskim.
On, z którym korespondencja nigdy się nie urwała, którego zaproszenie na
warsztaty literackie na Columbia University przyjęłam już dawno, nie myśląc
jeszcze nawet o odwiedzinach w Nowym Jorku, pracował jak się okazało w jednej z
owych żydowskich agencji nieruchomości. Dorywczo. Zgodnie z wykształceniem. Dlaczego
idealistycznie sądziłam, że literaci potrafią się utrzymać dzięki swoim
dziełom?
Assalaam Alaikum
Moja droga przyjaciółko,
Opowiedzieć ci muszę
najpierw tę ciekawą historię, która wydarzyła się niedawno w naszym meczecie.
To będzie dla ciebie być może dziwne, ale nigdy nie miałam okazji być świadkiem
konwersji. Było dla mnie oczywiste, że wszyscy mieszkańcy Pakistanu są
muzułmanami. Czyż nie dlatego powstał nasz kraj? Kraj, którego większość miała
wyznawać islam. I tak jest. Ale nie do końca. Są przecież osoby napływowe. Są
imigranci!
Posłuchaj cierpliwie, to
ciekawe. Pod koniec modlitwy w piątek, słyszę że podchodzi ktoś, nie imam, ktoś
inny do mikrofonu i zapowiada uroczyste wydarzenie – konwersję pewnego brata na
islam. Wiem że już zaczęłaś wyobrażać sobie cale zajście! Otóż, ja też musiałam
sobie wszystko tylko wyobrażać, ponieważ jak wiesz, nasze meczety w stylu
pakistańskim przedzielone są zasłoną. Słyszeć więc tylko mogłam jak imam prosił
owego brata o wypowiedzenie shahady, czyli wyznania wiary. Powtarzając za
imamem odpowiednie słowa, mężczyzna wyznal, że wierzy w Allaha czyli Boga
Jedynego i w jego posłannika Mahometa. Na pewno wiesz, że shahada jest
podstawowym elementem konwersji. Być może to właśnie cię czeka. Taka
uroczystość, takie wydarzenie. Anno, przyznaje że chciałabym być przy tobie gdy
będziesz się na to decydować. Nawet nie wyobrażasz sobie jakie to jest ważne
dla nas muzulman wydarzenie! Ale na pewno Fahad wiele ci o tym mówił. A może nic nie mówił, aby nie wywierać na
ciebie presji. Mogę to zrozumieć. W każdym razie chciałam, abyś wiedziała że
modlę się za ciebie i za twoją decyzję.
Teraz pora na
najprzyjemniejszą część mojego listu. Mam nadzieję, że nie jest to cześć, którą
zawsze opuszczasz i potem nigdy nie wracasz do listów odłożonych do lamusa.
Hej, czy ty w ogóle coś ostatnio gotujesz? Czy coś ostatnio jesz? Oczywiście
moja pisarko, wiem ze nie masz czasu, ale nie zapominaj o mnie i opisuj mi
również wrażenia smakowe.
Pora na przepis : w garnku
na średnim ogniu podgrzej olej. Dodaj cebule i smaż, co jakiś czas mieszając,
przez pięć minut. Dodaj cielęcinę, wolowe, sól i pieprz do smaku i smaż
mieszając co jakiś czas aż straci swój surowy czerwony kolor. Dodaj wtedy
czosnek, korzeń świeżego imbiru, garam masala i papryczki chilli. I smaż, wciąż
mieszając, przez następne pięć minut. Dodaj zielony groszek i wciąż smaż na
średnim ogniu, mieszając , przez kolejne
dziesięć minut, albo po prostu do momentu gdy wszystko ładnie się
wymiesza. Wlej sok z cytryny, kolendrę i przyprawy, możesz dodać odrobinę
więcej soli. Gotową potrawę przerzuć do naczynia tak, aby ładnie podać na stół
wraz z roti Czy to nie jest proste?
Pozdrawiam
Mariam.
Kabab pakistański
1/2 kilo wołowiny bez kości
podziel na male kawalki
sól do smaku
1 szklanka soczewicy channa (dal channa)
8-10 całe suszone czerwone chilli
papryczki
10 całych ziaren czarnego pieprzu
6 goździków
1 ciemny kardamon
½ łyżeczki kminku
1 pałeczka cynamonu
2-3 zielone chilli
1/2 pęczku świeżej kolendry
1 jajko
1 średnia cebula drobno posiekana
1 łyżeczki startego świeżego
imbiru
Ramadan rozpoczął się dla mnie
jeszcze w Nowym Jorku. Szósty grudnia. Zwykły dzień, choć powinien być
wyjątkowy. To był chłodny, grudniowy dzień, śnieg nie nawiedził jeszcze Nowego
Jorku, choć mróz dokuczał delikatnie. Byłam zaskoczona tą nowojorska,
nieoczekiwanie delikatną zimową pogoda.
Codziennie przemierzałam
przestrzeń pomiędzy mieszkaniem przyjaciółki Polki a biurem w innym kącie miasta.
Dziesięć minut do stacji metra skąd dałam się już porywać prądowi ludzkiemu ku
peronowi. Potem jeszcze kilka stacji po przesiadce i byłam na miejscu, samotna
w dużym pustym biurze. Oczekiwałam przyjazdu Farida, ktory obiecywał, że pojawi
się w Nowym Jorku. Wciąż jednak nieznane mi okoliczności stawały mu na
przeszkodzie. Biłam się z myślami, oddalałam natrętne uczucia obawy i
zazdrości. Co mogło być powodem tak długiej zwłoki? Oczywiście zarządzanie
firmą, która miała liczne oddziały na całym świecie nie było proste i wymagało
czasu i uwagi, ale pomysł nowojorski wyszedł od niego, od Farida. Wiedział, że
nie znałam specyfiki tego biznesu dość dobrze, aby samodzielnie zająć się
budowaniem nowej struktury telekomunikacyjnej w obcym miejscu. W Nowym Jorku
obarczona wyłączną odpowiedzialnością za nowe biuro, filię domowego biura w
Pensacola, które wkrótce miało stać się centralą, za założenie linii
telefonicznych, sieci internetowej i innych usług czułam się niepewnie i
bezradnie. Marzenia o Manhatanie szybko okazały się mrzonką, pomysł azjatyckiej
dzielnicy wyszedł znów od Farida. Jamajka dla wielu zapewne swojska i znana, dla mnie była wciąż obca i niemiła.
Przywykłam jednak wkrótce do azjatyckiej populacji. Tu przecież odkryłam to, co
nazwać można było wspólnotą muzułmańską, tu meczet znajdował się o dwa kroki od
biura, tu mogłam bez trudu odnaleźć wszystkie potrzebne mi w pakistańskiej
kuchni przyprawy, restauracje serwujące hamburgery i steki halal, żywność
wegetariańską, potrawy pakistańskie, ostre i aromatyczne. To było miejsce
wymarzone dla spragnionego namiastki choćby swojskości, namiastki kultury
hinduskiej Farida. Dlaczego więc nie przyjeżdżał? Nie wiedziałam. Czekałam.
Moje myśli nieustannie krążyły jednak z dala od spraw profesjonalnych. Ostatnio
nawet pozostawiały w spokoju mojego mężczyznę. Jego śniada twarz, jego wydatne
zmysłowe usta, jego piwne odsuwały się w cień w miarę jak myśli moje zajmowała
fizjonomia angielskiego przyjaciela, Steve’a. Doskwierała samotność. Pojawiałam
się na zajęciach literackich, nie sama. Po tygodniu udało mi się zarazić
pomysłem Basię. Stała się, nieświadomie, moją przyzwoitką i alibi, w momencie
gdy zdałam sobie sprawę jak bardzo pociąga mnie młody Steve - nie tyle jego
zewnętrzne atuty mężczyzny, ile jego łatwe przystępne poglądy Europejczyka, dla
którego sztuka i kultura były naturalnym środowiskiem, religia zaś straciła
ważność gdzieś tam na przełomie dziewiętnastego wieku. Ileż razy chwytałam się
na rozmyślaniach na możliwością odejścia, zerwania naszego dwuletniego już
związku z Faridem! Ileż razy, zmęczona, chciałam rzucić się w ramiona
pierwszemu, który obieca mi przyjemne życie u jego boku, bez dylematów religijnych,
bez konfliktu kultur! Za każdym razem była jednak ostatnia na dnie serca myśl –
Nie jesteś Pakistanką, dlatego wierzysz w miłość i przeznaczenie i połówki
dusz. W tej perspektywie konflikt wiar i kultur jest niczym.
Im więcej czasu spędzałam z praktykującą,
wierzącą katoliczką Basią, z prześmiewczym
gnostykiem Stevem, tym częściej zwracałam się ku islamowi, ku religii
która coraz bardziej pasjonowała mnie i pociągała. Na przekór samej sobie, na
przekor obietnicom złożonym solennie we własnym sumieniu że nigdy nie porzucę
katolicyzmu, jedynej i solidnej religią prawdy, świadomość sprawiała mi psikusy.
Niesfornie myśli same podążały ku usłyszanym słowom, podsłuchanym dyskusjom
przygodnie spotkanych muzułmanów, coraz częściej zastanawiałam się nad tym czy
faktycznie to, w co wierzył Farid nie było znacznie doskonalszą formą wiary niż
to, w co wierzyłam ja? To miała być ta ostatnia najdoskonalsza forma religii
powszechnej, ta najczystsza i najmniej skażona wpływem człowieka. Lektura
Koranu nie była łatwiejsza od Biblii, która zaludniona była opowieściami natury
książkowej i przygodowej. Czytałam jednak Koran z poczuciem jasności i
odkrywania prawdy, starając się o obiektywizm.
Ramadan, czas postu. Farid
prosił, abym zajrzała do meczetu. Co ja, katoliczka, miałabym tam robić?
Patrzeć, słuchać. To samo co robiłam podczas wizyt w meczecie na Florydzie, czyż
nie? W istocie. Wybrałam się wiec do meczetu w stylu tureckim. Niedaleko
uniwersytetu, gdzie większość stanowili młodzi ludzie, studenci. Mnie wciąż jednak
gnębiło stereotypowe, prymitywne pytanie o „przełykanie śliny”. Czy
rzeczywiście okres ramadanu to tak nieludzki, niemądry, bezcelowy wysiłek woli
i ciała? Miałam wkrótce uzyskać okazję wypowiedzenia na głos moich obaw.
Jeszcze nie raz. Nie było łatwo prosić ironicznie uśmiechających się
inteligentnych młodych muzułmanów o odpowiedzi na stereotypowe pytania na temat
islamu jakie wciąż kołatały w mojej głowie, których nawet kilkumiesięczne
współżycie z muzułmaninem nie usunęło. Przecież dla dobra naszego związku
staraliśmy się właśnie dyskusji na tematy wiary unikać, przykrywać milczeniem
nasze poglądy i religijne wierzenia. Do czasu. W Nowy Jorku stwierdziłam, że
egzystencja dwojga ludzi obok siebie o rożnych światopoglądach i zasadach nie
miała przyszłości. Prowadziło nas to do stanu ktory nazywałam „letniością”,
stanu którego zawsze się obawiałam. W pogodni za idealnym kompromisem
wyrzekaliśmy się własnych przekonań, staraliśmy się je pożenić, mimo że były ze
sobą sprzeczne. Jak można nie wierzyć w bóstwo Chrystusa a jednocześnie
świętować jego narodziny? Jak można nie wierzyć w Proroka Mahometa a jednocześnie
czytać przekazany mu Koran i zachowywać zasady postu w czasie ramadanu?
Nowojorskie meczety. Tam
spotkałam wreszcie grupę osób, które zupełnie mi obce pozwoliły mi zrozumieć
istotę islamu. One z którymi nie łączyły mnie żadne więzy sentymentalne, żadne
uczucia, żadne skrupuły delikatności i obaw nie przeszkadzały w dyskusjach i
polemikach. Ramadan stał się dla mnie okresem przemiany. Niechcianej. Na przekór
samej sobie musiałam jednak uznać, że logika tej religii, którą otaczałam w
myślach pogardą jest niezaprzeczalna. To dalszy etap religii Księgi, religii Jedynego
Boga. Allah - słowo obce i wyśmiewane okazało się być jedynie odpowiednikiem
lingwistycznym naszego słowa Bóg, angielskiego God, francuskiego Dieu. A jednak
odpowiednikiem znacznie doskonalszym. Ani żeński, ani męski, nie mający mnogiej
formy termin Allah. Nie miał i nie mógł mieć żadnego syna ani pomocnika ani
ducha.
Postanowiłam spróbować choć przez
kilka dni stać się jedną z nich, odczuć istotę postu. Takiego, który
przypominał opowieści o średniowieczu i katolicyzmie tej epoki; książki Housera
i obrazy Breugela. Wstawałam przed świtem, jadłam śniadanie, myłam żeby,
wracałam do łóżka i po obudzeniu nie brałam już do ust nic, nie piłam nic, nie
żułam gumy, nie ssałam cukierków dla odświeżenia oddechu, nie myłam zębów. Bywałam zmęczona.
Wycieńczona. Zasypiałam na Koranem, który tym razem postanowiłam przeczytać i
wyrobić sobie niepodważalna chłodną opinie na jego temat. Bywałam głodna tuż
przed zmierzchem, po ponad dziesięciu godzinach postu, gdy nieustannie
powracała do głowy myśl o niedalekiej godzinie posiłku. Przerywałam post około
piątej. Zwykle w meczecie w gronie znajomych, podczas wspólnego posiłku. To
było rzeczywiście niepowtarzalne doświadczenie.
Wówczas, w ostatnich dniach
mojego pobytu w Nowym Jorku podjęłam decyzję dotyczącą mojej wiary. Śmiałam się
w duchu przypominając sobie słowa znajomej muzułmanki z Pensacola, która
opowiadając o swojej konwersji podkreśliła tylko jeden fakt – uwierzyłam, że
Bóg jest jeden. To wszystko, nic więcej nie musiałam wtedy, na początku
wiedzieć. To wystarczyło, aby zrozumieć i przyjąć islam jako prawdziwą wiarę. -
Dla mnie to nie było wszystko, a jednak to prawda, jednoosobowa istota Boga
była najważniejsza. Ta jedność jasność i logika, to było to, co przekonywało
najpewniej. A więc stanęłam tamtego piątkowego popołudnia w meczecie w
obecności moich przyjaciół, dawnych i nowych, były znajome muzułmanki
Amerykanki, była dalej, niemal u drzwi, przy schodach, na tyłach wielkiej sali,
nie śmiejąc wejść wgłąb meczetu Basia i obok niej, tuż obok niemal intymnie
blisko Steve, na co początkowo,
zdenerwowana wielką chwilą nie zwróciłam zupełnie uwagi, stanęłam przed imamem
meczetu na pięćdziesiątej drugiej. Cała ceremonia trwała zaledwie kilka minut. Wiedziałam,
że istotą są wypowiedziane w obecności świadków słowa wyznania wiary, shahada.
