dom
prolog
Przyjechałam tu, aby się osiedlić. Aby zamieszkać z mężczyzną, o którego
zabiegałam od lat. Moje myśli najchętniej biegły więc w stronę naszego
przyszłego domu. Jak go urządzę, jaki będzie miał wystrój ten apartament, w
którym mieliśmy nazajutrz z Nadirem zamieszkać? Myślałam też nieustatnnie i
obsesyjnie o naszym nikah, muzułmańskim ślubie. Nie mogłam się doczekać tej
chwili. Byłam szczęśliwa.
dom
1
Urodziłam się. Nie jestem jednak pewna, jaki był początek mnie samej, początek
mojego życia. Nie mogę być pewna prawdziwości opowieści, którymi dzieliła się ze
mną matka. Nie tak dawno jeszcze, gdy ja, w wieku lat trzydziestu zdobyłam się
wreszcie na odwagę, aby zadać jej te zabawne, nieprzyzwoite pytania o seks i o
sam akt narodzin dziecka. Czy też może chodziło mi o prozaiczne, fizjologiczne
szczegóły porodu? Skłonna jestem wierzyć matce, jeśli chodzi o uczucia i sprawy
ciała. To wykwalifikowana pielęgniarka, nawet, jeśli daleka jest od praktykowana
wyuczonego zawodu. Więc ufam jej opisom i opowiadaniom o tym, jak wyglądałam
zaraz po opuszczeniu łożyska, jak zaraz po umyciu z krwi i śluzu i widzę siebie
jako maleńkiego oseska o owłosionej ciemnej głowie, zadartym nosie, skórze
pokrytej niegroźną, ale nieestetyczną wysypką.
Dość szybko z ciasteczka brownie stałam się antyciasteczkiem biszpoptowym
blondie. Moje włosy pozostały jasne przez dłuższy czas. Obcinane regularnie na
pazia z biegiem lat przeszły metamorfozę aż do postaci ciemnej blond. Przestało
mi się to podobać. Moja pulchna zawsze odrobinę i okrągła, w obramowaniu krótko
przyciętych włosów, twarz wydawała się miła i słodka ciociom i wujkom, ja jednak
serdecznie jej nie znosiłam. Od wczesnego dzieciństwa? Tego nie pamiętam, jednak
nie cierpiałam i unikałam swojego odbicia w lustrze w latach dorastania i
dojrzewania, w moich latach nastoletnich. Ukradkiem i wstydliwie zaglądałam do
lustra. Nigdy w obecności osób trzecich. Zmorą były później – w latach gdy mama
zrezygnowała z postrzyżyn córki, ze względu na niesforne i grube włosy - wizyty
u fryzjera, gdzie nie pozostawiano mi wyboru. Musiałam spoglądać wprost na
siebie, dostrzegać taksujący, zdawało mi się, a w istocie niewinny wzrok
fryzjerki (fryzjerów unikałam jak ognia, podobnie jak wszelkiej maści lekarzy
płci męskiej). Musiałam analizować niedostatki własnej urody. I tę okrągłość
policzków, i te sińce pod oczami, które nie zawsze były sine, ale zawsze
widoczne w postaci opuchlizny, jak w momentach całkowitego wyspania i
odpoczynku. Sprawa dziedziczna, dowiedziałam się wkrótce po krótkiej analizie
wyglądu zewnętrznego członków rodziny, a zwłaszcza babci ojcowej, matki mojego
taty, oraz po poważnej rozmowie z współczującą moim troskom mamie.
Wysokiej szatynki o długich nogach i małej czarnulki w becie wypatrywał przed
szpitalem 14 marca 1974 mój ojciec, przystojny, średniego wzrostu, szczupły
brunet o prostych, gęstych włosach, które wprost chciało się przeczesać i
zmierzwić ręką. Mama, zmęczona po dwudziestoczterogodzinnym porodzie ledwie
trzymała się na nogach. Podobno jednak uśmiechała się dzielnie i ucieszyła na
widok kwiatów. Co było dalej? Nie wiem. Nie pytałam. Zapewne krzyk, płacz,
pieluchy prane bezustannie, nie istniały bowiem jeszcze pampersy. Nieustający,
przenikliwy zapach dziecięcych ciuszków, pudrów, sików, kremików.
Na szczęście dla mamy urosłam, na szczęście byłam niechorowita, cicha, spokojna,
grzeczna i pozwoliłam się dobrze wychować na nieśmiałą dziewczynkę z manierami,
którą w którymś momencie, podczas wyjazdów dużo późniejszych na rekolekcje
kościoła katolickiego wołano – mała lady.
Na moje szczęście i nieszczęście wkrótce pojawił się na świecie chorowity,
krzykliwy, niegrzeczny i uparty braciszek. To stało się w 1977 roku. Podobał mi
się bardzo, kochałam go na swój sposób, byłam przecież dobrze wychowanym
dzieckiem. Ponadto nareszcie miałam się z kim bawić w dom pod przykrytymi kocem
stołami mojej tapczan półki. To wszystko nie pozwoliło nam jednak uniknąć kłótni
i ostrych bójek, które matka gasiła krzykiem, a ojciec groźbą pasa i karami. W
powyższych okolicznościach szybko na przekór sobie stałam się złośnicą i jędzą.
Jest gdzieś w naszym rodzinnym albumie to zdjęcie nas obojga robione ręką taty.
Rzecz dzieje się na tarasie, na który wchodziło się z dawnej naszej kuchni. Ja
stoję skrzywiona, z potarganymi nieco, puszczonymi luźno włosami, długimi,
ciemnymi, jednak wciąż blond, po prawej stronie tarasu. Czarno-białe zdjęcie
niewiele mówi o kolorach. Widoczne są jedynie moje opadające trochę podkolanówki
na wyraźnie pałąkowatych nogach, odziedziczonych po mamie, których wstydziłam
się, nienawidziłam i z powodu których miałam kompleksy, jakich nie miała nigdy
matka. Skrzywiony uśmiech pod wpływem rażącego oczy słońca obnażył przypadkowo
naturę jędzy. Całości dopełniała krótka spódniczka (dziesięciolatce nie wypadało
w tamtych czasach nosić zbyt długich spódnic, a nie nosiłam dżinsów, których
krój zdawało mi się jedynie uwidoczniał krzywiznę nóg) i bluzka z krótkim
rękawem. Pod którą rysowały się zaczątki piersi? Nie, nie rysowało się jeszcze
zupełnie nic. Brat w momencie pstryknięcia zdjęcia wchodził właśnie na taras
krokiem zbójecko-zawadiackim. Typowy urwis – kwitował ze śmiechem małą postać
chłopca każdy kto oglądał to zdjęcie. Jego pewna mina, uśmiech, wytarte dżinsy i
koszulka budziły sympatię.
Mieszkaliśmy z bratem w jednym, jednak wystarczająco dużym dla nas dwojga,
pokoju. Znajdował się on w domu piętrowym, dość obszernym, z perspektywy małej
dziewczynki. Mieszkało tam kilka rodzin, z których składała się nasza duża
rodzina. Budynek stał na prowincji, na wsi bez krów, jak mówiłam znajomym.
Mieszkałam z rodziną w Stasinie, dzielnicy Otwocka. Kilkadziesiąt kilometrów od
Warszawy. W miejscowości nazywanej wypoczynkową, ze względu na las sosnowy. Na
mikroklimat, jaki się tam wytworzył, bliskość rzeki i kilku jeziorek, kilku
szpitali dla gruźlików i kilku sanatoriów dla pacjentów cierpiących na
schorzenia kostne.
Dom stał na środku dużego placu, którego nierówności uwielbialiśmy ze względu na
możliwość taplaniny w jeziorkach tworzonych przez wodę deszczową. Nie lubili
ich, jak się okazało później, rodzice. Zasypali wkrótce ziemią nasze ulubione
miejsce zabawy. Położyli dwa rzędy płyt chodnikowych dla wjeżdżającego
samochodu, który miał nie niszczyć rosnącej trawy. A trwa rosła wysoko. Tam,
gdzie nie zasypano jej ziemią, rosła dziko i bujnie. Chowaliśmy się w niej jako
dzieci, wylegiwaliśmy i robiliśmy pikniki w otoczeniu krzaków białych i
czerwonych porzeczek. W niedalekiej odległości od drzewek wiśniowych.
Drugim ulubionym miejscem zabaw był stary kurnik, który po likwidacji kurzej
zagrody w jednym z rogów podwórza obok komórki, postawiony został, z
niewiadomych do dziś powodów, po przeciwnej stronie podwórza. Nieopodal krzaków
czarnych porzeczek, szamba, które nieustannie wylewało i starego, czerwonego
trzepaka, na którym kilka razy dziennie fikaliśmy w przód i w tył.
2
Kurnikiem jakiś czas nikt się nie interesował. Planowano jego rozebranie, ale
nikt z mężczyzn, ani tata ani dziadek ani wujkowie nie mieli na to czasu i
ochoty. Nową miejscówką, wspaniałą do zabawy w dom, zainteresowały się dzieci.
Codziennie znosiliśmy z podwórza i strychu przeróżne akcesoria. Wynosiliśmy z
domu ukradkiem koce i stare materace. Przytaskaliśmy sfatygowany, zielony kufer
o zepsutych zawiasach, który stawał się dla nas kanapą i łóżkiem. Na nim
wylądował jeden z niemowlęcych sienników, które w czasie urządzanych przez
dziadków kolonii letnich, służyły przyjezdnym dzieciom. Ekwipunek kurnika był
pełen. Udało się nawet zawiesić duży koc i ceratę, które miały chronić przed
deszczem od strony nieistniejącej, drewnianej ściany. Od tej strony dawniej
kurnik przylepiony był do starej, drewnianej komórki na szpargały, graty i
rowery, tak, że sam w sobie zadowalał się trzema ścianami. Potem, odsunięty,
oderwany od komórki stał się dziurawy i kaleki. Często narzekaliśmy na brak
czwartej ściany.
Zabawa była zawsze przednia. Nawet w dni słotne, gdy deszcz zacinał i pozwalał
całemu wnętrzu przesiąknąć wilgocią i stęchlizną. Jako dziewczynka, zawsze
lubiłam bawić się w dom. Moje zachowanie nie odbiegało od normy, wiedziałam
jednak, że i bratu ten rodzaj zabaw sprawiał przyjemność. Niestety szybko go
również nudził. Uciekał do kolegów, których zabawy polegały na uganianiu się za
piłką.
Były też inne, ciekawsze jego zdaniem, w których ze strachu nie brałam udziału,
lub o których mi nie mówił z obawy przed moim gadulstwem. Przed reakcją moją i
rodziców. Byłam już na tyle świadoma, by uznać skakanie z dachu komórki i
podpalanie drew i drzewek owocowych za składzikiem z węglem za wysoce ryzykowne.
Mateusz miał swoich kolegów i swój świat, o którym ja coraz mniej wiedziałam.
Byliśmy tak odmienni, że z każdym dniem oddalaliśmy się od siebie coraz
bardziej. Ja go nie rozumiałam. On nie rozumiał mnie. Wciąż jednak pomagałam mu
pisać wypracowania
z polskiego. On mi pomagał? Na pewno. Choć pamięć egoistycznie zachowuje jedynie
to, co wygodnie jest jej zachować.
Mój młodszy o trzy lata brat nie był jedynym bratem, jakiego posiadałam.
Nazywałam tak również kuzyna Kamila, starszego ode mnie o trzy lata. Wraz z
rodzicami mieszkał w naszym dużym domu, dopóki nie przeprowadził się na Jelonki,
do tej dzielnicy Warszawy, którą zawsze pamiętałam jako mało przyjemną i odległą
od znanych mi stron, a która teraz jest mi bliska i znana. Tu nieoczekiwanie dla
samej siebie udało mi się przed kilkoma miesiącami zamieszkać z powodów, o
których opowiem dużo, dużo później. Bądźcie cierpliwi, bo tymczasem znów
powracam do przeszłości.
Podobno w momencie, gdy dziadek Albin kupił nasz dom ze spadzistym dachem, o
żółtych ścianach, krytych barankiem, zamieszkiwała tam jeszcze jedna mała
rodzina. Na piętrze. Ludzie ci, gdy zaoferowano im pieniądze, wyprowadzili się,
a zasiedliliśmy lokal my. Hmm. Może jest to istotny przeskok czasowy, może
powinnam opowiedzieć o historii taty, jego brata i jego siostry w wieku
dziecięcym, kiedy to rzeczywiście miała miejsce przeprowadzka z Radomia do
Stasinowa? Może powinnam powiedzieć, że tata chodził wtedy do klasy piątej
podstawówki, że grał w krykieta na pustej polanie obok domu, za ogrodzeniem. Że
był wielkim urwisem. Że ulica przed domem, Jaśminowa, była nieasfaltowa i dawała
możliwość jazdy na łyżwach w porze zimy. A łyżwy…, łyżwy były przyczepiane do
butów, co trudno mi w tej chwili sobie wyobrazić, a niestety żadne z moich
rodziców i wujków takich łyżew nie zachowało na pamiątkę.
To wszystko mogłabym opowiedzieć, mimo że nie byłam świadkiem tych wydarzeń,
jest to jednak historia czasów mojego taty.
Wróćmy do momentu, gdy niezadługo miałam pojawić się na świecie. Gdy dziadek
upolował już śliczną mamę dla taty w sławetnej szkole pielęgniarek w Otwocku -
pod pretekstem poszukiwania opiekunek dla dzieci, które wypoczywały na domowych
koloniach u nas w domu. Wówczas tata z mamą zamieszkał w jednym pokoju, tym od
strony wielkiego tarasu krytego papą, którego nigdy nie dało się sensownie
wykorzystać. Papa dziurawiła się, nawet, gdy kryliśmy ją linoleum. Nie pozwalano
nam chodzić po niej zbyt długo. Zwłaszcza latem nie można było stąpać po
purchlach, bo się dziurawiły, co skądinąd sprawiało nam szaloną uciechę.
Wydawały taki śmieszny dźwięk.
Słowem, marnotrawstwo przestrzeni. Udawało mi się tylko czasem wynieść leżak na
taras albo koc i opalać się. Słońce dopiekało upiornie. Nie chroniły przed nim
niebosiężne sosny, które z wysokości tarasu zdawało się - nie są już tak
strzeliste i nieziemsko wysokie. I wszędzie wnikał ten szczególny zapach
rozgrzanej papy, smoły, sosen, upału i piasku. Lato bywało cudowne. I czas
wakacji. Cieszyłam się wtedy, że mieszkam właśnie tu, nie zaś gdzieś tam, w
Warszawie.
Taras może i dałoby się przebudować. Pokryć betonem, zrobić oranżerię, altankę
na wysokości, królestwo kaktusów. Ale było to, jak twierdził tata, trudne, a
wręcz niemożliwe, bo mieszkania na parterze tworzące taras, doklejone do starego
domu pobudowano byle jak, krzywo i za wysoko. Mury trzeba by obniżyć, dachy
zerwać, przebudować. Koszta. Kto przejmować się miał marnotrawioną przestrzenią
tarasu?
A przecież tam można było wygospodarować kolejne dwa pomieszczenia! Nasza
kuchnia była ciasna. Po prawej za drzwiami zlew i kuchenka gazowa, obok,
drzwiczki do toalety. Zawsze śmieszna wydawała mi się maleńkość tego miejsca i
jego usytuowanie. To była ubikacja mikro, ciemna, o spadzistym dachu,
przylegająca do strychu, gdzie wejść można było jedynie od strony tarasu. Zawsze
wstydziłam się korzystać z tej ubikacyjki, woląc zejść na dół do dużej łazienki,
gdzie nikt nie słyszał odgłosów mojego sikania. Nikt nie zwracał uwagi na hałas
spłuczki, nie interesował się tym, jak dużo czasu zajmowała mi ta czynność.
Byłam nieśmiała. Unikałam sytuacji, które stawiały mnie w centrum uwagi, nie
lubiłam, gdy mówili o mnie obcy, choć uwielbiałam słuchać komplementów rodziny i
nauczycieli. Byłam dobrą uczennica. Pilną i dość inteligentną. Braki
inteligencji potrafiłam nadrobić pracą. Posiadałam kilka talentów, ale nie
potrafiłam ich rozwinąć, bo brak wytrwałości i wiary w siebie nie pozwalały
niczego doprowadzić do końca.
3
Jedyny prawdziwy pokój w mieszkaniu moich rodziców to był pokój dziecinny po
przeciwnej stronie korytarza. Pamiętam jednak, że od zawsze marzyłam o
posiadaniu własnego kąta. Ziściło się to dopiero, gdy skończyłam dziewiętnaście
lat, a rodzice przeprowadzili się na dół zostawiając nam całe piętro. Stało się
to wtedy, gdy wujostwo z trojgiem dzieci dostali przydział na mieszkanie w
Kortyniu, niedaleko Stasinowa. Nie mieli ochoty się wyprowadzać. Ale w epoce
komunizmu nie można było marudzić. Przydzielone – trza brać.
Ale do lat ’90 mieszkaliśmy z bratem w jednym pokoju. Jego okna wychodziły na
stronę północnej-wschodnią, więc zawsze było u nas chłodniej niż w kuchni.
Cieszyła ta odrobina cienia oraz obecność wysokich sosen za oknem strzelających
smukle i gęsto w ogrodzie sąsiadów.
Nasz pokój zmieniał wygląd i sposób umeblowania dość często. Dorastaliśmy,
zmieniały się nasze potrzeby. Gdy stałam się nastolatką ujawniłam manię
przemeblowywania przy lada okazji i nadchodzącej chandrze. Zostało mi to do
dziś. Zmiana jest dla mnie elementem strukturalnym – jak twierdzi moja
przyjaciółka. A jednak we wspomnieniach, ten duży pokój kojarzy mi się jedynie z
zacienieniem i czerwienią. Mama uwielbiała ten kolor. Łączyła go z brązem mebli,
które były zwykłą zbieraniną odcieni. Tapczan półka, na przykład, była jasno
beżowa.
Czy w ogóle ktoś pamięta jeszcze jak wyglądał przemyślny mebel nazywany
tapczanem półką? Ten regał posiadał półki w części górnej, podczas gdy w dolnej
mieściło się rozkładane łóżko. Bardzo ciężkie łóżko. Pamiętam, że początkowo
bałam się rozkładać je sama – zamknięte zaś – dawało możliwość rozłożenia dwu
stołów, na których odrabialiśmy z bratem lekcje, pod którymi bawiliśmy się w
dom. Nie wiem, kiedy ten tapczan zniknął z naszego pokoju. Długo na nim spałam.
Nie sposób zapomnieć ten twardy, ale wygodny materac, nieruchomo przytwierdzony
do drewnianej części tapczanu. Te metalowe nogi i zabawne pasy z gumy, które w
teorii przytrzymywać miały pościel w momencie zamykania łóżka, w praktyce
przytrzymywały również mnie i moją pościel podczas spania. Bo często budziłam
się w nocy zziębnięta i dostrzegałam, że cała kołdra lub jej część wylądowała w
dziurze za łóżkiem, jaka tworzyła się po jego rozłożeniu. Czasem matka kładła
tam dodatkowe wielkie poduchy i koce, żebym nie wpadła w dziurę, broń Boże.
Przecież byłam jeszcze zupełnie małą dziewczynką, gdy zaczęłam spać na tym
dziwacznym łóżku, wynalazku epoki komunizmu i mieszkaniowej ciasnoty.
W pewnym momencie pojawiło się biurko i komputer. Prosty atari. Bałam się tego
wynalazku. Właściwie bałam się coś zepsuć. Nie czułam się swobodnie, używając
tak wysublimowanego sprzętu. Składał się on ze skrzynki, która była właściwym
komputerem, monitora i zabawnego dżojstika, czyli kijka do zabawy. Bo to była
zabawka, której mój brat namiętnie używał do gry w gry. Odpowiadała mi jedynie
ta, w której latać można było samolotem ponad rzeką. Znudziła mnie jednak
powtarzalność. W pewnym momencie zupełnie straciłam zainteresowanie naszym atari.
Nie jestem w stanie przypomnieć sobie kiedy i jak zniknął z naszego pokoju.
Kolejny, prawdziwy już komputer dostaliśmy dużo później, na kredyt, który
przekraczał wielokrotnie wartość sprzętu. Kredyt, którego spłacanie ciągnęło się
latami i było zmorą dla rodziców. Do dziś zachowali żal do wuja Zdziśka. Za złą
radę komputerową i za nakłonienie do inwestycji, która przekraczała ich
możliwości finansowe. Ja jednak nie rozumiałam powodów tej niechęci i darzyłam
wielką sympatią wuja Zdziśka z powodu jego gawędziarstwa i wiedzy na przeróżne
tematy. Rozumieliśmy się bez słów.
Zostawmy jednak na razie tę mało przyjemną historię niesnasek rodzinnych,
nieprzyjemności i żalów. Będzie ich jeszcze wiele i nie zamierzam unikać ich
opisu. Zafałszowałoby to bowiem tę historię i odebrało jej posmak
rzeczywistości. Niech będzie tak jak było, tak jak obserwowałam to wszystko
oczami dorastającej dziewczynki. Dzieci, jak wiadomo, są okrutnymi i dokładnymi
obserwatorami życia dorosłych. Nie umkną im szczegóły, które dorośli za wszelką
cenę chcieliby ukryć.
Nie znosiłam królewskiego koloru w naszym dziecinnym pokoju. Próbowałam
wyeliminować tę czerwień, w momencie, gdy miałam już cokolwiek o wystroju
wnętrza do powiedzenia. Gdy trochę podrosłam. Jak jednak wyeliminować dywan,
który otwarcie i bezczelnie pokrywał nierówną, drewnianą podłogę, jaką zobaczyć
można dziś w starych domach, zamiast równie ułożonej klepki? Deski trzeszczały
zawsze w tych samych miejscach, których lokalizację my znaliśmy już na pamięć.
Które potrafiliśmy omijać w nocy, wychodząc na siusiu, tak by nie obudzić
śpiącej obok osoby. Próbowałam przekonać mamę, aby przykrywała swoją królewską
czerwień innymi kolorami. Na nic. Pojawiły się wkrótce nawet krwisto-bordowe
zasłonki. Mama je uwielbiała, ale, moim zdaniem, zupełnie nie pasowały do pokoju
dziecięcego. Nastrajały nas poważnie i dostojnie. Nie o to przecież chodziło -
wzdychałam. Jak ta mama nic nie chciała zrozumieć! Ten i tak ciemny, a zimą
przygnębiający pokój, powinien być rozświetlony jasnymi kolorami, bielą, żółcią.
Ale nigdy tak się nie stało.
Moje marzenie kolorystyczne zrealizowałam dopiero dużo później, gdy rodzice
przenieśli się na dół. Gdy dostał mi się pokój z tarasem zwany wcześniej
kuchnią. Przekształciłam go całkowicie wedle moich wyobrażeń. Stał się jeszcze
bardziej słoneczny i upalny. Królowała żółć i zieleń. Dobrze wtapiała się w
multum kwiatów i kaktusów. Dwa ulubione kolory doprowadziłam do skrajności i
oczopląs był najsilniejszym wrażeniem, jakiego doznawała wchodząca do mojego
pokoju osoba.
Wszystko wkrótce stało się zielone. Zielone zasłony, zielonobiały dywan, zielone
fragmenty mebli. Zielone narzuty i poduszki i nawet nowy made in Korea
magnetofon-cd przemalowany został plakatówkami na zielono. To już przesada –
ojciec skwitował ironicznie ten akt wandalizmu. Nie było mi jednak do śmiechu,
gdy okazało się, że schnące fragmenty farby plakatówkowej wnikały do odbiornika
cd, zanieczyszczały go i uszkadzały. Musiałam zanieść magnetofon do
specjalistów. Początkowo wyruszył tam w pełnym kolorze. Co to był za wstyd!
Elektroników naprawiaczy ogarnął pusty śmiech. Jak można pomalować radio na
zielono? Plakatówkami! Ano można.
4
W pewnym momencie zostałam eksmitowana z całą tapczan-półką na dół, do pokoju
dziadków. Do salonu, gdzie zawsze odbywały się wszelkie posiedzenia przy stole,
gdzie zasiadaliśmy całą rodziną, w czternaście osób, do świątecznego stołu. Dla
mnie jednak to pomieszczenie było przede wszystkim pracownią dziadka krawca.
Stały tam niezbędne meble. Stał wielki, drewniany stół krawiecki, na który
lubiłam się wdrapywać i przyglądać dziadkowi jak szył.
Usunęliśmy dziś i stół i maszynę do szycia. Starego czarnego łucznika, na pedał,
z klasą. Żałuje, że jej już nie ma. Nigdy nie lubiłam pozbywania się starych
sprzętów. To tak, jakby żywcem grzebać wspomnienia. Pozostały jednak wiszące na
ścianach obrazy dziadków. Kiepskiej jakości reprodukcje mistrzów, jak choćby
Ostatnia wieczerza Da Vinci oraz portret dziadka rysowany za młodu z jego
zdjęcia. Maniera lat czterdziestych. Dziadek wygląda na tym portrecie super
przystojnie. Lubiłam również ślubne zdjęcie dziadka i babci, również, wedle
ówczesnej mody, podretuszowane. Babcia nigdy nie powiesiła u siebie tego
portretu. Fizjonomia dziadka wygląda nieźle, babcia jest do siebie niepodobna.
Żałosny obrazek stoi zakurzony na strychu. Czeka na odnalezienie go przez
prawnuków.
Pokoje na górze były odnawiane. Początkowo malowane na żółto i kremowo, w pewnym
momencie przybrały radykalnie nowy wygląd dzięki tapetom. To były wakacje. To
była zabawa i niecodzienność. Meble przesunięte wszystkie na środek, a stół - w
przedpokoju. Na nim mama z tatą rozkładali każdą tapetę, smarowali klejem i
uważnie przyklejali do ścian. A potem trzeba było pójść spać i wstać rano i
sprawdzić czy żadna tapeta nie zwinęła się żałośnie i nie leżała na podłodze.
Czy nie trzeba było rozpoczynać całej akcji przyklejania od nowa. Jeśli nie - to
sukces.
Uwielbiałam, gdy działo się w domu nowe. Ktoś się przeprowadzał, kupowano coś,
przenoszone stare w inne miejsce. Odnawiano przestrzeń, przestawiano,
przemeblowywano. Lubiłam ruch w przestrzeni. Uwielbiałam, gdy pojawiali się nowi
ludzie. A pojawiali się często na początku mojego dzieciństwa.
Gdy miałam siedem lat urodziły się bliźniaczki mojej ciotki i wuja, brata mojego
ojca. Córki nazwano Iza i Ola. Dla odróżnienia ubierano je w odmienne kolory.
Iza miała niebieskie śpiochy, Ola - czerwone. A może było odwrotnie. Ogromnym
wyczynem, w czasach, gdy wszystko trzeba było zdobywać spod lady, było
zakupienie wózka dla bliźniaczek. Udało się. I wkrótce podziwialiśmy wielki,
głęboki, granatowy pojazd z daszkiem, w którym leżały obok siebie dwie opatulone
w bety dziewczynki.
Po roku pojawiła się, ku zmartwieniu wuja Stefana, kolejna dziewczynka. Nazwano
ją Jola. Trzy dziewczynki, trzy potencjalne towarzyszki zabawy. Byliśmy z bratem
szczęśliwi. Nareszcie prawdziwa banda. Mogliśmy grać w piłkę nożną. Niechże
tylko dziewczynki podrosną. Choć trochę. Tymczasem dom i podwórko wypełniały ich
płacz i krzyki, a my z zainteresowaniem podglądaliśmy zabieganą ciocię. Było
wesoło i gwarno.
Wkrótce na podwórku pojawiła się nowa atrakcja, metalowe huśtawki, malowane na
zielono. Zrobiło się ogrodowo. Huśtawki robiły furorę. Miały trzy siedzenia, w
sam raz dla trzech małych dziewczynek, choć i my z bratem korzystaliśmy z nich
do upadłego. Ostrożności nigdy za wiele. To ja właśnie jako jedna z pierwszych
dostałam siedzeniem rozbujanej huśtawki w głowę w pobliżu oka. Wstrząs mózgu?
Nie. Jednak nauczka dla rodziców, którzy stali się nieco bardziej ostrożni i
przewidujący. Wciąż jednak huśtaliśmy się z rozmachem, aż do zawrotu głowy. Z
szyją odchyloną do tyłu, nogami w powietrzu. A całe huśtanie z entuzjazmem
kończyliśmy dalekim skokiem z rozpędzonej huśtawki.
Pewnego dnia pojawiła się też huśtawka dla starszych. Zawisła pomiędzy sosnami.
Była wspaniała. Dawała rozmach. Huśtanie stało się frajdą nie do opisania.
Zapomniałam o trzepaku, który i tak był już dla mnie za mały. A nie potrafiłam
wspiąć się na drążek dla dorosłych. Ten stary, pomiędzy sosnami, który tkwi tam
od tylu lat do dziś i wydaje charakterystyczne poświstywania, gdy wiatr się
zerwie.
Na tym drążku wszyscy wysportowani mężczyźni w mojej rodzinie robili klasyczny
wymyk, czyli obrót, przerzut nóg i przeniesienie ich ponad drążkiem, tak by całe
ciało znalazło się w górze. Wymagało to wielkiej sprawności mięśni. Ojciec i wuj
Stefan byli mistrzami wymyku. W czasach, których nie pamiętam, tata miał zwyczaj
brać mnie na kolana, tam, na wysokości dwu metrów, na drążku. Nie bałam się.
Niby czego? Tacie po prostu się ufało. Z nim było bezpiecznie i okej. Byłam w
nim zakochana.
Z nim uprawialiśmy sporty, jeździliśmy na łyżwach, gdy zamarzła kręta rzeka
Zakolin. Wyprawialiśmy się nad Łachę, lokalne jezioro. Zimą na łyżwy i sanki. Na
kuligi. Jeździliśmy bez strachu rzędem sanek przywiązanych jedne za drugimi do
samochodu, który ciągnął wszystkich z prędkością dziesięć do dwudziestu na
godzinę. Prędkość na małych dziecięcych sankach – zawrotna. To dziewicze uczucie
podniecenia, jakiego dziś nic już nie wskrzesi. Beztroska i zachłystywanie się
zabawą.
Lato to była radość pływania. Rzeka była dla nas wyzwaniem jedynie w pierwszych
latach dzieciństwa. Z biegiem lat jest coraz płytsza. Dawniej nad Zakolin
ściągały tłumy. Było gwarnie. Największą atrakcją było pływanie pod mostem.
