Problem nosa

 

Podniosłam głowę sponad książki i spojrzałam podejrzliwie na osobę siedzącą przede mną. Zbliżyłam delikatnie nos, wciągnęłam powietrze i wiedziałam, nie na pewno, ale z pewnością częściową, że to nie ta osoba. Rozejrzałam się po autobusie i dostrzegłam staruszka menela, który wyglądał na pijaka, bezrobotnego i bezdomnego. Był ucieleśnieniem wszystkich albo jednej choćby z tych kondycji. Sic! To musiał być on. Znalazłszy kozła ofiarnego, schyliłam czym prędzej głowę, nos wtykając w szalik i kurtkę i starałam się nie oddychać tym nieoczekiwanym nieznośnym smrodem, który bił tak silnie, że było to niemal dziwaczne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę możliwości smrodliwościowe takiego smutnego małego bezrobotnego staruszka.

Starałam się znów skoncentrować na moim czarno białym z okładki i środka, ruskim po lewej i polskim po prawej stronie, tomiku wierszy Achmatowej. Wiersze czytało się lekko i przyjaźnie. Nie starałam się wczuwac w epokę lat dwudziestych czy czterdziestych dwudziestego wieku. Wciąż jednak widziałam ją jak w szerokiej mufce chowa ręce i bezradnym wzrokiem spogląda w krąg sali czekając na tego, który się nie pojawił. I brzmiał mi w uszach głos jednej z piosenkarek Piwnicy pod Baranami, która kilka tych wierszy Achmatowej zaśpiewała bardzo pięknie i przekonująco. Tak, że już wierszy tych nie mogę czytać bez towarzyszenia grającej zdalnie w mojej głowie muzyki. Muzyka, słowa i... odrażający zapach sczepiły się w jedno w moim umyśle i powstała nieoczekiwana kombinacja, która nastawiła mnie jednocześnie agresywnie i asertywnie do świata. Czekałam z utęsknieniem ostatniego przystanku autobusowego na pętli i możliwości opuszczenia znienawidzonego zasnutego smrodem środka lokomocji. I niechże przeklęty na wieki smrodliwy staruszek wysiądzie wreszcie i zabierze ze sobą swój najsmrodliwszy ze smrodków.

Otworzyły się wreszcie drzwi autobusu i ten moment, który wszystkim pasażerom zdawał się zbawienny w istocie był niemałą niespodzianką – w momencie gdy buchnął w nozdrza zapach jeszcze ostrzejszy od tego, jaki towarzyszył nam od kilku minut wewnątrz autobusu. Obserwowałam już tylko, mimo wszystko z rozbawieniem poszczególne osoby, jak zamknąć, zakneblować próbują nozdrza i ruszają czym prędzej w wielkim pośpiechu ku własnym domostwom. Ulewny deszcz nie zmusiłby nikogo do pośpiechu jeszcze większego. Ruszyłam i ja, szybkim krokiem w kierunku swojego oddalonego znacznie od przystanku bloku o numerze 66. Otworzyłam szybkim ruchem nigdy nie zatrzaśnięte, niedomknięte, bo nie było takiej możliwości w moim zdemolowanym starym bloku drzwi klatki schodowej. Byłam jak się okazało jedyną osobą, której trasa w kierunku domu była tak długa. Gdy odwróciłam na chwilę głowę zauważyłam, że za mną nie było już nikogo. Wymarłe pustkowie. Odludnione osiedle. A może po prostu wszyscy nie bacząc na śmieszność rzucili się do biegu wkierunku swych domów, a gdy wreszcie ich dopadli, postanawiali nie opuszczać ich aż do dnia następnego, czując jak ten trudny do określenia zapach zmusza ich do mdłości i wymiotów, jak powoduje skurcze żołądka i boleści i ból głowy. To było specyficzne pomieszanie zapachu nieczystości, rozkładającej się żywności z odorem, jaki wydaje padlina – do takiego w przebłysku myśli doszłam wniosku – to musiało być rozkładające się zwierzę, zwierzęta, a może może.. Nie śmiałam dalej posunąć rozważań...

Jechałam już windą. Trzecie piętro, drzwi i dom. Wedle moich najgorszych przeczuć okna pozostawiłyśmy otwarte, zapach zdążył więc przesycić juź kuchnię i mój pokój sypialny. Pospieszyłam, aby zamknąć szczelnie oba. Zapaliłam wszystkie świeczki zapachowe oraz zioła przywiezione z Emiratów przypominające te, które przeznaczano na kadzidła kościelne. Odetchnęłam z ulgą. Czułam się znacznie lepiej. Mogłam zrelaksować, usiąść wypić herbatę z mlekiem, spojrzeć w okno w kuchni i zajrzeć w okna sąsiadów w bloku naprzeciwko. Wszystkie były zamknięte równie szczelnie jak moje. Usłyszałam szczęk kluczy. Pojawiła się Kasia wspólokatorka i opowiadać zaczęła podniecona i wzburzona historię, która kropla w kroplę przypominała moją sprzed godziny, o autobusie pośpiechu i odrazie.