Drżącymi ze zdenerwowania wargami wyszeptałam po arabsku – Ashahadu la ilaha ilalaho wa ushahadu anna Muhamad na
rasululah. Imam pochylił się jeszcze ku mnie, aby zapytać, czy aby na pewno
rozumiem sens wypowiedzianych słów. Oczywiście, rozumiałam, wypowiedziałam dla
potwierdzenia te same słowa po angielsku – Wyznaję, że Allah jest Bogiem
Jedynym a Muhamad jest Jego Prorokiem. Po chwili imam znów podszedł do mnie i dostałam
niecodzienny podarunek, wiedziałam, że nie ma takiego zwyczaju i była to
jedynie jego dobra wola i sympatia dla osoby obcego pochodzenia – ofiarowano mi
mój pierwszy Koran w dwu wersjach językowych, po arabsku i angielsku.
Ceremonia nie trwałą dłużej niż
kilka minut. Po jej zakończeniu wyszliśmy z meczetu, kierując się ku
najbliższej kafejce, gdzie spokojnie można było wypić kawę. I porozmawiać.
Zastanowiło mnie zachowanie tych dwojga.
- Steve, Basiu! Czy jest coś czego nie wiem? –
powstrzymywałam śmiech, odgadując w końcu na widok ich splecionych dłoni, co
przędło się spokojnie od tygodni między nimi, na co ja nie zwróciłam uwagi,
zajęta ramadanem, islamem, moimi studiami nad Koranem i pracą.
- Tak. Właśnie! Nie jest to tylko twój wielki
dzień, moja droga – zaczęła tajemniczo Basia – otóż dziś podjęliśmy decyzję o
zaręczynach. W niedzielę uroczystość. Jesteś zaproszona, w zastępstwie moich
rodziców – Basia uśmiechnęła się pół przekornie pół smutno. – Niestety nie
będzie ich stać na podróż. Jeszcze nie. Ale na ślub obiecali przyjechać. I ty
też, obiecaj, że się pojawisz.
- Wspaniała nowina! Gratulacje! Hmm, tylko nie
proście mnie na świadka, wydaje mi się, że w tym momencie żaden ksiądz się na
to nie zgodzi! Steve, mała Basieńka omotała się skuteczne, hein? – śmiałam się
a jednak coś w sercu zakłuło. Ostatecznie sama tych dwoje z sobą zapoznałam. Jakże
on jednak był przystojny, ten Steve. Ten Brytyjczyk o cudownym akcencie. Nie
dziwiłam się Basi, polonistka jak i ja, zakochana w literaturze, była doskonałą
partią dla niego. Tak wiele nici porozumienia, wspólnych pasji. Basia. Ta niebrzydka,
mała brunetka. Musiała mu się podobać. To oczywiste. A Baśka? Czy zrezygnowała
ze swoich pasji religijnych i prozelickich? Być może nie. Być zmieniła
adresata, a może po prostu uznała, że szukanie idealnego partnera nie może
trwać wiecznie. Albo może wierzyła, że Steve agnostyk zmieni się pod jej
wpływem. Miłość zresztą, czyż nie była ślepa? A mężczyźni - czyż nie było
niemożliwością zmienianie ich nawyków i przekonań? Porywanie się z motyką na
słońce. Być może. A jednak wiedziałam, że daleko bardziej cywilizowanym i
podatnym na naukę narodem męskim byli Europejczycy niż Azjaci. Basia miała więc
większe szanse powodzenia niż ja. Siedziąc nad filiżanką kawy, tam w tej cichej
miłej kafejce niedaleko meczetu, nie aż tak daleko od Columbia university,
obserwowałam ich dwoje, szczęśliwych, pogrążonych w rozmowie, tak jak ja przez
kilka długich minut pogrążona byłam w zamyśleniu. Wówczas też zdecydowałam o
powrocie na Florydę. Nie ufałam Faridowi. Żyłam nieustannie w obawie, że zdana
będę na sama siebie, że odejdzie tak nagle jak nagłe było nasze spotkanie i mój
wyjazd do Stanów. Chciałam być przy nim, chciałam podzielić się wrażeniami z
Nowego Jorku. Chciałam porozmawiać o islamie, o mojej konwersji i o tej
kobiecie, kimkolwiek była, kuzynką, przyjaciółką.
Chciałam także jak najszybciej
poznać Mariam. Niepokoiła mnie. Pragnęłam, by znikła na zawsze lub stała się
kimś materialnie obecnym i bliskim, realnym, nie zaś duchem i korespondentką
pocztową. Nie mogłam się doczekać powrotu do domu. Kupiłam bilet. Spakowałam
walizkę. Dworzec autobusowy i podroż, wielokrotne przesiadki, taskanie ciężarów.
Grayhound do złudzenia przypominał polskie firmy transportowe, pilotami byli
jednak jedynie panowie kierowcy. Przestałam w pewnym momencie liczyć godziny
spóźnienia. Przestałam myśleć o zmęczeniu. Zapomniałam o marzeniach podziwiania
krajobrazów z okna autobusu. Dotarłam w końcu do mojego miasteczka. Taksówka?
Nie. Postanowiłam zadzwonić. Był w domu. Głos bez śladu zdziwienia określił
swój przyjazd na „za dziesięć minut”. Oczekując na niego zdałam sobie sprawę,
jak bardzo za nim tęskniłam. Jak bardzo chciałam, aby cała zmorowata historia
kuzynki, narzeczonej była snem.
Moje zmierzwione myśli paradoksalnie uładził widok swojskiego bałaganu
w mieszkaniu i stosu naczyń w zlewie. - No wiesz, gdybyś zadzwoniła, że
przyjeżdżasz… – powiedział
przepraszająco. Pocałowałam go w policzek i udałam się do sypialni. On za mną.
Droga Anno,
Assalam Alaikum!
Jakże się cieszę! Nie
możesz wyobrazić sobie, jak się cieszę z powodu nowiny którą mi przekazałaś. A
więc jesteś muzułmanką. Oh, po prostu nie mam słów! A czy wiesz ile dua
poświęciłam właśnie tobie? Modliłam się, abyś stała się jedną z nas,
muzułmanką, abyś zobaczyła, że islam jest właśnie najdoskonalszą kontynuacją
wszystkich religii Księgi. Jest najbardziej logiczny i najczystszy w przekazie.
Sama wiesz, Anno. Rozumiem, że największy wpływ na twoja decyzje miał Fahad. Wiem,
że na pewno wielu zadaje ci agresywne i niesprawiedliwe pytania – Czy stałaś
się muzułmanką na prośbę męża? Czy stałaś się muzułmanką dla niego? - Ja wiem,
że jesteś zbyt niezależna i inteligentna, aby ta zmiana zaszła w tobie w taki
właśnie prozaiczny i dość prostacki i cyniczny sposób. Wybacz niewybredne
słowa, ale tak właśnie myślę o tych, którzy zmieniają poglądy i wyznanie
zależnie od okoliczności i wygody. Chorągiewki. Anno, wiem, wiem z pewnością, że
twoja decyzja była podjęta z rozwagą i po dlugim namyśle. Od kiedy to już
zadajesz mi te swoje natarczywe, natrętne, wnikliwe pytanka? Od roku czyż nie?
Mam wrażenie, że znam cię od dawna. I pomyśl, że nigdy nie miałyśmy okazji się spotkać.
Może wkrótce, Insha Allah.
Musisz być teraz bardzo
rozsądna, wytrwała i odważna. A czy wiesz że ja ci po prostu zazdroszczę? Czy
wiesz jaka to wielka zasługa – przyjąć islam i borykać się z tyloma problemami
w kraju, który o islamie nic niemal nie wie poza stereotypami? Ponadto jest
też napisane w Koranie że ci, którzy są
prześladowani w swoim kraju, który nie szanuje islamu powinni, słuchaj dobrze,
powinni wyemigrować. A przecież ty i tak nie mieszkasz we własnym kraju. A
Ameryka? Jak tam nasza stara zestresowana Ameryka? Wciąż jeszcze tolerancyjna?
Na prowincji łatwiej. Żyć łatwiej i być odmieńcem łatwiej. W takim mieście jak
Pensacola, pełnym turystów i staruszków, i w tej jak piszesz dzielnicy dla
bogatych. Jesteś wybranką losu moja droga, doceń to. I wiedz, że ten który ci
pierwszy powiedział o islamie – Fahad – będzie miał wielką zasługę u Allaha, po
śmierci.
Ale koniec już tego
mojego marudzenia, czas na przepis. Dziś kabab po pakistansku. To jeden z
przepisów, nietrudny, jednak jeden z tych których nie nauczyłam się na pamięć.
A wiec uwaga, wyciągam moje notatki. I przepisuje dla ciebie słowo w słowo. Mam
nadzieję, że ci będzie smakowało to danie. Jest jednym z ulubionych wśród
karachijczykow. Włóż do garnka mięso, sól, czerwone chili, posiekaną cebulę,
czarny pieprz, goździki, ciemny kardamon, kminek, cynamon, imbir, i cztery szklanki
wody i zostaw tak aby mięso zmiękło, na średnim ogniu. W międzyczasie ugotuj na
miękko soczewicę, w oddzielnym garnku. Gdy mięso zmięknie, i woda zupełnie
wyparuje, dodaj ugotowaną soczewicę i dobrze wymieszaj. Zdejmij z ognia i
zostaw aby ostygło. Następnie zmiel to wszystko wraz z zielonymi chilli,
jajkiem i świeżą kolendrą. Formuj małe kotleciki i smaż. Jeśli chcesz je
zachować na później, uformuj kebaby – kotleciki na talerzu czy odpowiednim
naczyniu i tak, jedną tylko warstwę wstaw do zamrażalnika na godzinę. Potem
wyjmij i włóż zamrożone do torebki albo pudelka i możesz je dłużej
przechowywać. Na czarna godzinę i epokę absolutnego braku czasu. Jeśli masz
ochotę zrobić sikh kabab – zmieloną masę mięsną musisz w sprytny sposób umocować,
niejako oblepić na metalowym pręcie do szaszłyków i owinąć nitką.
Smacznego .
Mariam.
Część III
Europejskie inspiracje
lasagna
2 puszki sosu pomidorowego do
lasagni, Huntz lub innej firmy
1 paczka klusek do lasagni - płaskich
szerokich
30 g sera ricotta lub wiejskiego
serka
1 jajko
świeżych pieczarek,
pokrojonych w plasterki 200 gr.
1 paczka mrożonego ewentualnie
świeżego szpinaku 500 gr.
1 paczka sera mozzarella lub
innego żółtego startego na tarce 300 gr.
ser parmezan drobno starty 300
gr.
Dom, który wynajmowaliśmy w
Pensacola, położony był w miłej dzielnicy Scenic Highway, którą
nazywaliśmy dzielnicą bogaczy. Nasz dom,
stojący w drugim rzędzie mieszkań na wysokim brzegu, z którego widok rozpościerał
się na ocean, był jedną z pierwszych w rzędzie letnich i całorocznych siedzib
najbogatszych mieszkańców miejscowości. Ze wzgórza Scenic zjeżdżało się w dół
na łeb na szyję, uważać należało więc na zakręty i autobusy, a rozglądanie się
na boki ograniczyć do minimum. Tak nakazywało amerykańskie wychowanie i
odpowiednie maniery. Do zalet amerykańskiego obywatela należało nie zauważanie
istnienia dzielnic ubogich.
Było rzeczą naturalną
zamieszkiwanie okolic Scenic. Tu wszyscy byli dobrymi znajomymi. Niezależnie od
języka, rasy, koloru oczu czy wyznania i zwyczajów rodzinnych. I oto pewnego
dnia my, Polka i Pakistanczyk zamieszkaliśmy w murowanym ślicznym domu z
ogrodem, z niewielkim widokiem na ocean w drugim rzędzie domów od strony
wybrzeża. Następnego dnia pukali już do naszych drzwi uprzejmi sąsiedzi. Oni
właśnie pozostali naszymi najlepszymi przyjaciółmi i pomocnikami w potrzebie.
Starsi państwo Amerykanie. Wcielenie amerykańskości. Oni utrwalili moje dobre
zdanie o Amerykanach, abstrahując od Ameryki, abstrahując od polityki tego czy
innego prezydenta. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. W istocie. Na tle
religijnym. Pozwólcie jednak, że opowiem historię od początku. A było te
pewnego poranka. Usłyszałam pukanie do drzwi. Starsza pani sąsiadka stała w
drzwiach od podwórza i uśmiechała się do mnie przez szybę drzwi. Otworzyłam
przed nią na oścież. Przynosiła zaproszenie na kolacje. Kolacja bez okazji.
Przyjęłam z radością zaproszenie. Myślałam już jednak o tym, że trzeba będzie
się niedługo podobnie odwdzięczyć. Wybiegałam już myślami tak dalece, że
zaczęłam planować jakie danie egzotyczne będę mogła przygotować.
Kolacja miała odbyć się wczesną
dla nas porą. Uprzedziłam Farida. Państwo sąsiedzi chodzili spać i wstawali
znacznie wcześniej od nas. Zdrowy tryb życia. W przeciwieństwie do naszego
nocnego zwyczaju przesiadywania w biurze w nocy i spania do późnego ranka. W
każdej innej sytuacji próbowałabym na zasadzie kompromisu opóźnić posiłek u
sąsiadów o co najmniej godzinę. Tak zawsze czyniliśmy podczas poprzednich wizyt
u znajomych. Jednak nie w grudniu podczas ramadanu. Już o piątej gdy zbliżała
się pora przerywania postu nasze kiszki grały głośnego marsza. Udało mi się
wiec tym razem przesunąć posiłek o godzinę wcześniej. Pojawiliśmy się w domu po
drugiej stronie ulicy o szóstej, za sobą mając już ceremonię przerwania postu suszonymi
daktylami, ten moment, który był zawsze dla mnie i Farida podniosły i
uroczysty. O szóstej byłam już szalenie głodna, przeciwnie Farid, który
wybłagał ode mnie małą wstępną przekąskę mięsną już wcześniej, jakby
przewidział bliski rozwój wydarzeń. Wiedziałam zresztą, że jeśli go nie
nakarmię jest w stanie całkowicie zapomnieć o głodzie, nabawić się bólu głowy,
gorączki i głodny pójść spać. Był jak dziecko.