Pomiędzy kamieniami, w falach wodospadu. Przednia zabawa. Nie miałam jednak
odwagi skakać do wody z mostu kolejowego. Mateusz robił to zapewne nie raz. Ja
byłam strachliwa i nieśmiała. I uparta.
Chodziliśmy na basen. Nie mogłam nauczyć się pływać. Nie lubiłam uczucia
rozczarowania. Jak to? Ja nie mogę się czegoś nauczyć? Czegoś osiągnąć?
Perfekcjonizm.
I kapryśność. Bo często rezygnowałam całkowicie, obrażona na cały świat, zamiast
zacisnąć zęby i dopiąć swego. Potrzebowałam dopingu. Jedynie ojciec miał dość
cierpliwości dla małej złośnicy i to on nauczył mnie śmigać żabką. Miałam wtedy
dziewięć lat. Ojciec jest dumny do dziś.
Sporty uprawialiśmy rodzinnie. Trzy kuzynki podrosły. I zaczęło się. Piłka,
badminton, siatka, ping pong i bilard. Stół pingpongowy pojawił się nagle. Skądś
przytaskał go wuj Stefan i został. Lubiłam pingponga. Byłam dobrym graczem.
Potem fascynacja minęła. Czy potrafiłabym dziś poprawnie odbić piłkę paletką?
Wątpliwe.
Do zabaw zbiorowych zaliczałam również tę, w której jedynie ja i brat byliśmy
aktywnymi uczestnikami. Pozostali z rozdziawionymi ustami obserwowali spektakl.
Urządzaliśmy pokazy teatru lalek. Powstały dwie marionetki, które uszyłam sama i
powiązałam nitkami. Miały podpisany kontrakt na wieczność i wyłączność w
dziedzinie obsady aktorskiej. Wyjątkiem był struś marionetka, który potem
bezpowrotnie zaginął. Tak jak kot i kotka - chwilowi domownicy.
Nie przywiązywałam się do zwierząt. Nie lubiłam ich. Koty i papużka to
znaleziska. Same się pojawiły i równie tajemniczo zniknęły. Byłam zdecydowanie
bardziej przyjacielska dla kwiatów, lalek. I dla rodzeństwa.
rodzice
1
Mamie dano na imię Eugenia. Gdzieś tam, w Tylwicy. Dziwnie arystokratyczne
i poważne imię dla dziewczynki z za-białostockiej wsi. Nie wiem, jak wołano na
nią w dzieciństwie. Nigdy nam o tym nie mówiła. Bo i czemu miałaby wspominać
formę Gienia lub Genia, których serdecznie nie znosiła. Tata mówił czule do żony
z pominięciem pierwszej litery – Enia. Nie pamiętam, jak zwracała się do niej
jej matka. Nie uda mi się już nigdy zapytać o to babcię Danutę, o ile nie zajmę
się seansami spirytualnymi. O ile nie uwierzę w ich prawomocność i skuteczność,
Boże uchowaj.
Enia poznała przystojnego, młodego mężczyznę w 1970. Spodobał jej się, więc
poślubiła go. Na pewno od razu przedstawił się, używając drugiego imienia, Jan.
W rzeczywistości jego pierwsze imię brzmiało - Eugeniusz. Zabawny zbieg
okoliczności. Do dziś wszyscy się śmieją – jak to możliwe, by spotkały się i
pobrały osoby o imionach takich samych, a tak rzadkich.
Tata pracował jako technik-mechanik. To połączenie zawodowca po zawodówce z
umysłowym po technikum. Obie szkoły kończył sukcesywnie. Mama dostała dyplom
liceum pielęgniarskiego i znalazła pracę w szpitalu w Stasinie. Ach, te
opowieści o ostrych zimach i wyprawach na piechotę do znacznie oddalonego od
domu szpitala. Na nocną zmianę. Codzienne spacery przez las nie należały do
najbezpieczniejszych. Stasin do dziś pozostał miejscowością położoną urokliwie w
lesie sosnowym. Kiedyś okolica była jednak bardziej dzika i zarośnięta. Dziś
sosny się wycina. Legalnie. I bez pozwolenia również. Co roku pojawiają się nowe
domy jednorodzinne i ich nowobogaccy właściciele z Warszawki.
Pamiętam również opowiadania mamy o niedługim, ale istotnym doświadczeniu pracy
z dziećmi upośledzonymi. Prawdopodobnie w szpitalu imienia Dzierżyńskiego. To
tamte czasy. Wiemy. Ale, niestety, ten szpital Dzierżyńskim nazywany jest do
dziś.
„Nawet pielęgniarka musi mieć predyspozycje i powołanie do tego typu pracy” –
mówili matce jej przełożeni. Nie każdy jest zdolny patrzeć na kalekie dzieci bez
zbolałej i współczującej miny. Nie każdy potrafi zachowywać się normalnie wobec
małych, chorych szkrabów. Pani Enia ze szpitala uciekła. A wkrótce udało jej się
dostać pracę w żłobku tygodniowym w Stasinie, niedaleko domu. Czy ktoś dziś może
wyobrazić sobie istnienie instytucji żłobków tygodniowych? A może wciąż
istnieją, o zgrozo. W przypadku niektórych dzieci to miejsce przypominało dom
dziecka. Rodzic pojawiał się w poniedziałek nad ranem, z dzieckiem i znikał czym
prędzej, zostawiając biedaka, aby wrócić dopiero po tygodniu lub dwu.
Przynaglany telefonicznymi prośbami i groźbami.
Matka dostała posadę pielęgniarki i pozostała tam przez szereg lat. Aż do
momentu, gdy panów na włościach, państwo komunistyczne, wywłaszczono. I
przywrócono teren pierwotnym właścicielom – zakonowi katolickiemu sióstr
franciszkanek. Żłobek, do którego chodziliśmy razem z bratem, zburzono i powstał
wysoki i nudny budynek mieszkalny sióstr. Szkoda. Czuliśmy się tam przecież jak
w domu, bo obok była zawsze mama, pielęgniarka, z której byliśmy dumni i którą
chwaliliśmy się przed maluchami żłobkowymi.
Po likwidacji instytucji matka straciła pracę. Do dziś chowa urazę do sióstr i
do kogoś, kogo chciałaby winić za to co się stało. Nie do końca jednak wiadomo,
kto jest kozłem ofiarnym. Strata pracy zaowocowała w latach przełomowych. Upadał
komunizm, był rok 1989. Pojawiły się nowe pomysły na życie. Biznes. Dlaczego
nie? - Załóżmy firmę. Decyzja zapadła i w pewnym momencie zorientowałam się, że
moi rodzice wykonują zawód chałupniczy, który do złudzenia przypominał to, czym
zajmował się jeszcze kilka lat wcześniej dziadek Albin. Krawiectwo.
Nie wiem jak to się stało, że zajęli się produkcją wyrobów z ortalionu. Ojciec
do niedawna jeszcze pracował w Zwarze. Do niedawna w spółdzielni ogrodniczej,
jako dyspozytor.
Tymczasem z dnia na dzień rozpoczęło się rozpruwanie modeli zakupionych gdzieś w
dobrych sklepach i zszywanie na nowo małych, zabawnych, kolorowych plecaków
ortalionowych, saszetek i bezrękawników dziecięcych. Zakończona procedura
odgadywania, projektowania, prucia, szycia, kombinowania pozwalała chwycić
wydiełany produkt i zawieść do jednej z kilku najętych szwaczek. One w sposób
chałupniczy, czyli w zaciszu albo w hałasie i pośród zawirowań domowych, szyły
szyły szyły. Na tak zwany akord. Na czas. Aby szybciej, aby więcej. Szybciej
uszyć. Więcej sprzedać. Więcej zarobić. Bo nie obowiązywał już dawny system
pracy spowolnionej i obojętnej. Pracy bez wpływu na efekt owej pracy i na
ostateczny poziom wynagrodzenia. Obowiązywał system nowy i nowoczesny.
Kapitalistyczny. Im więcej pracujesz, tym więcej zarobisz.
A plecaki uszyte w pocie czoła, często przygotowywane nocami, sprzedawali
rodzice z pomocą mojego brata, który sprawy biznesu przyswajał znacznie szybciej
i mniej boleśnie niż ja. Centrum wymiany handlowej był Stadion Dziesięciolecia w
Warszawie, który do dziś nosi szumną nazwę Jarmark Europejski.
Rodzice sprzedawali dzień w dzień. Zarabiali dzień w dzień. Więcej niż mama w
żłobku, więcej niż tata w spółdzielni ogrodniczej. Pracowali przecież szybciej i
lepiej. I pojawiły się w domu pomarańcze i banany. I mandarynki.
2
W zakamarkach mózgu pozostają dziwne obrazy, które trudno powiązać z datą
i sytuacją. Widzę siebie na schodkach werandy naszego domu. Naszej werandy. Bo
było to w czasach, gdy wujostwo, nazywani pieszczotliwie Dzidolami (źródłosłów
niepewny, Dzidolem zwano wuja Stefana, zapewne od „Dziecka”, „Dzidka”. Tak
nazywała go w dzieciństwie jego siostra) wyprowadzili się już na swoje, do
Kortynia, do bloków. A nasz duży dom ze skośnym, czerwonym dachem opustoszał w
sposób gwałtowny, choć oczekiwany.
Siedziałam na szarych, betonowych, nagrzanych słońcem schodach. Wciągałam w
nozdrza zapach sosnowych szpilek, których nieopisana ilość zalegała podwórze. Z
którymi mama dzielnie walczyła. I walczy do dziś. Zawsze miała nieodparty pociąg
do syzyfowych prac. Porządki wiosenne, jesienne, zimowe, letnie, przedwiosenne..
I nieśmiertelne mycie okien, które i tak stawały się szybko brudne od
zacinającego wiatru z deszczem.
To nie była moja specjalność. Nie byłam czyścioszką i mama gorąco nad tym
ubolewała, choć wiedziała, że nie wychowała mnie również na brudasa. A tata
tylko porozumiewawczo do mnie mrugał i milcząco przypominał, że to i tak większe
jego zmartwienie niż moje. On najczęściej dostaje po głowie za sprzątanie -
niesprzątanie.
W naszych pokojach na pięterku matka rzadziej przeprowadzała inspekcje. A w
pewnym momencie, gdy brat się wyprowadził, gdy rozpoczął się mój okres wędrówek,
podróży i przeprowadzek, całkowicie przestała mówić o sprzątaniu. Wiedziałam
jednak, że pucuje górne pokoje potajemnie, podczas naszej nieobecności.
Mama miała zwyczaj odpytywania ojca z zadanej pracy domowej. – Janku, czy
posprzątałeś, jak prosiłam? Czy odkurzałeś? – Wszyscy wiedzieliśmy oczywiście,
że chodziło o sam fakt sprzątania. Zaistniały lub nie. Mama zawsze pytała w ten
sam charakterystyczny sposób, a Tata odpowiadał jak zwykle:
– A jak ci się wydaje? Czysto jest?
– No… Czysto. Rozumiem, że odkurzałeś.
– Nie odkurzałem, też stwierdziłem, że jest czysto.
– Daj mi odkurzacz, sama odkurzę.
– Przecież jest czysto!
Powrót. Do omiecionych z igieł sosnowych schodków. Do siedzenia. I obierania
rozkosznie-upierdliwego dojrzałej brzoskwini, ze skórki. (W języku
Pakistańczyków, urdu, skórka to „chilka”, czyli czilka. Zabawne słowo.) To jedne
z pierwszych brzoskwiń, jakie udało się rodzicom kupić.
Byłam mała, mogłam mieć osiem, czy dziesięć lat, ale wyraźnie czuję do dziś
przyjemność leniwego siedzenia na rozgrzanych schodkach i zlizywania soku z
brzoskwini, który spływał mi po rękach i kapał na sukienkę i na gołe nogi.
Rozkosz lata. Mandarynki. Takie dojrzałe, słodkie, u których skóra odchodziła
łatwo od zczepionych trójkątów owocu
i pozwalała na obieranie palcami.
Mandarynki były nieodmiennie związane ze świętami Bożego Narodzenia. Kupowali je
rodzice tuż przed Wigilią. Dostawaliśmy je także w paczkach z pracy od rodziców.
W czasach, gdy oboje pracowali na cudzy, czyli nasz, czyli państwowy,
komunistyczny rachunek. Mandarynki czekały również pod choinką u babci Danusi, w
Wyszkowie. Obok podrabianej czekolady, która posiadała ten charakterystyczny,
mało czekoladowy, kartoflany smak.
Były również delicje. Te pierwsze i jedyne w swoim rodzaju. Z owocową galaretką
w środku. I ptasie mleczko, śmietankowe, które uwielbiałam. Które wydawało mi
się już wówczas synonimem polskości i esencją polskiego przemysłu cukierniczego
tamtych czasów.
Do dziś mam do ptasiego mleczka nieskrywany sentyment. Z uporem osiołka wmawiam
wszystkim znajomym obcokrajowcom, że niebo w gębie. Że nawet Francuzi i
Szwajcarzy nie wyprodukowali nic smaczniejszego. Próbuję być zabawna i tłumaczę
nazwę czekoladek w sposób dosłowny, wywołując ironiczne lub zdezorientowane
uśmiechy.
Po ‘89 mandarynki, delicje i ptasie mleczko pojawiały się w domu o wiele
częściej
i nie były już tak wielkim rarytasem. Nie brakowało niczego. Szynki nie trzeba
było już zdobywać. Jedliśmy mięso i wędliny, których nie trzeba było zwozić
hurtowo ze wsi, od Dedziaków. Pominę tę kwestię, bo nigdy nie byłam smakoszem
charcuterie ani mięsożercą. Dziś dodatkowo jeszcze nie tknę wieprzowiny z
powodów, o których opowiem nieco później.
Niezależnie od przyjętej ideologii i przekonań, w przypływie słabości zdarza mi
się wspominać smak kiełbasy, zwanej swojską. Takiej, jaką robiła rodzina w
Myszkowie, na granicy podwórza i domu. W otwartych drzwiach garażu. Z
wyhodowanego, tłustego świniaka. Ta kiełbasa najlepiej smakowała oderwana z
pęta, zagryzana świeżym, grubo krojonym chlebem.
Trudno zapomnieć też specyficzny i niecodzienny smak francuskiej kiełbasy z
południa, z Langwedocji. Kiełbasy twardej, suszonej, z kawałkami orzechów
laskowych
i grudkami tłuszczu pośród suchego, wołowego mięsa. Tym francuskim rarytasem,
obok kaszanki o smaku wiśniowym i wątróbki smażonej ze słodkim sosem owocowym
częstował mnie Philippe w 1996 w Nimes. Ale dla niego nie był to rarytas, a
codzienność. Mała przyjemność smakosza, której niewielu Francuzów potrafi sobie
odmówić.
Ale nam, w Polsce, również żyło się dobrze. Przez kilka długich lat moi rodzice
wychodzili z założenia, że nie muszą ani sobie ani swoim dzieciom niczego
odmawiać. I nic nam nie brakowało. Mogłam zapisać się na wymarzone lekcje gitary
i angielskiego. Wyjeżdzać na wakacje. Mój brat mógł dorobić u boku rodziców i
uzbierać na wymarzoną wieżę produkcji japońskiej. Rodzice rozpoczęli budowę
nowego domu w podwórzu.
Żyliśmy ponad stan. Dziś myślę, że ojciec i matka nie kontrolowali w pełni
wydatków. Przychody i rozchody, nawet pod nadzorem ciotki księgowej, mimo
wszystko przychodziły i rozchodziły się nie w pełni kontrolowane.
Po kilku latach odkryliśmy, że rodziców nie stać na utrzymanie wymarzonego
statusu materialnego, ani na ukończenie budowy domu w podwórzu i realizację
wielu marzeń.
Z przerażeniem dowiedzieliśmy się o zadawnionych długach, których spłacenie
przekraczało możliwości finansowe rodziny. Podjęta została decyzja - sprzedajemy
nowy dom.
3
Dom, który rósł w oczach z dnia na dzień, zaczynał zasłaniać widoczność z moich
okien. I zaciemniał dotychczas słoneczny pokój, co martwiło mnie i moje kwiaty.
Mogłam jednak beztrosko paradować w bieliźnie, przy odsuniętych zasłonach.
Wiedziałam przecież, że nikt nie dostrzeże mnie z ulicy, z podwórza, ani z
pustej polany. Okno zasłoniła czerwono-ceglana ściana, wyrastająca o kilka
metrów od brzegu tarasu.
Kilka wyższych sosen dotrzymywało mi wciąż towarzystwa. Dotrzymywali mi go
i panowie kuzyni, którzy od czasu do czasu pojawiali się po drugiej stronie
okna, na rusztowaniach nowego budynku. Wówczas nie pozostawało mi nic innego jak
w panice chować się za zasłonkami i w pośpiechu wdziewać na siebie co-bądź.
Dom rósł, aczkolwiek rósł nieco krzywo. Domorośli budowlańcy i murarze, niestety
spokrewnieni z pracodawcą, nie uzyskali stosownej kary obok zapłaty i pozostały
jedynie niechęć, niesmak i żal. I milczenie. Dobro więzi rodzinnych jest
przecież najważniejsze i nie warto ich psuć tak mało ważnymi incydentami.
Dom rósł, rosły koszta, malały fundusze. A na stadion trzeba było jeździć
codziennie
o piątej rano. Wstawać przed świtem. Wsiadać do załadowanego poprzedniego dnia
samochodu i ruszać w drogę. Pół godziny i pojawiał się przed oczami rodziców
Jarmark europejski, azjatycki, wielonarodowościowy, ruski. I otaczały ich
mrówcze tłumy. O tej porze jedynie sprzedawców i właścicieli straganów i tak
zwanych szczęk.
Rodzice pracowali niezależnie. W dwu grupach, z których każda wybiła się na
niepodległość. Atak na klienta od frontu i zza węgła. Główne stoisko znajdowało
się niedaleko parkingu, od strony Teatru Powszechnego, dworca autobusów i
gettowej części bazaru, zmonopolizowanej przez Wietnamczyków. Żelazna przyczepa,
w której gospodarzyła i handlowała mama z jej kolegą stadionowym, niejakim panem
Józiem, mieściła tony ciuchów i plecaków, oraz maleńką kuchenkę-zaplecze. Ale
brakowało toalety. Jej trzeba było szukać w plenerze. Ci, którzy orientowali się
w topografii bazarzyska nie mieli problemów z odnalezieniem mikro-budek,
geometrycznych oznakowań i charakterystycznych kolejek przy wejściu. Zwłaszcza
zimą. Zimno w szczególnie moczopędny sposób działało na pęcherz handlarzy i
handlarek. Przy tak wielkiej ilości wypijanej na mrozie ciepłej herbaty, a w
upale lata - piwa i oranżad, kto śmie wyrażać zdziwienie? Ja śmiałam.
Bywałam na bazarze niecodziennym gościem. Odwiedzałam mamę, tatę. I brata, jeśli
był to jeden z jego dni handlowych. Wizytowałam kolejno niezależne grupy
sprzedającej rodziny. Mateusz zwykle towarzyszył ojcu na podjeździe. Stali lub
siedzieli, jak plażowicze, na krzesełkach turystycznych, w czapkach z daszkiem,
a przed nimi na rozłożonej polówce wszelakiego dobra wbród.
Ojciec z Mateuszem zawsze wynajmowali miejsce po prawej stronie szerokiej alei,
środkiem której, rwącą rzeką ciągnęli tłumnie ku górze, mnodzy ludzie. Polacy.
Choć zdarzało mi się słyszeć również języki obce. Mówię o narzeczach
zdecydowanie obcych. Język rosyjski był mową jak najbardziej swojską. To był
język dyplomacji i biznesu. Drugi, oficjalny język bazaru. Wszelkie wątpliwości
wobec wyżej wspomnianego faktu rozwiała pewnego dnia mama, którą usłyszałam
perorującą biegle po rosyjsku w stronę Pana Rosjanina, towarzysza interesów.
Może klienta, może dostawcy. Myliły mi się strony handlowe i zasady całej tej
zabawy.
Sfera działalności handlowej była dla mnie tajemnicą, co dziś może się wydać
zabawne. Bo już od dłuższego czasu, odrobinę wbrew sobie samej, uplątuję się w
rozmaite układy biznesowe z obcokrajowcami. Sprawy firmowe, urzędowe, bankowe,
podatkowe i właśnie handlowe nie są już tajemnicą. Są klarowne, aczkolwiek
męczące. Zmuszają do zadawania sobie, średnio raz na dzień, zawsze rano w łóżku,
po pierwszym otwarciu oczu, pytania – co ja mianowicie z moim cennym życiem
robię? Co ja wyrabiam? Zamiast pisać, rodzić dzieci, łapać męża (w perspektywie
priorytetów, logiczna wydaje mi się ta właśnie kolejność). Zamiast chwytać
szczęście, pisać o szczęściu, kreować szczęście, ja bawię się
w biznes i wciąż, jak nie miałam, tak i nie mam grosza przy duszy.
Oczywiście, są korzyści niewymierne, duchowe. Są znajomości, wiedza,
doświadczenie. Są przyjaciele. Pasjonujące rozmowy o niczym, o tym i o tamtym.
Ale także o tym, co istotne. O kulturze i o religii. O tym, gdzie najtaniej
kupić ciuch i gdzie najtaniej naprawić samochód. Najtaniej kupić?
Obcokrajowcowi? Pakistańczykowi? Wymieniam multum sklepów markowych,
angielskich. Bo wiem, że Brytyjczyków cenią (i nienawidzą) już od czasów
kolonialnych. Tymczasem moi znajomi z pracy w ambasadzie, dyplomaci,
Pakistańczycy zapytują z niewinnym uśmiechem o stadion. - Where is the stadium?
- Słyszeli, że to duży bazaar. Kojarzył im się zapewne z bliskowschodnimi, może
arabskimi, może ich własnymi, hinduskimi targowiskami. Słyszeli, że duży wybór.
Że tanio. Oczywiście, tanio. Tłumaczę więc jak dotrzeć, czego się wystrzegać, na
kogo uważać. Jakiego typu toreb i torebek nie brać na tę ekscytującą wyprawę.
Sama rzadko składałam wizytę na stadionie. Ale jeśli już znalazłam się tam,
pośród mrowiska ludzi, wciągało. Akcja kupowania angażowała i pasjonowała.
Chodziło o to, by wypatrzyć pośród rzeczy byle-jakich, nędznej jakości, to coś.
Ten rodzynek, ten bardziej oryginalny ciuch, te spodnie o odmiennym kroju, tę
sukienkę o niecodziennym kolorze. I wracałam do domu obładowana toną ubrań.
Nigdy nie udawało mi się poprzestać na jednym. Przecież tak tanio!
Stadion we wczesnych godzinach popołudniowych po prostu pustoszał. Kilkugodzinny
dzień pracy tu zaczynał się i kończył, wcześnie. Większość sprzedawców
protekcjonalnie i pobłażliwie traktowała klientów detalicznych. Liczyli się
sąsiedzi, bracia i towarzysze biznesu zza wschodniej granicy, którzy
popularyzowali znajomość języka rosyjskiego – siłą rzeczy. To oni hurtowo
kupowali towar liczony w dziesiątkach i setkach sztuk zapakowany tak ściśle, że
trudno by szpilkę wcisnąć, w przepastne, plastikowe, sznurkowe, tkane torby.
Matka wracała do domu przygnębiona i zmęczona. Stawiała na gaz przygotowaną
wcześniej zupę – niech się gotuje – i ucinała sobie niedługą drzemkę. Jej
zajęczy sen nie pozwalał na solidny odpoczynek. Najlżejszy hałas budził i
przeszkadzał. Pogaduchy babci, która przyszła, aby wysłuchać codziennych
wiadomości z wielkiego świata, który zaczynał się poza granicami Stasina. Moje
niepotrzebne pytania. Żarty taty. A rozdrażnienie nie mijało. I tak bywało przez
wiele dni. Wiele miesięcy, zwłaszcza gdy sytuacja pogarszała się i wiadomo było,
że interesy nie idą najlepiej, a pieniędzy zawsze brak.
Słyszałam kłótnie rodziców. Bywało dobrze, bywało źle. Bywało i tak, że ojciec
przygotowywał samodzielnie ulubioną swoją zupę pomidorową wedle instrukcji mamy,
złożonej w łóżku chorobą. Innym razem, zapewne latem, zły stan konta nie psuł
humoru, słońce rozgrzewało, a więzy rodzinne zacieśniały się. I wychodzili
wszyscy na podwórze, do altanki. I przyjeżdzali Dzidole i Zdziśki, i zasiadali
wszyscy przy stole altankowym przykrytym poprawnie kocem, do tak zwanego beta.
Albo do brydża.
Gra na pieniądze lub nie. Śmiech i żarty. A wieczorem, gdy piekące się powoli na
grillu kiełbaski były gotowe - kolacja zakrapiana piwem albo wódką. I „łakocie”
wuja, czyli pędzony na sposób domowy wedle receptury wypracowanej przez lata,
bimber, o smaku śliwkowym. Nawet babcia próbowała „łakoci”. Jeden kieliszek, dla
zdrowia – śmiała się, jak zwykle robiąc nieświadomie zabawną minę zawstydzonej
panienki. Obok bimbru pojawiało się czasami wino ojca. Wiśniowe, gdy rosły
jeszcze i karłowaciały spokojnie drzewka w ogrodzie, potem zdecydowanie
szlachetne, winogronowe. Bez francuskojęzycznych nalepek
i wspominania rocznika, wciąż smakowało świetnie. Trudno było się oprzeć
kieliszkowi czerwonego, nawet mając w świadomości oazową obietnicę abstynencji
(zgodną z zasadami Krucjaty Wyzwolenia Człowieka Ojca Blachnickiego. Czy ktoś
wie jeszcze o czym mówię? Laików odsyłam do dalszych rozdziałów.), a w okresie
późniejszym zasady islamu i nade wszystko zawsze zasady własne panny Anny.
- Czy zasady nie są po to, by je z przyjemnością łamać od czasu do czasu,
kochanie?
- Ależ nie, tato! - Ten sam zawsze dialog z ojcem nieodmiennie mnie przygnębiał.
4
Ojciec. Zawsze był tym, z którym lubiłam się przekomarzać i żartować. Prowadzić
dyskusje o życiu, o polityce, której nie lubiłam, o kulturze i o religii. Z tatą
najczęściej dochodziło do kłótni. Traktowaliśmy siebie i swoje poglądy serio. Od
zawsze.
Ceniłam te rozmowy. Ojciec potrafił się jednak zapalać i zacietrzewiać. Unikałam
rozmów, które nieoczekiwanie przeradzały się w ostrą dyskusję. Gdy sprawa
wymykała się spod kontroli, gdy ja nie dawałam za wygraną, on nie spuszczał z
tonu. Gdy temat był drażliwy. Gdy zdążył wypić kilka kieliszków mocniejszego
alkoholu. Zrezygnowana, ucinałam temat, nie widząc sensu dyskutowania. On
zaperzał się i gniewał. Zarzucał mi, że jestem tchórzem i oportunistką. Że nie
potrafię udowodnić własnych racji.
To chyba prawda. Byłam i jestem oportunistką. Myślałam po cichu – to dla dobra
naszych więzi. Przecież najcenniejszych, rodzinnych. Dla dobra i jakości naszych
wspomnień. Aby nie zapaskudzić ich tak, że nie będzie już odwrotu i możliwości
zamazania przeszłości. I wybielenia plam.
Wciąż, wystarczająco głęboko i silnie, tkwiły we mnie zadawnione urazy z
pierwszych lat naszego wspólnego mieszkania na piętrze domu rodzinnego. Te
obrazy
i wspomnienia ojca, który po powrocie z pracy podniesionym głosem perorował o
tym, że „nic się nie stało.” Że spotkanie z kolegami. Że musiał zostać nieco
dłużej.
Ten widok, trochę już przymglony, jego sylwetki chwiejnie poruszającej się w
stronę kuchni, podniesiony głos, kłótnie. I prośby kobiece o to, by spał.
Uspokoił się, śpiąc. By cicho był, bo dzieci.
Mama posiadała cierpliwość, która zbliżała się do anielskiej. Być może ta
jej wrodzona cecha, wspomagająca uczucie do ojca, pomogła przetrwać tamte lata.
Cieszę się, że widzę ich dziś wciąż razem. Zawirowań było przecież wiele. Nie
zawsze punktem zapalnym było zachowanie ojca. Były i tajemnice matki. Pomyłki,
nadużycia zaufania. Układ między nimi zawsze był specyficzny. Uzupełniali się.
On wybuchowy, ona spokojna. On łagodny i zgodliwy. Ona aktywna i kreatywna. Może
zaufała za bardzo swoim możliwościom, kompetencjom, znajomościom. Do dziś nikt
nie wie jak to się stało. Może ona sama nie wie. Tyle zawikłań. Tyle problemów.
Tyle długów.
W pewnym momencie, już po sprzedaży domu, już po wpłaceniu pieniędzy na konto –
sprawa wyszła na jaw. Kto dowiedział się pierwszy? Może mój brat, któremu mama
zawsze najbardziej ufała, którego zawsze wzywała w tarapatach. Dowiedział się,
że konto gdzie spoczywały tysiące uzyskane ze sprzedaży domu, jest opróżnione,
puste. Zero, całkowity i zupełny brak pieniędzy, co więcej – debet.
Ojciec tymczasem prosił, aby przelać część funduszy i otworzyć konto w sławnym
wówczas i popularnym Mbanku. Co przelać i jak? Jak z próżnego nalać? Sytuacja,
którą udało się przez jakiś czas utrzymać w tajemnicy, wyszła na jaw. Z hukiem.
Małżeństwo rodziców po raz kolejny zawisło na włosku. Kłótnie, żale, rozważania.
Polemiki z dziećmi w charakterze rozjemców i mediatorów. Ile to lat temu? Może
cztery? Może trzy? Może więcej. Mam wrażenie, że wczoraj.
Mogę przywołać w pamięci conajmniej kilka konfliktów tego typu. Do dziś tkwią w
pamięci urazy. Ujawniają się każdej sprzeczce. Uciekam wtedy. Chowam się do
własnej piaskownicy. - Bawcie się sami. Mam dość własnych problemów nie do
rozwiązania. - Tak egoistycznie. Czy nie dlatego od kilku lat nieustannie gdzieś
się wyprowadzam ? Na pustą górkę w domu rodzinnym w Stasinie. Do Francji, do
Stanów. Na Jelonki... Nie dlatego. A może i tak.