Stwierdziłam głośno, że teoria śmieci raczej odpada ale może są to rozkładające się otrute przez mieszkańców szczury. Był to przecież ewidentny zapach padliny. Szczury, jestem pewna – upierałam się.

Siedzimy we dwie z ponurymi minami naprzeciwko siebie, w kuchni, przy oknie. Dzwonek. Pojawił się chłopak Kasi, przyłączając się do ogólnych narzekań na zapach nie do zniesienia i wysuwając przypuszczenie, które doprowadziło nas do pustego śmiechu. – to musi być trup...

I zaczął opisywać swoją teorię ,dając ujście narzekaniom- na pewno ktoś kogos sprzątnął. Ot tak po prostu. Ja jednak tego nie rozumiem. Naturalnym jest grzebanie trupa.Jak można tok po sobie nie posprzątać.

Usłyszeliśmy pukanie. Ostatnią osobą której mogliśmy się jeszcze spodziewać był Tomek. Od razu skwitował nasze domniemania ironicznym uśmiechem- Moi drodzy, bez przesady! To po prostu jakiś mało rolny rolnik polał sobie pole śmierdzącym nawozem.

- Hm, z dodatkiem padliny ze szczurów i kotów ,które ułowił we własnej mołostodolnej stodole- rzuciłam pod nosem. Nikt nie chciał wierzyć w teorię Tomka ,zbyt racjonalnej na nasz gust. Każdy obstawał przy swojej. Najbardziej jednak zapadł nam w pamięć pomysł narzeczonego Kasi. Dlatego nazajutrz, gdy wstałyśmy z Kasią rano , spotkałyśmy się w kuchni i ostrożnie otworzyłyśmy okno, najzgodniej w świecie wyrwał nam się z ust okrzyk- Usunęli trupa!

PLAMKA

-I co z tą plamką? – Zapytała cicho nachylając się do boku i ucha przyjaciółki i kuzynki pani Anna.

-A nic moja droga . Nie znalazłam jeszcze lekarza, który podać by potrafił choć cień logicznego wytłumaczenia na ten temat. Wszyscy są jednak zgodni. Plamka z pewnością zniknie z czasem.

Anna wyfrunęła w skowronkach i w pośpiechu przypominając sobie zapewne że umówiona jest z ulubionym jej lekarzem ginekologiem endokrynologiem, który polecił jej zabieg kosmetyczno-chirurgiczny podniesienia macicy, dzięki któremu jej stosunki z mężem stały się bardziej satysfakcjonujące. Mąż ją znów uwielbiał. Znów całował po przyjściu z pracy, i patrzył na nią tak jak dawniej, przed dwudziestu laty.

Katarzyna zamknęła drzwi za Anną i od razu sięgnęła po telefon.

-Chciałabym umówić się na wizytę. Tak tak..., dziecko, piętnaście lat. Już nie dziecko?.. nastolatek, tak tak. Wie pani, syn ma taką dziwną plamkę, od urodzenia, w miejscu intymnym.. Nieeee... no wie pani, z tyłu, przy kości ogonowej. Hmmm... tak. Piątek, osiemnasta. Dziękuję.

Piątek nadszedł niebawem, dwa dni minęły bezboleśnie i szybko mimo że Katarzyna codziennie myślała o przyszłości swojego syna. Pięć minut codziennie w łóżku, tuż przed zamknięciem powiek pojawiało się w jej głowie wielkie i okrągłe pytanie – Dlaczego?

To znamię było tajemnicze, jak dotknięcie wróżki albo czarownicy przy narodzinach. Jak pięta Achillesowa. Plamka dobrego i złego. Takie sporej wielkości odbarwienie, które nie znikało z czasem. Choć podobno w pewnym momencie było mu przeznaczone zniknąć. Ale nikt nie wiedział kiedy ani co było jego przyczyną - plamki pojawienie się i przyszłościowe zniknięcie.

Gabinet doktora Żywiołowa znajdował się w końcu korytarza nieprzyjemnej kliniki. Pierwszy numerek. Nie było tłumów. Odezwał się głos z wewnątrz – Proszę. Katarzyna weszła ciągnąc za sobą syna