Sąsiedzi poczęstowali nas
przekąskami. Kawałki sera z krakersami, orzeszki, napoje, wiedzieli że nie
pijemy, sami nie pili wiedziałam jednak, że nawet gdyby w ich zwyczaju było
spożywanie alkoholu nigdy nie zdecydowaliby się na picie w naszej obecności. Ogromnie
to u nich ceniłam. Przyszła pora na główne danie. Sałata z olejem winegret i
parmezanem w stylu francuskim podana ze świeżymi bagietkami zawsze mi
smakowała. Z jakim jednak przerażeniem zobaczyłam, że pani domu pragnie
zaserwować nam kurczaka pieczonego z puree. Nałożyłam sobie bez mrugnięcia oka
puree. Widziałam, że Farid zrobił to samo. Zdecydowałam się na mały kawałek
kurczaka, z grzeczności. Wiedziałam, że w pewnych wyjątkowych sytuacjach jest
możliwa konsumpcja mięsa które nie było halal ani koszerne. Kto miał jednak
zadecydować, czy sytuacja była wyjątkowa? Zastanawiałam się jednak co uczyni
Farid. Patrzyłam na niego z zaciekawieniem. Odmówił. Wytłumaczył krótko
gospodarzom, że nie chciałby jeść mięsa, które nie jest odpowiednio zabite i
przygotowane, zwłaszacza w okresie ramadanu. Rzeczywiście, w ramadanie unikać
należało i tego co w innym czasie było dozwolone. Byłam zmieszana. Kilka dni
wcześniej przyjęłam islam, jednak nie byłam w stanie odmówić dobroci sąsiadów i
sprawić im przykrości, nie próbując wyśmienitego zresztą kurczaka. Do dziś nie wiem
czy dobrze zrobiłam. Wiem że takie dylematy ścigać mnie będą do końca życia. Wówczas
było to moje pierwsze doświadczenie trudności balansowania pomiędzy własnymi
wierzeniami i obyczajami rodziny i przyjaciół. Wówczas po raz pierwszy poczułam
bunt i rozterkę. Kim stałam się i gdzie leżała w moim życiu granica? To, co
jest oczywiste dla osób narodowości arabskiej i azjatyckiej nie jest takie dla
osób rasy białej! Dlaczego miałabym być tak skrupulatną wyznawczynią „ich
religii”? Dlaczego wyrzekać się dobroci kultury amerykańskiej i europejskiej?
Nie wyrzekam się wiec do dziś. Mam
za sobą całą przeszłość pełną kultury, muzyki, sztuki. Rysuję do dziś. Słucham
muzyki klasycznej. Nie znaczy to, że odrzucam poglądy islamu. Może po prostu
nie uzyskałam tak wysokiego stopnia doskonałości wiary? A może nie znalazłam
przekonujących dowodów negacji i
odrzucenia kultury we wszelakich jej postaciach? Nic nie mówi przecież Koran o muzyce.
Istnieją jedynie hadisy, słowa Proroka Mahometa – pokój niech będzie z Nim. Wszak
i Indusi nie odżegnują się od słuchania ulubionej ich muzyki filmowej o frazie
melodycznej tak obcej dla ucha Europejczyka. Nie potrafią porzucić rozrywki,
która przyciąga miliony – kina. Bollywood święci tryumfy nie tylko w Indiach ale i w Pakistanie.
Żadnych pocałunków, żadnych scen i obscen. A jednak czyż nie jest to wciąż
element kultury, którego islam nie pochwala? Obraz choćby ruchomy pozostaje
odrzucanym przez islam obrazem.
Pewnego dnia pojawiła się w moim
ogrodzie mała dziewczynka. Ciemne włosy i cera. Rysy na wpół latynoskie. Jej
biała mama przybiegła wkrótce za nią, niosąc w ręku jakieś zawiniątko. To był
jedyny moment gdy udało mi się poznać kulinarne upodobania sąsiadki z domu
obok. Sałatka ze świeżych warzyw. Pyszna – podkreśliła z uśmiechem. Nigdy
więcej już poza dniem uroczystym kolejnych urodzin malej Cary nie udało nam się
poznać przysmaków kuchni Jeniffer. Rzadko pojawiała się w swoim małym wynajętym
domku. Dnie spędzały obie poza domem. Matka w pracy, dziecko w przedszkolu,
ojca nie zauważyłam Nigdy nie udało nam się choć raz porozmawiać o problemach
egzystencjalnych, dzieciach, książkach. Nigdy nie stała się moją przyjaciółką.
-To nie mój typ – stwierdził Farid przyglądając
się ładniutkiej sąsiadce zza okna i po chwili zamilkł widząc, że jestem gotowa
zabić go wzrokiem.
- Nie mój
typ - stwierdziłam i ja po cichu. Długo jeszcze miałam czekać na odpowiednia
osobę która stać się miała godna miana przyjaciółki.
Droga Anno, Assalaam..
zupa
pomidorowa i pizza na chlebie pita
zupa
sos pomidorowy czysty – 2 puszki
ocet winny
mąka – 1 łyż
woda – 2 szkl
mleko – na oko
masło – 2 łyż
sól pieprz
pizza
chleb pita
pomidory
ogórki
pieczarki
sos pomidorowy warzywny lub inny
lub ketchup
ser biały
tuńczyk
ser żółty
zioła
ostry sos tiger
To było miejsce dokąd w momentach rozpaczy czy histerii zdarzało mi się
przyjeżdżać w środku nocy, wstukiwać kod czterocyfrowy, wchodzić cichutko po
omacku aż do głównej sali dla kobiet, tam siadać na klęczkach po odmówieniu dwu
rakatów modlitwy i tak trwać przez kilkanaście minut. Aż przeszła złość, żal,
rozczarowanie, gorycz.. Aż uspokoiło się serce. Aż nerwy powróciły do stanu
naturalnego. Aż ogarniała senność. Wstawałam wtedy, odmawiałam jeszcze dwa
rakaty, dwie podstawowe części modlitwy, i wychodziłam. Potrafiłam jeszcze błądzić
się samochodem po okolicy przez jakiś czas, przez most w stronę plaż, patrzeć
samotnie na gwiazdy. Nic nie było już tak ważne, ani tak bolesne. Jak dalekie
były te gwiazdy tak abstrakcyjne stawały się moje problemy. Było dobrze. Lepiej.
Wracałam i cicho kładłam się spać.
Meczet to było również miejsce naszych babskich spotkań, których
zupełnie nie ceniłam. Początkowo. Nudziły mnie nie-matkę, niepoważną młodą
mężatkę rozmowy o małżeńskich problemach, dorastających dzieciach, pieluchach i
fochach męża w temacie kuchni. Do momentu gdy nie poznałam kobiet, które
reprezentowały sobą o wiele więcej niż to, co oferowały mi przeciętne Arabki,
ciche, zagubione wstydzące się
nieznajomości języka, lub wymieniające się przepisami kuchennymi łamaną
angielszczyzna. Okazało się że mieszka ich nawet w tej maleńkiej Pensacoli
wiele. Jednak nie pojawiały się w piątki w meczecie. Przecież nie było
obowiązkiem kobiecym uczestniczenie w modlitwie piątkowej. Panowie i owszem
musieli stawić się o pierwszej po południu. Nie wolno im było opuścić ani
jednego piątku, co do złudzenia przypominało mi zasady katolicyzmu. Ceniłam
jednak islam za szacunek dla kobiety. Tak! To właśnie odkryłam, że islam pośród
wielu zalet, posiadał i tę – cenił kobietę, miał szacunek dla jej pracy, dla
jej obowiązków matkowania urwisom, miał szacunek dla jej umysłu i charakteru.
Kobieta na równi z mężczyzną miała obowiązek pogłębiać wiedzę. Kobieta była
pierwszą dla swojego dziecka nauczycielką. W przypadku wielu muzułmańskich
rodzin – jedyną przez wiele lat. Wiele spośród poznanych muzułmanek nigdy nie
zdecydowało się na posyłanie dzieci do szkół publicznych. Uważałam to za
przesadę. Uważałam, że to wielkie wyzwanie i podziwiałam znajome mi panie, że
potrafią zerwać się rankiem na fajr, poranną modlitwę, ogarnąć dom, rozpocząć
gotowanie i siadać do nauki z dzieckiem i spędzać z nim wiele godzin nad
książkami. Wyzwanie? Kto zaprzeczy? A jednak wiem, że dziś w Stanach
Zjednoczonych jest to najpopularniejszy sposób wychowania dzieci muzułmańskich,
zwłaszcza córek. Pełna matczyna kontrola, eliminacja częściowa wpływów
podwórkowych.
Po dwu miesiącach zamieszkiwania w Pensacola poznałam żonę imama czyli
prowadzącego modlitwy w meczecie, odpowiednika księdza chrześcijańskiego. To
była miła kobieta, Arabka ze średnim wykształceniem lecz dużą wiedzą. Ayeshę
szybko polubiłam. Potem pojawiła się Iptisam i Maria i Asma. Grono młodych
kobiet poznałam podczas pierwszego mojego po konwersji święta Eid al Fitr. Tego
dnia, rankiem na zakończenie ramadanu zbieraliśmy sie wszyscy w meczecie na
wspólną modlitwę. Bogactwo barw kobiecych strojów, bogactwo stylów ubioru,
uczesania, wiazania chustki. Różne kolory oczu i skory. Tak bardzo cenilam tę
amerykanską różnorodność, do dziś zdaje mi się ze jest to jedno z większych
bogactw tego kraju, odmienność i zasady toleracji. Niestety ona panuje jedynie
wewnatrz kraju, na poziomie małych wspólnot miejskich, a zasady głoszone dla
jego obywateli nie zawsze są zgodne z tymi które stosuje się w momencie
rozpoczynania kolejnej wojny, agresji, inwazji.
Pojawiły się kobiety, których nigdy wcześniej nie widziałam. Wciąż
jednak czułam że nie poznałam jeszcze tej właściwej osoby, z którą łączyłoby
mnie najwięcej, której mogłabym powierzyć swoje problemy i dylematy w dziedzinie
islamu, które wciąż jeszcze we mnie gdzieś tam tkwiły. Dopiero wiele dni
później poznałam April. Dziwaczne imię – to była moja pierwsza reakcja.
Uśmiech. Jakie jednak imię uznane być może za dziwaczne w kraju amerykańskim, w
kraju tolerancji? Nigdzie nie słyszałam tak wielu dziwolągów słowno-imiennych.
Przodowali w zawodach afroamerykanie. Poprzestawiane głoski, odcięte sylaby i
powstawało zupełnie nowe imię. Niepowtarzalne. Oryginalne. Trudne jednak
zazwyczaj do wymówienia i zapamiętania.
April jednak, niezależnie od imienia, które trudno było mi polubić stała
się najwierniejszą moją przyjaciółką. Na nią czekałam. Po to być może jedynie,
aby po kilku miesiącach znajomości wyjechać nieoczekiwanie ze Stanów.
Chodziłyśmy razem na kawę do Barnes and Noble, amerykańskiej ulubionej
naszej księgarni. Popijanie kawy w otoczeniu książek zawsze zdawało mi się nieziemska
przyjemnością i rozpustą. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie poza meczetem. We
wspomnianej księgarni rozsiadłyśmy się w wygodnych fotelach. Nasze sylwetki nie
przyciągały niczyjej uwagi, choć obie miałyśmy na głowach chustki. Była jednak
zima, florydzka, a jednak zima, deszczowa, pochmurna, wietrzna pogodna. Nie
było to więc niczym nadzwyczajnym. Doceniłam gest April, która postanowiła
chustkę założyć niejako „dla towarzystwa”. Była jedną z tych muzułmanek, które
nie uważały teorii noszenia hijabu za wiarygodną i podpartą silnymi argumentami.
Ja uważałam natomiast, że zakrycie całego ciała i pozostawianie odkrytej głowy to
lekki nonsens, konsekwentnie wołałam wiec chustkę zakładać. Nie przypuszczałam
wtedy jeszcze, że tak wielkie problemy będzie to rodzić w Polsce, która do
widoku muzułmanów przyzwyczajona nie jest i przyzwyczaić się nie chce.
Tolerancja, której brak. April mimo naszych różnic poglądów była mi jednak
bardzo bliska. Artystka. Ex-katoliczka. W niej odnajdywałam wszystko to, czego
trudno było mi się dopatrzeć u innych muzułmanek, które wychowane były od
dziecka bez szacunku dla kultury i sztuki, żyły w kulturze odmiennej i
oszczędnej, nie wiedziały więc jakie dylematy gnębią osobę zmieniającą wiarę,
pragnąca zachować sposób bycia i poglądy na sztukę, muzykę – swoją europejską
tożsamość. April – rzeźbiarka i twórczyni instalacji sztuki nowoczesnej
rozumiała moje dylematy. Jak ja posiadała namiętność do kina indyjskiego i jego
muzyki, oraz do rysunku. Ona odkryć miała przede mną kaligrafię arabską. Idea
do dziś niezrealizowana. W planach.
Salam Droga Anno,
Jestem zaniepokojona. Nie dość, że nie mam od ciebie
żadnych nowin, to jeszcze dostałam ostatnio twój email, na którym widnieje data
sprzed miesiąca. Jak mógł tak długo błąkać się po sieci? A może coś jest nie
tak z moją skrzynką pocztową? Jakiś wirus? Jak wiesz zupełnie na tym się nie
znam i moje pytania zdają ci się zapewne śmieszne. Dziwnie się czuje pisząc do
ciebie, jakby w próżnię, jakby do nieznanego odbiorcy, skoro nie wiem czy i
kiedy ten email odbierzesz. Dopiero teraz odczuwam całą groteskowość zjawiska
Internetu. A może to wszystko moja wina? Zaczęłam ostatnio bardzo ostrożnie wpisywać
adres emailowy do ciebie. Sprawdzam kilkakrotnie od kiedy dostrzegłam, że w
jednym z pierwszych emaili popełniłam błąd. Wstyd się przyznać, ale nie wiem
gdzie kliknąć, aby zapisać adres emailowy na stałe, abym mogła go przywołać z
miejsca, które nie wiem jak się nazywa? Może gdy spotkamy się przekażesz mi
trochę swojej wiedzy komputerowej? Jestem dziś bardzo monotematyczna, ale
jedynie dlatego, że wciąż pojawiają się w mojej głowie jakieś myśli psotne,
jakieś pomysły, dygresje i nie udaje mi się napisać nic o weselu i o
przygotowaniach.
Jeszcze kilka słów o twoim szczęśliwie odnalezionym
emailu. Wysłałaś mi wówczas swój telefon bezpośredni do biura i do domu na
Florydzie. Proszę potwierdź mi ten numer 850 774 987. Czy mogę dzwonić do domu?