Ojciec stroił żarty, jednak przygnębiały go moje wyjazdy. Wiem, że jestem jego
ukochaną córeczką. Potrzebuje mojej obecności. Pamiętam, jak rozczulił mnie, w
momencie, gdy wyjeżdżałam do Stanów, z zamiarem pozostania na dłużej.
Pozostawiłam swój komputer i stałe łącze internetowe. Pozostawiłam internetową
linię telefoniczną. Mogli się w każdej chwili ze mną się skontaktować. Ojciec
zaskoczył mnie jednak, opanowując w super-szybkim tempie email, telefon
internetowy i komputerowe messengery. Nawet icq po angielsku nie było wielką
przeszkodą. Cieszyłam się, widząć go online, mimo, że zwykle słyszałam
narzekania. - Gdzie jestem? Gdzie się ukrywam? - Wszystkiemu winna była różnica
czasu. Siedmiogodzinna, jak na złość.
Mama. Zwykle nie mówiła nic. Zawsze skryta, rozumiejąca, spokojna. Od czasu do
czasu żal. Wysłuchiwałam. Sama skarżyłam się nie raz. Właśnie jej. To ona była
kobietą. Mogła zrozumieć moje problemy. Bóle serca i załamania nerwowe. To ona
wysłuchiwała skarg na temat mężczyzny, z którym blisko dwa lata mieszkałam na
Florydzie.
Gdy skończyłam dziewiętnaście lat, spojrzałam na matkę jak na kobietę. Miałam
może trzynaście, gdy pojawiła się moja pierwsza krew. Dopiero po dłuższym czasie
zdałyśmy sobie sprawę, że mój cykl kobiecy szwankuje. Zaczęły się więc wizyty u
ginekologa.
To były czasy przychodni, z ich całkowitym niemal monopolem na leczenie
gawiedzi. Czasy, gdy trzeba było się starać o numerki, a decyzja o wyborze
lekarza nie należała do pacjenta. Trafiłam w ręce doktora rodzaju męskiego.
Przychodnia nie dysponowała niestety innym egzemplarzem. Starszy pan, staruch –
mówiąc otwarcie, bo tak go do dziś w myślach wspominam - był najgorszą rzeczą,
jaka spotkać mogła młodą, nieśmiałą dziewczynę
z problemami, przy pierwszej wizycie. Fotel ginekologiczny, który przerażał i
szokował, spojrzenie lekarza i konieczność obnażenia. Dziś, nie potrafię
przywołać w szczegółach całego wydarzenia. Brak wspomnień. Może starałam się je
wyprzeć z pamięci, na modłę freudowską.
Nie byłam już dzieckiem. Za kilka miesięcy miałam kończyć osiemnaście lat i,
wedle kalendarza, można było mnie uznać za dorosłą. Miałam niedługo otrzymać
swój pierwszy dowód tożsamości, który potem zaginie gdzieś w Meksyku. Ten dowód
z najładniejszym zdjęciem, jakie kiedykolwiek mi zrobiono. Jednak psychicznie i
fizycznie wciąż czułam, że wszystko opóźnia się we mnie o kilka lat.
Bardzo chciałam dorosnąć. Wstydziłam się momentu, gdy oficjalnie przyznano mi
prawo wizyt u ginekologa dziecięcego w Centrum Zdrowia Dziecka. Dzięki temu
jednak
w wieku osiemnastu lat powrócił przywilej krwi. Mogłam poczuć się w pełni
kobietą. Nadal jednak odczuwałam wstydliwie nieustający, opóźniony trądzik lat
dojrzewania. Narzekałam na konieczność brania hormonów, aby podtrzymać tę
fałszywą, sztucznie pobudzaną kobiecość. Wciąż męczyła mnie chorobliwa
nieśmiałość i wstydliwość.
Powiem jedno, domowa tradycja „opijania” nowonarodzonych - na nic. Nic niewarta.
Co to były za bajki ojcowskie o tym, jakobym ja, pierwsze dziecko, była
chroniona przez los przed wszelkimi chorobami i złem? A to dzięki ogromnej, jak
niesie wieść rodzinna, wylanej na cześć moich urodzin, ilości alkoholu. Okres
dziecięcy minął bezboleśnie i spokojnie, (czego nie można powiedzieć o moim
chorowitym bracie), jednak o tym, co działo się w moim życiu później, nikt nie
wspomina.
Mateusz zaś, braciszek, ponoć zakrapiany był racjonalnie i delikatnie, w
towarzystwie teściowej. Ojciec nie śmiał zachęcać jej do męskiego typu „opijania
potomka”. W wyżej wspomnianych okolicznościach, mój brat stał się dzieckiem
chorowitym. Chuchrem, które cierpiało na astmę, na zapalenie oskrzeli i płuc.
Połowę dzieciństwa spędził w szpitalach i sanatoriach gruźliczych. Wszyscy
drżeli o jego zdrowie. Uchował się jednak. I dziś nie męczą go poważniejsze
choroby, Alhamdulilah. Omijają wypadki przy pracy i zabawie, w jakie obfitowało
jego późne dzieciństwo.
5
Mateusz był chłopcem z rodzaju dobrze znanego – urwisów. Nie potrafił stać,
siedzieć, leżeć, bawić się spokojnie.Te zabawy musiały być niecodzienne i
ekscytujące.
I niebezpieczne. Nic dziwnego więc, że wiele z nich kończyło się rozcięciami,
bąblami, siniakami, guzami i bliznami. Dlaczego powiedziałam, że w życiu
dorosłym omijają go wypadki? To nie tak. Miewa przecież wypadki drogowe, choć
jeździ dużo ostrożniej, niż kiedyś. Nie pamiętam, ile jego samochodów miało
stłuczki. Myliły mi się zawsze kolejne jego pojazdy, które zmieniał jak
rękawiczki. Były to zawsze stare cztery kółka, cudem przywrócone do życia. Albo
bliskie sercu, wiekowe, duże mercedesy. Dwa ich wraki do dziś stoją na podwórzu
u rodziców i są co kilka tygodni powodem starć między ojcem a synem.
Samochody, a może sama przyjemność prowadzenia, to nić porozumienia między nimi.
Obaj uwielbiają, co jakiś czas, przynajmniej na kilkanaście godzin, zamieniać
się w kierowców. Ojciec, w momencie utraty ostatniego zajęcia zarobkowego,
uczynił
z umiejętności prowadzenia istotne źródło dochodu. Etap kuriera warszawskiego i
kierowcy tira ma za sobą. Zatrudnił się jako instruktor w ośrodku nauki jazdy.
Ja zrozumiałam jak przyjemne może być prowadzenie samochodu dopiero w Stanach.
Siadałam za kółkiem własnej, starutkiej toyoty camry. Otwierałam wszystkie okna
na oścież – nie funkcjonowała klimatyzacja – i mknęłam 100 mil na godzinę
autostradami upalnej Florydy. Mostami, łączącymi wyspy Pensacoli i okolic. Z
jednej plaży na drugą.
Dopiero w Stanach zrozumiałam też, jak trudno jest opanować senność, która po
wielu godzinach jazdy i zmęczenia przychodzi znienacka, zdradliwie. Sen spada na
powieki i śni się coś przez kilka sekund. Tak, że na opanowanie kierownicy już
tylko mgnienie powieki. Na szczęście jechałam wówczas dużym fordem zwanym van -
jak ciężarówka. Automatykiem, który znacznie łatwiej było kontrolować. Bo
posiadał typowe, jak sądziłam - amerykańskie, gadżety: wspomaganie kierownicy,
blokowanie jej w pewnej pozycji i stopowanie pedału gazu, tak by samochód
utrzymywał stałą prędkość.
Floryda jednak nie zaskakiwała nigdy nagłym mrozem i śniegiem. Nie zmuszała
niedzielnych i letnich kierowców do wycofania się na dalsze, bezpieczne pozycje
garażowe
i przeczekania do wiosny. Na Florydzie nie zdarzyłby się wypadek, jaki
przytrafił się moim rodzicom. Był wówczas rok ‘93. Zdradliwy początek zimy i nie
posypana solą ani piaskiem, oblodzona jezdnia w okolicach Stasina. Skończyła się
wygodna i sucha jezdnia obszaru warszawskiego i, w momencie wchodzenia w strefę
stasinowską, maluch, stary mały fiat, wpadł w poślizg. Ojciec zdołał tylko
skierować się z dala od jezdni i pojazdów
z naprzeciwka. Spotkanie pierwszego stopnia z drzewem obok drogi. Uderzenie tak
silne, że mikrosamochód stał się w ułamkach sekund spłaszczoną i pokiereszowaną
kupą metalu,
z przeznaczeniem do kasacji. Nic nie dało się uratować. Na szczęście Ten na
górze pozwolił uratować ich dwoje.
Cudem przeżyli ten wypadek. Tak twierdzili wszyscy. Taki wniosek można było
wysnuć po obejrzeniu szczątków samochodu. Ale przeżyli. Z połamanymi żebrami,
odmą płuc i sińcami, wylądowali oboje w szpitalu w Stasinie. Ojca odwieziono od
razu do szpitala na ostry dyżur. Mamę znajomi przywieźli do domu. Pobieżna
obdukcja nie wykazała poważniejszych obrażeń. Kilka dni później odkryto, że
ostry ból w klatce piersiowej to efekt złamanych żeber.
Gdy matka pojawiła się w domu, z jej bladej i przerażonej twarzy wyczytać można
było najgorsze. Nie potrafiłam o nic ją zapytać, czekając aż sama wszystko
opowie.
– Mieliśmy wypadek. Tata jest w szpitalu. – padły tylko dwa zdania. Nie mogłam
powstrzymać łez i podobnie było w jej przypadku. Jednak szybko opanowała się,
aby trzeźwo przekazać wiadomość wchodzącej do pokoju babci, osobie jeszcze
bardziej niż ja skłonnej do płaczu. Zazwyczaj potrafię zachować silną wolę i
trzeźwość. Ale łzy - nie. W Rzymie nadawałabym się na płaczkę pogrzebową.
Publiczny odruch płaczu pojawia się na szczęście tylko w sytuacji cudzych
nieszczęść. Mogę tłumaczyć się silnie rozwiniętą empatią. Moim własnym
perypetiom stawiam czoła spokojnie i z zimną krwią. Ale wówczas, w 2001, w
Pensacola na Florydzie, w ulewie deszczu tak szaleńczej, że wycieraczki nie
nadążały z usuwaniem wody
z szyb samochodu rzecz prezentowała się nieco inaczej.
To było tuż po kłótni z Nadirem. Wsiadłam do toyoty, z zamiarem przejażdżki dla
relaksu ciała i ducha. To zawsze pomagało. Tuż za progiem złapała mnie jednak
niespodziewanie silna ulewa. Widoczność bliska zerowej. A ja tymczasem - jakieś
zakupy. Jakieś puste skrzyżowania i ronda. Wyjazd z ciemnej uliczki na
oświetlone, a jednak słabo widoczne skrzyżowanie. Z trudnością można było
dostrzec zmieniające się światła
i ich kolor, nie wspominając o liniach na jezdni wielopasmowej.
Wjechałam na zły pas. Ktoś zatrąbił obok. Nie byłam w stanie sprawdzić kto. Nie
zorientowałam się, co uczyniłam źle. Spanikowałam. Zatrzymałam się, mimo, że
światła właśnie zmieniły się na zielone. Byłam zdezorientowana. Wydało mi się,
że ktoś podchodzi do toyoty od strony kierowcy. Ponieważ jednak samochód
załadowany był po brzegi i nie pozwalał na dostrzeżenie czegokolwiek z boku i z
tyłu przez szyby (byłam w trakcie przeprowadzki naszego firmowego biura i nie
zdążyłam rozpakować pudeł) dopiero tuż przy moim oknie spostrzegłam postać
policjantki. Otworzyłam szybę. Wysłuchałam miłej uwagi, że jeśli ulewa zdaje mi
się zbyt wielka i nie jestem w stanie prowadzić, powinnam zatrzymać się gdzieś i
przeczekać.
Serce biło jak opętane. Nie padło jednak ani jedno pytanie o dokumenty. Ani
jeden komentarz co do pudeł, zasłaniających mi widoczność. Policjantka
prawdopodobnie sama szybko chciała się schronić w samochodzie i uciec przed
deszczem, przed którym nie mógł jej chronić dość dobrze cienki płaszcz
przeciwdeszczowy. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam do domu. To była niedziela. 12
marca. Co za wspaniały dzień moich urodzin! Mandat nie był mi pisany.
- To taki podarunek urodzinowy od Ciebie, Boże? – uśmiechnęłam się w duchu.
dziadkowie
1
Właściwie nie znałam dziadka ze strony matki. Widziałam jego zdjęcia i gdzieś
tam mgliście wyobraźnia odtwarza niejasne obrazy i wrażenia jego obecności.
Podobno mnie uwielbiał. Podobno rozpieszczał i psuł nosząc wciąż na rękach.
Jedno z babcinych zdjęć
w albumie, przedstawia portret dziadków w charakterze matki i ojca chrzestnego
jakiegoś zawiniętego w bet nieznanego mi berbecia.
Dziadek – postawny, wysoki mężczyzna, lekko już łysiejący - ile miał wówczas
lat, może 40? - spoglądał pustym wzrokiem w dal, gdzieś przed siebie, ponad
głową fotografa. Gdzieś na wskroś, na przestrzał, gdzieś w pustkę wpatrywał się
poza obiektywem. Ciemne obramowanie oczu, ciemne brwi i włosy. Był chyba
brunetem. Nie wszystko przecież może mi powiedzieć czarno białe zdjęcie.
Najbardziej uderzający, poza jego nieobecnym, jakby nie z tego świata
spojrzeniem, był wizerunek jego twarzy. Rysy ostre, wydłużona fizjonomia,
wystające kości policzkowe. Te, które odziedziczyła po nim matka, które
odziedziczyłam ja. I ta przerażająca bladość twarzy, zgoła trupia. Tak, ta
postać wydawała mi się w swoim wyglądzie całkowicie nieziemska, tam, na tym
zdjęciu. Nieobecna, pozaświatowa.
Może był już wtedy chory. Jak wieść rodzinna niesie, dziadek zmarł na marskość
wątroby. Z własnej winy. Pił. Dużo i bez umiaru. Coś, czego nie toleruję i nie
rozumiem. Co staram się jednak zrozumieć. Ostatecznie jest to uzależnienie, jak
każde inne. Ja jestem uzależniona od komputera, od pisania. To są moje
uzależnienia o ograniczonym stopniu szkodliwości. Śmiertelność zerowa. Nie
jestem więc nieodrodną wnuczką swojego dziadka.
Kto powiedział, że uzależnienia i nawyki są dziedziczne? Ja trzymam się pewnych,
życiowych zasad. Jeśli nie paliłam nigdy papierosów - nie zaczynam ich palić - z
ciekawości. Jeśli nie paliłam nigdy trawki, nie będę próbować amatorsko się
sztachnąć i oczekiwać nieoczekiwanych wrażeń. Wiadomo, że wobec braku wprawy
palacza nie uda mi się nawet poprawnie wciągnąć odurzającego dymu do płuc.
Trzymajmy się zasad. Trzymajmy się tematu.
Tematu jednak niejako nie ma. Tematem jestem ja i to co wiruje lub wirowało
kiedyś wokół mnie. Ludzie, wydarzenia i uczucia. Pisanie jest aktem codziennym,
prostym. Prozaicznym. Zgadzam się ze słowami Julii Cameron, której książkę
pochłaniam dziś od rana próbując zabić żmudne godziny oczekiwania na chwilę
uwagi ze strony pewnego jegomościa, właściciela księgarni w Dubaju.
Gentleman ten obiecał wczoraj rozpatrzyć możliwość zainwestowania w polish
bookstore. Nie zna jednak jeszcze wizji misses Ann, która nie chciałaby, aby jej
kąt książkowo-internetowo-kafejkowy stał się miejscem tak niezorganizowanym i
bałaganiarskim jak księgarnia w Dubaju. Księgarnia, w której pracują szalenie
mili ludzie, w której wysyłam faks do Polski za darmo. W której dostaję lunch
gratis. W której od czasu do czasu pracownicy ponawiają propozycję podania kawy
albo herbaty. Gdzie w internetowej kafejce surfuję całkowicie bezpłatnie. Jestem
przecież przyjacielem i żoną przyjaciela właściciela.
Zgubił mi się gdzieś dziadek. Odnajduje go znów we wspomnieniach mamy. Tych,
które mieszają mi się teraz i plączą. Pozwolę sobie na przerwę, której nikt z
was nie zauważy. A przerwa dla matki. Niech to będzie rozmowa z nią. Weryfikacja
danych rodzinnych. Nazwijmy to zbieraniem materiałów dowodowych.
Nie jestem w nastroju do pisania. Taki bezowocny dzień. W Dubaju. Takie nudne
wakacje, że pisać trudno i pióro ciężkie. Klawisze klawiatury oporne, tak ze
naciskać trzeba niedelikatnie, z energia, której nie mam. Do zobaczenia po
przerwie.
Drrrrr. Dzwonek starej podstawówki zawsze wywoływał u mnie efekt gęsiej skórki.
Ciarki przechodziły po plecach. To był skuteczny dzwonek. Głoszący koniec
przerwy. Ten zawiadamiający o jej początku brzmiał zupełnie zupełnie inaczej.
Koniec przerwy. Koniec leniuchowania, czytania, przysypiania, wylegiwania się na
niewygodnym krześle księgarni w Dubaju. Kolejne dwie godziny minęły. Ja wciąż
tutaj. Już siódma i zmierzch, a uwięziona w wieży długowłosa księżniczka zaczyna
wątpić w szybkie pojawienie się księcia. Właściwie nigdzie nikt mnie nie
zamknął. Miałam przyjemność poznać idee i opinie pani Cameron. Czytałam z
przyjemnością, - wciąż jednak tkwiło we mnie niemądre poczucie uwięzienia. Brak
klucza do mieszkania, brak transportu, znaczne oddalenie i nieobecność męża,
którego spotkania poza miastem przedłużały się w nieskończoność. Czułam się
paradoksalnie. Jak dziecko zamknięte w domu.
Przypominają mi się rodzinne opowieści o tym jak to zostawiono w domu u babci
Danuty małą Anię, śpiącą. O tym jak Ania obudziła się. Zobaczyła, że nikogo nie
ma w domu. Znudzona sama sobą i samotnością, otworzyła w końcu okno małego domku
jednorodzinnego, dwa metry ponad ogrodem pełnym malw, z widokiem na piaszczysta,
wiejską, ruchliwą drogę - i usiadła na parapecie. Zaczęła obserwować i czekać.
Na rozwój wydarzeń.
Miałam nie więcej niż 3 lata. Dziadka Tadeusza już nie było. Zmarł gdy
skończyłam rok. Wkrótce potem pojawił się drugi mąż babci, którego zaczęłam
nazywać wujem Staśkiem. Był spokrewniony z babcią. Nigdy nie zrozumiałam zawiłej
siatki powiązań rodzinnych ze strony mojej matki.
2
Wujek Stasiek zwykł śmiać się dużo i jowialnie, zwykł żartować. Miał twarde,
grube rysy twarzy, dobrze zbudowane ciało, zwinną i sprawną sylwetkę. Pracował w
fabryce mebli, która zatrudniała wielu mieszkańców Wyszkowa i okolic.
Jednocześnie, wraz z bratem, co tydzień „bił świniaka” i produkował domowym
sposobem domowe wędliny. Kiełbasa i kaszanka, której dziś nie zjem. (Jak
świetnie smakują wędliny produkowane na Bliskim Wschodzie - bez wieprzowiny.
Mojej matce wydaje się to niewiarygodne. - Przecież nic nie może dorównać
domowej roboty wędlinie, polskiej kiełbasie!)
Stasiek był osobą kreatywną i aktywną. Zamknięto państwową fabrykę mebli.
Wyjechał do Stanów. Na kilka lat. Wrócił. I znów na kilka. Do Chicago. Tam,
znajomość języka angielskiego była niemal zbędna. A dziś, nawet jeśli Chicago w
kilku dzielnicach jest polskim gettem, pomyślne przekroczenie granicy i
przetrwanie odprawy celnej i przesłuchań bez znajomości języka, wsparcia ziomków
w USA w postaci listów, zaproszeń, pieniędzy może być problemem.
Czasy wujko-Staśkowe to odlegle czasy. Sprzed 11 września 2001. Wuj wysyłał
wówczas prezenty w paczkach. Babcia mogła ustroić choinkę w jedyne w swoim
rodzaju, a dziś popularne, kolorowe koraliki i oryginalne wielkie bombki. Ja
dostałam żółtego królika i jaskrawo-różową wełnę, z której matka zrobiła mi na
drutach sweter. Był niepowtarzalny. Wzbudzał zachwyty wychowanych w
komunistycznej szarości rówieśników.
W tej chwili wysyłam paczki samej sobie rękami mojej przyjaciółki na Florydzie.
Po kilku latach pomieszkiwania w USA zebrała się znaczna ilość dobytku, którego
nie zabrałam ze sobą do Polski. Nie przypuszczałam wówczas, że anulowana będzie
moja wiza turystyczna. Że niemożliwe stanie się uzyskanie wizy B1, pracowniczej.
Że podróż powrotna z Meksyku do Stanów będzie niemożliwa. Historia paczek
powtarza mi się jak przekleństwo. Przeprowadzka do Francji i ucieczka stamtąd –
paczki z Francji. Wyjazd z USA i nie-przyjazd do – paczki z USA.
Stasiek wrócił do Polski w dniu mojej rocznicy komunii, która odbywała się wedle
zasad kościoła katolickiego, uroczyście i na wzór pierwszej komunii świętej.
Szczegóły? Zapewne jakieś recytacje, białe sukienki, psalmy, hymny, kazania,
przyjęcie opłatka - przy ołtarzu na język, tradycyjnie. Dziś zdaje mi się to nie
lada sztuką i nie lada udziwnieniem. Zwyczajem mało estetycznym i
niehigienicznym. Popieram protestanckie przyjmowanie komunii „na rękę”.
Dotknięcie sakramentu dłonią jest świętokractwem? Być może, ale nie znajduję
alternatywy dla chrześcijan, którzy wierzą w śmierć i zmartwychwstanie
Chrystusa. W czym problem ? Czy święty Tomasz niedowiarek nie wkładał palców w
rany Jezusa? Czy nie dotykała jego stóp Magdalena i jego twarzy Weronika? Nie
zauważyłam, aby Chrystus mówił gdziekolwiek o swojej nietykalności. Przeciwnie.
Był bliski i zawsze obecny.
Tuż po powtórnym, uroczystym przyjęciu komunii, wyznaniu wiary w Boga i kościół
katolicki w nowozbudowanym, nieładnym kościele w Stasinie, jechałyśmy z matką
same do Wyszkowa. Maluszkiem 126p. Matka była wówczas nowo ochrzczonym kierowcą.
Jej pierwsza daleka trasa. Ojciec do dziś opowiada przy imieninowych okazjach
jak drżał o to, czy żona poradzi sobie w drodze. Aparaty komórkowe nie były
jeszcze tak powszechne, choć sprzedawano już wielkie, nieporęczne komóry,
fatalnie drogie. A żona poradziła sobie jak najlepiej. Dotarły z córką do
Wyszkowa całe i zdrowe.
Wyszków był synonimem wakacji. To było leniuchowanie i zabawy nad stawami za
domem babci. Na łąkach, na wałach przeciwpowodziowych, w wiklinie nad rzeką, nad
samym Bugiem. Lata były tam zawsze piękne. Gęsta, soczystozielona trwawa
porastała łąki, bardzo wysoko. Zbierałam kwiaty, robiłam wianki. Spacerowałam
godzinami. Po kąpieli, przed kąpielą. Ale najpierw budziliśmy się rano, ja i
Mateusz, wybiegaliśmy na zewnątrz, aby poczuć chłód betonu chodnika. Odnaleźć
babcię, która na nogach była już od świtu. Biegło się do niej, a potem już do
furtki przy ścianie zasłoniętej pnącym, zielonym winogronem, o drobnych kulkach,
tuż przy czworokącie ogrodu pełnego malw, słoneczników i lilii z zadartym nosem.
I dalej ruszało się susami od furtki przez piaszczystą drogę na łąki, z łąk na
wał i wiklinami wprost nad rzekę. Stąd już rzut kamieniem. Trawa rosła daleko,
aż tam nad rzeką. Dotykała piaszczystego skrawka plaży, zagarniała jej teren i
znów cofała się. Piach był ciepły. Woda, poza obszarami płycizn, lodowata,
rwąca.
Niebezpieczna rzeka – mówili starsi i opowiadali rozmaite historie o tym kto,
kiedy,
w którym roku i jak utonął. Każdego lata zdarzały się wypadki, a zwłaszcza –
mówili – trzeba uważać, gdy kto dobrze umie pływać. Bo za dużo hardości i
pewności siebie. A rzeka jest zdradliwa, kryje wiry w miejscach, w których nie
spodziewamy się ich napotkać.
Ojciec znów opowiadał historię o tym jak pewnego wieczoru, po wypiciu znacznej
ilości trunków udał się z kolegami nad rzekę. I ot, zapragnęli popływać. Ktoś
rzucił wyzwanie – przepłynąć rzekę wpław. I zgodzili się wszyscy niewiele
myśląc. Wszyscy świetni pływacy, pewni siebie. Ciężko płynąć w poprzek rzeki.
Nurt Bugu był niezwykle silny. Znosiło. Płynęli w okolicy mostu na Zimówku. Nie
wszyscy jednak dopłynęli. Jeden z przyjaciół nie dał rady, nazbyt zaufał swoim
siłom. Utonął. W tej chwili ten młody człowiek jest tylko wspomnieniem dla mnie,
ułamkiem historii ojcowskiej. Nie było tak jednak w przypadku śmierci jednego z
moich wujów, który również zginął w Bugu. Po kilku dniach wyłowiono jego ciało.
Zniekształcone, nabrzmiała fizjonomia, odrażająca siność skóry topielca. Okrutna
i nieestetyczna śmierć.
Historie topielców nie zmniejszyły jednak nigdy naszej dziecięcej ochoty na
kąpiel
w rzece. Byłam zawsze ostrożną dziewczynką, nie porywałam się na wyczyny takie
jak przepłynięcie rzeki wpław, a choćby i tylko do pierwszego czy drugiego
przesła mostu. Bałam się.
Inaczej było jednak podczas wyprawy pontonem z nurtem rzeki. Był ojciec. Matka
zdecydowanie odmówiła udziału w wyprawie, więc jedynie nas troje stanowiło
załogę pontonu. Ojciec, brat i ja. To był świetny układ. Po kilku godzinach
właśnie mama czekała na nas na brzegu rzeki, gdzie zakończyliśmy spływ. Naszą
starą, wielką, czarną wołgą, którą podarował nam wuj Stasiek po wyjeździe do
Stanów, wróciliśmy do Wyszkowa.
3
Na Zimówek wjeżdżało się z każdej strony z górki. To było osiedle położone
bardzo nisko. Co roku niektórych mieszkańców podmywało, gdy wiosną Bug wylewał,
gdy woda przerwała wały. Dom babci, część bliźniaka, stał przy piaszczystej
drodze. Po jej drugiej stronie już tylko jak okiem sięgnąć łąki i wały.
Przed domem mały ogród kwiatów, wąski wjazd na podwórko, niemal zbyt wąski dla
samochodu tak wielkiego jak stara, rosyjska wołga. Podwórze dość obszerne,
dzielone
z sąsiadami z drugiej połowy bliźniaka, z którymi, ponieważ była to część
skłóconej rodziny, nie zamieniało się nigdy ani słowa. Nie utrzymywało się
kontaktów. Sytuacja groteskowa
i paradoksalna, która trwała przez wiele lat. Pani ciocia zza ściany była
eks-żoną wuja Staśka. Babcia serdecznie jej nie znosiła. Był też inny jakiś
powód zatargu, którego źródło dziś już trudno zrozumieć.
Każda z kobiet chodziła uważnie po własnym wąziutkim chodniku. Po stronie
babcinej prowadził on od schodów szaroburych, betonowych, z barierką, zawsze
chłodnych pod dotykiem bosych stóp, w stronę parkanu i zacienionego przez wysoką
wiśnię małego kawałka przestrzeni, gdzie stał stół i kilka krzeseł. Potem wzdłuż
„letniaka”. Tak nazywaliśmy szereg pomieszczeń w podwórzu.
Pierwsza z brzegu letnia kuchnia. Dalej pokoje, w których pewnego zimnego dnia
wybuchł pożar. Ktoś pozostawił na noc samotną, włączoną „farelkę”, czyli mały
grzejnik elektryczny. Nie wiadomo, jak dokładnie doszło do pożaru.
Chodnik betonowy prowadził do ogrodu, do którego przylegał staw zarośnięty pałką
wodną, kaczeńcami i trzciną. Babcia uprawiała grządki pełne truskawek, pomidory
na tyczkach, rzodkiewki, marchewkę, kartofle.
Ogród przypominał ten w Stasinie, u babci Mani, zlikwidowany tuż przed
pojawieniem się szklarni. W niej rodzice produkowali w pocie czoła asparagus,
potem pomidory. Następnie rozsiadły się wielkopańsko na całej przestrzeni
chwasty różnej maści. Szklana skrzynka stała się złomowiskiem i składem rzeczy
niepotrzebnych, które „szkoda wyrzucić”. Aż do momentu rozebrania kawałka po
kawałku. Trzeba nam było przestrzeni w Stasinie, gdy okazało się, że połowa
terenu podwórza przestaje należeć do naszej rodziny.
W Wyszkowie produkowano zieleninę jedynie na własny użytek. Ogród nie był mały,
ale babcia, nie-inwalidka, ale całkowicie sprawna, dość potężna, zwinna kobieta
potrafiła się „obrobić” całkowicie samodzielnie. Musiały jej wystarczyć
popołudnia i soboto-niedziele, bo, w przeciwieństwie do drugiej babci, była
kobietą pracującą. A pracowała w szpitalu, jako salowa. Czasami nawet zabierała
mnie ze sobą. Gdy rodzice w dalekim Stasinie, a wuj w Ameryce. Najciekawsze były
nocne zmiany.
Do szpitala szło się na piechotę, na przełaj, przez most. Długi i pełen dziur,
most kolejowy. Nie bałam się. Babcia szła obok, pewnie trzymając mnie za rękę.
Oddział położniczy, gdzie pracowała babcia był zawsze bardzo ruchliwy. Mnie
jednak kazano siedzieć w małej salce dla personelu. Inne salowe, koleżanki babci
zagadywały mnie i rozśmieszały. Nie nudziłam się. Szpital był miejscem
niecodziennym. Zastanawiałam się, co dzieje się tam za drzwiami, spoza których
docierały stłumione krzyki.
Podobały mi się zielone stroje lekarzy. Lubiłam chodzić z babcią i oglądać spoza
szyby maleńkie, zawinięte w bety noworodki. Leżały w łóżeczkach na wysokich
nogach. Były trochę do siebie podobne, większość tych, które oglądałam nie miała
włosów. Czułam się bardzo dumna, bo ja miałam włosy przy urodzeniu. Należałam do
tych odmiennych. To były moje pierwsze przejawy indywidualizmu.
W drodze powrotnej ze szpitala, z mostu kolejowego niedaleko było już na
Kazinowo. Wałem szły tory kolejowe, które wiodły aż stacji, na przeciwko której
mieszkali kuzyni. Synowie brata wuja Staśka. Było ich trzech. Lubiłam
najmłodszego, który był moim rówieśnikiem i największym na świecie urwisem i
zawadiaką. Miał jednak również dużo uroku. Czarował, zaczepiał, i flirtował.
Bardzo mi się podobał – jego blond czupryna
i szczupła sylwetka. Byłam w nim zakochana.
W pewnym momencie nasza rozmowa na trzepaku na podwórzu rodziny Dedziaków
uzmysłowiła mi, że moje uczucia są odwzajemnione (a może po prostu jeszcze raz
dałam się zwieść naiwności, która do dziś płata mi figle) i pytanie Jacka – Czy
kuzyni mogą się żenić? – przyjęłam jak swego rodzaju deklarację i poważnie
rozważane zagadnienie. Figlarz. Dziecięce mrzonki.
Dziś najdroższy mój kuzyn zdążył się już i ożenić i wnieść pozew o rozwód z
śliczną brunetką z Mazur. A ja nawet jednego związku nie jestem w stanie
sprowadzić na solidne tory, tak abym mogła być pewna, że mnie i mojemu
Pakistańczykowi pisana jest wspólna, świetlana przyszłość.
Z trzepaka u Dedziaków widoczna była, z jednej strony, piaszczysta droga, za nią
wał i stacja kolejowa, z drugiej zaś wzgórze i drewniany dom sąsiadów – kuzynów.
To była rodzina dziwaków. Ich mieszkanie to obszar niezagospodarowanej,
zagraconej przestrzeni. Niesprzątnięte zabawki, niepozmywane statki, niebosiężna
góra nieuprasowanej bielizny
w pokoju, który służył za graciarnio-pralnię, i w innych, które miały sobie
wiadome przeznaczenie. Chaos. I tylko wieści dotarły do mnie dużo później, o
tym, że wuj, głowa rodziny, popełnił samobójstwo. JAK to? - Powiesił się. Tak po
prostu. Nikt do końca nie wie - dlaczego.
Śmierć w rodzinie, jeśli oddalona, jeśli była to śmierć osoby niezbyt bliskiej,
do której obecności nie zdążyłam przywyknąć, nie wywierała na mnie większego
wrażenia. Ktoś był
i zniknął. Mówiono jeszcze chwilę o nim, potem mówiono mniej. Te historie
ciekawiły
i słuchanie ich, jak słuchanie plotek – wciągało i pasjonowało. To była jedyna
interesująca część odwiedzin u rodziny. A więc - ten i tamten mieszkali w tym i
tamtym domu, zwykli robić to i owo, byli szczęśliwi, nie byli szczęśliwi, nie
znosili się nawzajem, mieli problemy, mieli dzieci, nie mieli dzieci, aż tu
nagle pewnego roku dnia miesiąca przydarzyło im się to i owo, i ot pomarli.
Już jednak śmierć tej kobiety, o tak matczynych zachowaniach, tej która nazywała
mnie pestką i brała do siebie wieczorem pod pierzynę, i pozwalała ogrzać małe
stopy obok jej ciepłego kobiecego ciała, to było wydarzenie zupełnie inne.
Istotne, trudne, niezrozumiałe.
W wieku piętnastu lat odczuwałam chorobę i śmierć babci Danusi jako coś
gwałtownie niesprawiedliwego i niezrozumiałego. Chorowała kilka lat. Lekka
poprawa, potem znów pogorszenie zdrowia. Bardzo późno zdecydowała się na
operację woreczka żółciowego. Operacja była kosztowna, leczenie również. Lekarze
jeszcze po jej śmierci upominali się o pieniądze. Nigdy nie powiedzieli nikomu,
co było rzeczywistą przyczyną śmierci. Oczywiście rak. Kiedy się to jednak
zaczęło? Jak postępowała choroba i czy można było ją zatrzymać, uchronić babcię
od śmierci?
Zawsze będę miała przed oczami ostatnie tygodnie jej życia. Schudła, była
cieniem samej siebie, nie miała siły się poruszać, wstać z łóżka. Widzę moją
matkę pochylającą się nad nią. Widzę, że nie potrafi powstrzymać łez,
spoglądając na swoją matkę, która nie ma już nawet siły na uśmiech i rozmowę.
4
Od śmierci babci Danuty przestaliśmy jeździć do Wyszkowa. Moje wspomnienia
powoli zamazują się. Zacierają się kontury obrazu małego osiedla, jakim był
Zimówek. Nie wiem jak wygląda teraz, nie wiem, co się zmieniło. Kto zbudował
dom, kto umarł i kto się narodził. Dawno nie ma już babci Danuty. Zapewne nie ma
już żadnych śladów jej obecności.
Wuj Stasiek przeprowadził się, ożenił i zbudował nowy dom. Wiedzie nowe życie.
Chciałabym go znów zobaczyć, mimo że rodzice nie utrzymują z nim kontaktów.
Pewne nie mielibyśmy sobie wiele do powiedzenia. Przeszłość zamyka się nieraz
tak szczelnie, że nie sposób do niej wrócić. Zbyt trudno wzbudzić w sobie chęć
rozmowy i spotkania. Przekonać, że warto. To, co przeszłe, nigdy w pełni nie
przemija. Zmrużenie oczu niewątpliwie pomaga. Jakimowski i Zamachowski mają
rację.
Takie wrażenie towarzyszy mi w domu w Stasinie. Dziadek Albin, który odszedł
trzy lata temu wciąż jest obecny. Usunęliśmy z pokoju jego wielki stół krawiecki
i starego łucznika. Wciąż wisi jednak wielkie, krawieckie lustro. Stoi w
przedpokoju starodawny, wysoki wieszak z wywiniętymi ku górze, jak rogi bawole,
ramionami. Wisi portret dziadka
w dużym pokoju, stoi w babcinej sypialni jego łóżko. A w moim pokoju - jego
stare radio na lampę, dzięki któremu z uchem przy głośniku słuchał niegdyś
Wolnej Europy.
Trudno jest mi dziś przywołać postać tego człowieka z lat, gdy uśmiechał się tak
często, z czasów, gdy jeszcze szył, siedząc bokiem na swoim wielkim, drewnianym,
krawieckim stole. Coraz trudniej odtworzyć w pamięci jego ruchy wprawnego
krawca, gdy fastrygował płaszcz, podkładał podszewkę, ale najpierw mierzył,
zaznaczał mydłem krawieckim, kroił i poprawiał, i prasował. Wszystko na miarę.
Wszystko doprowadzone do perfekcji. Ci sami zawsze klienci od lat. Wierni starym
fasonom i dawnej metodzie krawieckiej. Trudno przypomnieć sobie głowę dziadka
pochyloną nad „robotą” inaczej jak pokrytą siwymi włosami, z dużymi zakolami po
bokach. Nie wiem, jaki był pierwotny kolor jego włosów. Lubiłam myśleć, że był
blondynem – w końcu na imię dano mu Albin, czyli z łacińska „Biały”. W moich
wspomnieniach ten człowiek na zawsze pozostanie szczupłym, białowłosym,
średniego wzrostu staruszkiem, o żylastych ramionach i sprawnych nogach.
Do dziś rozśmiesza mnie to, w jaki sposób przygotowywał się do jazdy rowerem,
spinając szerokie nogawki spodni spinaczami do bielizny. Drewnianymi spinaczami
starej daty. Dziadek wszędzie jeździł rowerem. To był jedyny pojazd, jaki zdołał
ujarzmić. Nigdy nie nauczył się jeździć ani motorowerem ani samochodem. Pamiętam
historię, którą opowiadał ojciec – jak to dziadek, wybierając się do pobliskiego
Otwocka motorkiem, dzielnie jechał prawą stroną drogi, pewny siebie. Przy
najbliższym jednak skrzyżowaniu zsiadał z motoroweru i na piechotkę
przeprowadzał pojazd na drugą stronę, po przejściu dla pieszych. Rower
towarzyszył mu wszędzie. Jeździł nim po prowiant dla kolonistów w Stasinie, po
materiał, na targ do Otwocka, do kościoła na plac budowy. W wieku blisko 70 lat
nie był jeszcze zbyt stary i niedołężny, aby chodzić po rusztowaniach nowego
kościoła i pracować „na wysokości”.
Nie bał się. Zawsze starczało mu sił i energii. Dopiero choroba powstrzymała go
w biegu. Odebrała energię i sprawność ciała, a ostatecznie świadomość.
Alzheimer. Tak się nazywała dolegliwość, na którą cierpiał na pewno od wielu
lat. Nazywał to sklerozą. Zaniki pamięci stawały się jednak niebezpiecznie duże
z upływem czasu. Dopiero na kilka lat przed śmiercią lekarze podali diagnozę. W
Polsce nie była to jeszcze bardzo znana choroba. Nie istnieje do dziś jedyne i
skuteczne na nią lekarstwo. Po ustaleniu diagnozy dziadek zaczął brać leki,
które wtedy już nie mogły zatrzymać procesu utraty pamięci
i zniedołężnienia. Łagodziły jednak objawy choroby, uspokajały. Wprowadzały w
stan bierności i anemii.
Wielokrotnie zastanawiałam się wówczas, dlaczego jesteśmy tak bezradni. Dlaczego
nie potrafimy się uchronić przed wypadkami i chorobami. Nie kontrolujemy nic
poza datą swojej śmierci. Gdy decydujemy się ją przyspieszyć. O, jak to
niereligijnie, jak to wiarołomczo! Co za ateistyczne, tolerancyjne podejście do
sprawy śmierci. Samobójstwo? Eutanazja? Popieram, nie popieram, jestem za,
jestem przeciw…
Nie popieram. Z zainteresowaniem obejrzałam jednak niedawno „Najazd
barbarzyńców”, ciąg ruchomych obrazów produkcji kanadyjskiej, który zdobył
Oskara. Świadomie, światopoglądowo nie akceptuję aktu odbierania sobie życia.
Jednak cierpię patrząc na cudze cierpienie. Buntuję się przeciwko bezradnemu
spoglądaniu na osobę, której ból łagodzą już tylko silne środki odurzające. Tej
osoby, która cofa się w rozwoju do stadium dziecka, którą opuszcza świadomość
samej siebie, choć duch na pewno jeszcze nie opuścił.
Mimo moich dość radykalnych przekonań, mimo decyzji, które podjęłam kilka lat
temu, co do wiary i sposobu życia, wciąż wierzę w zmiany. W ewolucję przekonań i
wahania. W nieustanne podejmowanie decyzji, ciągłe wybory, które wiodą nas do
celu, albo zwodzą nas na manowce. Wierzę jednocześnie w czarne i białe, w zasady
nienaruszalne i w półcienie zarówno. W szarości i mniejsze zło. W kompromisy.
Może babcia Marianna byłaby szczęśliwsza, gdyby nie musiała zajmować się mężem
jak dzieckiem w ostatnich latach jego życia. A może nigdy nie pozwoliłaby, aby
kto inny się nim zajmował. Tata do końca życia będzie miał wyrzuty sumienia, że
ojciec jego zmarł w szpitalu. Sam. Pamiętam jak dzień przed śmiercią dziadka
mówił:
– Zabierzmy go stamtąd. Powinniśmy go zabrać. - Ktoś powiedział wtedy, zaraz po
tym, jak dotarła do nas wiadomość o śmierci, nazajutrz – Dziadek sam wybrał.
Może było właśnie tak. Może już od kilku lat towarzyszył samemu sobie, swojemu
ciału, jakby obok, jak cień, jak sobowtór. Może od dawna już pragnął odejść. Te
niekontrolowane ataki histerii, ataki gniewu. On od dawna już żył przeszłością,
która zajęła miejsce teraźniejszości. To, co dawne było realne i bliskie. To, co
obecne – nieistniejące.
Nie poznawał otoczenia i domowników. Jedynie do mojego ojca mówił jeszcze po
imieniu – Jan. Tylko on i bacia mógli się nim opiekować. Nie wzbudzali gniewu i
sprzeciwu. Każdy z nas stał się już dawno kimś obcym, postaciami-cieniami z
przeszłości, które wskrzeszał i nadawał im imiona, wedle dyktanda własnej
wyobraźni i poplątanej pajęczyny pamięci.
5
Dziadek zmarł w 2001. Chcę myśleć, że jest tam gdzieś, w niebie, w zaświatach,
które wspólne są dla rozmaicie wierzących w Boga jednoosobowego. Chcę wierzyć w
powtórne spotkanie.
Gdy słucham słów babci Marianny, jak nazywał ją mąż, myślę mimo wszystko
o śmierci. Gdy mówi, z sobie właściwą, trochę przewrotną, trochę smutną nutą –
No, ja to już niedługo na tym świecie pobędę. - Gdy wyjeżdżam znów na dłużej lub
krócej, a ojciec stroi żarty i próbuje ją oszukać twierdząc, że po raz kolejny
postanowiłam się wyprowadzić. Gdy nakłania babcię, by mnie uściskała - przecież
nie wiadomo, kiedy wrócę. A ona niedowierzającym i zdezorientowanym wzrokiem
spogląda na wszystkich obecnych. Ja zaprzeczam ze śmiechem. A po kilku dniach
dzwonię z daleka i słyszę tę radość w jej głosie, bo może mi przekazać życzenia,
zapytać o pogodę i odebrać życzenia zdrowia. I wprowadzić mnie w stan zdumienia,
przekazując ucałowania dla mojego mężczyzny. Jest taka jak dawniej. Wesoła, a
jednocześnie zrzędliwa. Beztroska i naiwna. Podejrzliwa i ciekawska. Nie
pamiętam jej innej.
Moje pierwsze wspomnienia związane z babcią Marią wiążą się z najwcześniejszymi
latami dzieciństwa. Dziadkowie prowadzili kolonie letnie, letnisko. Domowe
warunki, domowe jedzenie. Opieka domowej pielęgniarki – mama, po ślubie z tatą,
wciąż pomagała opiekować się dziećmi z Warszawki.
Cały dom zastawiony był łóżkami z gatunku szpitalnych, z prętów metalowych
malowanych na biało. Sprężyny przykrywał siennik. W nocy słychać było każde
poruszenie dzieci, które wierciły się, wstawały, przekręcały na drugi bok. Nad
ranem wylegaliśmy wszyscy na zewnątrz. Myliśmy się w wielkich miedzianych
miskach. Potem coś na ząb.
Śniadanie do dziś jest moim najmilszym posiłkiem. Wówczas był to pierwszy
z czterech, jedzony na podwórzu. Za domem, w cieniu sosen, stał bardzo długi
wąski stół, zmontowany ze zbitych desek tworzących blat i szeregu kobyłek, czyli
drewniane stojaków zastępujących nogi stołowe.
Jadłospis? Nie potrafię go w tej chwili odtworzyć. Niemożliwe jest jednak, abym
zapomniała kiedykolwiek smak jagód z cukrem i ze śmietaną albo z mlekiem.
Dostawało się zawsze duży kubek. Prosiłam o ten ciemnozielony, z wygodnym uchem,
z wytłaczanym wzorem w kratkę. Do dziś babcia zachowała kilka takich kubków. Gdy
częstuje zupą, wyjmuję z kredensu zielony kubek, ignorując postawiony dla mnie
obok talerz. Siadam
z nią przy stole i jemy, spoglądając na siebie z przeciwnych krańców małego
stołu kuchennego, przy oknie z widokiem na podwórze. Ledwie skończę, podsuwa
drugie danie. Nie sposób odmówić.
Tak musiało być zawsze - myślę. Kolonie, nie kolonie. Swoje dzieci, czy nie
swoje. Babcia i babcine nawyki pozostały niezmienne. Zawsze związane z kuchnią i
z tym domem. Nie umiem wyobrazić jej sobie z dala od niego. Nigdy nie pracowała.
Dom, kościół, sklep, targ w Otwocku (z rzadka, nawet o zakup butów prosiła
synową albo syna), sąsiadki i koleżanki to cały jej świat. Prowadzenie kolonii z
pewnością było największą w jej życiu ekstrawagancją. Wyzwaniem i poświęceniem.
szkoła
1
Dziesięć minut na piechotę drobnym krokiem pierwszoklasisty. Taka odległość
dzieliła mój dom od szkoły. Przemierzałam tę trasę początkowo z matką, potem
sama. Paskudne fartuszki zakładało się już w domu, zimą przykrywało je
wierzchnie okrycie, latem było wstyd. Nylonowe, nieprzepuszczające powietrza
odzienie z długim rękawem, grzecznym białym kołnierzykiem typu bebe, po kolana,
koniecznie zapinane szczelnie na guziki, było źródłem ciągłego utrapienia. Tak
bardzo chciałam nosić krzyżak – fartuszek, z plisowanką na obrzeżu, z zapinanymi
na krzyż na plecach szelkami. Również szyty z nylonu, w kolorze podobnym –
granatowym lub czarnym – był mimo wszystko obiektem pożądania. Zgrabny,
dziewczęcy, latem przewiewny.
Krzyżaczek otrzymałam dość późno. Ilekroć przypominam sobie szkołę – pierwsze
klasy podstawówki – widzę siebie w dziwnym, ponurym, zgrzebnym fartuchu, w
otoczeniu koleżanek w podobnych mundurkach, i kolegów w podobnych, jedynie
krótszych, do pasa. Stroju pierwszoklasisty dopełniał worek z kapciami zwanymi
„juniorki” i tornister z sztucznej skóry, prostokątny. Worek służył dziewczętom
do swobodnego machania nim w takt marszowego albo tanecznego kroku w drodze do
szkoły. Chłopcy woleli bardziej aktywne wykorzystanie swoich – na dziedzińcu
szkoły trwały wojny i potyczki. Broń ostra – brudne worki na buty.
Pierwszego września ‘81 roku stałam grzecznie przed szkołą, w drugiej parze,
jako jedno z wielu dzieci z klasy pierwszej C, oczekując na pojawienie się
wychowawczyni. Mama stała tuż obok. Jeszcze czułam się bezpiecznie. Bałam się
jednak, co będzie wówczas, gdy będzie musiała odejść i zostanę sama, zdana sama
na siebie. Co będzie, jeśli wychowawczyni okaże się osobą niemiłą, a dzieci będą
się ze mnie śmiać? I w ogóle nikt mnie nie polubi. Z nikim się nie zaprzyjaźnię.
Tuż obok stała jednak przyjaciółka o tym samym imieniu, którą znałam jeszcze z
przedszkola. Mieszkała niedaleko mnie, jedną ulicę dalej.
Spoglądałam na szkołę. Wysoki, piętrowy, szaro malowany czy też po prostu
brudny, budynek w kształcie sześcianu. Po kilku minutach, gdy weszliśmy wszyscy
do środka, gdy niska, miła, energiczna pani zaprowadziła nas do podziemi
budynku, gdzie mieściła się szatnia, oddzielna dla każdej klasy, zakratowana i
zamykana na kłódkę po każdym dzwonku na lekcję. Gdy przedostaliśmy się w końcu z
trudem pośród tłumu starszych dzieci na górę,
i dalej korytarzem do naszej własnej sali, cała szkoła wydała mi się labiryntem,
miejscem obcym i wrogim.
Głos nauczycielki był nieprzyjemny i ostry. Upłynęło sporo czasu zanim
zorientowałam się, że „moja pani od wuefu” jest osobą łagodną i ciepłą. Nigdy
nie udało mi się jednak polubić lekcji sportu. Pani Eliza towarzyszyła mi do
ostatniej klasy podstawówki. Po pomyślnym przejściu trzech pierwszych klas
straciła wyłączność jako nauczycielka. Pojawiły się nowe osoby. Niezapomniany
matematyk i nudna historyczka.
Niska, wysportowana pani, o gromkim głosie, wciąż dwa razy w tygodniu prowadziła
nas latem na boisko za szkołą i, w obliczu obiboków na ławkach pod płotem oraz
obojętnych widzów, przechodniów, od strony ulicy Jaśminowej, próbowała nauczyć
nas trudnej sztuki gry w piłkę ręczną i koszykówkę.
Błogosławiłam te dni, gdy lekcje nie odbywały się koedukacyjnie. Mogłam
spokojnie spoglądać na niepowodzenia koleżanek, spośród których większość nie
celowała w rzucie małą piłeczką, czy w skoku w dal. Ja należałam do owej
większości. Każdy wyrzut był już od momentu ustawienia ręki fiaskiem. Nie
potrafiłam zrozumieć istoty techniki tego ćwiczenia ani jego celu. Dla
poprawienia humoru lubiłam za to, oczekując na swoją kolejność na ławkach przy
płocie, podpatrywać świat za płotem szkoły. Szukać znajomych twarzy. Obserwować
kolejkę pod sklepem mięsnym, który znajdował się w załamaniu drogi, na zakręcie.
Dziś mieści się tam dom spotkań Świadków Jehowy. Odnowiony i otynkowany, nie
przyciąga już niczyjej uwagi. Wtedy był to budynek szarawy, zawsze w cieniu,
ponury nieco, o niskim wejściu i drzwiach blaszanych, zamykanych szczelnie po
południu za pomocą sztab metalowych. Żeby choć było czego strzec we wnętrzu!
Nędza i rozpacz. Puste półki i skąpa „podlada”. Do tego sklepu mięsnego jako
mała dziewczynka lubiłam chodzić z babcią.
Zajmowałam kolejkę, siadałam na murku, albo na stołeczku, albo na krawężniku, a
babcia mogła sprawdzić okoliczne sklepy. Pójść „za tory” albo „po sprawunki”.
Gdy wracała, kolejka wciąż długa bez końca, a sklep wciąż zamknięty. Gdy
„rzucili” cokolwiek, tłum dostawał drgawek i wówczas nie było bezpiecznie, aby
dziecko pozostawało w tym zamęcie
i kłębowisku. Byłam więc odsuwana na stronę. Babcia za to sprawiała się
dzielnie.
To było około ’82. W ‘86 wciąż siedziałam na ławkach nieopodal boiska, czekając
na swoją kolejkę do rzutu piłeczką. Spoglądając w lewo, mogłabym, jedynie w
czasie przerwy, dostrzec sylwetki dopalających pety palaczy. Chowali się zwykle
w cieniu śmietników. Kubły chronione były murowanką z białych cegieł z
prześwitami, tak, że nikt nie mógł tam się schronić i pozostać w pełni
niezauważony. Tuż obok stała jednak ławka. Stara, zielona, drewniana, wygodna
ławka ogrodowa. Ku niej przyciągnięto dla towarzystwa drugą bliźniaczą, odrapaną
z farby. I ustawiono na wprost, tak, aby siedzące na ławkach osoby mogły opierać
nogi na przeciwległym siedzeniu, uśmiechać się do siebie głupkowato
i wdmuchiwać sobie w nos wzajemnie dymek szlugów.
Nieoczekiwanie wyrwało mnie z zamyślenia pojawienie się palaczy na ławkach. Za
wcześnie! Czyżby przerwa? Po kilku sekundach zabrzmiał dźwięk dzwonka.
Nauczycielka prawdopodobnie zwolniła klasę nieco wcześniej, w pośpiechu pakując
swoje tobołki i licząc na wizytę u lekarza, na którą zapisała się pewnie dwa
miesiące wcześniej.
Szybko dołączyłam do schodzącej z boiska grupy dziewcząt prowadzonej przez
nauczycielkę wuefu. Jak ja nie lubiłam, gdy kończyła ona zajęcia z dzwonkiem!
Bieg na ostatnie piętro do przebieralni, pobieżne umycie dłoni i twarzy – nikt
nie śnił o prysznicu, choć szkoła teoretycznie dawała taką możliwość.
Zardzewiałe prysznice nieużywane były „od zawsze”, bo czasu na prysznic nie było
nigdy.
Wybiegałyśmy zgrzane z przebieralni, ubranie kleiło się do ciała. Lato było
zwykle upalne. Żadna z nas nie wiedziała, czym jest dezodorant. Zwłaszcza w
młodszych klasach nikt nie używał kosmetyków, które były drogie i trudne do
zdobycia. Potem bieg w dół schodów, do klasy geograficznej lub historycznej, gdy
trzeba było jeszcze przepisać, a, w przypadku bardziej ambitnych, napisać
ćwiczenie, powtórzyć materiał.
2
Tak zwana długa przerwa, nam zdawała się zawsze zbyt krótka w starszych klasach.
Rzeczywiście dłużyła mi się ona jedynie w początkowych latach podstawówki, gdy
ubrana w nieznośny fartuszek, krążyłam wedle zaleceń dyrektora i pilnujących
nauczycielek w krąg spacerowy po korytarzu. Nie można było usiąść ani rozmawiać.
Należało spędzać wolny czas przerwy, krążąc w koło. Aż do znudzenia, aż do
dzwonka.
Zbawieniem były dni ciepłe, gdy można było się wyrwać z zaklętego kręgu
i odetchnąć świeżym powietrzem na wybiegu przed szkołą. Pośród wysokich sosen,
które dodawały uroku tej ponurej skądinąd szkole. Niezłym wyjściem z sytuacji
było również odwiedzenie stołówki, która znajdowała się na parterze i przylegała
bezpośrednio do świetlicy szkolnej. Tu, ci, którzy posiadali wykupione roczne
obiady mogli stołować się codziennie. Można było jednak po prostu przemknąć się
do stolika koleżanek czy kolegów i dosiąść, pogadać, posiedzieć.
Zawsze jadłam obiady w stołówce szkolnej. Nieszczególnie dobre, zapełniały
jednak żołądek o odpowiedniej, „zdrowej”, południowej porze dnia. Mój żołądek
tolerował żylaste mięso wołowe w sosie szarym, jajko na twardo i listek sałaty
pod beszamelem lub polany sosem musztardowym. Kluski leniwe, pierogi i naleśniki
były daniami wyśmienitymi. Dostawałam jednak gęsiej skórki na widok żylastego i
kościstego kotleta schabowego oraz niewyraźnej papki ciemnozielonego szpinaku.
Tego ostatniego smakołyku dotknęłam na stołówce szkolnej tylko raz. Organizm
zareagował gwałtowną negacją i cała zawartość żołądka zwrócona została na
talerz.
Przez wiele lat nie chciałam spoglądać życzliwie na to zdrowe warzywo. Nie dalej
jak dwa lata temu całkiem nowe jego objawienie w postaci dość ostrego
pakistańskiego dania
z dodatkiem kartofli dokonało przemiany moich gustów kulinarnych. Nawet wątróbka
i móżdżek, na które spoglądałam z odrazą, stały się potrawami do zaakceptowania
przyprawione odpowiednio, wedle zasad kuchni azjatyckiej.
Po obiedzie biegliśmy na wyższe piętra do sal chemii, geografii albo muzyki.
Szkoła podstawowa ceniła muzykę i plastykę, które znikły z planu lekcji w szkole
średniej. Elementy historii sztuki realizowała anemicznie historia i zajęcia
języka polskiego. Muzyka była jednak nieobecna. Pozostawały więc już tylko
wspomnienia z zajęć pani Jonińskiej czyli Jońskiej, jak wymawialiśmy wszyscy jej
nazwisko.
Ekscentryczna młoda kobieta w epoce komunizmu potrafiła dać upust fantazji
i poczuciu humoru, ubierając się zawsze w, przyciągające wzrok, barwne,
niebanalne ciuszki. Getry tęczowo-kolorowe, falbaniasta zielona czy żółta
spódnica, koszule i kamizelki, narzutki i chustki, nastroszona tapirowana
fryzura w kolorach rudym i ciemno rudym, wszystko to deklarowało zgodnie zasady
niepodległości szarościom komunizmu. Prostą radość życia, swobodę i artystyczne
gusta.
Lubiłam naszą muzyczkę i jej dziwne zajęcia. Uczyła gry na flecie –
obowiązkowej. Uczyła taktu i rytmu, rozdawała bębny, tamburyny, cymbały i
trójkąty. Akompaniowała nam na pianinie i gitarze. Śmiertelnie obraziłam się na
nią jednak w momencie, gdy odmówiła mi udziału w występach chóru szkolnego.
„Zbyt słaby głos” – brzmiał werdykt.
Jak to? Tak lubiłam śpiewać i tak wielkie wiązałam z chórem nadzieje. Wkrótce
jednak pojawił się kościelny ruch oazowy i możliwość przyjęcia do scholi.
Zapomniałam
o ekscentrycznej muzyczce. Był to już ostatni mój rok w szkole podstawowej.
Nerwówka egzaminów do szkoły średniej. Olimpiada z języka polskiego.
Zdecydowałam, że moim faworytem powinny się stać lekcje języka polskiego i
umiejętności pisarskie. Chciałam pisać. Coś tam wcześnie już bazgroliłam.
Wiersze powstawały w ciągu kilku lat podstawówki. Te wiersze, zapisane w
zielonym zeszycie, którego nie potrafię dziś odnaleźć.
Pisanie stawało się przyjemnością, choć wobec braku odwagi i inwencji,
ograniczałam je do długich i fantazyjnych wypracowań szkolnych. Nie potrafiłam
sięgnąć po pióro i coś, ot tak, dla przyjemności, na papierze, stworzyć. A
jednak humanistyczne zdolności były – twierdzili członkowie rodziny. - powinnam
zdawać do liceum, do klasy humanistycznej. To miejsce dla dziewcząt.
Tak się stało. Dziś jednak żałuję, że na marne poszło moje zamiłowanie do
łamigłówek matematycznych i fizycznych, które z pasją rozwiązywałam w
podstawówce, pod okiem ulubionego matematyka z brzuszkiem, łysiną i rudym
wąsikiem. Moje kilka „luf” w trzeciej klasie zmotywowało mnie do wysiłku do tego
stopnia, że nie pozwoliłam sobie później ani na chwilę na utratę miana „świetnej
uczennicy”.