Napisz, jeśli nie otrzymam od ciebie listu za kilka dni, może odważę się i
zadzwonię. Już widzę twój uśmiech na twarzy, wiem, że dostajesz już skurczów
mięśni brzucha na myśl o mojej nieporadności. I jeszcze coś, na co kiedyś
zupełnie nie zwróciłam uwagi. Pytałaś w tym dawno napisanym emailu o muzykę
induską. Pankaj Udkas! Oczywiście to bardzo znany twórca. Lubię go, łączy
tradycyjne i nowe brzmienia, instrumenty są zawsze tradycyjne. Nie ukrywam ze
słuchając tej muzyki jestem odrobinę na bakier z tym co twierdzą mądrzy ludzie,
którzy studiują nauki islamskie. Najpopularniejsza jest muzyka filmowa. Pankaj
Udkas to tradycja. Podobnie wielki Fateh Ali Khan. Ale dość już. Czy nie miałam
ci opowiadać o weselu? Ale cóż opowiadać?Ktoś właśnie mnie woła. Matka. Kolejna
przymiarka. Musze kończyć. Jak to dobrze że napisałam wcześniej przepis dla ciebie,
teraz go tylko wkleję. Widzisz przyswoiłam sobie twoje rady. Czytaj poniżej. To
pakistańska włoska zupa pomidorowa i pizza na chlebach pita.
Oh, musiało się cos stać! Glos matki tak dziwnie
niepokojąco zabrzmiał. Pozdrawiam i uciekam.
Przepis: wlej do
garnka dwie puszki sosu pomidorowego, potem dwie puszki wody, dodaj sól i
pieprz do smaku, łyżkę octu winnego, zioła włoskie, a gdy się już zagotuje
przygotowaną w następujący sposób śmietanę: na patelni rozgrzej łyżkę masła,
dodaj mąkę tak aby powstała jednolita masa, niby sos, dość rzadka, mieszaj i
nie spal, dodaj do tego mleka pół szklanki, wciąż mieszaj aż powstanie jednoty
dość gęsty sos śmietanowy. Wówczas dodaj go to zupy.
Co do pizzy,
potrzebujesz chlebki pita. Taki chlebek smarujesz ketchupem lub sosem
pomidorowym, kładziesz na wierzchu to co lubisz najbardziej, w plasterkach.
Polecam jednak mieszanke składników – tuńczyk z puszki w oleju, ser biały w
postaci twarożku, ser żółty, pomidory. Tak przygotowaną małą pizzę zapiekamy w
piekarniku.
Pozdrawiam cię
Anno,
Assalaam
Mariam
spagetti z ostrym sosem chili
kluski na spagetti – paczka albo
więcej
sos pomidorowy
1 cebula
mięso mielone ½ kg
sos ostry chinski tiger
pieczarki świeże lub inne grzyby
suszone
pomidory świeże 1 kg
sól
pieprz
świeży czosnek
zioła
Zastanawiałam się jak wygląda.
Mariam Pakistanka. W chustce i abai. W niqab-zasłonie, słyszałam przecież od
niej samej, że zakrywa usta i nos. Wkrótce jednak już dane mi było poznać ją i
ocenić jej powierzchowność. Minęły bowiem miesiące od kiedy udało nam się odrobinę
poznać wzajemnie naszą osobowość.
Mariam przyjechała niemal
niezapowiedziana. Pewnego dnia zadzwonił telefon. Odebrałam. Byłam sama w domu,
Farid wyjechał do Nowego Jorku. Jej głos drżał, wyczułam, że chciała się
wyżalić. Nie byłam jednak pewna, czy ja byłam tą osobą, z którą chciała
rozmawiać. Ona brnęła jednak dalej. Opowiedziała mi calą historię przyjazdu do
Stanów, poznania narzeczonego, który jak się okazało przyjechał tu już o wiele
wcześniej, otrzymawszy korzystny kontrakt od jednej z firm amerykańskich. Ona
jako narzeczona przyjechała za nim. Tu miał się ostatecznie odbyć uroczysty ślub,
który się jednak nie odbył. Mariam opanowanym głosem starała się przekazać mi
szczegóły sytuacji, nie bardzo miałam jednak ochotę słuchać co, jak, gdzie i
dlaczego. Przypalał mi właśnie salan. Pobiegłam za swądem. Odsunęłam z ognia,
zamieszałam. Podobno wysłała mi z Houston dwa emaile, których nie dostałam.
Musiała wysłać pod zły adres. Chciałam tylko wiedzieć jedno, czy chce
przyjechać i porozmawiać. Chciała. Ustaliłyśmy więc, że pojawi się w Pensacola
za dwa dni. Ja odebrać ją miałam z lotniska.
I oto była. Stała przede mną w
swojej szarej abai do stóp w paski podłużne, czarne , cieniutkie. Szczupła,
odgadywałam, mimo że płaszcz skrupulatnie zakrywał wszelkie okrągłości ciała, a
chustka sięgająca poniżej ramion i piersi ostatecznie pomagała wszystko ukryć.
Nic nie mogło się wysunąć, odkryć ujawnić. Rozbawiła mnie ta zaawansowana
sztuka maskowania się kobiet pakistańskich. Chustka zwykły posiadała krój,
kwadrat złożony w trójkąt, przy czym jeden jej koniec podwinięty był tak że
zakrywał nos i usta. Niedokładnie. Często nos się wysuwał. Bardzo ładna kobieta
– oceniłam bez zazdrości, jak mi się
zdawało, obiektywnie.
Nie spojrzałyśmy sobie szczerze w
oczy dłużej niż kilka sekund. Zamieszanie, walizka, policjant, który pilnował,
by za długo nie stać w miejscu, gdzie widniał zakaz parkowania, a możliwe było
tylko odebranie przybyszów. Dziesięć minut, aby dotrzeć do domu. Nie zadawalam
pytań. Zdawało mi się, że była znużona podróżą i senna. Musiała wstać bladym
świtem, aby zdążyć na samolot. Mariam jednak próbowała podtrzymać uprzejmą
konwersację, opowiedziałam jej więc o Pensacola, pokazałam najbliższe sklepy,
banki i malle - wspolczesne targi różnościami. Obiecałyśmy sobie przejażdżkę po
mieście, jak tylko ona dojdzie do siebie i odpocznie. Zaoferowałam jej naszą
sypialnię, nie zgodziła się jednak i wybrała mój maleńki pokoik, w którym zawsze
przesiadywałam i pisalam, w otoczeniu książek i misiów. Wiedziałam, że polubiła
jego przytulność i dużo słońca, które nie było męczące, lecz miłe – działała
przecież klimatyzacja na pełnych obrotach. Zjadłyśmy wspólnie kolację,
opowiadając sobie wzajemnie historie z dzieciństwa, poznałam wirtualnie jej
trzech braci matkę business woman, ojca, ktory również miał własny interes.
Wiedziałam, że pracowanie „na swoim” jest dla większości Pakistanczykow sine
qua non. Nie lubią oni pracować jako podwładni, większość posiada żyłkę
handlowców i przedsiębiorców. Gdy Mariam mówiła spoglądałam na jej długie,
czarne włosy splecione w warkocza, długie, ciemne rzęsy i ciemne brwi, na
pociągłe rysy twarzy, piwne oczy, długie palce, smukłe dłonie, wysmukla
sylwetkę, co nie było widoczne od razu przy jej pakistańskim stroju shelwar
kamiz. Strój ten, mimo że nie podkreślał kobiecych kształtów, kobiecy był bardzo
i urokliwy, pełen barw. Szal przerzucony przez ramiona końcami do tylu
podkreślał jeszcze kobiecość, choć był elementem koniecznym i praktycznym.
Mariam nie musiała jak ja wciąż szukać chustki odpowiedniej do modlitwy,
broszek, agrafek. Ona po prostu owijała się sprawnie szalem i była gotowa. Gdy
nagle należało wyjść do drzwi czy na dwór również zawsze była gotowa, zasłonięcie
włosów zajmowało jej kilka sekund.
Skończyłyśmy jeść, na stole
pozostały resztki kolacji, nie miałyśmy jednak ochoty wstawać i zabrać się za
sprzątanie. Kontunuowalysmy dialog. W pewnym momencie zaczęłyśmy rozmawiać o
mężczyznach. Czy kobiety muzułmańskie nie rozmawiają o mężczyznach ? Skąd taka
teoria? W islamie nie ma tabu. Istnieje w kulturze. To prawda. Zapytała mnie
Mariam o Fahada. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy rzeczywiście udało mi się
ukryć wszystkie zdjęcia i cokolwiek, co mogłoby
stwierdzić nieistnienie Fahada, a potwierdzić istnienie Farida w moim
domu. W myślach uspokajałam jednak samą siebie. Co ma nastąpić, niewątpliwie
nastąpi. Gdzieś tam kołatało się we mnie przekonanie, że nasza rozmowa, jej
przyjazd będzie miał nieprzewidziane skutki. Dla mnie, dla nas -
nieprzewidziane. Tego samego dnia, wieczorem, Mariam wyznała, że zerwała
zaręczyny z narzeczonym. Do końca nie była pewna, czy postępuje właściwie,
przyjechała przecież za nim do Stanów, tu
odbyć się miało wesele, tu jednak – jak mówiła – zrozumiała, że nie może go
poślubić, bo jest jej drogi ktoś inny. Spojrzałam na nią wówczas bardzo
zdziwiona, islam przecież nie mówił ani słowa o zakochaniu, zauroczeniu,
miłości. Większość małżeństw była kojarzona, a młodzi nie mieli właściwie wielu
okazji, by dobrze się poznać ani czasu, by zrodziło się jakiekolwiek uczucie. W
małżeństwie, to prawda, miłość zrodzona z szacunku pojawiała się sama. Może nie
od razu. Potrzeba było niewątpliwie wiele dobrej woli. Okazało się jednak, że
mężczyzna, który był jej drogi, pochodził z jej rodziny. Był kuzynem. Znała go
i lubiła od dzieciństwa, nie myślała jednak o tym poważnie. Dopiero niedawno,
gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, dotyczącej jej przyszłości zrozumiała, że
chciałaby, aby to właśnie on, ten kuzyn był jej mężem. Milczałyśmy wtedy długo.
Zgadywałam o kim mówiła, jednak przed samą sobą nie chciałam się do tego
przyznawać. Było mi jej szczerze szkoda. Zaproponowałam oglądanie telewizji,
dla rozchmurzenia nastroju. Monsoon wedding, to był jedyny hinduski film, jaki
miałam w tej chwili w domu. Farid wszystko porozdawał znajomym i rodzinie.
Obiecałyśmy sobie przejażdżkę po mieście następnego dnia.
Jedynie ford miał klimatyzacje,
wybrałyśmy więc ten samochód. Ranek był już upalny i słoneczny. W drodze do
starego centrum opowiadałam Mariam o moich perypetiach, związanych z
prowadzeniem samochodu.. Przez kilka pierwszych miesięcy w ogóle nie chciałam
wsiąść do samochodu za kierownicę, po przeprowadzce do nowego stanu bałam się
naszego nowego miasta, Pensacoli, która zdawała mi się ogromna. W istocie było
to miasto dużo większe od Atmore, które posiadało trzy ulice na krzyż i
supermarket po drugiej stronie autostrady, a wiec kilkadziesiąt metrów od
naszego domu. Polskie prawo jazdyolskie pozwalało mi na trzymiesięczna jazdę
bez american driving licence. Takie było prawo. Ja jednak jeździłam dużo dłużej
bez amerykańskiego prawa jazdy. Aby je dostać należało zdać egzamin pisemny i
praktyczny. Bałam się ogromnie, jednak gdy już oswoiłam się i z samochodem i z
miastem udałam się do urzędu ruchu drogowego i policji i oblałam egzamin
pisemny. Dopiero za trzecim podejściem gdy rozumiałam już wszystkie pytania,
gdy miałam za sobą lekturę ze słownikiem podręcznika udało mi się uzyskać
zadowalająco ilość punktów. Kolejnym etapem męczarni był egzamin praktyczny.
Oblałam na parkingu. Za drugim jednak razem, nauczywszy się parkowania z duma
odebrałam zaświadczenie. Stany Zjednoczone były dla mnie idealnym krajem
tolerancji i równości. Wiedziałam że podoba mi się system prawny pozwalający
obcokrajowcowi na otrzymanie tak zwanego ID czyli karty identyfikacyjnej na
podstawie paszportu i ważnej wizy. Człowiek posiadający własne ID był już
niejako u siebie. Nie traktowano go jak obcokrajowca. Stawał się jednym ze
swoich. Mógł pokusić się o założenie konta bankowego. A że mówił z akcentem ?
Połowa Amerykanów mówiła z akcentem, o ile w ogóle władała językiem oficjalnym.
Mariam słuchała moich wywodów w
ciszy nie przerywając, w końcu zawstydziłam się mojej gadaniny i zagadnęłam ją
o system pakistański. Czy był podobny. Prawda, angielski. Zrozumiałam że
przyzwyczajona jest do lewostronnego ruchu. Wyraziła ochotę prowadzenia samochodu.
Po długich zakupach mimo że padałyśmy ze zmęczenia, udałyśmy się jeszcze na
prośbę mojej towarzyszki w okolice zacisznych małych ulic, gdzie samochodów
było mniej i mogła ona siąść za kierownica i spróbować swoich sil. Bałam się
ogromnie, jednak okazało się ze jeździ całkiem dobrze. Posiadała prawo jazdy,
jednak ze względu na szaleńczy ruch uliczny i nieprzestrzeganie przepisów
ulicznych w Karachi, wołała korzystać z usług szofera. Wiedziałam, że w Pakistanie
rzeczą częstą było posiadanie służby, kucharki, praczki, odźwiernego, zapewne
więc i funkcja szofera była nieodzowna. Rozmawiałyśmy dalej z ożywieniem,
jednak wydawało mi się, że jest przygnębiona. Roztargniona, wciąż popełniała
ten błąd, ktory przyprawiał mnie o nagłe bicie serca, wjeżdżała na złą stronę
ulicy przy skręcie, a potem patrzyła na mnie przepraszająco i tłumaczyła się
nawykami lewostronnego ruchu. Dopiero w domu po zajrzeniu do poczty emailowej
zrozumiałam co ja gnębiło.
Droga Anno
Pisze ten list do ciebie, bo przyznam szczerze, nie
potrafię ci tego powiedzieć prosto w oczy. A być może będzie nam łatwiej o tym
później porozmawiać wiedząc, że najtrudniejsze mamy już za sobą. Właściwie nie
byłam nawet pewna, czy powinnam ci w ogóle o tym mówić, ale zdecydowałam że
tak. Chciałabym, abyś wiedziała. Chciałabym, abyś zrozumiała co czuję, abyś
zrozumiała w jakiej jestem sytuacji. Bardzo cię polubiłam i mam nadzieję, z
wzajemnością.