Fizyka, choć pasjonowała przez pierwszy rok nauki, przede wszystkim dzięki
osobie szalonego i roztargnionego nauczyciela, stała się nudnym i nieznośnym
przedmiotem w ciągu lat późniejszych. A stało się tak za sprawą belfra po
pięćdziesiątce i dyrektora szkoły w jednej osobie. Ten sam pan o czarnej, gęstej
czuprynie, małym brzuszku i zawsze surowym spojrzeniu bez cienia uśmiechu, był
onegdaj nauczycielem matematyki mojego ojca. Odległe to czasy – lata
sześćdziesiąte zapewne i ostatnie ojcowskie lata podstawówki. Surowe zasady tego
nauczyciela formowały się prawdopodobnie z upływem lat, tak, że moje wspomnienia
niezupełnie pokrywają się z tymi, które przywoływał ojciec.
Zajęcia fizyki różniły się od zajęć matematyki obecnością doświadczeń.
Demonstracje działania różnorakich substancji, przyciągania i odpychania
elementów magnetycznych, obiegi zamknięte i otwarte, prąd przemienny, wszystkie
te elementy myślenia ścisłego
i pojmowania świata metodą naukową, stały się dla mnie dziś szalenie i smutno
odległe. Humanistyczne zajęcia w klasie licealnej zagłuszyły pociąg do nauki. I
dziś liczby wywołują u mnie zamęt i zmieszanie. Dlatego stałe moje motto życiowe
- Nie mam pamięci do cyfr - towarzyszy mi już niestety od wielu lat.
Cyfry niezapisane przestają istnieć. Pamięci do dat i dni urodzin nie posiadam.
Ani nie starałam się jej efektywnie wyćwiczyć. Moje wspomnienia z zajęć
matematyki przywołują tę trudną do opisania przyjemność, tę czystą satysfakcję w
momencie odnalezienia prawidłowej odpowiedzi w zadaniu. Zaś myśl o zajęciach
fizyki stawia mi przed oczami obraz wielkiego stołu, tuż przed dwuczęściową,
zieloną, suwaną tablicą, oraz gestykulację nauczyciela i jego skomplikowane
eksplikacje, o tym jak to ebonitowe laski zyskują właściwości elektryzujące.
„Pocieramy futerkiem laskę ebonitową” – to formuła słowna, z którą kojarzono
fizyka.
Z której wyśmiewano się bez końca. Przywoływała przecież w nastoletnich wtedy
już głowach jednoznaczne skojarzenia ze sferą seksualną.
3
Fizyki nie było na egzaminach do szkoły średniej. Była jednak matematyka, z
której dostałam trójkę, i jedynie moja piątka z polskiego uratowała sytuację. I
pozwoliła mi dostać się do klasy humanistycznej, gdzie większość stanowiły
dziewczęta, a pięciu chłopców zawsze zdawało mi się odrobinę zbyt
zniewieściałych.
Jedyną bliższą przyjaciółką, sąsiadką z ławki była Ada. Wiele lat później
utrzymywałyśmy jeszcze znajomość. Dzieliły nas tylko tory kolejowe w Stasinie.
Gdy wyszła za mąż i wyprowadziła się do Mińska, nasz kontakt urwał się
całkowicie. Miewam wyrzuty sumienia. Tak żal tych przyjaźni, które po latach
tracą znaczenie. Nigdy nie udawało mi się ich utrzymać. Pojawiały się wciąż nowe
znajomości, nowe kontakty. Nie potrafiłam jednak nigdy utrzymać i pielęgnować
najstarszych.
Wiele z nich nie przetrwało próby czasu. Traciliśmy płaszczyznę porozumienia,
w miarę jak zmieniały się nasze poglądy i tryb życia. Oddalenie również miało
znaczenie - od dziewięćdziesiątego szóstego roku, z niewielkimi przerwami,
nieustannie podróżuję. Wiele przyjaźni zgubiłam pędząc do przodu, ku
przyszłości. Niektóre z nich w zabawny, dziwaczny sposób odnalazły się po latach
i nabrały znaczenia.
Tak było w przypadku Eli. Koleżanki z jednego miasteczka, z jednej podstawówki.
Zawsze szalenie dorośle i poważnie wyglądała, niezależnie od swojego młodego
wieku. Wysoka brunetka o krótkich włosach, które szybko zaczęła farbować. Nasze
drogi schodziły się i rozchodziły w momencie przynależności do organizacji
młodzieżowych i ruchów kościoła katolickiego. Znikła na kilka lat z oczu.
Pojawiła się po moim powrocie
z Francji i stała się jedną z wierniejszych czytelniczek moich powieści dziwnej
treści.
Ela miała swoją historię. Losy jej związku z żonatym mężczyzną, jego rozwód
i ich obecne małżeństwo były dla mnie rewelacją i inspiracją. Jej historia była
trochę podobna do mojej. Dobrze rozumiałyśmy się wówczas, gdy opowiadałam jej o
swojej konwersji,
o islamie i o tym, że rozwód jest sprawą dozwoloną i możliwą w religii, którą
przyjęłam. Chwilami zazdroszczę jej poukładanego życia, spokoju, dziecka, męża i
pewnej pracy. Tak jak ona zapewne z westchnieniem myśli o moich wyjazdach,
podróżach i „ciekawym życiu”.
Wszystko ma swoją cenę. Znów wróciłam. Mój związek znów stanął pod znakiem
zapytania i straciłam kolejną pracę. I zaczynać trzeba od początku, od dna. O
ile łatwiej było być dzieckiem, które nie martwi się o przyszłość, a raczej
wygląda jej z niecierpliwością. Jak wielkie nadzieje wiązałam z pomyślnie zdaną
maturą, egzaminami na studia, potem
z magisterką. Egzaminy, które w czasie studiów były zmorą, stały się obecnie
swojego rodzaju namiętnością. Wpadłam w wir testów językowych, kursów i studiów
podyplomowych. Czyżbym pragnęła powrócić do szkoły po pięciu niechcianych latach
studiów na Polonistyce? Och, jeszcze jak. Chęci i rzeczywistość nie idą jednak w
parze. Zdałam niedawno pomyślnie egzamin na Romanistykę, ale szybko okazało się,
że braknie mi zapału. Że strach przed biedowaniem i niechęć do życia byle
jakiego, pięcioletniego, do trudów „łączenia końca z końcem” wobec braku stałej
pracy, były zbyt wielkie.
Wkrótce po otrzymaniu indeksu zorientowałam się jak lekkomyślna była moja
decyzja. Moje marzenie o dyplomie romanistki i możliwościach pracy legalnego,
dyplomowanego tłumacza być może nigdy się nie ziszczą. Nigdy nie starcza mi
zapału, by doprowadzić rzeczy do końca, by zrealizować rozpoczęte plany,
pomysły, w połowie drogi do celu. Nie starcza odwagi i wiary w siebie. Czyjeś
gorzkie ostre słowo, czyjś negatywny komentarz sprawia, że osiadam na laurach, w
depresji. Jak dotąd jedynie pisanie jest pasją najsilniejszą i realizowaną
najwytrwalej.
Piszący potrzebują akceptacji. Trywializm. Być może jednak wielu milczy tylko
dlatego, że brak im odwagi, aby otworzyć usta, brak determinacji, aby przekazać
dalej to, co od lat składają do szuflady.
Podobno książki, które widzimy w księgarniach, filmy które oglądamy nie są
dowodem, że najbardziej utalentowani artyści zdołali zachwycić publiczność i
przebić się, wyjść na swoje, zainteresować sobą i swoją twórczością. To oznacza
jedynie, że im się udało. Mieli szczęście, ktoś im pomógł, mieli dość
determinacji i silne wsparcie przyjaznych ludzi.
Może ci, którzy publikują są tymi, którzy najwięcej mają wiary w siebie. Co
z pozostałymi? Zapewne odkryjemy ich dzieła po ich śmierci. Jeśli nie ulegną
wcześniej zniszczeniu. Inni – w ogóle nic nie napiszą i nie stworzą. A może inna
interpretacja jest prawidłowa – ci którzy z powodu niesprzyjających okoliczności
nic nie zdołali napisać
i wydać, najwidoczniej nie mieli nic ciekawego do powiedzenia. Bo pisania uczyć
trzeba się samodzielnie. Bo warsztaty pisarskie to bzdura – jak swobodnie
interpretować można wypowiedź polskiej poetki noblistki...
wiara
1
Zaangażowałam się w ruch oazowy w ostatniej klasie podstawówki. Ktoś wspomniał
o kościele, spotkaniach, miłej atmosferze i piosenkach przy akompaniamencie
gitary. Rzeczywiście. W kościele odbywały się spotkania. W każdy piątek.
Pojawiłam się tam pewnego tygodnia, wraz z przyjaciółmi. Było radośnie. Głośno.
Maleńka sala w pomieszczeniach kościelnych. Kościół był w trakcie budowy,
tymczasem msze odbywały się jeszcze w starej, drewnianej, zielonej kaplicy. W
Sali nie starczało miejsca dla wszystkich, niektórzy siedzieli na stołach, inni
stali.
Gdy nastała cisza dowiedzieliśmy się, co oznacza sformułowanie „światło i
życie”. Na małych znaczkach-nalepkach widniały greckie litery ułożone w postać
krzyża. „światło” w pionie i „życie” w poziomie. Chrystus był światłem. Chrystus
był życiem. To był grecki krzyż równoramienny. Po powrocie do domu nakleiłam
znaczek na nowiuteńką gitarę klasyczną i z dumą pokazywałam przyjaciołom.
Należałam do ruchu Światło-Życie.
Wkrótce wszystko przyjęło bardziej zorganizowany kształt. Podzielono nas na
grupy, oddzielne dla chłopców i dziewcząt. Spotkania odbywały się co tydzień, w
grupach. Każdy zobowiązywał się przyjść również w piątek, na wspólną dla
wszystkich, modlitwę.
Podobało mi się. Wszyscy moi przyjaciele byli zaciekawieni działalnością ruchu.
Co tydzień pojawiało się wiele nowych osób. Równie wiele się jednak wykruszało.
Znikali. Pytano, dlaczego. Potem zapominano. Ludzie przychodzili i po kilku
tygodniach stwierdzali, że tego typu organizacje i ich ideały zdecydowanie nie
odpowiadają ich stylowi życia
i światopoglądowi. Mnie jednak fascynowała energia i dynamika tego ruchu.
Byłam nieśmiałą, naiwną dziewczyną. Lubiłam organizacje i stowarzyszenia.
Pewniej czułam się w grupie. Nie chciałam nigdy przodować, wybijać się czy
ujawniać. Ten ruch ukształtował, w pewnym stopniu, moją osobowość. Wciąż jeszcze
jestem tą nieśmiałą dziewczyną sprzed lat, mimo wielu doświadczeń, podroży,
zdobytej wiedzy
i światopoglądu, który wielu uważa za dziwny i niecodzienny. Byłam szarą myszką
tam, w oazie, choć z upływem lat wstępowałam na kolejne stopnie wtajemniczenia.
Zaproponowano mi prowadzenie grupy. Przekazywanie wiedzy religijnej było dla
mnie szczególnie mozolne. Tak trudno było przyciągnąć uwagę niesfornych
dziewcząt. Trudno odpowiadać na ich pytania, na które sama wciąż jeszcze
poszukiwałam odpowiedzi.
- W Biblii napisane jest! Ale dlaczego? Dlaczego Maria była niepokalanie
poczęta? Dlaczego Trójca święta jest tajemnicą? Proszę wytłumacz. Dlaczego nie?
Dlaczego tak?
Po kilku latach wciąż powracały do mnie te same pytania. Nieśmiałość
przeszkadzała mi w pracy animatorki. Nie umiałam wypowiadać własnych, ciężko
wypracowanych poglądów z odpowiednią dozą pewności siebie. To, w co wierzyłam,
zdawało się wątpliwe. Dlaczego? Wierzyłam przecież w trójcę całą duszą i
umysłem. A jednak samej sobie nigdy nie mogłam jej logicznie wytłumaczyć. Wciąż
jednak jeździłam na spotkania oazowe, zbywałam byle czym siebie i swoje
wątpliwości. Przepraszałam Boga w modlitwie.
Zdałam „egzamin oazowy”. Sprawdziłam się. Byłam wciąż szarą myszką, taką jednak,
którą wszyscy znali i lubili. Byłam tą ładną, miłą osobą, która tak ładnie gra
na gitarze, tak ładnie śpiewa, tak oryginalnie się ubiera. Kto nie lubi słuchać
komplementów na własny temat? To prawda, że zasady tego ruchu były zgodne
wówczas z moimi nawykami, naturą
i charakterem. Zaakceptowałam modę na wyciągnięte, długie swetry i spódnice do
kostek. Ten styl, który wielu myliło z hipisowskim. Rezygnacja z picia i palenia
również była drobiazgiem. Sama zrezygnowałam dodatkowo z mięsa. Ot, jedno
wyrzeczenie więcej.
A wegetarianizm był przecież tak modny.
Ruch oazowy był dla mnie odryciem. Jednocześnie, jedynie etapem w rozwoju. To
nie był koniec drogi, lecz jej początek. Wielu rzeczy, z którymi zetknęłam się w
kościele katolickim, nie akceptowałam. Przymykałam oczy. Udawałam, że wszystko
jest do przyjęcia. I Trójca, która jednocześnie jest Bogiem Jedynym i hostia i
spowiedź. Pojawiało się jednak zbyt wiele natrętnych wątpliwości.
Dużo czytałam. Była to jednak literatura katolicka. Wielu ludzi spotykałam, byli
to jednak Polacy i katolicy. Nie interesowało mnie to, co głoszą inne religie.
Nie chciałam czytać książek pisanych przez nie-katolików. Wystarczał mi kontakt
z przyjaciółmi
z kościoła. Moje wyjazdy na letnie rekolekcje, moja grupa, moja schola, mój
śpiew podczas mszy i gra na gitarze.
Dopiero wyjazd do Francji sprawił, że nie musiałam czytać książek o innych
religiach. Słowa pojawiły się same. Pojawili się przyjaciele protestanci,
kalwini i luteranie, pojawił się mężczyzna, którego pokochałam, protestant.
Pojawili się muzułmanie – Marokańczycy.
I liberalni Francuzi. I dylematy miłości. Pigułka antykoncepcyjna niedługo po
pierwszym zbliżeniu z mężczyzną. Rzadsze odwiedziny w kościele, bo protestantyzm
szturmował moje szare komórki i okazało się, że nie ma odwrotu.
Katolicyzm przestał być jedynym znanym mi światopoglądem. Ideały ojca
Blachnickiego, w które wciąż wierzyłam, okazały się trudne do zrealizowane w
świecie liberalizmu, który poznałam i któremu nie potrafiłam się oprzeć.
Porzuciłam zobowiązanie do całkowitej abstynencji od alkoholu, czystość, msze
cotygodniowe, spowiedź. Ta ostania nie była już łatwa i prosta, rutynowa. Jeśli
zdobyłam się na odwagę, by do niej przystąpić, doświadczenie to było męką nie do
opisania, ze względu na towarzyszące jej uczucia wstydu i wątpliwości. I tak
miało pozostać przez długi czas.
2
W oazie, jak nazywaliśmy ruch Światło-Życie, z biegiem lat coraz bardziej
drażniła mnie uczuciowość i nadwrażliwość. Denerwowało sentymentalne podejście
do spraw wiary. Rozedrgane modlitwy i wezwania do Ducha świętego, który zdawał
mi się najbardziej nieprawdziwą i abstrakcyjną z postaci Trójcy. Gdzie był w
całym tym rozgardiaszu jeden Bóg? Ten groźny i surowy, Bóg ojciec. Bóg, którego
jedynowładztwa nie poddawano
w wątpliwość. Który nie potrzebował naszej chwały i płaczliwych piosenek.
Do kogo zresztą skierowane były te pieśni? Nie chodziło przecież o to, aby ich
wykonanie mnie wbijało w pychę, mi sprawiało przyjemność, mnie wprowadzało w
stan euforii i ekstazy? Na tym etapie rozważań znałam już zasady filozofii
realistycznej Tomasza
z Akwinu. Znałam również twierdzenia i idee św. Augustyna i mistyków takich, jak
Jan od Krzyża i św. Teresa z Avilla. Nieobce były mi ich tezy o możliwości
zbliżenia się do Boga przez ekstazę i długotrwałą, pełną zaangażowania,
modlitwę. Przez posty i wyrzeczenia. (Ich idee w tej chwili przywodzą na myśl
założenia sufizmu w islamie.)
Niezależnie jednak od tego jak pociągające zdawały mi się rozważania św. Teresy
i św. Jana od Krzyża, niezależnie od tego jak dobrze potrafiłam się modlić przez
śpiew
i głośną, spontaniczną modliwę, ja szukać chciałam własnej drogi. Wierzyłam, że
zaprowadzi mnie do Boga prawdziwego, nie na obraz i podobieństwo ludzi. Chciałam
zrozumieć, kim był, zanim namalowano pierwsze jego wizerunki. Zanim zaczęto
przypisywać mu różnorakie formy, zachowania, właściwości i cechy, których, jak
sądziłam, posiadać nie mógł.
W międzyczasie pojawił się człowiek, ksiądz, którego wiedza pozwoliła mi niemal
uwierzyć, że moim przeznaczeniem może być, mimo wszystko, oaza. On nauczał
mądrze, jego kazania wychodziły poza nudę i rutynę. Jego słowa były przekonujące
i uczciwe. Mówił
o swojej wierze bez uniesienia i ekstazy. Mówił o Bogu z czcią, ale i
konkretnie, jasno. Kilkakrotnie prowadził rekolekcje, czyli letnie wyjazdy
oazowe. Po dwóch latach jednak znikł z naszej parafii, przeniesiony do jednej z
warszawskich. Straciłam z nim kontakt i znów stałam się bezradna w swoich
poszukiwaniach.
Zdecydowałam się na ostatni już wyjazd na letnią oazę. Do miejscowości położonej
niedaleko Puszczy Kampinoskiej, w zalesionej okolicy. Wyjazd ten organizował
pewien ksiądz z Warszawy, którego nie znałam. Z łatwością udawało mu się
nawiązywać kontakty
z młodzieżą. Wzbudzał zaufanie. Podobał mi się jego styl życia, sposób, w jaki
mówił o wierze i doświadczeniu poszukiwania Boga. Jego wypowiedzi były twarde i
stanowcze. Wiara wymagała poświęceń – mówił. To prawda. Nieco później jednak, w
zupełnie innym kontekście spojrzałam na tę wypowiedź.
Ksiądz lubił wyprawy po okolicy. Odwiedziliśmy wszyscy leśniczówkę, odprawił
mszę polową. Wspaniałe doświadczenie, franciszkańskie. Nadszedł dzień, gdy
odważyłam się poważnie z nim porozmawiać. O sobie, swoich problemach z wiarą. O
pragnieniu odejścia
z oazy, poszukiwaniach i wątpliwościach. Zabrał mnie wówczas na spacer. Był
wieczór. Jechaliśmy nieoświetloną drogą pośród lasu. W pewnym momencie
wyskoczyło pod koła maleńkie zwierzę. Świst opon i nasze przerażenie. Księdzu
udało się jednak opanować kierownicę i uniknąć zderzenia.
Zatrzymaliśmy się przy drodze, aby ochłonąć. Rozmawialiśmy dalej. On wciąż
powracał do tematu poświęcenia się Bogu. - Bóg był więc istotą szalenie
wymagającą - myślałam, spoglądając jednocześnie na siedzącego obok księdza. Był
mężczyzną, jak każdy inny, wydawał mi się jedynie bardziej samotny i
emocjonalnie uboższy. Czy nie miał tych samych potrzeb, co inni mężczyźni? Czy
rzeczywiście był powołany do życia w samotności
i celibacie? Sprawiał wrażenie osoby delikatnej i zagubionej, niezależnie od
tego, jak surowe były jego słowa, jak pewnie wypowiadał się o swoich wyborach i
przekonaniach.
Dlaczego Bóg chciał, aby ludzie wybierali życie przeciwne naturze? Przywołałam
wówczas uczucie jakie mnie ogarnęło, gdy tuż przed naszą nocną wyprawą przytulił
mnie na chwilę do siebie, przyjacielsko. Odczułam wtedy zmieszanie i coś
jeszcze. Może było to podniecenie, do którego nie chciałam się przyznać nawet
przed sobą samą. Byłam przecież wciąż jeszcze niewinną i naiwną dziewczyną. Nie
jestem pewna jak zareagował jego organizm na ten akt czułości czy przyjaźni.
Wierzę, że większość księży, których znałam, było uczciwych. Że rzeczywiście
starali się realizować zasady ustalone przez kościół. Jedną z istotniejszych był
czystość i celibat. A jednak moje odczucia nienaturalnego zmieszania po
incydencie na drodze wśród lasu sprawiły, że jeszcze częściej pojawiały się w
mojej głowie wątpliwości. Jeszcze szybciej postanowiłam odejść z oazy, w ogóle
wyjechać z Polski, spojrzeć na nią z dala, z perspektywy kraju laickiego, kraju,
który nie deklarował przynależności nijakiej. Nie zobowiązywał i nie obligował.
Jednocześnie więc nie zmuszał do hipokryzji, która wąską jedynie linią oddziela
się od gorliwości i prawdziwego zaangażowania.
Wraz z wyjazdem urwał się również kontakt z przyjaciółmi, których poznałam w
oazie, z którymi wspólnie przeżywałam wzloty i upadki wiary. Wielu z nich
odeszło z ruchu na podobnym etapie. Była wśród tych, którzy odeszli bliska
przyjaciółka, która do dziś jest praktykującą katoliczką i twardo broni swoich
przekonań. Od kilku lat jest mężatką, on wyznaje te same przekonania, są
szczęśliwi. Nie potrafimy już jednak pozostać na tym samym poziomie
porozumienia. Znikła łatwość konwersacji, tkwią między nami niedomówienia i
żale. Unikamy się. A może to ja ich unikam. Przyjaciółka za wszelką cenę stara
się utrzymać nasze kontakty. Temperuje zapędy męża, który sypie żartami, nie
zdając sobie sprawy, że mogą mnie one razić. Nie. Nie potrafię zachować istotnej
więzi z tymi, którzy nie odbierają na tej samej fali. Nasze drogi zbyt
gwałtownie się rozmijają.
3
Jedną z osób, które całkowicie zniknęły z mojego życia był chłopak, który
sprawił, że czerwieniłam się bez powodu, a serce biło mi mocniej. On, podobnie
jak ja, w lipcu przeznaczał czas na wyjazdy oazowe, w sierpniu wyruszał na
pielgrzymkę, zimą zaś jeździł na spotkania Taize. Zanim go jednak poznałam,
przez kilka lat na pielgrzymki chodziłam w towarzystwie przyjaciółek. Ich matki
nazywałam ciociami. To były „ciocie przyszywane”, koleżanki mamine, o których
niesprawiedliwie nie napisałam ani słowa w jednym
z początkowych rozdziałów tej książki.
Ciocia Krysia, którą lubiłam najbardziej, miała córkę Julę. Znałyśmy się od
dzieciństwa. Pojawia się na wielu moich czarno-białych fotkach, robionych ręką
taty. Julka właśnie towarzyszyła mi w pierwszej pielgrzymce. Nasi rodzice
odprowadzili swoje pociechy do najbliższej wioski, gdzie zatrzymywał się po raz
pierwszy korowód pielgrzymkowiczów. Z niewiadomych powodów rodzice stwierdzili,
że znacznie łatwiej będzie nam rozpocząć pielgrzymowanie od wsi Babice, zamiast
od kościoła św. Anny w centrum Warszawy.
Julka nie towarzyszyła mi zbyt długo. Osłabła i wycofała się z pielgrzymowania.
Ja jednak postanowiłam za wszelką cenę dotrzeć do Częstochowy, niezależnie od
kurzu, brudu, zmęczenia, upału i niezliczonej ilości zropiałych, bolących bąbli
na stopach. Nie było „najlepszych” i „najwygodniejszych” butów. Każdy but
sprawiał ból po kilku godzinach marszu. Nawet najstarsze, sprawdzone zawodziły
właściciela. Zwieszona ze zmęczenia i unikająca słońca głowa dostrzegała stopy
obute w sandały obok tych wiernych trampkom, adidasom, bucikom w stylu
pielęgniarek i salowych, jakie nosiły niegdyś moja babcia
i matka. Oczy dostrzegały nawet ciężkie, czarne, skórzane buty zwane pospolicie
„glanami”. Ich właścicielem był właśnie Antek, który po kilku dniach postanowił
się z nimi jednak pożegnać i wdziać lżejsze, zdarte adidasy.
Był o rok starszy. Wiedziałam, że mieszka w Stasinie, niedaleko torów,
w okolicy jeszcze bardziej zalesionej niż moja. Widywaliśmy się podczas spotkań
oazowych, jednak zarówno moja jak i jego nieśmiałość nie pozwoliła nam wcześniej
na zawarcie znajomości. Dopiero, gdy skończyłam osiemnaście lat ponownie
zbliżyliśmy się do siebie
i zdecydowaliśmy pozostać razem. Nie było błyskawic, nie było sztucznych ogni, a
jednak była między nami nić porozumienia bardzo dla nas obojga cenna. Było
iskrzenie. Te wspomnienia są dla mnie dziś ważne. Pamiętam wędrowanie do
Częstochowy podczas kolejnej pielgrzymki, które odbyliśmy trzymając się za ręce.
Na tyle, na ile było to możliwe
w upale, gdy ciało płynęło potem i każdy dotyk bliźniego zdawał się nieznośny.
Wędrowaliśmy razem, a wieczorami, gdy dochodziliśmy do kolejnej wioski, w której
przeznaczano nam miejsca na nocleg, lubiłam zamykać ze zmęczenia oczy i iść
przed siebie ufnie trzymając za rękę mojego przewodnika.
Jest takie zdjęcie, które przywołuje tamte pielgrzymkowe wspomnienia szczególnie
wyraźnie. Postój gdzieś niedaleko Częstochowy. Ogromne zmęczenie – większość
naszej grupy bezsilnie rozkłada się na trawie tuż po dojściu do miejsca
odpoczynku. Widzę siebie, bardzo chudą, niską panienkę, w czarnym zbyt długim,
wyciągniętym t-shircie i przykrótkich spodniach, upolowanych na darach z
kościoła. Widzę Antka w dżinsach do kolan i kraciastej flanelowej koszuli bez
ramion. Całuje mnie, pochylając się tak, że zasłania moją twarz w obiektywie.
Ostatniego dnia pielgrzymki, na ostatnim postoju, zawsze miała miejsce
gorączkowa przebieranka i zamieszanie. Dziewczęta wdziewały długie spódnice na
krótkie spodenki, chłopcy wciągali długie spodnie, księża zakładali grube,
„normalne” sutanny i zapinali je poprawnie od dołu do góry. Było odświętnie.
Atmosfera uroczystości delikatniejszym wyciskała łzy z oczu. Dopiero jednak
wejście do miasta i ruszenie do świątyni było chwilą prawdziwie podniosłą.
Któregoś roku pielgrzymowanie odrobinę nam się przedłużyło. Chciałam zostać
kilka dni w Częstochowie, rozbić wraz z przyjaciółmi namioty na terenie jednego
z przyjaznych nam klasztorów. Stamtąd ruszyliśmy całą paczką nad jezioro, gdzieś
w Polskę, do rodziny mojego, jak go już wówczas nazywałam dumnie, chłopaka.
Namioty, lato, wakacje i słońce. Spałam w namiocie z dziewczętami.
Romansowaliśmy w dzień. W nocy grzecznie każdy udawał się do własnego lokum.
Jedyną parą, która wówczas była na tyle odważna
i „dojrzała”, aby mieszkać w jednym namiocie, był przyjaciel Antka i jego
dziewczyna.
Zastanawiałam się wówczas, co mogą robić tak długo sami, w namiocie – zamykali
się również w ciągu dnia. Śmiałe przypuszczenie, że chodziło o pieszczoty i
seks, nie chciało dojść do głosu. Jeśli dochodziło, odsuwałam je szybko z
niechęcią. Czystość przedmałżeńska i dziewictwo było sprawą oczywistą i nie do
podważenia. Wiedziałam, że mój chłopak myśli podobnie, skoro nigdy nie
zdecydował się na nic więcej, poza pocałunkiem. A może była to nasza wzajemna
nieśmiałość. Zmysły jednak budziły się powoli. Po rozstaniu z Antkiem nie mogłam
spotkać nikogo, kto dość skutecznie zawróciłby mi w głowie. Niewielu chłopców
interesowało się zresztą nieśmiałą panienką, która nieoczekiwanie z chudzielca
zamieniła się w nieco za tłusty pączek.
Pojawił się jednak ten, któremu podobał się mój tłusty podbródek i obfite
kształty. Poznaliśmy się na Mazurach. Pochodził z Mińska, miał samochód, był
miły i zdolny do wielkich poświęceń, jak myślałam po cichu – z miłości. Jednak
małomiasteczkowa kultura, niższe od mojego wykształcenie i bezpośrednie
zachowanie drażniły mnie. Nie kochałam go. Nie potrafiłam jednak zrozumieć,
dlaczego wciąż jesteśmy razem. Brakło mi odwagi i determinacji, aby zerwać. A
może pochlebiał fakt, że jest mężczyzna, któremu mogę się podobać, który pójdzie
z panienką na bardzo drogi koncert jazzowy, choć jazzu nie lubi.
Istotnym elementem tej gry był również fakt, że zmysły moje obudziły się już
dawno
i dawały o sobie znać. A chłopak z Mińska liczył na moją otwartość i szybki
seks. Nigdy nie spełniły się jego marzenia. Uparcie postanowiłam pozostać
dziewicą, aż do momentu poznania osoby „właściwej”. Aż do wyjazdu do Francji.
Tam dziewicą być przestałam. Stosunkowo szybko. Jednocześnie zapominając o
konieczności współżycia i związku z osobą „właściwą”.
Pierwszy mężczyzna, którego poznałam dokładniej od strony cielesnej, był
obcokrajowcem. Co więcej – nie był katolikiem. Przekroczenie jednej granicy z
łatwością pozwala przekroczyć kolejne, ze znacznie mniejszym już bagażem
wyrzutów sumienia. Byłam wciąż na etapie poszukiwań wiary. Spotkałam wyznawców
nie tylko innych odmian chrześcijaństwa, poznałam również muzułmanów i wyznawców
judaizmu.
4
Zetknęłam się z wyznawcami islamu bardzo wcześnie, najpierw we Francji w ’96,
kilka lat później w Turcji. Nie znaczy to jednak, że zetknęłam się z islamem.