Anno. Muszę to wreszcie z siebie wyrzucić. Nie myśl
tylko, że czynię tak, bo chcę by ktoś dzielił moje zmartwienia, nie. A może
trochę? Anno, wczoraj wieczorem wyszłam do samochodu. Sądziłam że tam zostawiłam
mój portfel, który jak wiesz przepadł na kilka godzin bez śladu. Wzięłam klucz,
wiedziałam że wisi w kuchni, a nie chciałam ci przerywać pisania. Wiedziałam że
jesteś zajęta. Znalazłam portfel pod siedzeniem, musiał się tam niepostrzeżenie
wsunąć podczas jazdy, ale przyznam że znalazłam też coś więcej. Zaglądając pod
fotel odkryłam szufladę i podkusiło mnie coś aby tam zajrzeć. To straszne, co
mówię i wstydzę się samej siebie. Anno, zauważyłam że w dokumentach samochodu
tam złożonych widnieje nazwisko Farida, tuż obok twojego. Macie oboje prawo do
prowadzenia forda i ubezpieczenie również jest na was dwojga. Ale po co ja ci
mówie to, co wiesz sama najlepiej? Chyba po to, aby sobie samej uprzytomnić że
to jednak prawda. Farid i ty. Och, Anno!
Życzę ci jak najlepiej. Nie wiem tylko dlaczego nie chciałaś mi nic powiedzieć,
dlaczego Farid tak to wszystko ukrywa przed rodziną? Nie jesteś przecież
obywatelką Marsa! Taka piękna kobieta, wykształcona, mądra, a teraz muzułmanka.
Być może ta wiadomość może być trudna do zaakceptowania dla rodziny. Jesteś Polką,
jesteś biała, zawsze będziesz inna, będziesz Europejką, no ale przecież nie
można ukrywać się w nieskończoność! Rozumiem teraz twoje frustracje. Postaram
się porozmawiać o tym z Faridem. Obiecuję ci, że to uczynię, jeśli wyrazisz
zgodę, bo przecież nie wiem nawet dobrze
jakie jest twoje zdanie. Jak ty czujesz
się w takim tajnym układzie? Napisz, Anno, a może porozmawiajmy, gdy będziesz
gotowa. Chciałabym być wciąż twoją przyjaciółką. Teraz już nie tylko korespondencyjną lecz
rzeczywistą przyjaciółką. A to przychodzi trudniej.
Ale teraz skoro już ten list udało mi się napisać, to
aby rozluźnić atmosferę i aby ciebie rozweselić, napiszę ci kolejny przepis.
Możemy go też zaraz, jak przeczytasz ten list wykorzystać. Spaghetti. Ale
uwaga! Z ostrym sosem. Spaghetti należy ugotować, długie nitki połamać - nie
lubię jak mi się coś ciągnie kilometrami zanim trafi do ust. Należy również
przygotować mięso mielone Tylko trzeba je dobrze odmrozić, zanim zaczniemy
podsmażanie, a podsmażamy normalnie, na
oleju. Gdy straci kolor surowizny, dodajemy pomidory pokrojone w drobną
kosteczkę, cebulę, i rozgnieciony czosnek i całość jeszcze podsmażamy, tak aby
pomidory się udusiły, potem do całości dodajemy sos pomidorowy, najlepiej z
jakimiś warzywami. Dodajmy też pieczarki i przyprawy: zioła włoskie albo prowansalskie, czosnek w proszku,
pieprz w proszku, sól. Wszystko do smaku, wedle upodobania. I nie zapomnij o
tym ostrym sosie tiger. Smacznego życzę sobie
i tobie. Czekam na znak jakiś, odpowiedź? I możemy zacząć gotować. A
może ty znasz jakiś lepszy przepis na spaghetti?
Mariam
Subway
czyli sandwich
bułki podłużne, takie które można
łatwo na pół przekroić
pomidor w plasterkach
ogórki w plasterkach
pikle w plasterkach
świeży ogórek w plasterkach
oliwki pokrojone
olej
sol
pieprz
jakiś ostry sos pomidorowy
Ser w plasterkach
keczup
majonez
musztarda
Mariam chciała założyć w USA konto
bankowe. Miała odpowiednie fundusze, które zamierzała wpłacić. Dlaczego chciała
to jednak uczynić, nie wypadało mi zapytać. Czyżby chciała zostać dłużej? Czy
może tutaj w Pensacola? Ogarnęło mnie przerażenie, Farid wracał za kilka dni.
Po chwili jednak uspokoiłam się, opadło podniecenie, przypomniałam wczorajszy
jej list. Czytałam ten niezadługi tekst kilkanaście razy próbując przeniknąć
intencje autorki. Doszłam w końcu do wniosku, że jest szalenie niekonsekwentna,
że coś, co prawdopodobnie starała się ukryć doskonale było widoczne w jej
liście. Dlaczego na samym początku pragnęła wzbudzić moje współczucie? Pragnęła
znaleźć zrozumienie dla jej sytuacji. Zerwanie z narzeczonym? Absolutnie! Jednak
nie tylko o to chodziło. W miarę jak pisała miałam wrażenie, że zmienia ton,
stara się tak układać słowa, by zdało się że to ja właśnie jestem osobą
pokrzywdzoną. To mnie Farid nie chce przedstawić rodzinie, to ona odkryła, że Fahad to Farid. Ja również
okryłam i zrozumiałam, że jej nieszczęściem nie jest zerwanie zaręczyn, fiasko
perspektyw małżeństwa i samotność. Problem w tym, że żywi ona jakieś uczucia do
Farida. Pytanie tylko czy wzajemne. Ta myśl tkwiła w moim umyśle bez ustanku,
krążyła i drążyła, nie dawała spokoju, starałam się jednak zachować pozory
spokoju na zewnątrz. Dobrze więc, zdecydowałam, zachowajmy się tak, jakby nic
się nie zdarzyło. Niech każda z nas wie to co chce wiedzieć. A wiedziałam że
obie znamy już pełną prawdę. Byłam pewna nawet, że Mariam wiedziała, że odgadnę
jej uczucia do Farida. List napisany był przekornie i zawile. Kobieca logika,
tylko druga kobieta może ją zrozumieć. Miałam wrażenie, że powstało miedzy nami
jakby tajne porozumienie. Do końca nie wiedziałam jedynie czego ode mnie
oczekiwała. Wiedziałam że czuła, że jestem jej potrzebna, ja wiedziałam że
potrzebuję jej. Zawarłyśmy niepisany pakt, bez słow, bez jasno sformułowanych
celów, bez zobowiązań. Jakże przedmiotową rolę grał tutaj wówczas Farid.
Zgodnie z życzeniem mojej
towarzyszki udałyśmy się do banku. O ile myśl o bankach w Polsce zawsze
doprowadzała mnie do rozstroju nerwowego o tyle tu, w Stanach wizyta w banku
nasuwała mi tylko miłe i przyjemne skojarzenia. Błogość. Nieistniejące niemal
kolejki, mili pracownicy i oczywiście
drive thru, które tak dalece ułatwiały życie, że dziś myślę o nich z nostalgią
i żalem. Trudno szaremu Polakowi wytłumaczyć nawet jaki komfort daje bankowy
drive thru – możliwość skorzystania zarówno z bankomatu jak i z usług wpłat i
wypłat bez potrzeby wysiadania z
samochodu. Taką komfortową obsługę oferował każdy niemal, najmniejszy bank, w
dużych miastach jak i na prowincji. Posiadała je więc i Pensacola. Jednak
otwarcie konta było sprawą, którą należało załatwić oko w oko z bankierem. Personalnie.
Towarzyszyłam Mariam do banku, który zdał mi się najprzyjaźniejszym wśród
znanych mi instytucji. Pamiętałam, że tu właśnie wraz z Faridem otwierałam moje
pierwsze konto. Domyślałam się że Mariam tak jak i ja wówczas, nie posiada
nieodzownego social security number. Ten bank był jednym z niewielu, które pozwały
obcokrajowcowi na posiadanie konta bankowego na pełnych prawach obywatela
amerykańskiego. Wraz z Mariam przekroczyłyśmy progi maleńkiego oddziału na
ulicy Bayou. Kilka formalności i po pół godzinie jej konto zostało założone.
Pozwoliłam jej prowadzić w drodze
powrotnej, czuła się już dość pewnie w mieście. Prowadziła Forda, samochód dla
inwalidów jak mówiło się w Polsce, automatyk, jedyny samochód jaki wielu Amerykanów
potrafi prowadzić. Udałyśmy się w kierunku Mall – przestrzeni handlowej. Mariam
udała się wprost do działu biżuterii. Wybrała delikatne kolczyki dla matki,
zegarek dla ojca. Czekając na zapakowanie prezentów przyglądałyśmy się maleńkim
diamentowym kolczykom.
-Czy wiesz że matka zdążyła już nawet zakupić dla
mnie diamentowy kolczyk – spojrzałam na nią pytająco
- Oh, może nie wiesz. W momencie gdy panna
wychodzi za mąż zakłada maleńki diamentowy kolczyk, po prawej stronie nosa–
kiwnęłam potakująco.
- Zachowasz więc na przyszłość czyż nie? To musi
być bardzo niewygodne, ale może nie bardziej niż te kolczyki na wardze czy
języku – wzdrygnęłam się z niechęcią.
- Ha ha! To na pewno kwestia przyzwyczajenia, nie
powiem ci nic o wygodzie czy niewygodzie ze względu na brak doświadczeń. Wiem
jednak że jest to bardzo silna w Pakistanie tradycja. Ale wiesz.. – Mariam
zawiesiła glos w zamyśleniu.
- Tak? – podchwyciłam. Jednak ekspedientka podała
nam właśnie pracowicie zawinięte w ozdobny papier i wstążki prezenty. Mariam
zapłaciła gotówką. Wychodząc ze sklepu zagadnęła jednocześnie zmieniając temat
- Proszę pomóż mi złożyć podanie o kartę
kredytową. Wiem że można to zrobić online. Wiem ze jesteś ekspertem –
uśmiechnęła się szeroko.
- Oczywiście, nie ma problemu, przypomnij mi o tym
w domu. Ale przerwałyśmy wcześniejszy temat Mariam. Wiem że miałaś zamiar coś
ciekawego powiedzieć. Kontynuuj.
- Już nie pamiętam, o czym mówiłyśmy?
- Chodziło o tradycję kolczyków?
- A tak. Ale ja nie o tym. Wiesz, pomyślałam tylko,
że to tak jak noszenie obrączki w przypadku chrześcijan, prawda? Tylko że w
razie rozwodu można ją zdjąć i wciąż jest się panną. Ha ha!
- Mariam! – roześmiałam się udając oburzenie. - jak możesz w ten sposób mówić! Zapomniałaś
jednak że w chrześcijaństwie rozwodów nie ma.
- Właśnie, nie ma, ale są. Więc jak to jest?
Natomiast w islamie rozwody są. Jednak w rzeczywistości, cóż, nie jest zbyt
dobrze wdowom i rozwódkom, nie mają aż
tak wielu chętnych do ponownego ożenku. Istnieje mit panny i dziewictwa.
- Tak wiem, słyszałam. Islam jednak zachęca do powtórnego
małżeństwa. – zamyśliłyśmy się obie i w samochodzie zapanowała cisza aż do
momentu gdy zobaczyłyśmy z daleka czerwone cegły domu. Mariam wprowadziła
delikatnie samochód na podwórko jednak tuż przed domem zamiast nacisnąć hamulec
nacisnęła mocniej na gaz. Spojrzałam na nią przerażona, zahamowała jednak na czas, tuż przed
żywopłotem, który okalał ścianę domu wzdłuż chodnika, aż do drzwi.
- Oh, właśnie straciłam opinię wiarygodnego
kierowcy!– westchnęła, najwidoczniej poważnie, jak czytałam z wyrazu jej twarzy,
choć komentarz zmusił mnie raczej do nagłego wybuchu wesołości.
- Nie jest tak źle, każdemu może się zdarzyć mały
błąd, na szczęście nie stratowałaś nam żywopłotu! Właściciel by nam tego nie
darował. – spojrzałyśmy na siebie tym razem wybuchając jednocześnie szczerym
śmiechem.
Tego wieczoru Mariam opowiedziała
mi o swoich planach. Nie zamierzała pozostać u mnie dłużej niż do wtorku. Odliczyłam
uspokojona dwa dni, Farid miał pojawić się w piątek. Desperacko pragnęłam, by
nie doszło do ich spotkania.
Przed wyjazdem Mariam chciała
abym nauczyła się jeszcze kilku istotnych umiejętności, bez których trudno jest
się obyć w Ameryce. Zapragnęła również dowiedzieć się w jaki sposób poznać
amerykański rynek pracy i jak na nim zaistnieć. Nie wyraziłam zdziwienia. To
nie była moja sprawa. W miarę jednak jak tworzyłyśmy razem jej profile i jej
życiorysy online dowiadywałam się coraz więcej o mojej znajomej. Skończony
college, biegle opanowany angielski, znajomość komputera. Kwalifikacje
niewielkie a jednak większe od tych jakie posiadali skromni pracownicy wielu
amerykańskich biur. Mogła ubiegać się o pracę w biurze, czy jednak chciała? Islam
nie zabraniał muzułmankom pracy poza domem, a jednak kontakty nieuniknione
przecież z mężczyznami w biurze, były traktowane z dezaprobatą. Co na to matka?
– odważyłam się zadać pytanie – Nie wie jeszcze. Och, na razie tylko szukamy,
Anno. Właściwie chciałabym pracować w szkole, uczyć.
- Oczywiście, możesz. – przyznałam z wahaniem.
Dowiedziałam się kilka tygodni później, że udało jej się uzyskać w Houston
legalną posadę jako animator i nauczyciel w przedszkolu. Jako woluntariusz. Ja
zaczynałam podobnie. Uśmiechnęłam się na myśl o własnych minionych już
perypetiach.
Droga Anno
Jesteś tuz obok. Z
odległości mojego biurka po przeciwległej stronie salonu widzę twoją sylwetkę złożoną
w pół w półsiedzeniu, widzę jak pochylasz głowę nad laptopem na kolanach
siedząc oparta o ścianę w naszym ulubionym kąciku, przy trzech oknach, w
zagłębieniu salonu, na siedlisku z chodników, dywanów i tony poduszek. Widzę
jak uśmiechasz się do siebie pisząc coś, może list, a może wiersz, a może nowy
kawałek prozy. Nie chcę ci przeszkadzać. Wyglądasz tak cicho i spokojnie, nikt
nie śmiałby ci przerwać nastroju chwili. Ta chwila i dla mnie jest cenna. Lubię
patrzeć na ciebie, która jesteś tak zupełnym moim przeciwieństwem. Ty, jasna
blondynka, o jasnych oczach, ten twój balejaż a la naturelle, rozjaśniane
delikatnie pasemka włosów, niby pod działaniem słońca, a wiemy przecież obie,
że słońce właściwie nie ma okazji włosów twoich rozjaśniać. Nie lubisz ostrego
działania słońca, chustka okrywająca twoje włosy w zgodzie jest tak z islamem jak i z twoimi osobistymi upodobaniami do cienia,
delikatności, jasności skóry. Spoglądam
na ciebie może zbyt otwarcie i tak długo że w końcu rzucasz mi pytające spojrzenie.