Mogłabym zaryzykować przypuszczenie, że liczni młodzi francuscy imigranci z
krajów Magrebu, jak
i zeświecczeni Turcy, nie są gorliwymi wyznawcami swojej religii, jeśli oceniać
po jej zewnętrznych przejawach. Ukrywają ją tak dalece, że dopiero dziś
zastanawiam się i próbuję przypomnieć, czy zauważyłam wówczas jakiekolwiek
oznaki wiary, choćby kulturowe elementy przywiązania do niej.
Dopiero poznanie w 2001 Nadira sprawiło, że moje spojrzenie na tę religię
zmieniło się. Czy powinnam jednak mówić o 2001? Te pierwsze chwile naszej
znajomości nie naprowadziły mnie również na ślad islamu. Muzułmanie na obcej
ziemi skrzętnie kryją swoją wiarę, metodą Europejczyków. Sacrum oddzielają od
profanum. Muzułmanie, czyli mężczyźni, wyznające bowiem ortodoksyjną wersję
islamu kobiety nie mogą ukryć się w tłumie. Chustka przyciąga wzrok, budzi
ciekawość. Jest manifestacją, jest manifestem. Wywołuje niechęć. Tak jak stało
się w moim przypadku, po powrocie z Ameryki.
Konserwatyzm i ortodoksja, jaką za wszelką cenę chciałam zastosować, nie
wskazały mi najlepszej drogi porozumienia z rodziną, która pozostawała
katolicka, podczas gdy ja wybrałam już islam. Allah z pewnej perspektywy był
takim samym Bogiem, jak Ten czczony przez chrześcijan. Był jedyny. Odrzucałam
jednak obecność chrześcijańskich „osób boskich”. Sprawy różnic dogmatycznych
były cierpliwie i delikatnie dyskutowane w gronie mojej rodziny. Jednak chustka
była barierą nie do przekroczenia. Zbyt szybko i bez zastanowienia,
z zapałem neofity ją w USA założyłam, dumna z siebie. Nietrudno być bohaterem
daleko od domu. A prawdą jest również to, że nie potrafiłam w pełni zaakceptować
dowodów istniejących w Koranie, które mówiły o stroju kobiety. Jak mogłam więc
przekonać rodziców do czegoś, w co sama powątpiewałam?
Czy nie chodziło przede wszystkim o kobiecą skromność? – myślałam - Zakładając
chustkę jeszcze większe wzbudzałam na ulicy zainteresowanie. Zdjęłam ją więc
szybko i wdziewałam jedynie tam, gdzie moje tchórzostwo nie było obnażane, moja
odwaga i siła woli nie była poddawana próbie – z dala od Polski, w krajach
muzułmańskich, które odwiedzałam.
Zakrywałam się tym skrzętniej, gdy stwierdzałam, że moja biała twarz i blond
włosy wzbudzają wielkie poruszenie. Gdy stawałam się ośrodkiem niepotrzebnego
zainteresowania. Dzięki temu sprytnemu, jak mi się zdawało, posunięciu, dzięki
temu, jak powiedzą
z dezaprobatą moi przyjaciele muzułmanie, kompromisowi, byłam w stanie spokojnie
dyskutować kwestie wiary z moją przychylniej nastawioną do dyskusji rodziną.
Czasami te nocne i dzienne Polaków rozmowy przywoływały na myśl dawne dyskusje,
w szerszym gronie, których wodzirejem był wuj Zdzisiek. Ja byłam zaś młodą
i grzeczną słuchaczką, która obruszała się jedynie w duszy, słysząc ateistyczne,
głoszone twardo i z dumą, przekonania.
Zdzisław był erudytą. Lubił ogłaszać wszem i wobec swoje zdanie i wsłuchiwać się
w ton swojego głosu. Nie mówił od rzeczy, a jednak wiele teorii wydawało mi się
szalenie płytkich i pustych. Słowa słowa słowa. Te słowa nas jednak łączyły. To
my oboje w naszej rodzinie wiedzieliśmy „trochę więcej” o literaturze i sztuce.
To nas pociągały dyskusje abstrakcyjne i filozoficzne.
Zdzisław nie wierzył w Boga. Był ateistą, jak jego rodzice, komuniści z
przekonania. Dziś dopiero, po własnych doświadczeniach odmiennych wiar w
związkach między dwojgiem rozumiem ciocię Antosię i to, co kiedyś zdawało mi się
trudne do zrozumienia. To, że związała się z mężczyzną, który miał inne, niż ona
poglądy. Który był niewierzący, podczas gdy ona sama była silnie związana z
wiarą katolicką. Tak wychowała syna. Oboje chodzili do kościoła. Zdzisław
zwyczaj ten bojkotował.
W ciągu ostatnich lat życia, już po separacji z żoną i śmierci ich syna,
pojawiał się
z okazji świąt w Stasinie. Ciotka kupiła drugie mieszkanie, pozostawiając mężowi
to na Jelonkach i pewnego dnia po prostu wyprowadziła się. Zaglądała czasem do
męża. Byli wciąż małżeństwem. Odczuwała wyrzuty sumienia? Sprzątała czasami, nic
jednak nie było w stanie zmniejszyć ogromnej tony kurzu, zastałego brudu i osadu
z papierosów. Mgła zasnuła firanki, brudne naczynia całymi dniami tkwiły w
zlewie. Niedotykane ścierką i szczotką podłogi, szafki, urządzenia sanitarne
spokojnie zapadały w senność. Przykrywały się kolejnymi warstwami ciemnego
osadu.
Najlepiej było przecież nie wychodzić z jednego pokoju. Przebywać dziennie
jedynie przestrzeń pomiędzy łazienką, pokojem komputerowym-sypialnią i kuchnią.
Po śmierci Kamila, ich syna, nic go już nie mogło go już zainteresować,
wzruszyć, pobudzić do życia. Apatia, depresja. Trwała kilka lat, jednak tylko on
sam mógł wrócić z tego stanu do pełni życia. Wyjść poza drzwi mieszkania.
Po co miał jednak wychodzić skoro nikt nie czekał na niego w pracy, którą dawno
stracił. Nie potrafił znaleźć nowej. Zapewne nie chciał. Bezruch był prostszy i
mniej bolesny. Być może zastanawiał się nad sensem życia. Może chciał wierzyć w
zaświaty i ponowne spotkanie z synem, na którego katolickim pogrzebie był
obecny.
Siedzę w tej chwili przed komputerem, w mieszkaniu wuja na Jelonkach. Stukam
pilnie w klawisze i spoglądam od czasu do czasu w stronę okna. Zasłane jest
światłem i nie widzę nic poza nim. Otwarte drzwi balkonowe. Nie tak wyglądało to
mieszkanie zanim się tu wprowadziłam. Przemeblowałam je i odnowiłam. A jednak
wiem, że gdzieś tu są wciąż jeszcze ślady obecności wuja ateisty, w którego
ateizm uwierzyć nigdy nie mogłam. Taki inteligentny człowiek może Boga
ignorować, może mu On przeszkadzać, nie sądzę jednak, by w głębi serca nie
przyznawał mu racji bytu. I mam nadzieję, że w momencie swojej śmierci
w szpitalu, w chwili, gdy zbliżała się, (a musiał sobie zdawać sprawę, że
podejść i chwycić za gardło mogła w każdej chwili - sercu już od dawna ciężko
było wykonywać regularne
i spokojne skurcze), był w pełni świadomy i gotowy na odejście.
obczyzna
1.
Postanowiłam wyjechać do Francji. Nagle. Realizacja tego pomysłu w połowie roku
akademickiego, w drugim miesiącu roku dziewięćdziesiątego szóstego okazała się
niekoniecznie prosta, a jednak prostsza niż oczekiwałam. I znacznie szybsza.
Kto pamięta teraz jak i gdzie usłyszałam o biurze Anya, które organizowało
wyjazdy do Francji zwane – au pair – wyjazdy opiekunek dla dzieci? Propozycja
pracy obejmowała możliwość zamieszkania wraz z rodziną, bezpłatne utrzymanie i
mieszkanie. Ponadto kandydatka otrzymywać miała pensję niewielką, lecz
wystarczającą na podstawowe potrzeby. Zwykle po sześciu miesiącach miała prawo
do urlopu i wyjazdu dziesięciodniowego, niezależnie od cotygodniowego odpoczynku
w postaci dwu wolnych dni. Układ wydawał mi się uczciwy. Nie zastanawiając się
zbyt długo, kupiłam bilet do Krakowa, gdzie znajdowało się biuro Anya i umówiłam
się na podpisanie cyrografu.
Był to jednak środek roku i wiele rodzin zaangażowało już swoje filles au pair
sześć miesięcy wcześniej. Dopiero po kilku tygodniach otrzymałam pierwszą
propozycję wyjazdu i pracy – rodzina w Troyes, troje dzieci. Dwoje maleńkich.
Odmówiłam, przerażona, tracąc wiarę w moje umiejętności opiekunki, których
przecież nigdy do tej pory nie miałam okazji sprawdzić. Doraźna opieka domowa
nad młodszymi kuzynkami nie była przecież pracą na poważnie. Agentka firmy Anya
nie wiedziała również, że moje referencje opiekunki były fikcyjne, spreparowane
przez życzliwych sąsiadów i przyjaciół.
Po odrzuceniu oferty rodziny w Troyes, nastała długa cisza. Dopiero w marcu
pojawiła się kolejna propozycja. Tym razem postanowiłam ją zaakceptować,
niezależnie od warunków, jakby była to sprawa życia i śmierci, wyzwanie, którego
zlekceważenie na zawsze doprowadziłoby do utrwalenia w moim charakterze tego
rysu, którego nie znosiłam – nieśmiałości.
Szczęście mi sprzyjało i układ gwiazd również zdawał się być prawidłowy,
usłyszałam bowiem, że rodzina, poszukująca fille au pair mieszkała na południu
Francji i miała dwoje dzieci – dwu chłopców w wieku, którego się już nie
obawiałam – dwu i pięciu lat. Podano mi numer telefonu. Miałam zadzwonić i
porozumieć się z moimi pracodawcami to be, co do szczegółów mojej pracy i mojego
przyjazdu.
Ta rozmowa była prawdziwym sprawdzianem moich umiejętności językowych. Pamiętam
drżenie dłoni i głosu w momencie pierwszego Bonjour. Po drugiej stronie
słuchawki zastałam panią domu – Sophie. Rozmowa potoczyła się sprawnie i
naturalnie. Wiedziałam, że Francuzka starała się mówić wyraźnie i wolno, i byłam
jej za to wdzięczna. Moja trzyletnia nauka francuskiego w Instytucie Francuskim
nie miała w programie studiów nad akcentem rdzennych Francuzów z południa.
Po tygodniu miałam już w kieszeni bilet autobusowy do Nimes. Podróż miała trwać
czterdzieści pięć godzin. Taka perspektywa nie przeraziła mnie. Cieszyłam się,
że będę miała okazję podróżować w odległe rejony Europy. Spakowanie się w jedną
walizkę na roczny pobyt za granicą było nie lada wyczynem. Stanęło ostatecznie
na dwu wielkich torbach, których ciężar i objętość przeklinałam w czasie
podróży, gdy stanęłam przed koniecznością trzykrotnej zmiany autobusu, a za
przeniesienie bagaży był w pełni odpowiedzialny jedynie pasażer. Co tam się
działo! Zamieszanie, krzyk i tłok. Nienumerowane miejsca i panika, w momencie,
gdy okazywało się, że walizka zagubiona. Że zmieniła miejsce, że mała
dwudziestotrzyletnia kobietka nie była w stanie samodzielnie przenieść do
drugiego autobusu pozbawionych nowoczesnych kółek, wielkich toreb. Nadeszła
jednak chwila, gdy można było opuścić znienawidzony autobus, rozprostować kości
i rozejrzeć się za Francuzką Sophie, która obiecała przyjść na dworzec
autobusowy w Nimes. Nie wiedziałam jak wygląda. Ona znała mnie ze zdjęcia, które
przekazałam agencji Anya.
Zajęłam się zbieraniem tobołków z siedzenia i wyciąganiem bagaży z czeluści w
brzuchu autobusu, gdy podeszła do mnie szczupła, średniego wzrostu, ładna
blondynka o jasnych oczach Słowianki, i zagadnęła o moje imię. Widziałam ją już
w momencie wysiadania. Machała energicznie dłonią. Wydawało mi się jednak, że
ten gest powitalny nie był przeznaczony dla mnie. Sophie. Wyglądała na
sympatyczną kobietę – byłam dobrej myśli.
- Chodźmy, pomogę ci wziąć jeden bagaż. Samochód stoi na parkingu na zewnątrz.
Tu nie można wjeżdżać – szczebiotała. Uderzył mnie fakt, jak łatwo było mi ją
zrozumieć. O ileż prostszy wydawał się kontakt bezpośredni, w porównaniu do
rozmowy telefonicznej.
– Jeśli czegokolwiek nie zrozumiesz, mów, krzycz. Na pewno sobie poradzimy. Twój
francuski jest dobry – uśmiechnęła się. Odpowiedziałam niepewnym uśmiechem i
zdałam sobie sprawę, że właśnie zaczynała się moja wielka, zagraniczna przygoda.
Przede mną stała prawdziwa Francuzka, która, jak się wkrótce okazało, przodków
pozostawiła w Chorwacji. Dla męża porzuciła Paryż i zjechała do Nimes, aby
osiedlić się, wyjść za mąż, urodzić dzieci
i zbudować duży, nowoczesny dom z basenem w pięknym regionie Langwedocji.
2.
Nie tylko Sophie, również to miasto, ten region i kraj przywitały mnie ciepło
i życzliwie. Czułam podekscytowanie w ciągu piętnastu minut podróży samochodem
z centrum na przedmieścia, gdzie mieszkali państwo Trenet. Podniecenie jednak
znikło, a jego miejsce zajął strach, w momencie, gdy przekroczyłyśmy próg domu i
ujrzałam dwóch chłopców, którzy bawili się w upiornie hałaśliwą zabawę, która
polegała na bieganiu tam i z powrotem z domu na podwórze i z podwórza do domu.
- Kochanie jesteśmy – zakomunikowała Sophie i pojawił się mąż Philippe –
mężczyzna słusznego wzrostu i wagi, zapewne wiekiem zbliżony do Sophie.
Trzydziestopięciolatek. Krucze, zbyt długie, proste włosy i ciemne oczy, okrągły
brzuszek i silne, duże dłonie i stopy, zaczątki podwójnego podbródka i miłe rysy
twarzy ze zmarszczkami od uśmiechu, ujawniały osobę przyjaźnie nastawioną do
świata i życzliwą. Wiedziałam, że z jego strony nie pojawią się kłopoty. Czyżby
miały się pojawić z przeciwnej flanki, której broniła pani domu? Dlaczego
tworzyłam w głowie wizję zagrożeń i problemów? Ja, urodzona pesymistka, nie
potrafiłam wyobrazić sobie sytuacji, gdzie wszystko szło gładko, bez zawiłości i
komplikacji.
Rzeczywiście. Stało się wedle moich oczekiwań – problemy pojawiły się szybko. Od
strony pokoju dziecięcego Davida i Lucasa. Dziś nie pamiętam już, jak poradziłam
sobie z ich zadziornością i uporem. Jak przekonałam młodszego, którego nazywałam
czasem Łukaszem, aby choć trochę mnie polubił. Choć taką odrobinę, która
pozwoliłaby nam doprowadzić do pomyślnej zmiany pieluchy czy zakończenia z
sukcesem pełnej zasadzek i podstępów operacji kąpieli. Łazienka, mimo że
znajdowała się o dwa kroki od pokoju chłopców, była odległym szańcem.
Opuszczając ją po godzinie, byłam tak bardzo zmęczona, że dotarcie z dzieckiem
na ręku do drzwi jego pokoju, a potem do dziecięcego łóżeczka, było niemal ponad
moje siły. Wiedziałam jednak, że jeśli pozwolę chłopcom na swobodę i samodzielne
dotarcie do pokoju, będę ich szukać jeszcze przez godzinę po całym podwórzu, a w
najlepszym przypadku ganiać za nimi po rozległej przestrzeni domu.
Dom był parterowy, o koncepcji modernistycznej, gdzie centrum życia rodziny
skupiał duży salon. Zawsze był pełen światła, dzięki okienkom w suficie,
przeszklonym drzwiom wejściowym oraz wielkim od sufitu do podłogi suwanym
drzwiom dwu-składowym, które prowadziły na taras i basen. Ogród, który
rozpościerał się poza nimi, był jeszcze pustą, nieokiełzaną przestrzenią, objętą
w posiadanie przez chwasty.
Do moich obowiązków au-perki należały również codzienne porządki. Nienawidziłam
ich. Szklane drzwi na taras były szczególną zmorą. Aparatura myjąca, składająca
się ze szczotek i długich rur, nie sprawdziła się. Skończyło się na myciu
ręcznym. Wkrótce jednak przyzwyczaiłam się do procedur zachowywania czystości i
sprawa przestała być problemem. Zniknął stres, a zastąpił go luz i spokój. Coraz
bardziej lubiłam swoją francuską rodzinę i nic nie było w stanie zmienić moich
ciepłych uczuć dla nich, ani nużące mycie okien i podłóg, ani prasowanie
ogromnym, pseudo-nowoczesnym żelazkiem na parę, która była produkowana w
oddzielnym urządzeniu, łączonym za pomocą kabli i rurek.
Wówczas miałam już za sobą pewne wstydliwe, a może po prostu groteskowe
wydarzenie, które nabawiło mnie tony kompleksów i wpędziło w depresję na kolejne
kilka dni. Pojazd czterokołowy. Tak, posiadałam prawdo jazdy - w ten sposób
odpowiedziałam na pytanie rodziny francuskiej jeszcze w Polsce, w formularzu
oraz w rozmowie telefonicznej. Prawo jazdy miałam od kilku lat, moje
umiejętności były jednak niewielkie, a znajomość pojazdu bierna. Rzadko
jeździłam w Polsce samochodem, a własnego nie posiadałam. Wiedziałam jednak, że
odpowiadając "Nie" na pytanie o umiejętności kierowcy pozbawiam się być może
oferty pracy i wyjazdu. W Nimes, już drugiego dnia mojego pobytu stanęłam przed
wielkim wyzwaniem – miałam stać się rodzinnym kierowcą zdezelowanego gracika,
starego Renault. Najpierw należało jednak odebrać pojazd z warsztatu, gdzie
przezorny Philippe zostawił wehikuł, aby mechanicy doprowadzili go do stanu
używalności. Miesiąc wcześniej auto miało lekki wypadek w towarzystwie Sophie,
która najczęściej korzystała z samochodu. Jako umiejętny kierowca, świetnie
radziła sobie zawsze z jego kaprysami i problemami z rozrusznikiem i
akumulatorem. Podjęłam wyzwanie. Tuż przed warsztatem wsiadłam zarumieniona ze
strachu i wstydu do mojego nowego pojazdu. Przekręciłam kluczyk w stacyjce. Bez
efektu. Nie znałam trików wprawnego kierowcy. Nie dość długo trzymałam
przekręcony kluczyk, nie dość sprawnie naciskałam sprzęgło. Wszystko nie tak.
Samochód odmówił współpracy, a ja, na oczach widzów – pracowników warsztatu,
załamanej Sophie i dzieci – poległam. Nie potrafiłam uruchomić maszyny. Silnik
zapalał się i gasł, a potem już tylko milczał urażony. Było mi wstyd i źle.
Bez słowa pozostawiliśmy Renault w warsztacie i wróciliśmy do domu drugim
rodzinnym samochodem, który prowadziła wprawnie Sophie. Nie zdałam testu na
kierowcę. Ale wyrozumiała rodzina nie zgłosiła problemu agencji Au-pair
- Nic się nie stało – twierdziła miła Słowianka, pani domu – Nic się nie stało,
sama zawozić będę dzieci do szkoły. To ty właściwie masz duży problem. Nasz dom
jest znacznie oddalony od centrum Nimes, a jedyny środek lokomocji to autobus.
Kilometr stąd mieści się najbliższy przystanek, kilka kilometrów dalej drugi, na
którym autobusy zatrzymują się częściej. Jest jednak rower. – I on stał się moim
najwierniejszym środkiem transportu. Na nim nie raz wracałam w środku nocy, gdy
nie kursował już żaden autobus w stronę domu rodziny Trenet.
Taka podróż zajmowała zwykle około czterdziestu minut, zależnie od poziomu
mojego zmęczenia i od kierunku jazdy. Dużo łatwiej zjeżdżało się z górki w
drodze do centrum Nimes, niż wspinało z mozołem pod górę, w stronę domu. Autobus
odchodzący z bliższego przystanku, kursował jedynie pięć razy dziennie. Bywały
dni, gdy wysiadając na dalszym przystanku, musiałam przebyć drogę na piechotę.
Była to godzinna wędrówka, ale w tamtym, początkowym, wiosennym okresie była ona
szczególnie przyjemna.
Szłam w otoczeniu pól, łąk zwanych garrigues, porośniętych zasuszoną wysoką
trawą, kwiatami i ziołami. Ich zapach unosił się wysoko ponad przestrzenią
płaskich łąk i pagórków. Zaglądał do przydrożnych domów, uderzał do głowy,
oszałamiał. Pachniała bazylia, tymianek, kocanki czy sasanki (zawsze mi się
myliły), wrzosy, rozmaryn i lawenda, która rozsiewała aromat najsilniej i
najskuteczniej, i uwodziła przechodniów wędrujących krętą drogą wśród łaszących
się do kolan ziół. Po obu stronach dystyngowanie, z zachowaniem przyzwoitych
odstępów, jak przystało na rezydencje prowincjonalne Langwedocji, rozsiadły się
ludzkie domostwa.
Mijały jednak dni i Nimes stawało się miejscem, które przypominało mi pustynię.
Słońce od rana przypiekało ziemię jak rożen. Trudno było się przed nim ukryć.
Moja skóra szybko pokryła się opalenizną, włosy pojaśniały. Pod wieczór cykady
zbierały się w trawach, dając monotonny, ale intrygujący i hipnotyzujący
koncert. Aby wytrać w codziennych wędrówkach do miasta, w słońcu i upale, który
silny był nawet pod wieczór, lubiłam odcinać się elektroniczną ścianką od cykad,
i słuchać muzyki, która płynęła w słuchawkach walkmana. Tę kasetę z nagraniem
muzyki z filmów „Pulp fiction” i „Desperado”, prezent od przyjaciółki z Polski,
mam do dziś. Wciąż jej słucham. Dziś tej muzyce w mojej wyobraźni wciąż
towarzyszą wspomnienia z Francji, a szczególnie widok tamtej krętej drogi pośród
łąk.
3
Początkowo moje wyprawy do centrum Nimes ograniczały się do samotnego zwiedzania
starych, wąskich uliczek, sklepików pełnych francuskich rozmaitości
i regionaliów spożywczych. Byłam gościem kilku muzeów, wielu galerii i ruin
zabytków rzymskich. Co tydzień składałam również wizyty szkole Alliance
Francaise, która prowadziła kursy języka francuskiego dla obcokrajowców.
Grupa, do której zapisała mnie, zgodnie z wymogami kontraktu, moja pracodawczyni
Sophie, była to grupa dziewcząt w podobnej jak moja sytuacji. Z wielu stron
świata przyjechały tutaj, aby bawić francuskie dzieci i uczyć się języka. To
było miejsce, gdzie poznałam moich pierwszych przyjaciół. Z większością Niemek,
Austriaczek i Polek zaznajomiłam się bardzo szybko. Więcej czasu wymagało
porozumienie się ze Szwedkami, Norweżkami i Finkami. Zwyczaje i mentalność
dziewcząt ze Skandynawii raziły mnie odmiennością. Czy był to mój pierwszy,
rzeczywisty szok kulturowy? Bo Francja była mi tak bliska jak Polska.
Drugą Francuzką, poza Sophie, którą szczerze polubiłam, lecz wyraźnie bez
wzajemności, była Veronique, nauczycielka francuskiego. Ta kobieta, szczupła i
dość wysoka, o krótkich, prostych włosach, długim nosie i ostrym języku była w
moich oczach typową Francuzką. Podziwiałam ją, choć jej związek z dużo młodszym
mężczyzną nie zyskał mojego szacunku i zrozumienia. Zdając sobie sprawę z
własnej pruderii i zaściankowych przekonań, uznałam mimo wszystko, że jest on
niezrozumiały i niestosowny. Istotny fakt – młodszy o kilkanaście lat chłopak,
który towarzyszył Veronique był rzeczywiście przystojny, rzeczywiście młody i
rzeczywiście mi się podobał. Ale do tego nie przyznawałam się nawet przed samą
sobą. Byłam przecież już od kilku miesięcy związana uczuciowo z pewnym
Marokańczykiem, muzułmaninem. To on co weekend zabierał mnie na przejażdżki
własnym samochodem i zabawiał opowieściami o swojej rodzinie i przyjaciołach,
którzy mieli zapewne równie dziwaczny arabski akcent we francuskim. A to
zakrawało już na bluźnierstwo i profanację. Te myśli zachowywałam jedynie dla
siebie, Ahmedowi nie mówiąc ani słowa, nigdy nie krytykując jego manier,
zachowania ani sposobu mówienia. Dzięki niemu poruszałam się po okolicy Nimes
sprawnie i bez problemu, dzięki niemu poznałam egzotyczną, prowincjonalną
Francję, Francję imigrantów i sezonowych robotników, jakiej nie miałabym okazji
poznać jako zwykła, samotna fille au pair.
Ahmed pracował w jednym z wielu gospodarstw. Rwał owoce. Tyle wiedziałam o jego
życiu profesjonalnym, czyli bardzo niewiele. Właściwie niezbyt mnie to wówczas
interesowało, nie chciałam prowadzić studiów socjologicznych zróżnicowania
społeczeństwa francuskiego. Interesowała mnie jedynie literatura i język
francuski, którym byłam nieustannie i niezmiennie zauroczona. To pozostało do
dziś. Wtedy jednak potrafiłam wzbudzić w sobie szacunek dla Ahmeda. Wiedziałam,
że jak wielu jego ziomków, pracuje za granicą, bo w Maroko o pracę trudno, a
wartość franka po wymianie na rodzime pieniądze była nie do pogardzenia. Z
biegiem czasu łączyło nas coraz więcej. Nić porozumienia przędła się sama. Oboje
we Francji byliśmy obcy. Nie do końca akceptowani, byliśmy klasą niższą,
intruzami o łatwo wyczuwalnym akcencie. Czuliśmy się samotnie. Wiedziałam, że
Ahmed, tak jak i ja, poszukiwał bliskości osoby, która ze zrozumieniem
wysłuchałaby jego problemów. Ten związek od początku był samowystarczalny,
samoistniejący, samokreujący się. Nie mogliśmy żyć bez siebie. A jednak po
pewnym czasie, im bardziej on się do mnie przywiązywał, cenił mnie, im śmielsze
snuł plany o naszej wspólnej przyszłości, ja tym jaśniej widziałam istniejące
między nami różnice i tę przepaść, której niczym nie dało się zapełnić. Nie
wystarczała jego miłość i mój dla niego szacunek. Różniliśmy się. Mieliśmy przed
sobą inne cele. Poczułam ulgę, gdy wreszcie zdobyłam się na odwagę, aby zerwać.
Utrzymać raz powiedziane – „Nie. Koniec z nami.” Nie ulec telefonicznym namowom,
nagabywaniom na ulicy, gdy wiele tygodni później pojawiał się tam, na rogu, tam
gdzie zwykł na mnie zawsze czekać. Cierpliwy i wytrwały.
A ja po prostu chciałam być wolna. Nie planowałam innych związków, ale one
pojawiły się miwolnie. I szybko.
Zanim to nastąpiło, spokojnie wyprawiałam się z Ahmedem na wycieczki w plener,
składałam wizyty w pobliskich miasteczkach, smutnych, wymarłych i pustych, które
zamieszkiwało niewielu młodych ludzi i rzadko dawał się słyszeć śmiech dzieci.
Instalowano tam jednak wesołe miasteczka dla dorosłych. I zaczynała się feria –
świąteczna zabawa. Zjeżdżało się towarzystwo z całej okolicy. Nie pamiętam z
jakiej okazji odbywała się wielka feta w Nimes tamtego wieczoru. Była to być
może letnia feria czyli spektakle z uczestnictwem byków i wielka popijawa
sangrią, młodym winem owocowym. Był szał, radość i hałas, jaki tworzyła
mieszanka ludzkich głosów i dźwięków muzyki, hałaśliwych pozytywek, starych
karuzeli i brzęku solidnych, niskich szklanek do wina. Ten alkohol nie uderzał
do głowy z pierwszym łykiem. Zdradliwie i powoli zaczynał drapać w przełyku i
świat stawał się głośniejszy i pełen rozmazanych, falujących barw. Przybierał
kolor ciemności i czerwonej, połyskliwej w blasku nocy sangrii.
Ahmed nie pił. Ja piłam. Nie widziałam wówczas powodu, dla którego nie miałabym
tego czynić. Czasy oazowej Krucjaty Wyzwolenia Człowieka były zakończone, a on
nie starał się nigdy tłumaczyć powodów swojej abstynencji. Nie pytałam. A może
raz zapytawszy, nie uzyskałam odpowiedzi. I porzuciłam wielkoduszną ideę
wnikania w psychikę i umysłowość tego mężczyzny z południa, który dla mnie
przynależał do kultury Orientu, dalekiej mi i obcej. Ahmed nie starał się
tłumaczyć swojego postępowania także dlatego, że nie zawsze postępował wedle
obowiązujących w jego religii reguł. Ale o tym wiem dopiero dziś, gdy poznałam
zasady islamu. Wówczas zaś, mimo że jego ataki na moją naiwną jeszcze kobiecość
przyjmowałam z niechęcią, jednocześnie uznawałam je za naturalny przejaw męskich
skłonności do zaspokojenia popędu seksualnego. Tamtej nocy Ahmed po raz kolejny
zaczął mnie łagodnie uwodzić. Pomyślałam, że tym razem być może nie uda mi się
uniknąć zbliżenia. Na ulicach wrzawa. Już po zmroku, a zabawa trwała w
najlepsze. Rozświetlone ulice i place. Muzyka i taniec. Pijaństwo i szaleńcze
tańce w wąskich uliczkach i na małych placach Nimes.