Och nic - mamrocę coś niewyraźnie i
speszona odwracam głowę. Chciałabym tylko powiedzieć ci że bardzo cię lubię.
Doprawdy, niezależnie od tego jak wiele nas dzieli, jak wiele, sama wiesz,
między nami różnic kulturowych, różnic postrzegania, światopoglądu i języka,
chciałabym byś wiedziała że uważam cię za przyjaciółkę. Nie znamy się jeszcze
dość dobrze, Anno. Nie znamy. A jednak ja wyczuwam że mogłaby zaistnieć między
nami przyjaźń. Przyjaźń pozbawiona zazdrości kobiecej. Może wyda ci się to
wszystko paradoksalne, a może nawet odrobinę perwersyjne z mojej strony. Ale
Anno, ja nie chcę stawać na drodze do twojego szczęścia. Nie chcę. Chciałabym
tylko… Tylko liczę na to, że mogłybyśmy się rozstać jak przyjaciółki.
Oczywiście nie takie przyjaciółki, jakich tysiące wokół nas. Nasza sytuacja
jest inna. Jest między nami to napięcie, które zawsze i nieustannie będzie już
chyba nam towarzyszyć, i ten jakiś nieznośny dystans, a jednak jest i zaufanie.
Wiem, że mi ufasz, i wiem że ja ci ufam. Jest między nami ta więź, której nie
spotyka się w związkach innych kobiet. Tylko nie zrozum mnie źle!. Wiesz że nie
jestem wyzwoloną liberalną feministką! Jestem nieśmiałą, religijną kobietą pakistańską z niewielką w sumie wiedzą o
świecie. Ale wiem, że nasza przyjaźń jest cenna i wyjątkowa i właśnie przez
tego mężczyznę, ktory stanął miedzy nami może stać się ona jeszcze bardziej
niecodzienna. Oczywiście żadna z nas nie wie jak potoczy się życie. Co Allah
przyniesie? Ja jednak wierzę w pozytywne rozwiązania. Wierze w szczęście. A co
do nas, nigdy nie zapomnę naszych długich rozmów, naszych wypraw do miasta,
spacerów i zwierzeń, i wspólnego gotowania. Mam nadzieję, że docenisz, moja
droga, przyspieszony kurs gotowania jaki ci zaoferowałam!
Anno, bądźmy poważne, choć
życie takie nie jest. Nie bywa. Wplątuje nas co chwila w najprzeróżniejsze
niemądre sytuacje, które poważne nie są. Są zaś groteskowe. Niech dla nas życie
będzie po prostu jak gotowanie, improwizacje z wykorzystaniem przypadkowych
przepisów. Takich jak ten, jeszcze jeden, który chciałabym, byś dołączyła do
swojej kolekcji. Właściwie, co ja mówie, to nie jest żaden przepis. To tylko
rada, co uczynić gdy w lodówce właściwie jedynie składniki pierwsze, a nic
ciepłego do ust włożyć się nie da. Czasu mało. Bywają w supermarketach takie
małe podłużne bułeczki, kup cztery, każde
z was zje zapewne po dwa takie sandwicze. Rozetnij wzdłuż i każdą z tych
kanapek posmaruj jak majonezem, musztarda, masłem. W każdą z bułek włóż
plasterek sera – to może być szwajcarski z dziurami, gouda czy cokolwiek innego
– oraz rozmaite warzywa: plasterki piklowanego ogórka, plasterki pomidora,
świeżego ogórka, pieczarek, papryki, jalapino dla niego. Jeśli wolisz kanapkę
na zimno to jest gotowa, jeśli zaś zdecydowanie na ciepło, włóż ją wówczas na
kilka minut , tak by ser się za bardzo nie rozpuścił, do opiekacza lub
piekarnika.
Anno, dostrzegam kątem
oka że spoglądasz na zegar. Rzeczywiście. Czas na mnie. Na nas. Moja walizka
jest już gotowa. Wyślę jeszcze ten list. A może jeszcze zdążymy napić się
wspólnie herbaty. Mam nadzieje że pozostaniemy na zawsze przyjaciółkami, a
żaden mężczyzna nie stanie pomiędzy nami i nie stawi nas w pozycji wyboru. Ty
zawsze będziesz dla mnie przyjaciółka, cokolwiek zdecydujesz. Salam wiec. Mój
samolot za godzinę, na pewno przeczytasz ten list, gdy będę już w drodze do
Houston. Pozdrawiam.
Mariam
chińska
pakistańska
kurczak – ½ całego
jajko
kapusta biała – ¼
mieszanka chińska mrożona –
½ paczki
marchewki – 3 szt
ryż basmati – 1 szkl
sos ostry chiński
sól
pieprz
olej sojowy – 1 łyżeczka
zupa :
½ kurczaka
1 cebula
2 marchewki
1 jajko
½ puszki kukurydzy
skrobia kukurydziana (cornstarch)
sałatki owocowe
3 szklanki mieszanych
owoców zaleznie od sezonu obrane, bez nasion, I pokrojone na małe kawałki
(banany i pomarancze są podstawą. Jabłka, gruszki, nektarynki, śliwki, guava,
mango, czereśnie, ananas, kiwi, winogrona najlepiej bez nasion)
4 łyżki świeżego soku z
cytryny
2 łyżeczki pieprzu chilli
1 łyżeczki nasion kminku
w proszku
1 łyżeczki papryki słodkiej
w proszku
1 łyżeczki soli
1 łyżeczki czarnego
pieprzu
1/2 łyżeczki mięty
1 łyżeczki imbiru w
proszku
Farid zdecydował się na wyjazd.
Pakistan. Wciąż miał przed oczyma obraz kraju. Wciąż mówił o nim, o Karachi, o
domu rodzinnym, rodzicach i przyjaciołach. Podniecała go myśl o wyjeździe do
tego stopnia, że nie starał się poświęcić ani chwili rozważaniom, jakie
konsekwencje mogła pociągnąć za sobą ta decyzja. Byłam przerażona. Bez powodu?
Bezsensownie? Być może, a jednak jako urodzona pesymistka widziałam wszystko
zawsze w najciemniejszych barwach i rzeczywiście wielkiej siły woli wymagało
rozjaśnienie ciemnego płótna obrazu. Chciała być optymistką, chciała myśleć
pozytywnie, oddalała myśli o jego ewentualnej utracie możliwości powrotu do
USA. Starała się bardzo. Bardzo. Tymczasem jednak oddawała się zawzięcie pracy.
Tyle rzeczy należało w biurze załatwić przed jego wyjazdem. Farid podpisywał
tony upoważnień, przenosił linie telefoniczne na jej nazwisko. W całym tym
ferworze pracy zdecydowali oboje o przeprowadzce. Co robiłaby Anna sama w
ogromnym domu, którego nigdy właściwie nie udało jej się polubić? Wynajęcie
apartamentu? Tak, to wydawało się odpowiednim posunięciem. Jednak wahanie. A
jeśli jego pobyt w Pakistanie przedłuży się, jeśli ona zechce odwiedzić rodzinę
w Polsce, pozostać tam na dłużej, jeśli sama wpadnie w tarapaty wizowe.
Wspaniałym rozwiązaniem zdała jej się propozycja Kate, przyjaciółki i
współpracowniczki, która była przecież nieoceniona w dniach moich depresji,
naszych problemów, jego problemów. Pracowała przecież dla firmy Farida od
samego niemal początku. Kate miała więc wolne
piętro w swoim uroczym domku ocienionym drzewami. Piętro było w stylu poddasza.
Kate zgodziła się, aby nam to pięterko wynająć. Wspaniale. Annie spodobał się
pomysł, Farid niechętnie go zaakceptował. Nie potrafiła przecież i nie chciała
tłumaczyć mu po raz kolejny, że nie chciała mieszkać sama. Nie znosiła
samotności. Nie umiała zapełnić ciszy ani muzyka ani myślami. Od dziecka
mieszkała w wielopokoleniowym domu rodzinnym. Nie chciała mieszkać sama. Na tym
koniec. Rozpoczął się więc kolejny etap. Kolejna przeprowadzka.
Kate mieszkała w domu położonym o
dwie ulice dalej. Bay boulvard. Zabawna nazwa dla tak maleńkiej ulicy, prawda
było jednak to ze wille i domki stojące na tym wysokim brzegu należały do
strefy zatoki, the bay. Z tarasu domu, w którym mieliśmy zamieszkać dzięki
uczynności naszej przyjaciółki, widać było ocean, częściowo jedynie przysłonięty
wiekowymi drzewami wyciągającymi pokręcone konary na terytorium sąsiada tuż
przed nami, na samym wybrzeżu. To była zaniedbana posesja. Rzadko koszona była
tu trawa, czego nie mogły dostrzec władze miasta, w przeciwnym razie właściciel
płaciłby wysokie kary, notorycznie. Taras był ogromny, nigdy jednak nie mieliśmy
okazji wykorzystać jego zalet. Nikt nigdy nie miał okazji potknąć się o leżące
tam z niewiadomych powodów deski, nikt nie zaciągnął sobie swetra o gwoździe
wystające tu i ówdzie z drewnianej balustrady. Farid nie pomyślał nawet o
udaniu się na taras. Jego codzienna trasa to kuchnia na dole, wspólna z przyjaciółką,
łazienka nasza na górze, łóżko, mata do modlitwy, łazienka i znów kuchnia.
Nigdy nie podchodził do szafy, za którą ja byłam odpowiedzialna. Znajdował
swoje ubranie przygotowane rano na łóżku. Żyć nie umierać - śmiała się moja
przyjaciółka. Ja jednak byłam tak do tego przyzwyczajona, że nie zwracałam
uwagi na jej komentarze. Zresztą lubiłam zarówno kupować jak prać, prasować i
wybierać ubrania dla mojego męża. Po prostu to lubiłam. Tak jak lubiłam robić
dokładnie to samo dla siebie.
Lubiłam nasze nowe mieszkanie na
piętrze. Skośne ściany, dość duża łazienka pozbawiona drzwi. Bardzo duża wnęka
schowka na ubrania Cały pokój nie posiadał żadnego mebla poza materacem i jedną
komodą z szufladami oraz metalową wąska i wysoką, fantazyjnie powyginaną szafką
z półkami, które zajmowały moje nieliczne książki. Kolory łagodne i jasne.
Niebieski i biały i elementy zieleni. Dwa kwiatki. Dwa narysowane przeze mnie
pastelami rysunki. Żaden z moich obrazków nie pasował do łazienki, której
złoto-żółta oryginalna tapeta uniemożliwiała mi dokupienie jakichkolwiek sensownych
dodatków. Mydelniczka, zasłonki do wanny zakupione zostały w kolorze
przezroczysto-białym. Lubiłam patrzeć na niego gdy brał prysznic. Spoza
zasłony. Lubiłam wiedzieć, że on robi to samo. Kochaliśmy się zaraz potem.
Tylko po to aby wziąć prysznic jeszcze raz. Razem. Byłam nieraz zmuszona
kilkakrotnie wskakiwać pod prysznic - całe ciało musiało być czyste przed
modlitwą.
Nie lubiłam gotować w kuchni
przyjaciółki. Ta jasna, pełna słońca kuchnia była szalenie miłym miejscem,
jednak nie lubiłam robienia roti na kuchence bez ognia. Nie mogłam robić roti! Frustracja.
Ceniłam te placki o wiele wyżej od amerykańskiego chleba. Czasami jednak nie
gotowałam nic. Zamawialiśmy pizze albo wychodziliśmy na kolację. Bywały okazje.
Tak ważna, jak nasza rocznica ślubu. Tak niemiła jak fakt, że on niedługo
wyjeżdżał do Pakistanu. Poszliśmy wówczas do restauracji włoskiej. Olive garden
posiadał rzeczywisty urok, mimo że była tylko jedną z sieci popularnego w
Ameryce systemu franchise. Zamówiliśmy pizzę i spaghetti. Czarna chustka
pakistańska, którą dostałam od niego przeszkadzała mi trochę w jedzeniu. Zdążyłam
ją już ubrudzić. Zawsze zastanawiałam się jak kobiety zakrywające usta potrafią
pić spod zasłony, bo jeść nie sposób.
Gdy po dwu godzinach
opuszczaliśmy Olive garden, kierując się do samochodu, Farid kontynuując naszą
rozmowę podczas lunchu na temat jego wyjazdu do Pakistanu, powiedział coś, co
sprawiło że na chwilę przystanęłam i zamilkłam, oszołomiona i zaskoczona jego
słowami.
- A jeśli poznasz kogoś podczas mojej
nieobecności, i polubisz, wiedz że nie będę stawał wam na drodze do szczęścia.
- Farid! – wykrzyknęłam w końcu cicho gdy
oprzytomniałam. – jak możesz tak mówić? W ogóle po co o tym mówisz i myślisz? Tak
jakby było ci wszystko jedno! Jakby... – zabrakło mi tchu – I nie będziesz
zazdrosny? I nie będziesz starał się mnie odzyskać? – dodałam jeszcze wciąż
pełna żalu i zdumienia.
- Nie będę. Dlaczego miałbym. Chcę, abyś była
szczęśliwa, więc jeśli będziesz z nim szczęśliwa, co mam do powiedzenia?
- A jeśli kochać będę was obu? – zapytałam
przewrotnie na przekór samej sobie i temu co pierwotnie chciałam powiedzieć
- Nie bądź śmieszna. To niemożliwe – odrzekł i potem już cisza. Cisza, której żadne z nas
nie przerwało. Oboje badaliśmy własne myśli i własne serce. – A jeśli... A jeśli ...
Assalaam alaikum, Anno
Powrót do Karachi nie
odbył się bez problemów. Jechałam jak wiesz sama. Moi rodzice wrócili
wcześniej, a bracia postanowili zostać w Stanach Zjednoczonych kilka tygodni
dłużej. Podróż samolotem była bardzo przyjemna, jak nigdy udało mi się
całkowicie uspokoić i zapomnieć o przeogromnej ilości kilometrów, jakie
dzieliły mnie od ziemi. British
airways. Rzadko zdarza mi się lecieć tymi liniami, są wyjątkowo ekskluzywne i drogie
jednak komfort lotu jest cudowny. Wygodne siedzenia, słuchawki do odsłuchu radia
lub TV, koc, poduszka ciepłe skarpety, chusteczki nawadniane, pachnące,
osobisty ekranik na którego kanałach mogłam obejrzeć kilka filmów jeden za
drugim. Niezależnie od innych pasażerów. Każdy wybierał sam własny seans.
W ostatniej chwili
kupowałam bilet na samolot. W ostatniej chwili również poinformawalam załogę
samolotu, że przyjmę jedynie wegetariański posiłek i nie było to żadnym
problemem. Zawsze mieli do dyspozycji dwa typy posiłków. Liniami brytyjskimi
łatało tak wielu Azjatów, Hindusów Pakistanczykow! Obserwowałam zachowanie
stewardów w momencie turbulencji i lotu w chmurach. Stanowili oni większość. Stewardess
było niewiele. O ósmej rano byłam w Londynie i stamtąd czekał mnie już samolot
do Dubaju i kolejna przesiadka do Karachi.
Ale mówiłam o Karachi. Czasami
nie mam ochoty opowiadać o Pakistanie, aby nie dołączać się do grona ludzi
stwarzających dziwną psychozę jeśli chodzi o kraje muzułmańskie. Niezależnie od
panującej wojny, zamachów, działalności terrorystów i epidemii chorób Pakistan
się nie zmienia. Dla nas mieszkańców jest to wciąż ten sam kraj. To prawda,
wojsko okupuje lotnisko, w rożnych częściach miasta policja i wojsko są obecne.
To prawda, wyprawy na północ kraju są niebezpieczne, wciąż toczą się walki w na
granicy z Kaszmirem. Kobieta samotna nie powinna podróżować, kobieta
posiadająca męża, braci, ojca nie powinna podróżować bez ich opieki. Obcokrajowiec
kobieta nie powinna w ogóle zapuszczać się samotnie wgłąb kraju. Ale ludzie
wciąż podróżują. I fakt, że zatrzymało mnie wojsko w Karachi na lotnisku i
urzędnicy imigracyjni zapytując o towarzystwo mahram czyli mężczyzny z mojej
rodziny był dla mnie naturalny. Odpowiedziałam że leciałam z Houston samotnie,
że oczekuję na lotnisku na przyjazd ojca. Pokiwali głowami i kazali czekać w
jednostce imigracyjnej nie zaś na zewnątrz. Czekałam. Dopiero po kilku
godzinach ojciec, który dowiedział się dzięki władzom lotniska, o co chodzi
dotarł do mnie. Zabrał do domu. Nareszcie. Byłam w Pakistanie. Byłam w Karachi.
Nie
zapomniałam o twoim przepisie! To przepis na sałatkę owocowa. Jest jej wiele
odmian, ja wybrałam tę, którą lubię najbardziej. Pochodzi z Indii gdzie urodził
się mój ojciec. Oto ona:Włóż wszystkie owoce do salaterki i zmieszaj z sokiem
cytrynowym. Zmieszaj wszystkie przyprawy, cztery
łyżki świeżego soku z cytryny, dwie łyżeczki pieprzu chilli, jedną łyżeczkę
nasion kminku w proszku, jedną łyżeczkę papryki słodkiej w proszku, jedną
łyżeczkę soli, jedną łyżeczkę czarnego pieprzu, pół łyżeczki mięty, jedną
łyżeczkę imbiru w proszku. Zmieszaj dobrze. Przykryj salaterkę i wstaw do
lodówki , co najmniej na godzinę.
Pozdrawiam
Mariam
Halva
2 łyżki Sujji (kasza manna)
2łyżki oleju
4 łyżki cukru
1/2 szklanki wody
3 małe kardamony
żółty barwnik (opcjonalnie)
Od tygodnia już trwała nasza przeprowadzka do nowego biura. Domowe biuro
przestawało istnieć. Krążyłam wokół biurka Farida jak ptak, szukajac co by tu
jeszcze bezpiecznie schwycić i zapakowac do toyoty, co by tu jeszcze niezauważalnie
zapakować do pudeł i wynieść do nowej siedziby firmy. Byłam zmęczona. Z upartością
osiołka codziennie pakowałam do samochodu kilkanaście kartonów i wywoziłam je o
dziesięć minut drogi samochodem do biura na ulicy Gonzalez. Przeprowadzki trwały
do późnych godzin nocnych, gdy Farid siedział jeszcze przy komputerze, już po
kolacji.
Jednego z tamtych dni, gdy chandra niemal mnie nie opuszczała jak wierna
przyjaciółka, wyjechałam późnym wieczorem do biura. Ostatnie dni przeprowadzki.
Testowałam połączenia internetowe na świeżo założonych liniach telefonicznych.
Nie rozstawałam się wtedy z laptopem. Usiadłam przy złożonym poprzedniego dnia
moim biurku i spojrzałam w zamyśleniu w okno. Laptop właśnie schwycił chciwie
połączenie internetowe, wyskakiwały na raz wszystkie messengery, ich okienka
zajmowały pulpit, kolejno je minimalizowałam. Kilka wiadomości od Farida, który
czekał w domu na kontakt ze mną. Za oknem zrobiło się ciemno, usłyszałam
szelest deszczu, który coraz gwałtowniej walił w szyby. Padało rzęsiście. Wyjście
w tej chwili było niepodobieństwem jednak i za godzinę sytuacja nie uległa
zmianie. Chciałam iść do domu. Zmęczenie dawało mi się we znaki. Samochód
wyładowany po brzeg, zapakowany meblami, których nie miałam możliwości sama
wnieść po schodach do biura. Czekały na Farida. Woziłam je już od dwu dni. Lało.
Wyjeżdżając na główną ulicę zaczęłam myślami towarzyszyć Faridowi. Nie mogłam
sobie wyobrazić, że już za kilka dni miałam zostać sama. Sama z biurem i
problemami. Samotna. Aż do mojego wyjazdu do Polski. A potem kto wie, kiedy
przeznaczał nam los spotkanie. Farid miał przecież trudności z uzyskaniem wizy.
Jego ulubionym autoironicznym stwierdzeniem było to, że „potrzebuje on wizy
nawet po to, by odwiedzić toaletę.” Nie wiedziałam, że niedługo miało mieć
miejsce pewne nieprzyjemne wydarzenie, które sprowadziło na mnie depresję
trwającą aż do momentu wyjazdu Farida.
Ulewa nie zmiejszała się ani odrobinę. W pewnym momencie, przy pierwszym
skrzyżowaniu, po przejechaniu zalednie kilkuset metrów ogarnęła mnie panika.
Nie widziałam niemal nic. Poza szybą ściana wody. Zdecydowałam więc zakręcić i
złożyć nieoczekiwaną wizytę April, która mieszkała niedaleko naszego biura.
Mendoza street, i numer piąty. Poczułam ulgę widząc palące się w oknie światło.
April tak trudno było zwykle zastać w domu. Dziś jednak wszyscy już chronili
się zapewne w zaciszu własnych domów, jedynie ta szalona, ta wariatka Anna
miała idiotyczne pomysły przejażdżek w strugach deszczu. April powitała mnie
piskiem radości. To była cała ona. Entuzjazm i optymizm. Energia i
zdecydowanie. Poczęstowała mnie swoją włoską sałatką i grzankami i już po
chwili siedziałyśmy z jej urządzonym w stylu marokańskim salonie, który
przesycony był intensywną ciemną czerwienią. Plusze, tiule i woalki. W
zagłebieniach murów malowanych na śnieżno biało jej instalacje, obrazy i
rzeźby. Zaczęłyśmy rozmawiać o sztuce. Jak zawsze. O naszych projektach, jej
wystawach, moich książkach. Nie wiedziałam kiedy minęły dwie pełne godziny i
przygasła za oknem ulewa. Dyskusję przerwał nam dźwięk mojej komórki.
- Tak tak , kochanie, już jadę do domu. Musiałam gdzieś się zatrzymać. Lało
rzęsiście. .. Tak, u April. Będę za pół godziny. Pa. Salam alaikum. – moje
tłumaczenia nie mogły uspokoić jego wzburzonego głosu. Myślał, że coś się
stało. Że najgorsze. I jakże mogłam nie zadzwonić. W istocie. Mogłam zadzwonić.
W towarzystwie April byłyśmy jednak całkowicie poza światem rzeczywistym,
byłyśmy w naszym świecie. Jaka szkoda, że wkrótce miałam ją stracić, tę
przyjaciółkę muzułmankę, odbierającą na tych samych falach, która rozumiała
mnie jak nikt.
- Ale obiecaj mi, że przyjedziesz do Europy. Och, jeśli nie chcesz do
Polski, spotkajmy się gdzie indziej. Paryż? Londyn?
- Ale dlaczego nie? Moja znajoma miała ostatnio wystawę w Warszawie. Ale
wiesz, nazwy miejsce nie pamiętam. Dobrze. Obiecuję. Spotkamy się. A ty! Ty nie
zapomnij zaprosić mnie na promocję swojej pierwszej książki! – rozstałyśmy się
w śmiechach i rumieńcach. Podniecone wysnutymi projektami. Może nie taka znów
smutna miała być ta przeszłość?
Udaliśmy się z Faridem następnego dnia do biura, aby wyładować meble i
rozgościć się w nowym miejscu. Farid zdecydował w końcu przenieść siebie i swój
komputer. Słyszałam wiec wciąż jego narzekania na brak kawy, na niedobrą
herbatę, brak mleka. Woziłam bowiem wszystko z domu do biura i często
rozmaitych rzeczy zapominałam. - To nie dom, mój drogi, skończyła się wygoda -
odpowiadałam więc tylko na wszystkie jego marudzenia. W takim nastroju, oboje
od tygodni lekko zdenerwowani poszliśmy oglądać salę konferencyjną, w której
mieliśmy przyjąć naszych klientów przyjeżdżających za kilka dni do Pensacola.
To miał być ostatni kontrakt zawarty przez Farida przed wyjazdem.
Sala była właściwie nieduża, zamazana tablica, której nie można było już
doczyścić chemicznymi środkami, ślady flamastra przebijały kilkoma warstwami.
Miejsce spełniało jednak wszystkie nasze wymagania i oczekiwania pod względem
wyposażenia.
- Dobre miejsce na salę wykładową dla ciebie. Zawsze chciałaś uczyć. Kursy
języków obcych? Co ty na to? Jako wynajmująca biuro mogłabyś wykorzystać tę
salę do różnych celów – nieoczekiwanie przerwał ciszę, gdy staliśmy pośrodku
sali każde zatopione we własnych myślach.
- Być może. Nie myślałam o tym jeszcze – powiedziałam opryskliwie, choć
prawdą było że myślałam o tym wiele. Lekcje były dobrym pomysłem, jednak
uparcie brnęłam dalej agresywnie odnosząc się do jego wypowiedzi - Nie wiem,
czy będę na to miała czas, wobec konieczności nadzorowania całego naszego
biura.
- Oh nie żartuj. To nie jest tak wielka odpowiedzialność, ani nie pochłonie
ci to aż tyle czasu. Będę nadzorował biuro z Pakistanu.
- Nie mówmy o tym. Nie wiem jak długo zostanę w Pensacola. Chciałabym
wyjechać do Polski! Zapominasz o moich problemach wizowych!
- O czym ty mówisz? – obruszył się. Nie możesz wyjechać już teraz, poczekaj
aż wrócę do Stanów. Nie możesz zostawić biura Kate. Zastanów się
- Dlaczego ty się nie zastanowisz nad konsekwencjami, jakie pociągnie za
sobą twój wyjazd? A jeśli nie będziesz mógł wrócić? A jeśli odmówią ci wstemplowania
wizy pracowniczej w paszporcie? Sam mówiłeś że jest taka możliwość! Wtedy
pozostaniesz zupełnie bez wizy!
- Nie panikuj, Anno! Dobrze, jesteś zdenerwowana. Porozmawiamy później.
Chodź, jedziemy na obiad. Daj kluczyki, ja prowadzę. – skierowaliśmy się w stronę
Forda.
Nastała chwila milczenia, ledwo jednak wyjechaliśmy na ulicę, rozmowa
powróciła na dawne tory. Nie umiałam powstrzymać potoku żalu i przygnębienia.
Robiłam mu wyrzuty, że wyjeżdżał do Pakistanu właśnie teraz gdy nowe biuro
dopiero powstało, gdy wiele rzeczy było dla mnie wciąż jeszcze zagadką. Widziałam
jak wzrastała jego irytacja i jak próbował ją powstrzymywać. Wiedziałam
również, że prawdziwy powód do wyrzutów był inny, ten którego nie śmiałam
wyciągnąć na światło dzienne. Myślałam wciąż o tym, że Mariam niedawno
wyjechała do Pakistanu. Czyż nie mieszkali oboje w Karachi? Dlaczego tak
spieszył się, aby wyjechać do domu? Czy to była zazdrość? Nie wiedziałam. Nie
wiedziałam, co się ze mną dzieje. Wiedziałam natomiast, że Farid podjąwszy
decyzję o wyjeździe w ogóle nie przyjmował moich racji i skarg. Był na nie
obojętny. W pewnym momencie ta postawa zmieniła się jednak w agresywną, gdy
usłyszałam jak on z kolei wyrzuca mi, że nie potrafię się usamodzielnić i
podjąć odpowiedzialności, że myślę o wszystkim tylko w czarnych kolorach. Próbowałam
przeczyć. W końcu, zdenerwowana, wypaliłam nie w porę – jeśli nie będę dawać
sobie rady, jeśli będzie mi tu źle i samotnie, po prostu zostawię wszystko i
wyjadę do Polski, ot co! Cała ta historia z wizami doprowadza mnie już do
szalu!
- Oczywiście! Teraz gdy zainwestowaliśmy już kilka tysięcy w nowe biuro
oraz nasze wizy, ty mówisz mi że jest ci wszystko jedno i po prostu wyjedziesz
do Polski?
- Dlaczego z tobą każda rozmowa schodzi na temat pieniędzy? Wciąż tylko
pieniądze i pieniądze! – powiedziałam rozżalona nie zauważając, że rozmowa
przybiera dość tragiczny obrót i oboje tracimy nad sobą kontrolę.
- Świetnie! W takim razie mnie jest już wszystko jedno. Ja wychodzę, rób co
chcesz, nie chce cię znać. Do widzenia! – mówiąc to zatrzymał gwałtownie
samochód, wjechawszy w małą ulicę po prawej, wyłączył silnik, zostawił kluczyki
w stacyjce i wysiadł. Po prostu wysiadł i zanim zdałam sobie sprawę z tego, co
właśnie się stało widziałam go już jak szedł o kilkanaście metrów dalej
piechotą w stronę głównej ulicy i domu. Cała sytuacja zdała mi się wówczas
groteskowa. Nie mogłam uwierzyć, że tak właśnie się zachował, że tak się
zachowaliśmy oboje, nie mogłam uwierzyć że to, co przed chwila się stało,
rzeczywiście miało miejsce. Znałam go zaś na tyle, by wiedzieć, że tego typu
kłótnie trwały długo. Byłam jakby otępiała. Miałam ochotę płakać jednocześnie i
śmiać się. Mając wciąż poczucie groteskowości sytuacji, pojechałam za nim prosząc,
by wsiadł do samochodu. Odmówił Pozwoliłam mu iść do domu na piechotę. Najwyraźniej
taka była jego wola. Sama nie pojechałam do domu. Czego szukać miałam tam, w
tym pustym miejscu, z którego niemal całkowicie się już wyprowadziliśmy, gdzie
pozostało jeszcze kilka cięższych mebli, czekając na ostateczny termin
wyznaczony nam przez właściciela. Jeździłam po mieście, bezcelowo. Pojechałam
na wybrzeże. Spacer mnie nie uspokoił. Wracając, zauważyłam Farida, jak szedł
chodnikiem. Minęła już niemal godzina. Do domu nie było blisko. Wiedziałam że
nie ma sensu ponawianie pytań. Pojechałam do koleżanki. Nasze poddasze wydało
mi się obce. Zaczęłam się niepokoić, gdy po kilku godzinach jego wciąż nie
było.. Zasnęłam. Nie usłyszałam czy dotarł do celu czy nie. Dopiero wyszedłszy
na zewnątrz zauważyłam że nie ma toyoty, byłąm pewna, że pojechał do biura.