Chciał wracać do samochodu. Było późno i sama miałam ochotę znaleźć się już w
swoim łóżku, w małym pokoju z wielkim oknem-drzwiami na podwórze, u rodziny
Trenet. On miał jednak inne plany i przekonałam się o tym szybko w momencie, gdy
wsiedliśmy do samochodu i zapadła cisza. Słychać było jedynie gwar głosów z
dalekiego placu pełnego straganów i przenośnych barów. Parking był pusty, a
samochód Ahmeda stał na uboczu, pod drzewami. Samotnie. W okolicy ani żywej
duszy. Wrócili do domu ci, którzy chcieli wrócić wcześnie. Pozostali ci, którzy
chcieli powrócić bladym świtem. Byliśmy sami. Poczułam dotyk jego ust, gdy
zbliżył swoją twarz do mojej i przytulił policzek. Zaproponował wspólną noc w
samochodzie. Do świtu pozostało jedynie kilka godzin, więc zgodziłam się.
Rozłożyliśmy fotele, tak że stworzyły wygodne łóżko samochodowe. Znalazł się i
koc, który Ahmed zapewne zawsze ze sobą woził.
Przysunął się blisko mnie i leżeliśmy, ciało obok ciała. Uwielbiałam się
przytulać, lubiłam dotyk jego rąk. Nikt nie mógł być bardziej czuły i delikatny.
Wiedziałam doskonale do czego zmierzał, a jednak czułam się bezpiecznie. Nie
miałam ochoty nie seks. Wierzyłam, że zrozumie moje uczucia. Uważałam ponadto,
że samochód jest miejscem nieromantycznym. W pewnym momencie poczułam jednak, że
tracę kontrolę nad jego rękami i pieszczotami, a jednocześnie nie potrafiłam się
bronić. Czy nie było mi dobrze?
A zbliżenie było cholernie bolesne. Zero delikatności. Wpadłam w złość i
zażądałam, aby jak najszybciej odwiózł mnie do domu.
4
Cały romantyzm legł w gruzach i od tamtej pory, mimo że nie rozstaliśmy się z
Ahmedem tak szybko, bo mijały kolejne miesiące, a my byliśmy razem, nie mogłam
odnaleźć przyjemności we współżyciu z nim. Zakończenie tego związku było jedynie
kwestią czasu. A jedno z ostatnich zdarzeń przed naszym rozstaniem tylko
umocniło mnie w moim przekonaniu i pomogło podjąć ostateczną decyzję.
To było latem. Upał niemiłosierny, bo słońce prażyło z wysoka i w godzinach
południowych nie sposób było robić cokolwiek innego, jak zażywać siesty w
szczelnie zasnutym cieniem pokoju, lub chłodzić się w basenie z głową okrytą
czapką dla ochrony przed udarem. Właśnie te południowe godziny i moją przerwę w
pracy postanowiłam wykorzystać na przejażdżkę z Ahmedem. Do miasta. Zamówiliśmy
filiżankę małej czarnej w miejscowości, której nazwy nie pamiętam, w
prowincjonalnej kawiarni, której większość klienteli stanowili Arabowie. Do tego
jednak zdążyłam się już, podczas związku z moim Marokańczykiem, przyzwyczaić i
kładłam to na karb jego nieśmiałości wobec Francuzów
i francuskiej ksenofobii. Imigranci Marokańczycy i Algierczycy mieli własne
bary, a Francuzi - osobne. Nikt nikomu nie wchodził w drogę. Co uczynić jednak
miała biała, młoda kobieta? Nie wchodzić do restauracji i kawiarni, gdzie nie
było ani jednej damy? Optować za barami francuskimi?
Spotkanie przebiegało standardowo - kawa, spacer po molo i oglądanie łódek. Nie
było to Nimes, ale Arles lub Avignon albo jakieś inne małe miasteczko nad wodą.
Ahmed przedstawił mi swojego rodaka, Mohameda. To był człowiek starszy od niego.
Bodaj czterdziestoletni, postawny, z brzuszkiem. Lekarz po studiach w Maroko, z
praktyką we Francji.
Uśmiechał się cały czas, jakby rzeczywiście nasze spotkanie było dla niego
wielką przyjemnością i zaszczytem. Po pół godzinie zdobył się na odwagę i
poprosił mnie, abym zabawiła się w swatkę i znalazła mu żonę Polkę. Poczułam, że
się czerwienię. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować. Uznałam propozycję za
niestosowną. Miałam ochotę uciec. Zachowałam się jednak jak dama, obraz
naiwności i dobrego wychowania. Poczekałam do końca spotkania z Marokańczykami i
do momentu naszego rozstania pod bramą domu państwa Trenet, którym już za
drzwiami powiedziałam, aby za wszelką cenę nie łączyli mnie telefonicznie z
Ahmedem, bo jestem raz na zawsze nieobecna i zajęta.
Mówiłam mu to wielokrotnie, nigdy jednak nie potraktował moich słów poważnie.
Ale czas płynął i wszystko potoczyło się tak, jak chciałam. Dziś czasami nie
mogę pozbyć się jeszcze wyrzutów sumienia, że go zraniłam i przeszkodziłam w
spełnieniu marzeń. Idiotka.
Nie zapomnę jednak jego wzroku opuszczonego zwierzęcia, w momencie gdy
spotkaliśmy się przypadkowo na ulicy w Nimes. Kilka miesięcy po rozstaniu. Był
sam. Ja nie byłam sama. Udałam, że się nie znamy i on uczynił to samo.
Stchórzyłam. Może powinnam była podejść i porozmawiać? Uciekłby.
A teraz, po kilku latach, chciałabym być w posiadaniu magicznej kuli. Wiedzieć
jak potoczyły się jego losy. Czy znalazła się inna młoda Europejka, która
pokochała prawdziwie tego szalenie przystojnego, nieśmiałego i zakompleksionego
mężczyznę o dobrym sercu i zwyczajach dalekich od gustów europejskich.
A gdzie byli tymczasem moi opiekuńczy rodzice zastępczy, Sophie i Philippe, w
momencie gdy ja uplątywałam się w związek o tak poważnych konsekwencjach?
Związek tak ryzykowny, biorąc po uwagę fakt, że jako panna i dziewica absolutnie
nic nie wiedziałam o współżyciu, chorobach wenerycznych, AIDS i sposobach
zabezpieczeń przed ciążą.
Ahmed wyraźnie starał się uniknąć zapłodnienia młodej przyjaciółki, stosując
metodę stosunku przerwanego. Nie było jednak mowy o prezerwatywach. Wiadomo, są
niewygodne i pozbawiają kochanków wielu wrażeń w czasie aktu. A może moja ciąża
byłaby dla niego najmilszą niespodzianką? Czy nie prosił mnie wielokrotnie o
rękę? Czy nie planował skrupulatnie naszego małżeństwa? Dzisiaj, aby nie wyjść
na zupełną idiotkę, wolę myśleć, że liczył się z moim zdaniem, brał pod uwagę
mój wiek, narodowość, sytuację i moje nieukończone studia.
W całym tym rozgardiaszu Sophie i Philippe byli jedynie biernymi świadkami.
Francuskiej mentalności obce było zachowanie interwencyjne - kontrola młodej,
ale dorosłej już panny au pair. Dopiero w momencie, gdy nabawiłam się jednej z
mało szkodliwych, ale męczących chorób kobiecych, Sophie zorientowała się jak
wygląda mój związek. Nawet wówczas jednak nie przyjęła tonu ostrzeżeń i
przestróg, tonu matki. Być może nie potrafiła sobie wyobrazić, aby
dwudziestotrzyletnia dorosła kobieta nie wiedziała nic o życiu seksualnym. Nie
zapominajmy, że sprawa miała miejsce w liberalnej Francji.
5
Sophie. Zawsze była raczej przyjaciółką, starszą siostrą, nie starała się mi
matkować. Każde polecenie było przyjacielską propozycją, każda prośba nieśmiałym
pytaniem. Miała słowiańską duszę i słowiańskie pochodzenie. Rozumiałyśmy się
świetnie dzięki wspólnym zainteresowaniom z dziedziny kultury i sztuki. Z nią
chodziłam do kina, podczas gdy mąż zostawał w domu z dziećmi. Z nią i chłopcami
zwiedzałyśmy wszystkie wystawy i muzea w okolicy. Chciałyśmy być zawsze tam,
gdzie coś się działo, gdzie odbywały się festyny regionalne, koncerty ciekawej
muzyki, od etno po klasyczną, oraz festiwale, dla dzieci i dorosłych.
Tylko w jednej dziedzinie nie potrafiłyśmy nawiązać porozumienia. Ja byłam
zainteresowana religią. Martwiło mnie moje rozleniwienie i wzrastający pod
wpływem Francuzów liberalizm, zaś Sophie nigdy nie wnikała w jakiekolwiek
zagadnienia natury filozoficznej czy duchowej. Interesowały ją jedynie kulturowe
aspekty religii, jej odwzorowanie w sztuce. Zaglądała do kościoła tylko w
poszukiwaniu oryginalnych dzieł sztuki, ciekawych rozwiązań architektonicznych,
ciszy i skupienia.
Krótko mówiąc, była to typowa Francuzka, liberalna, inteligentna, wrażliwa,
elokwentna i dowcipna, ciekawa świata, a jednocześnie przekonana o wyższości
kultury europejskiej nad kulturami obcymi. To nie umniejszało zupełnie jej
fascynacji tym, co obce i niezrozumiałe. Do dziś pamiętam jej opowieści o
podróży poślubnej, w którą udali się z Philippem do Indii. Cała Europa już od
dawna była zafascynowana Orientem, kulturą arabską i azjatycką. Te zachodnie
fascynacje trochę później pojawiły się w Polsce, popularyzowane choćby dzięki
młodym dziennikarzom i prezenterom stacji radiowych, a jednocześnie zwolennikom
używek, którzy na Wschodzie szukali nowych doznań i przygód.
Sophie przywiozła z Indii pomysły i inspiracje. Wiele jej akwareli było
przesyconych atmosferą Wschodu, duszną od zapachów przypraw i kadzidełek, pełną
soczystych barw i przenikliwych dźwięków. Dzięki Sophie, Francji i mężczyźnie,
którego miałam wkrótce poznać, moja wiedza muzyczna poszerzyła się o rejony, o
których istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Wszyscy słuchają popularnej obecnie
„muzyki świata”. Sądzę jednak, że niewiele osób zna muzykę średniowiecza,
starofrancuskie pieśni trubadurów, staroniemieckie - minnezingerów, muzykę
klasyczną od renesansu do baroku.
Bardziej wtajemniczeni już wówczas wiedzieli jak odnaleźć najbardziej
niespotykany typ muzyki regionalnej na stronach internetowych, w postaci
empetrójek. Ja tego jeszcze nie wiedziałam. Francuskie funky, rap, rave i rai,
czyli arabski pop pojawiły się dopiero w trakcie moich licznych powrotów do
Francji. Podczas rutynowych przeszukiwań bezpłatnych mediateques - potężnych
zbiorów muzycznych, które były dostępne dla publiki obok lektur książkowych i
nośników audiowizualnych. Całkowicie za darmo.
Skąd jednak ta sztuka, muzyka, ten kulturowy snobizm na co dzień? To specyfika
Francji. Najmniejsze miasto ma swoją historię, muzea i festiwale. Nawet to, co
Francuzi sami nazwą zapadłą dziurą, okazać się może miejscem, którego urok zwali
z nóg, bo może zachowały się tam stare budowle i wąskie ulice o niepowtarzalnym
klimacie, a mieszkańcy z upodobaniem kultywują jakiś dziwaczny zwyczaj. Do
takich wniosków doszłam zwiedzając kilometr po kilometrze okolice Nimes, a potem
całą Langwedocję, Prowansję i dalej, góry Cevennes, które najbardziej malowniczo
wyglądają jesienią i przypominają nasze Beskidy, a w końcu rejony rzeki Ardeche,
która wije się krętym szlakiem, kapryśnie, ukryta na dnie wielkiego kanionu.
Francuzi mają kulturę we krwi, ona jest uwewnętrznionym elementem tego
terytorium i tej nacji. Snobizm też jest zapewne ich genetyczną cechą narodową.
Nie zdziwiły mnie więc umiejętności malarskie Sophie, ani muzyczne Philippe’a.
Chwyciłam bakcyla i zaczęłam rysować, nie próbowałam jednak dotykać pianina ani
puzonu. Wystarczyła mi gitara, dzięki której i tak mogliśmy urządzić rodzinny
koncert na cztery ręce i trzy głosy. Sophie zawodziła głośno w atelier, dzieci
uciekały na basen lub chowały się w pokojach.
W pierwszych tygodniach mojego pobytu Sophie nieustannie okupowała pracownię
malarską. Bardzo rzadko zaglądała do kuchni. To były objawy depresji
poporodowej. Nie wiedziałam, że znalazłam się w Nimes ze względu na nią. Jej
skutki były widoczne u Sophie jeszcze kilka lat po urodzeniu dzieci. Nie
rozumiałam tego. Jaka kobieta może pozwolić sobie na depresje w momencie, gdy
dzieci potrzebują opieki?
Sophie była dziwaczką. Ale dzięki niej realnie zetknęłam się z macierzyństwem,
bez jego pompatyczności. To było macierzyństwo pod górkę, macierzyństwo, które
wcześniej nadmiernie idealizowane, okazało się prozaiczne i nudne. Codziennie
słyszałam jej żale i narzekania, wybuchy gniewu i lęki. Rozumiałam, że mam do
czynienia z matką emocjonalnie niedojrzałą i nieprzygotowaną na pojawienie się
dzieci.
Zauważyłam, że zajmuję w tym domu dziwaczną rolę niani i kucharki dla dzieci, a
przyjaciółki i terapeutki dla matki. Bo nasze wspólne wypady w teren,
niekończące się dyskusje nad jakimś mało istotnym francuskim zwrotem językowym,
wycieczki i odkrycia plenerowe, to było najlepsze lekarstwo dla sfrustrowanej
Sophie. Tam, gdzie nie potrafił pomóc mąż, zakochany w żonie bez pamięci, tam
pomogła młoda, nieopierzona i równie niedojrzała kobieta. Może dlatego, że była
kobietą. Osobą o tym samym poziomie wrażliwości, ale z obcego świata i kultury.
Bez bagażu oczekiwań, żądań i
wymagań, jakie stawiały przed Sophie Francuzki, kobiety w jej rodzinie.
Przy Sophie to ja byłam obca. To ja byłam Słowianką zza wielu granic.
Jednocześnie ona wciąż nie była jeszcze tubylcem. Dumną Paryżanką, idealistką,
romantyczką i artystką. Wariatką. Oto kim była.
Adaptacja w Nimes przerażała ją. Rozumiałam jej obawy. Lęk przed nowym życiem,
przed podświadomie niechcianym intruzem, który przewróci do góry nogami całe
życie matki, odbierze chwile dla siebie, a z artystki i osoby wolnej uczyni
neurotyczkę i niewolnicę pieluszek.
Nie jestem matką, ale czuję się dojrzała emocjonalnie i wiem, że byłabym w tym
dobra. Jednak mam w głowie tę mieszankę kulturową. Mam to multum pomysłów na
wychowanie dzieci, ten konglomerat ideologiczny, który nie musi wyjść na zdrowie
witającemu świat z wrzaskiem maluchowi. Mam ochotę być matką najbardziej
oryginalną w świecie, najbardziej polską i najbardziej muzułmańską. Nie wiem czy
jest to możliwe do połączenia.
Chcę, aby moje dzieci zachowały bogactwo wielokulturowości i mnogich języków.
Chcę, aby znały i szanowały religię chrześcijańską. Chcę, aby były muzułmanami i
znały islam lepiej niż ktokolwiek inny. Od osób na pograniczu kultur i religii
wymaga się zawsze o wiele więcej i tym surowiej ocenia się ich życie.
6
Pamiętam, że ten aspekt rodzicielstwa - wychowanie w wierze w Boga - był zawsze
punktem zapalnym w moich rozmowach z Pierrem, pierwszym Francuzem, w którym
zakochałam się bez pamięci. Stan odurzenia trwał trzy lata. To wystarczająco
długi okres, aby zacząć planować przyszłość, wynajęcie większego mieszkania i
rodzicielstwo.
Pierre nieustannie przypominał mi dzielące nas jedenaście lat, dorzucając z
sarkazmem – Pospieszmy się! Chyba nie chcesz, aby koledzy naszego dziecka w
przedszkolu mylili mnie z jego dziadkiem - Nie chciałam. Było jednak wiele
innych rzeczy, które w osobowości Pierre’a trąciły myszką, a które uznawałam za
pociągające. Chciałam, aby odziedziczyły je po nim nasze szkraby.
Mój Francuz jedną nogą zawsze tkwił w przeszłości. Znał historię starożytną i
nowożytną swojego ukochanego miasta - Nimes, które nosiło ślady panowania
Rzymian. Mógł opowiadać bez końca historie z przeszłości, oprowadzać
niestrudzenie po najmniejszych zaułkach miasta, nigdy nie doprowadzając
słuchaczy do znudzenia. Był przecież zawodowym przewodnikiem. Specjalizacja –
grupy dziecięce.
Obok starożytności, która była jego największą fascynacją, istniała cała gromada
innych zainteresowań: historia Francji, przeszłość Langwedocji i Prowansji,
dzieje Europy, a w szczególności pierwsza wojna światowa. Dla tego człowieka
każdy kamień miał znaczenie i przekazać mógł wyjątkowo ciekawą opowieść.
Uzupełnialiśmy się. Cieszyłam się, że znajduję słuchacza dla moich opowieści o
antycznych tragediach i ich późniejszych literackich odwzorowaniach, o
francuskim klasycyzmie i europejskim baroku, tak jak jego cieszył fakt, że choć
jedna osoba na ziemi jest w stanie wysłuchać, bez znudzenia, długiego wywodu o
przyczynach wybuchu pierwszej wojny światowej, a także zupełnie oryginalnej
spiskowej teorii świata.
Właśnie tę teorię wykładał w kawiarni, w momencie, gdy pojawiłam się przy
stoliku i zostaliśmy sobie przedstawieni. Tam rozpoczęła się nasza znajomość, w
Café Carré, kawiarence u stóp świątyni Maison Carré.
Rzymska budowla, otoczona wiankiem kolumn, ustawiona była na cokole, który
umożliwiał jej zachowanie wyniosłej pozycji wśród otaczających ją na obrzeżu
placu, kamienic. Maison Carré była rzeczywiście carré, czyli kwadratowa, a
raczej w kształcie prostopadłościanu. Jej wnętrze kusiło chłodem i pustką, bo
zajęte było jedynie przez stare szkice i plany Nimes, pokazujące jak wyglądało
kiedyś miasto. Świątynia, poza utratą barw, zupełnie się nie zmieniła. Zachowała
swoje charakterystyczne rzędy kolumn i wysokie schody, które były doskonałym
stanowiskiem pracy dla rysowników. Siadywałam tam nie raz, aby z wysokości
wykonywać szkice architektury, przechodniów i klienteli kafejek. Sześć kawiarni
na placu nie przeszkadzało sobie zupełnie, usadowiwszy się, zwyczajem
śródziemnomorskim, ramię w ramię.
Nasza ulubiona Cafe Carré znajdowała się na rogu placu, przy ulicy, obok
Mediateki, która była nowoczesnym odbiciem światyni. Architekci zastąpili kamień
metalem i szkłem. Zawsze dowcipkujący kelner - Algierczyk - podawał po
znajomości zamiast czarnej kawy une noisette, czyli orzeszek, expresso z kroplą
mleka. Pierre unikał kawy, był za to wierny piwu i sirop de soja, anyżkowej
oranżadzie o mlecznożółtym kolorze.
Słotne dni w Nimes były rzadkie i zdarzały się jedynie w porze zimowej. Zawsze
siadywaliśmy w ogródku kawiarnianym, na terytorium zewnętrznym kafejki, gdzie
mieściło się kilkanaście stołów i odpowiednio wiele krzeseł. Żadnych płotków,
żadnych barierek. Strefa kawiarni była umowna. W ten sposób funkcjonowały lokale
na całym terytorium francuskim. Kwitło życie towarzysko-kawiarniane i panoszyła
się atmosfera upalnego południa - luzu, leniwej rozmowy albo intelektualizmu,
snobistycznych wypowiedzi i dyskusji o kulturze.
Kawiarnie we Francji często stawały się przestrzenią pracy. Spotykałam pisarzy,
dramaturgów, edytorów, zapisujących wielkie notesy nieczytelnym pismem. Artyści
dyskutowali o swojej pracy, wystawach, filmach i spektaklach. Pojawiali się
biznesmeni
z laptopami, teczkami i kontraktami. To była przestrzeń otwarta i kreatywna. Był
to jeden
z powodów, dla których pokochałam Francję mocno i nieodwołalnie. I dlatego też
dziś za nią tęsknię. Pod tym względem, żaden inny kraj nie może równać się z
Francją.
Ta mieszanka kultury fraancuskiej ze starożytną, rzymską była niezwykle
pociągająca, podobnie jak mężczyzna, reprezentant tej kultury - mieszanka
genetyczna i kulturowa elementów francuskich i włoskich. Każda nasza wyprawa w
teren była magiczna. Nigdy nie znudziły mi się liczone w setkach przechadzki po
ogrodzie Jardin de La Fontaine, spacery do świątyni Diany i koloseum, które
obecni mieszkańcy Nimes nazywali les Arenes. Dawne miejsce walk gladiatorów to
dziś plac, otoczony murami, w których starożytni budowniczowie wykuli liczne
schody, stopnie-siedziska i tunele. Odbywały się tam spektakle walk byków, la
corrida. To widowisko obejrzałam zupełnie samotnie. Nie znałam wtedy jeszcze
Pierre’a.
Tamtego pamiętnego dnia corrida odbywała się pod znakiem feminizmu. Na arenie
pojawiła się kobieta. Torreador. Marie Sara. Hiszpanka. Chyba. Obserwowałam z
zapartym tchem małą figurkę na środku areny. Z wysokości najwyższych stopni -
nie było mnie stać na droższe i bliższe miejsca - nie mogłam dostrzec jej mimiki
i rysów twarzy. Siedziałam obok innych widzów na kamiennych siedzeniach, które
nie były ani dzielone ani numerowane. Pełna dowolność. Miejsca dla tłumu
spragnionego chleba i igrzysk.
Ruch kobiety i byka był malowniczym tańcem śmierci. Niebezpieczną zabawą. Ich
walka daleka była od fikcji. Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy Maria
otrzymała silne uderzenie rogiem byka, tak, że znalazła się o kilka metrów
dalej, bezbronna, na ziemi. Dlaczego ci ludzie ryzykowali życiem? Dlaczego
ryzykowała je kobieta? Co próbowała udowodnić?
Czy to była ta różnica pomiędzy kobiecą osobowością orientalną i okcydentalną?
Pomiędzy osobowością silną, pewną siebie, która nie wahała się dążyć do
spełnienia, często absurdalnie wytkniętych, celów, a łagodną i oddaną
macierzyństwu i domowi? Kobiety francuskie wiedziały, czego chcą i potrafiły być
silne. Feminizm, współczesne prawo i rzeczywistość pozwoliły im na spełnienie
marzeń, które nie były związane z gospodarstwem i zamążpójściem. Czy inaczej
było na Bliskim i Dalekim Wschodzie, w Azji i Afryce? Nie. Arabki i Azjatki
miały wiele możliwości rozwoju. Tak było tam od wieków. Były wykształcone i
inteligentne. Nie można im również odmówić odwagi i otwartości w dziedzinie
polityki. Spójrzmy choćby na karierę Benazir Butto w Pakistanie. Skąd więc
historie o uległości kobiet wschodu, a szczególnie kobiet muzułmańskich? Skąd
domniemania o ich bierności i braku aspiracji?
Kultura i zwyczaje regionalne głębokiej prowincji, ludzi ubogich i
niewykształconych w krajach trzeciego świata są odmienne od europejskich i
odmienne od tamtejszych zasad wykształconych i zamożnych warstw społeczeństwa.
Panuje tam tradycja patriarchatu, niezwykle silnie zakorzeniona w
społeczeństwie, i tylko z biegiem czasu może się to zmienić. Albo w ogóle się
nie zmieni. Co z tego, że Allah mówi w Świętej Księdze Koranu, że kobieta może
pracować? Co z tego, że najmłodsza żona Proroka, Ayesha była poważana dla jej
wiedzy i inteligencji, a pierwsza żona Proroka, Khadija była niezależną
businesswoman? Co z tego, że kobieta ma prawo do wykształcenia równego
mężczyznom i obowiązek nauki, podkreślany przez islam, jeśli regionalny,
religijny kacyk lub autokratycznie rządzący ojciec czy brat powie, że jest
zupełnie inaczej.
Najtrudniej jednak jest wytłumaczyć kobietom Zachodu, że jej przyjaciółka ze
Wschodu może po prostu nie chcieć pracować. Bo i dlaczego miałaby to czynić,
skoro w domu i tak czeka ją nie mniej pracy, od której zazwyczaj nie może
wybawić jej pralka, mikrofalówka, supermarkety i przedszkola. Chociaż z drugiej
strony powinniśmy wyobrazić sobie sytuację tak, jak ona wielokrotnie wygląda w
Azji albo w krajach arabskich. Widzimy więc zasobny, duży dom, pełen nianiek,
służących, sprzątaczek, kucharek i kierowców,
i kobietę, która zajmuje się wyłącznie dbaniem o własny wygląd, wychowaniem
dzieci, swoją oraz ich edukacją świecką i religijną, i zarządzaniem domem.
Dlaczego miałaby iść do pracy? Dlaczego miałaby się poniżać, pracując jako
sekretarka i służąc swojemu szefowi mężczyźnie? Jeśli decyduje się podjąć pracę
zawsze wybiera zawód nauczycielki lub lekarki. Chodzi o godność osobistą. I
dumę. Czy to wizja muzułmańska? Nie. To wizja naturalna,
mieszczańsko-ziemiańska. To obrazek z życia klas zamożnych i średniozamożnych,
na przykład w Europie, przed epoką industrializacji i równouprawnienia. W
niektórych krajach to wizja naturalna i obecna do dziś. Zajrzyjmy do książek
pisarzy południowoamerykańskich i amerykańskich. W „Swift as desire”, książce,
która ostatnio wpadła mi w ręce, Laura Esquivel (ta, od „Przepiórek w płatkach
róży”) opisuje czasy powojenne i współczesne w Meksyku. Bohaterka decyduje się
na pracę zrobkową tylko dlatego, że chce finansowo pomóc mężowi. Ona,
arystokratka, dama z bogatej rodziny, schodzi do poziomu klas najniższych,
ubogich. Zatrudnia się z miłości do męża. Jej małżonek z miłości chce ją od tej
decyzji odwieść. Ona stawia na swoim. Naraża się na napastowanie seksualne ze
strony szefa. Historia nie kończy się happy endem.
A muzułmanki we Francji nie czują się źle. Wyjątkiem są tradycjonaliści, którzy
cierpieć będą ze względu na przegłosowany ostatnio zakaz noszenia „widocznych
oznak religijnych” w szkołach. Cóż, powstanie więcej szkół typowo religijnych i
ortodoksyjnych. Jedne będą chronić ideały i tradycje muzułmańskie, inne będą ich
nadużywać pozwalając na fanatyzm, uniemożliwiając naturalną integrację ze
środowiskiem francuskim. Mam nadzieję, jednak, że Francja nie przestanie być
krajem otwartym, który inspiruje i fascynuje.
Tylko we Francji udało mi się poznać tak wielu ludzi, którzy autentycznie byli w
stanie żyć dla idei. Realizować wizje życiowe i nie umrzeć z głodu, nie skończyć
na marginesie. Tylko tam poznałam tak wielu artystów, którzy utrzymywali się ze
sztuki: malarzy, pieśniarzy, rzeźbiarzy, fotografów, cyrkowców cyrku
francuskiego, który nie ma nic wspólnego z cyrkiem zwierzęcym, a jego istotą są
popisy akrobatów, klaunów, bardów i poetów. Wszyscy zaliczali się do grona
przyjaciół Pierre’a, który znał osobiście każdego oryginała w mieście Nimes i w
okolicy.
7
Wszyscy spotykaliśmy się co wieczór w sławetnej Café des Beaux Arts, na wprost
nimijskiej katedry. O jakieś piętnaście metrów od jej wysokich i pięknie
rzeźbionych drzwi. W Polsce byłoby to nie do pomyślenia. Ogródek kawiarniany nie
był jednak hałaśliwy. Na maleńkim placyku, który miał może pięćdziesiąt metrów
kwadratowych, pod wielkimi parasolami mieściły się jeszcze dwie inne kawiarnie
oraz apteka i frontowa część terenu muzeum historycznego miasta Nimes.
Tu poznałam Gerarda, który przyjechał do Pierre’a w odwiedziny. Z Paryża. To był
pierwszy Hindus, jakiego poznałam. Francuz z krwi i kości, bez śladu akcentu, do
którego jestem dziś tak przyzwyczajona, ze względu na ilość moich znajomości z
tamtego kręgu kulturowego.
Gerard – należałoby powiedzieć „Żerar” - bo tak wymawiano jego imię, był
przewodnikiem, tak jak Pierre. Mieli wspólną pasję, która była i moją. Kino.
Tego samego dnia zajrzeliśmy więc jeszcze do ulubionego kina wszystkich
mieszkańców Nimes, zwanego Cinematique. To było kino snobistyczne, ambitne.
Kino, które nie zbrukałoby się wyświetleniem którejkolwiek z hollywoodzkich
produkcji. Proponowało za to nieznane nikomu filmy europejskie i azjatyckie.
Nowości i starocie, rzeczy nagrodzone albo po prostu wybrane przez właściciela
kina. Obrazy na życzenie widzów i na przekór widzom.
Gerard uwielbiał filmy japońskie, nie wiedział zaś nic o produkcjach Bollywoodu.
Był dziwnym Hindusem. Poza twarzą, która zdradzała jego pochodzenie, nie miał
nic wspólnego z Indiami. Szkoda. Ja nie chcę, aby po latach było mi żal
utraconych związków z własną kulturą. Dlatego za wszelką cenę postaram się je
zachować, niezależnie od tego, gdzie przyjdzie mi ostatecznie żyć w przyszłości.
A planów było już tak wiele. Początkowo celem emigracji miała być Francja i
Nimes. Potem Paryż. Paryż, który zwiedzaliśmy oboje z Pierrem, który widziałam
po ‘97 roku wielokrotnie, ale za każdym razem odmiennie. Po raz pierwszy w
towarzystwie przyjaciółek z Polski, a ostatnio w towarzystwie Nadira, Hindusa,
męża. Francja była mu obca, tak jak mi obcy był Pakistan. Nasza podróż była
zupełnie inna niż moje poprzednie wizyty. To był nasz miodowy tydzień. Lenistwo
i luz. Zero zmęczenia i pośpiechu. To było całkowite przeciwieństwo mojej
pierwszej, lipcowej wizyty w stolicy Francji, w towarzystwie dwu przyjaciółek,
które w ciągu pięciu dni chciały zobaczyć absolutnie wszystko. Ciągnęły więc
wszędzie oporną, zmęczoną dziewczynę, z dużą nadwagą po półrocznym pobycie we
Francji i nieodpowiednich dla niej francuskich nawykach żywieniowych. Oj tak.