Tego dnia nie wrócił na noc. Czekałam długo. Podobnie następnego, prawdpopodobnie
nocował w starym domu, gdzie pozostały wciąż jeszcze dwa materace. Nie
pojawiłam się w biurze kolejnego dnia. Nie miałam siły spojrzeć mu w oczy. Może
ta rozłąka była nam potrzebna – myślałam. Wyciszymy się i oboje zastanowimy nad
sytuacją i nad przyszłością. Tak przecież już bywało. – pocieszałam sama
siebie. Farid pojawił się w domu trzeciego dnia. Bez słowa robił sobie herbatę i
śniadanie. Odpowiedział na moje assalam alaikum, jednak nie padlo ani jedno
słowo odpowiedzi na kolejne moje pytania dotyczące posiłku. Stałam przy kuchni
przygotowując warzywa na zupę i chińskie danie. Nie zadawalam już więcej pytań,
przyjmując jego milczący sposób zachowania podobnym milczeniem. Gdy zagotowała
się jednak woda zasypałam mu herbatę i po chwili przygotowałam mu ja z mlekiem
i podałam. Podziękował, wypił i wyszedł. Nie wiedziałam czy w ogóle coś jadł.
Nie miałam odwagi podnieść na niego oczu, nie chciałam by widział, że płaczę.
Wiedziałam że to wprowadzi go po raz kolejny w irytację. Czekałam więc aż
nadejdzie odpowiednia chwila do rozmowy. Zaczynało mi wszystko ogromnie ciążyć.
Trudna komunikacja, oschła i zimna w biurze, jej brak w domu przez kolejne
kilka dni Farid nie wracał na noc do domu, przychodził aby przebrać się, zrobić
sobie herbatę jaką lubił, z hinduskiej mieszanki, z mlekiem.
Zbliżał się dzień w którym ostatecznie należało wyprowadzić się ze starego domu.
Zajęłam się więc pakowaniem. Tym razem na moje pytania Farid odpowiedział jasno
i konkretnie, mogłam zabrać wszystko, zamierzał wrócić na poddasze do domu
Kate. Odetchnęłam. Poczułam się nagle bardzo zmęczona. Miałam ochotę na
odpoczynek, chociaż dziesięć minut w łóżku. Obiecałam więc że zajmę się
ostateczną przeprowadzka i zawiadomię go w momencie gdy trzeba będzie wynosić
cięższe sprzęty. Konwersacji tej wciąż nie można jednak było nazwać rozmową.
Sucha wymiana suchych faktów. Musiałam się położyć. Czułam się opuszczona i samotna,
miałam ochotę żebrać o odrobinę czułości i kilka miłych słów i czułam że jeśli
za chwile się nie położę, upadnę lub zemdleję. Zastanawiałam się jakie uczucia
towarzysza omdleniu. A może jest to tak nagła utrata świadomości że żadne
uczucia się nie pojawiają? A może.. a może.. Usnęłam. Obudziłam się dopiero po
ponad trzech godzinach. Było już po południu. Przygotowałam sobie szybko
herbatę i udałam do starego domu.
Toyota. Farid. Po chwili wahania weszłam jednak. Zastałam go w łazience w
momencie obmycia przed modlitwą. Wycofałam się cicho spoglądając tylko z
drugiego pokoju przez półotwarte drzwi. Widziałam jak bardzo powoli mył ręce,
twarz, szyję, stopy. Wyszedł i skierował się do dużego pokoju, gdzie na
podłodze leżała mata do modlitwy. Pod wpływem odruchu wstałam wzięłam druga
matę i ułożyłam ją nieco z tyłu, chcąc przyłączyć się do modlitwy. Farid
rozpoczął. Wiedząc, ze stoję za nim, wypowiadał odpowiednie części na głos.
Allahu Akbar. Jednocześnie schylaliśmy się i klękaliśmy kłaniając. Dawno nie
czułam tak wielkiego spokoju jak podczas tej właśnie modlitwy. Po skończeniu
siedział długo bez ruchu na klęczkach. Odwrócił się w końcu i przytulił mnie widząc że płaczę. Słyszałam tylko już jego słowa. To był
dziwaczny potok słów, zmieszanych. Żal obok czułości, złość obok spokoju. Jak
rwąca rzeka. Raniły mnie te słowa, jednocześnie uspokajając. Wiedziałam że musiał
je z siebie wyrzucić. Słyszałam jak narzekał na niezrozumienie i moją
niewdzięczność, jak mówił, że nigdy nie odmawiał mi pomocy ani pieniędzy, ani
czułości, starał się mnie kochać tak jak potrafił. - Nie ufał mi? Jak mogłam
myśleć że on kiedykolwiek mi nie ufał! To ja dawałam dowody że mu nie ufam,
myśląc że wyjedzie i zostawi mnie samą. I te pieniądze, przecież to nie było
ważne. Tak bardzo go zraniłam! Nie wiedział, czy to zajście, ta kłótnie odnowi
to co było miedzy nami. – W mojej głowie mieszały się moje myśli i jego słowa.
Nie wiedziałam już które są czyje.
Przypomniałam sobie nagle jak kiedyś ze śmiechem mówił, odpowiadając na
moje narzekania, że nie dość często powtarzał mi zapewnienie, że mnie kocha.
- Gdy przestanę cię kochać, na pewno to
poczujesz i zauważysz. – Czy przeżywaliśmy właśnie ten moment? Czy to już? Te
kilka dni, gdy nie byliśmy razem, gdy byliśmy razem fizycznie a oddzielnie duchem,
były nie do zniesienia. Byłam psychicznie i fizycznie zmęczona jego
obojętnością. Brak czułości wysusza i zniechęca. Wróciłam świadomością do tego,
co on mówił. A on mówił wciąż o braku zaufania do niego. Musiałam nieostrożnie zranić
jego dumę męską, jego ego.
Nagle wstał odsunął mnie od siebie i wyszedł. Usłyszałam odgłos silnika.
Zapewne pojechał do biura. Wstałam więc powoli, oszołomiona znów nie wiedząc za
bardzo co się stało i co dalej. Zaczęłam sprzątać i wynosić przedmioty do
samochodu. Tej nocy przyszedł na poddasze. Było po północy. Poczułam tylko jego
cieple ciało i otaczające mnie ramiona. Tak mi go brakowało.
Wspólnie skończyliśmy
wyprowadzkę ze starego domu, bez jednego konfliktu, bez jednego gwałtownego
słowa czy podniesionego tonu globu. Spokojnie. Oboje jednak czuliśmy, że coś między
nami zwietrzało, czy uleciało. Nadchodził dzień jego wyjazdu. Powoli zaczęłam
pakować jego walizkę. Starałam się nie myśleć o jego wyjeździe, koncentrować
uwagę na mało ważnych codziennych sprawach: skarpetki i koszule, wpłaty i wypłaty
z banku, kilka wierszy, herbata trzy razy dziennie. Z mlekiem. Jakiś obiad.
Pakistański.
Lot o godzinie osiemnastej. Przygotowałam obiad. Bardziej niż zwykle denerwowały
mnie palniki bez gazu, bardziej niż zwykle przypaliło mi się roti. Wszystko
leciało mi z rąk. Kate spoglądała na mnie spod oka, milcząco. Podczas zmywania
poczułam lekki uścisk, gdy podeszła, objęła mnie i szepnęła kilka ciepłych
słow. I wyszła. Zostaliśmy sami. Miałam nadzieję, że Farid nie będzie
chciał już tego dnia jechać do biura.
Tam mało pozostało czasu. Spoglądałam na jego głowę pochyloną nad komputerem.
Siedział w jedynym z małych foteli w saloniku na pograniczu kuchni. Siedziałam
tuż za jego plecami przy wysokim kuchennym stole na jednym z trzech barowych
stołków. W ciszy. Piliśmy herbatę, która zawsze smakowała jednakowo dobrze. Po
kilku godzinach, gdy nie było go już w obok mnie, gdy wiedziałam Że lecieć
musiał wówczas gdzieś ponad oceanem spokojnym, przywoływałam tę scenę picia
herbaty, gdy nie spagladalismy sobie w oczy a jednak czuliśmy wzajemnie swoją
obecność. Nie ciążyła nam cisza, nie przeszkadzały mi odgłosy messengerów, ani
jemu moje szczękanie naczyniami gdy sprzątałam ze stołu. Czysta codzienność, a
jednak wydawała się tak inna. Po tej jednej kłótni wszystko zdawało się inne i
codzienność niecodzienna. Jakby droższa. Ważniejsza.
Dostałam pierwszy po wyjeździe jego e-mail. Pamiętam że otwierałam list z
biciem serca, tym większym że nieoczekiwanie, w momencie gdy już miał się otworzyć,
zawiesił się program. Kolejno zamykane procesy nie pomogły. Kilka minut
oczekiwania które tylko powiększyły moje napięcie i obawę. Dlaczego się
właściwie obawiałam? Przecież rozstaliśmy się w zgodzie, przecież było jak
dawniej. – przekonywałam samą siebie. Otworzyłam jeszcze raz po restarcie
komputera wiadomości, czytałam i powoli zaczynałam przyjmować do świadomości,
że nic nie było już takie ja dawniej. –
„ Anno, chciałbym aby Mariam została moja żoną.
Zawsze ja kochałem..
chociaż ty nie wiedziałaś o tym.
Nie znałaś naszej historii.
Była zaręczona,
nie wiedziałem że jest mi przychylna.
Teraz wiem.
Kocham was obie. – Ah tak? Nieoczekiwanie dla samej siebie przyjęłam postawę ironiczną, a
może postawę obronną. I ten jego styl pisania każdego zdania w oddzielnej
linijce. Przejrzysty. Widoczny. Każde zdanie było niezależne i niezależnie od
innych niosło wiele informacji. - Czy
zgadzasz się na to?
Chciałem się z tobą rozwieść.
Tyle konfliktów tyle problemów
ale Anno, nie potrafię bez ciebie żyć.
Mariam jest Pakistanką, rozumie mnie
i zachowuje się tak, jak tego
oczekuję,
nie wiedziałem że odwzajemnia moje uczucia do momentu, gdy nie powiedziała
mi o tym,
Ty jesteś inna. Tęsknię za tobą.
Ale jedź do Polski. Tak. Jedź do Polski.
Miałaś racje. Odpocznij. Przemyśl wszystko.
I powiedz mi, co zdecydowałaś.
Jeśli zdecydujesz się zostać ze mną, masz rezerwacje na lot do Pakistanu.
Za cztery tygodnie. Czy to wystarczająco dużo czasu na podjecie decyzji?
Chce cię zobaczyć. Przyjedź. - Przyjedź. Tak? A widzisz.. Mówiłam, że można
pokochać więcej niż jedną osobę.
Salam Anno,
Chciałabym, aby cały ten list wyrażał tylko jedno – moją przyjaźń dla
ciebie. Nie. Ona nie jest ani łatwa ani czysta. W istocie byłoby milion
dwieście powodów, dla których nie mogłabym cię zaakceptować jako moją
przyjaciółkę. Ale jesteś już teraz moją siostrą w islamie. I jesteś mi bliska.
A co najważniejsze jesteś kobietą. Rozumiem cię więc i ty, jak sadzę, możesz
mnie zrozumieć. Ale ten list poza wyrażeniem mojej dla ciebie przyjaźni ma
jeszcze przekonać cię o moim uczuciu dla Farida. To nie jest wczorajsza historia.
To historia wieloletnia, a właściwie nie tak. Nigdy go nie kochałam. Może wciąż
nie kocham tak jak ty. Czy ja w ogóle wiem, co to jest miłość romantyczna, co to
jest zakochanie i pasja miłości? Nie wiem. Jestem Anno, muzulmanką i Pakistanką
o tradycyjnym wychowaniu. Farid o tym
wszystkim wie. Jednak jest to mężczyzna, któremu ufam, a to jest najważniejsze.
I wiem że mnie nie skrzywdzi. I ufam tobie. Proszę powiedz mi, jaką decyzję
podjęłaś, abym i ja mogła podjąć swoją.
Mariam
PS. Halva to bardzo stary tradycyjny deser induski. Nie przypomina halvy
arabskiej. Włóż kaszę mannę i olej do
garnka razem z nasionami kardamonu i smaż aż zrobi się delikatnie
brązowe, na bardzo małym ogniu, w międzyczasie połącz wodę i cukier, gotuj tak, aby powstał syrop. Dodaj syrop do sujji
czyli manny , uważaj abyś się jednak nie poparzyła, może pryskać! Wszystko to
gotuj na małym ogniu, tak, aby uzyskało odpowiednią gęstość. Jeśli chcesz
uzyskać halvę w kolorze, dodaj barwnik do syropu zanim wlejesz syrop do sujji.
Ten przepis zamyka właściwie całą tę listę przepisów, które ci podałam w
listach. To był ostatni stopień wtajemniczenia. To deser, to zwieńczenie
posiłku typowo pakistańskiego. Opisałam ci w pierwszych listach dania
najprostsze, potem uczyłaś się trudniejszych. Kilka małych dygresji
europejskich miało tylko udowodnić może, że my, Pakistańczycy nie jesteśmy aż
tak zadufani w sobie, aż tak odcięci od świata. My też podatni jesteśmy na
wpływy obce. Akceptujemy je, choć przekształcamy na swój sposób. Te wszystkie
przepisy, te potrawy, które zapewne złożyłaś w swoim notatniku tworzą idealny
posiłek pakistański. Od dań warzywnych bhadźi, przez mięsne obowiązkowe –
salan, aż do sałatek chutney, dodatków, sandwichy i w końcu smakowitego
przesłodkiego deseru. Bo w Pakistanie nie lubimy letniości i nijakości. Smak
powinien być zdecydowany. Ostry lub słodki. Lub ostrosłodki.