Byłam obleśnie gruba. Zbrzydłam. Koleżanki, które przyjechały do mnie w
odwiedziny niemal mnie nie poznały, i myślę, że trochę się mnie wstydziły. A
jednak jako jedyna mówiąca po francusku, byłam niezbędnym składnikiem tych
wypraw.
Ale ja znów mieszam wątki. Miało być jeszcze kilka słów o moim Piotrze
Francuzie. Tamtego letniego dnia przybiliśmy z Pierrem do paryskiego portu w
sercu Montmartre
i zamieszkaliśmy w tej malowniczej dzielnicy schodków, starych kamienic i
placów, gdzie rozsiadały się co rano stoliki kawiarniane i sztalugi artystów.
Nasze lokum mieściło się na jedenastym piętrze wieżowca, w mieszkaniu
serdecznego przyjaciela Pierra, Jean-Michela. Tam powracaliśmy każdego wieczoru
po całodziennych wędrówkach. Tam, po dwudziestej, spotykaliśmy się z Jean-Mi,
gdy docierał w końcu zmęczony i z impetem otwierał lodówkę. Pustki. Dlatego
najczęściej zabierał nas samochodem do jednej z wielu znanych mu w okolicy
restauracji. Najmilej wspominam do dziś tamten wieczór w prawdziwej włoskiej
pizzerii z najprawdziwszymi włoskimi kucharzami w dzielnicy Montmartre. Byli
wszyscy nasi serdeczni przyjaciele. Był chudy Gerard o śniadej twarzy, była
Annette, maleńka urocza pielęgniarka, brunetka o postaci figurynki, była wielka
Steph, czyli Stephanie, czyli nauczycielka o ciętym języku, która strofowała i
wyśmiewała wszystkich, rzucając swoje nieśmiertelne „Relaxe-toi! Ne sois pas si
constipé!”. Co znaczyło mniej więcej tyle, że należało się wyluzować i być sobą.
Była siostra Jean-Mi, Elaine, chuda i wysoka, pielęgniarka jak Annette, ale jej
fizyczne przeciwieństwo. To ona cały wieczór opowiadała o swoim doświadczeniu
wolontariuszki w afrykańskim szpitalu w Kongo. Nieco później pojawiła się
również para z Nimes. Cathy, szczupła, krótko przystrzyżona kobietka o długim
nosie, artystka malarka i instalatorka oraz jej mężczyzna, o dwadzieścia
centymetrów od niej wyższy Philip, cyrkowiec, akrobata i muzyk. Żadne z nas nie
wiedziało, że będzie to nasze ostatnie, tak radosne, wspólne spotkanie. Wraz z
moim wyjazdem z Francji mój związek z Pierrem zaczął przeżywać kryzys. Rozkładał
się, tak jak my gniliśmy z tęsknoty.
Wierzyłam, że wraz z ukończeniem studiów uda mi się wyjechać na stałe i
zamieszkać z Pierrem we Francji. Nie wiedziałam jednak, jak wiele miało się
jeszcze wydarzyć w ‘99 roku. Tam w Paryżu jednak nasz magiczny wieczór wciąż
trwał i jego nastrój nie gasł, aż do powrotu do mieszkania Jean-Mi, gdzie
spaliśmy we trójkę na jednym szerokim łóżku, potwornie niewygodnym, bo twardym.
Było to podobno typowe łóżko w stylu japońskim. Ostatni krzyk mody. Potworność.
To było ciekawe doświadczenie niewinnego, a jednak trójkąta. Zaśmiewaliśmy się
do rozpuku przez pół godziny, gdy zrozumieliśmy, że Jean-Mi, zapraszając nas do
siebie, zupełnie nie zaplanował drugiego posłania. Nawet gdyby to jednak
uczynił, typowo paryska skąpość powierzchni nie pozwoliłaby mu na jego
rozłożenie. Stół, jedno duże łóżko i mały regał zajmowały przestrzeń podłogi
optymalnie i zupełnie. Tak więc zostało. Na dobry początek kłotnia - kto obok
kogo powinien tudzież nie powinien spać. A ostatecznie spaliśmy we troje w
jednym łóżku w przeróżnych konfiguracjach, wiercąc się i kręcąc, nie pozwalając
zasnąć Jean-Mi, co przecież było jak najbardziej w naszym interesie. Najczęściej
jednak, nie doczekawszy odpowiedniej chwili, rezygnowaliśmy z seksu na rzecz
snu.
Dla Pierre’a Francja była miejscem pełnym przyjaciół i znajomych. Nigdy nie
miałam okazji odwiedzić z nim choćby jednego hotelu, być może dlatego, że nasze
podróże nie były aż tak liczne. Zaliczyć do nich można jednak wyprawę do
Normandii, gdzie mieszkaliśmy na poddaszu domu, który przypominał skromniejszą
wersję chateau de famille – prowincjonalną, tradycyjną siedzibę, francuski
zameczek.
Valerie, jej rodzice i stary dziadek. Wyprawy na rowerze w krótkiej spódniczce,
której dziś bym już nie włożyła. Confiture de lait, czyli konfitura z mleka,
która w smaku przypomina nasze krówki i le cidre, coś pomiędzy musującym winem
jabłkowym, a lemoniadą. Zachowałam wszystkie te wspomnienia. Ale nie wszystkie
są już dziś wyraźnie i jasne.
Francja na zawsze pozostanie dla mnie krajem marzeń niespełnionych. Krajem, w
którym wszystko pachnie i smakuje niepowtarzalnie, jak nigdzie indziej na ziemi.
Każdy jednak powrót do Francji przynosi mi kolejne rozczarowania. Gorzkie
spotkanie z Pierrem w dwa lata po rozstaniu, jak i wyprawa samochodowa z Nadirem
przez Paryż do Calais, to rozczarowanie. To spojrzenie na Francję okiem obcym i
niechętnym.
Pierwszy przypadek - Pierre był wciąż we mnie zakochany, pełen żalu i wyrzutów.
A to było dla mnie wówczas nie do zniesienia. Pragnęłam jak najszybciej uciec,
najdalej od Francji, wrócić do domu. Do Polski. Drugi przypadek – Podczas gdy
mój mąż Nadir był oczarowany Francją, a szczególnie Paryżem, ja doszukiwałam się
błędów, pomyłek, dziury w całym. Krytykowałam hotele, maniery i jedzenie, które
nam serwowano, jak tubylec, który wstydzi się za własnych ziomków, chcąc
jednocześnie, aby obcokrajowiec i gość poznał jedynie to co najpiękniejsze we
Francji. Zdążyłam zapomnieć już o Steph i jej nieśmiertelnym „Wyluzuj się! Bądź
sobą.” Czy faktycznie starałam się wcielić w kogoś innego? Nie. Ale wówczas, w
‘99 roku byłam już zgoła inną Anną, niż ta przed rokiem i przed dwoma laty.
Francuski okres mogłam już uznać za zamknięty, choć niezapomniany.
pisanie
1
W 1997 Polsce wszystko wyglądało tak jak dawniej. Nie zmieniła się stolica przez
jeden rok mojego pobytu we Francji. Nie zmienił się Uniwersytet, wówczas
zasypany śniegiem. Znów byłam na trzecim roku wydziału Polonistyki. Czas dłużył
się niemiłosiernie. Wiele zajęć trzeba było nadrobić, powtórzyć, zdać wiele
egzaminów, aby dotrwać do piątego roku. Udało mi się wykonać to wszystko w
tempie przyspieszonym. Nadrobiłam pół roku, zdając egzaminy z dwu lat w jednym
roku, a potem pisząc pracę magisterską w ciągu jednego lata. Studia nad
„Andromaque” Racine’a i „Andromachą” Stanisława Morsztyna to był mój konik przez
dwa lata, mój leitmotiw życiowy, temat, o którym mogłam mówić bez końca, do tego
stopnia, że wielu sugerowało mi kontynuację studiów w katedrze staropolskiej
literatury Instytutu Badań Literackich i doktorat tamże. Jedną z tych osób był
mój promotor.
Ja miałam inne plany. Chciałam zaraz po studiach robić doktorat na uniwersytecie
francuskim. Wysłałam listy do wielu uniwersytetów w Prowansji, Langwedocji, w
Paryżu. Sprawa nie była łatwa. Nie traciłam jednak nadziei i wierzyłam, że
wkrótce uda mi się wyjechać i zamieszkać z Pierrem, który nie mógł się doczekać
mojego przyjazdu.
Koniec stycznia ‘99 roku to obrona mojej pracy magisterskiej. Zaraz potem
propozycja wydania skróconej wersji analizy tłumaczenia staropolskiego
„Andromachy” w „Baroku”, czasopiśmie na naukowo-literackim. Wszyscy w środowisku
uniwersyteckim znali „Barok’ – byłam z siebie bardzo dumna. To moja pierwsza
publikacja. Może nie ostatnia.
Organizowałam doktorat we Francji drogą formalną, papierkową, a jednocześnie
przez znajomości – ciocia koleżanki pracowała jako profesor na Sorbonie –
świetnie. Doskonała okazja. Ciocia już na emeryturze, a jednak zdecydowała się
przyjąć jeszcze jedną doktorantkę, wciąż przecież pojawiała się na
uniwersytecie, bez którego nie mogła żyć. Wciąż prowadziła wykłady, organizowała
wyjątkowo ciekawe spotkania swojego Societe du Theatre, Opera et Balet, w
których mogłam uczestniczyć w Paryżu, dzięki jej zaproszeniom. Mieszanka
językowa i kulturowa. Mieszanka dziedzin literackich, epoka jednak pozostawała
zawsze ta sama – barok.
Nie było pomysłu, którego nie zrealizowałabym, aby przenieść się do Francji.
Zbliżał się czerwiec i egzaminy na studia. Zdecydowałam się w ostatniej chwili
złożyć papiery na Romanistykę w Warszawie – podobno najłatwiej jest przenieść
się na poziomie międzynarodowym z jednego uniwersytetu na drugi. Dostałam się
bez problemów. Romanistyka, o której marzyłam od kilku lat, stała przede mną
otworem. Nigdy nie rozpoczęłam jednak tych studiów.
Tymczasem czerwiec mijał. Wakacje i brak pieniędzy dawały mi się ostro we znaki.
Postanowiłam znaleźć mało wymagającą, mało ciekawą pracę, za grosze, które
potrzebne były do przetrwania ostatnich miesięcy w Polsce. Przyjęto mnie w
bibliotece uniwersyteckiej. Powstawał tam właśnie katalog informatyczny, który
wymagał uzupełnień i korekt. Robota misterna i nudna, lingwistycznie
drobiazgowa.
Lingwistyki unikałam jak ognia już na studiach, uciekając z wykładów, usypiając
nad wywodami tekstowymi. Uwielbiałam rozważania o języku, jednak nie na poziomie
teoretycznym. Zawsze interesowała mnie jedynie praktyka w dziedzinie języków.
W Centrali, jak nazywał się ośrodek biblioteczno-informatyczny Uniwersytetu
Warszawskiego, pozostałam przez okrągłe sześć miesięcy. Dłużej niż to
zaplanowałam. Nie chciałam rezygnować z pracy ze względu na obecność stałego
łącza i swobodny do niego dostęp oraz dużą ilość wolnego czasu. Zadanie, które
mi zlecano codziennie udawało mi się wykonać dużo szybciej niż było to
przewidziane. Mój nawyk pośpiechu był zupełnie obcy stylowi pracy na
uniwersytecie, gdzie nie istniał stres, współzawodnictwo, pośpiech. Dopiero dziś
jestem w stanie to docenić. Dopiero teraz potrafię docenić również uroki
wolności domowej, nie-pracowania na etacie, radość ruchomych godzin pracy i
niezależność. Wiem jednak, że ten komfort psychiczny zawdzięczam jedynie mojej
sytuacji przejściowej pomiędzy pracami, pomiędzy krajami. Potem trzeba będzie
wyjechać i szukać pracy za granicą albo nie wyjechać i szukać pracy w Polsce
albo ostatecznie przyjąć rolę żony na utrzymaniu, przed którą wzdragam się od
kilku lat. I sama nie wiem, czemu. Takie jest przecież prawo islamu, edukacja
europejska jednak sprawia, że wolę działać i zarabiać własne pieniądze. I tracić
czas… zamiast pisać. Czy nie lepiej byłoby wysypiać się, dbać o zdrowie i
wygląd, chodzić na zakupy, studiować całe życie, robić, co dusza zapragnie,
pracować wedle własnego grafiku, pracować za grosze, pracować za darmo, a w
przerwach rodzić dzieci?
Tak mogłam uczynić w ‘99, gdyby książę z bajki, który się pojawił, był w stanie
i chciał mnie utrzymywać, a to jak wiemy, trudne albo nierealne. Tymczasem
sytuacja rozwijała się powoli i czas odsłony, w której pojawić się miał
tajemniczy nieznajomy jeszcze nie nadszedł. Nadchodziła natomiast nieuchronnie
codzienna godzina wstawania i pracy.
Uniwersytet Warszawski to było miejsce na złączu ulicy Nowego Światu i
Krakowskiego Przedmieścia. Mijałam zwykle bramę wejściową Uniwersytetu.
Przechodziłam obok wydziału geografii po schodkach w cieniu, dalej pod oknami
dawnej biblioteki starodruków, gdzie przesiadywałam długo na ostatnim roku
studiów i tuż za rogiem, obok kościoła Wizytek - wejście mało uczęszczane na
mały dziedziniec. Tam po schodkach na pierwszym piętrze znajdowała się Centrala
– dziś już nieobecna, przeniesiona do nowej, zarośniętej zielskiem biblioteki na
Dobrej.
Ja tego momentu już nie doczekałam. Moje wspomnienia to czatowanie po kryjomu w
kącie klitki – mojego miejsca pracy.
2
Internet to było szczęście codziennej rozmowy, częstego kontaktu. Umawialiśmy
się z Pierrem w jednym z francuskich „salon de discussion”, na czacie, na
stronach francuskich portali. Mało znanych, jak caramail. Godzina ustalona.
Nazwa salonu zarówno. Chodziło o to, aby stworzyć prywatne miejsce rozmowy, do
którego wejść mógł jedynie ten, kto znał nazwę salonu lub ten, kto znał internet
dość dobrze, by poradzić sobie z jego trikami.
W jednym z takich miejsc pewnego dnia w samo południe w porze lunchu oczekiwałam
na Pierre’a. I pojawił się. Pierre, Pierroche. Ku mojemu zdumieniu nie był to
jednak mężczyzna, którego znałam. Był intruzem, który zrozumiawszy, że czekam na
osobę o tym samym imieniu próbował się pod nią podszyć. Skraść jej osobowość i
moje zaufanie. W tym momencie pojawił się rzeczywisty Pierre – Francuz z
Langwedocji. I rozpoczął się pojedynek – Francuz z Południa przeciwko Francuzowi
z Alzacji, emigrantowi w Budapeszcie.
Zachowałam się jak rozzłoszczona kwoka, jak rozjuszona samica. Kto śmiał
przerywać prywatność naszej rozmowy? On śmiał, ten drugi Pierre, który – zabawne
qui pro quo - przypadkowo zgadł nazwę salonu i wszedł na pokoje nieproszony. Mój
narzeczony zaś okazał się wielkim gentlemenem, co – ach, gdyby wiedział -
kosztowało go bardzo drogo.
Miła pogawędka we troje. Godzina minęła szybko i mój Francuz musiał uciekać.
Czekała praca, przechadzki po Camargue i Limes, i tabun rozkrzyczanych dzieci,
dla których był przewodnikiem. Pozostawił mnie na pastwę losu z Pierrem numer
dwa. Tymczasem ja, zamiast, jak przystało grzecznej panience, wylogować się,
pożegnać chłodno gościa i zapomnieć, kontynuowałam rozmowę z wzrastającą
ciekawością. Pierre II był ciekawą osobą, jego zainteresowania pokrywały się z
moimi, jego lokalizacja terytorialna – Budapeszt – była równie pociągająca.
To, co zamierzam w tej chwili powiedzieć mieści się, być może, jedynie w
kategorii romansu natury harlequinowej. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistością,
taką jak ją postrzegamy, z realizmem, przyczynowością, rozsądkiem. Ciąg
wydarzeń, który miał miejsce w moim życiu jeszcze dziś zdaje mi się mało
prawdopodobny i dziwaczny. Jak ocenić można młodą kobietę, która folgując
miłości wirtualnej, czy po prostu pożądaniu, jedzie do Budapesztu na spotkanie z
mężczyzną, którego wyglądu nie zna, bo żadne z nich nie dysponowało kamerą i nie
pomyślało o zdjęciach? Ta kobieta wsiada w pociąg nocny i dociera do stolicy
węgierskiej, gdzie spotkać ma się z Francuzem, który zawrócił jej w głowie.
Wirtualnie, ale skutecznie. Którego pokochała jedynie na podstawie jego słów,
jego sposobu wypowiadania się i delikatności.
Tak. Zakochałam się w jego słowach. Cały był dla mnie mową. W jego języku był
romantyzm, duchowość i zmysłowość. Dużo zmysłowości. I zwykłej pornografii
zapewne. Trudno było mi jednak obudzić w sobie krytycyzm. Nigdy nie byłam tak
bez pamięci zakochana. Nigdy nie przeżywałam doznań tak silnie, zwłaszcza, że
skumulowane były w jednym środku przekazu – wirtualnym czacie, w słowie pisanym.
Moje dotychczasowe związki wydały mi się wyrachowane i puste, pozbawione
prawdziwego uczucia. Moje przywiązanie do Pierra I zbladło, choć czułam, że nie
chcę go stracić. Cała budapesztańska historia początkowo rozgrywała się w
tajemnicy przed moim narzeczonym, a w mojej głowie panował chaos, w rozmiarach
trudnych do opisania.
W miarę jak poddawałam się nowemu uczuciu, czułam się jak widz. Obserwowałam
biernie swoje życie, jednocześnie tracąc do siebie szacunek. I miałam nadzieję,
że to chwilowa słabość serca, bo moje życie musi w przyszłości toczyć się u boku
Pierre’a, na południu Francji. Tam było dobrze. To było, jasne, zrozumiałe,
przemyślane. Rozsądne. Tymczasem jednak nie chciałam być rozsądna. Byłam
wariatką i czułam się cudownie. Poznałam kogoś, kto był połówką mojej duszy, kto
pasował jak ulał, przy kim czułam się bezpiecznie i dobrze. Z kim dzielić mogłam
moją pasję czytania i pisania. Kto był wszystkim czego chwilowo potrzebowałam do
życia.
Ten kilkumiesięczny związek, tak intensywny i odkrywczy, do dziś uważam za jedno
z ciekawszych doświadczeń. To była moja pierwsza i jedyna miłość, która równie
szybko narodziła się jak umarła. Niszczący układ, zmieniający w moim życiu
wszystko, wywracający je do góry nogami. Dla Pierre’a II Króla, jak tłumaczyć
można by jego nazwisko Roy, porzuciłam Pierre’a I i marzenia o zamieszkaniu we
Francji.
Relacja z budapeszteńczykiem była specyficzna. Burzliwa i kreatywna. Nie mogła
zakończyć się happy endem. Ale nie dostrzegłam tego dość wcześnie. Szkoda. Po
tych kilku miesiącach, które spaliły wszystko do szczętu, pojawiło się wiele
nowości. Nowa angażująca praca we francuskiej firmie. Jakby zastępcze spełnienie
marzeń, nagroda pocieszenia za rezygnację z emigracji, francuskiego narzeczonego
i studiów ukochanego języka. I na nowo odkryta dziedzina aktywności. Pisanie.
Odkryta na nowo, bo już w dzieciństwie pisałam podobno wierszyki okazjonalne,
które znała cała rodzina.
Cofnijmy się jednak do mementu, gdy stanęłam na peronie budapeszteńskim
porankiem ‘99 roku. Zaspana nieco i zdezorientowana po nocy w pociągu, oczekując
na niego, czyli na nie-wiadomo-kogo.
Wiedziałam, że jest wysoki, dobrze zbudowany i rudy. Rzeczywiście nie trudno
było go rozpoznać wśród Węgrów, niskich brunetów, jednak to on pierwszy mnie
dostrzegł. Podszedł, uśmiechnął się trochę krzywo i podał mi kwiaty. I po raz
pierwszy pocałował. Wówczas wydarzenia potoczyły się z szybkością światła.
Weekend w Budapeszcie uderzył do głowy dużą dawką zachwytu. Dość powiedzieć, że
tuż za drzwiami mieszkania Pierre chwycił mnie w ramiona, pocałował i po chwili
przedstawił przyjacielowi, którego obecności nie zauważyłam. Przyjaciel ulotnił
się w kilka chwil, zostaliśmy sami. Nareszcie. Łóżko i on, niepowtarzalny,
doświadczony. Kochanek jakiego nigdy nie miałam. Pierwszy mężczyzna, który
potrafił zmienić moje podejście do seksualności, sprawić, by to, co było
dotychczas przyzwoleniem na przyjemność mężczyzny, stało się przyjemnością
wzajemną. A potem była cała urokliwość Budapesztu, z jego łaźniami tureckimi,
mostami, pałacami i malowniczymi deptakami, otoczonymi rzędami starych kamienic.
Przyjazdy i powroty wielokrotne. Jego wizyty w Polsce, próba znalezienia pracy i
osiedlenia się. I ostatecznie zerwanie i szaleńcza podróż do Budapesztu, aby
powiedzieć Nie, do którego nie dał mi prawa, wysyłając pożegnalny, egoistyczny
email. Ale to wszystko mieści się tam, gdzie powinno – na kartkach mojej
pierwszej powieści, jaką kiedykolwiek napisałam. Wówczas to był piekący zawód
miłosny. To, co wtedy napisałam jest dogłębnie prawdziwe, choć jak przystało na
pierwszy tekst, nieporadne i ekshibicjonistyczne. Życie toczy się dalej. Słowa
pozostają.
3
Pisanie było jak narkotyk. Zapisywałam codzienną dawkę. Do tego chciałabym dziś
wrócić. Ja, która nigdy nie miałam dość wytrwałości, aby prowadzić pamiętnik,
dla której najsilniejszym impulsem do pisania była niespełniona miłość i
pragnienie zapisywania kolejnych awantur, przygód, pomysłów i podróży. Nie
wiedziałam gdzie chcę dotrzeć. Kim stać się, dzięki pisaniu. Nie starałam się
dokonywać kategoryzacji celów i potrzeb. Pisałam jak ktoś, kto ma wewnętrzną
potrzebę pisania, kontynuując najciekawsze zabawy pisarskie z najlepszego okresu
związku z Pierrem II.
Pisałam w pociągu, w oczekiwaniu na pociąg, na dworcu, na przystanku, w domu i w
pracy. A była to wówczas praca równie wygodna jak na uniwersytecie, nieco
bardziej wymagająca, dużo lepiej płatna. Było to moje pierwsze poważne
stanowisko – asystentki dyrektora informatyki w dużej firmie francuskiej.
Wszystko stało się bardzo szybko. Rozmowa z szefem była niemalże formalnością.
Nie uwierzyłabym jednak, że tak będzie, gdyby nie Pierre Roy, który uparcie
powtarzał, że wierzy, wie, jest przekonany, ufa i nie ma wątpliwości, że mi się
powiedzie. Był moim promotorem i adoratorem. Wzbudzał we mnie to, czego
istnienia w sobie nie podejrzewałam – umiejętność podjęcia wyzwania, śmiałość.
Przekonałam się o tym jeszcze wielokrotnie, że miłość może być najsilniejszym
motorem działania i najlepszą motywacją. Z miłości narodziło się moje
zainteresowanie światem poza Polską, moje pasje językowe, kulturowe i religijne.
A to ostatecznie doprowadziło mnie do islamu i odkrycia wiary po raz wtóry.
Jednak wówczas jeszcze, o Bogu tym mniej było mowy, im ściślej zawiązywały się
nasze intymne stosunki z Pierrem II, komunistą i liberałem. Tym mniej, im więcej
i dłużej pracowałam w firmie francuskiej. Tym mniej w momencie, gdy nastąpiło
nasze zerwanie.
Stałam się niechcianie wolna, wpędziłam się w stan zagubienia i depresji.
Rozpaczliwego poszukiwania ciepła i czułości, które prowadziło do krótkotrwałych
romansów. Codzienne jedenaście godzin w pracy trzymało w ryzach mój niesforny
charakter, podczas gdy wyjazdy do Francji na szkolenia, spotkania profesjonalne,
urlopy były okazją do nieograniczonej swobody, podróży i przygód. W sierpniu
2000 rozpoczął się okres kosmopolityzmu i włóczęgi po świecie, który trwa
właściwie do dziś.
Mój angaż w firmie francuskiej już na początku pozwolił mi na wyjazd do Francji.
Lille na północy kraju to miesięczny okres samotności i nudy. Szkolenie było
raczej okresem adaptacji do trybu pracy informatyków francuskich. Czasem
nawiązywania z nimi przyjacielskich kontaktów, które ułatwić miały potem
współpracę na odległość. Wywiązywałam się z zadania bardzo dobrze. Umiejętności
wzbudzania zaufania pomagały mi wybornie. Zainteresowanie typowo polską urodą
nie pozostawało bez znaczenia. Co z tego, że nie do końca rozumiałam tajniki
informatyki? Co z tego, że nie wiedziałam jak „stawiać makietę” i usuwać wirusy,
jak aktualizować oprogramowanie?
Byłam otwarta i uczyłam się szybko. Zyskiwałam przyjaciół. To była kontynuacja
fenomenu, który rozpoczął się dla mnie już podczas pierwszego pobytu we Francji
– byłam lubiana. Być może moje oportunistyczne - jak zarzucał mi ojciec -
tendencje charakteru dochodziły do głosu. Chciałam być lubiana. Chciałam, by
mnie otoczenie akceptowało.
I rzeczywiście byłam osobą, której się ufa i zwierza.
Inna rzecz – schudłam skutecznie po aferze Pierre II. Miłość miała zawsze ten
stresogenny efekt. Jednocześnie jednak sprawiała, że nie tylko chudłam, ale i
zdawałam się być ładniejsza niż byłam w istocie. Uczuciowe i zmysłowe
zaangażowanie kryje defekty, wypięknia i wyszczupla. Radość promieniuje i
przyciąga innych. Po prostu. Tak trywialnie.
Z łatwością zawierałam znajomości. Przyjaciele. Kochankowie, których imion dziś
już nie pamiętam. Tak wielu. Okres wolności? Raczej dezorientacji i
poszukiwania. Miłości i sensu, który znalazłam dopiero kilka lat później. Gdy
stanęłam na nogi i odbudowałam sobie powoli nowy system wartości.
A tymczasem była pustka, samotne powroty z pracy i buszowanie po Internecie.
Samotne wyjazdy za granicę. I pociąg do obcokrajowców. Zaczęłam zauważać, że nie
znajduję zainteresowania wśród Polaków mężczyzn. Nie zwracali uwagi na typową
urodę Polki, wyglądającej dziecinnie, niepoważnie, o dziesięć lat zawsze
młodziej niż podawała metryka. Przyciągałam obcych, obcojęzycznych, którym
podobała się moja uroda dziewczynki.
Miesięczny pobyt w Lille zaowocował spotkaniem i krótkim związkiem z Francuzem
pochodzenia portugalskiego – znajomość bez przyszłości. Oboje cierpieliśmy z
powodu syndromu odrzucenia i samotności osób wciąż zakochanych. Od niego odeszła
ukochana kobieta, mnie porzucił mój Francuz z Budapesztu, za którym jeszcze
przez wiele miesięcy tęskniłam. Na którego powrót liczyłam.
Szukaliśmy w tym przypadkowym związku ciepła ciała osób, które odeszły.
Szukaliśmy starych doznań i odnowienia wspomnień. Ten motyw portugalski
powtórzył się potem po powrocie do Polski, gdy uplątałam się w nową
międzynarodową awanturę miłosną. Były odwiedziny w Polsce, prezenty, obietnice,
spotkania i nie-spotkania, pomyłki. I koniec. I tak wiele razy, w różnych
ujęciach, scenografiach, kontekstach.
Cały ten zgiełk, cały ten dziwaczny okres przejściowy – okres miłości bez
miłości, okres poszukiwania bez świadomości celu poszukiwania – to już minęło.
Odeszli w przeszłość chłopcy różnych narodowości, młodzieńcy i panowie. Nie. Nie
zapomniałam. Nie starałam się ich zapomnieć. To część mojego życia. Żyją sobie
głęboko w moich wspomnieniach. Żyją też na kartkach wielu niedobrych opowiadań –
anonimowo. Wielu pojawiało się w wierszach, które były odbiciem chwili. Inni, na
zawsze już związani są z pewnymi inspiracjami – muzyka cygańska, portugalskie
fado, francuskie kino, język i kuchnia, muzyka klasyczna, pianino i wiolonczela,
książki, podróże i komputery. Nade wszystko jednak pisanie.
W epoce profesjonalnego asystentowania w dużej firmie francuskiej zaczęłam pisać
bardzo dużo. Zaczęłam traktować sprawę coraz poważniej, do tego stopnia, że
oprócz wiernych friendly readers, czyli przyjacielskich czytaczy, rodzinnych i
poza-rodzinnych, poszukiwałam opinii specjalistów.
Pierwsze teksty dotarły do profesora w katedrze literatury polskiej w Instytucie
Badań Literackich. Błąd! I rozczarowanie. Do dziś przechowuję gdzieś na dnie
szuflady, wstydliwie, w biurku w domu rodziców, list od tego profesorskiego
autorytetu, który moje pisarstwo uznał za mierne i pornograficzne.
Jednak jestem uparta. I wiem, że pisanie wymaga pisania. Cierpliwości i pracy.
Żaden jednak komentarz negatywny nie jest wart wiele bez pozytywnego.
Potrzebowałam konstruktywnej krytyki. Po tę zwróciłam się w kierunku życzliwych.
I miałam rację.
A pornografia, grafomania niewątpliwie istnieje. Póki jednak to, co chcemy
powiedzieć, jest dla nas samych istotne, niebanalne, uczciwie przekazane, z
odpowiednim do siebie dystansem – to ani do gatunku grafomanii ani pornografii
należeć nie będzie. Może być nieudolne technicznie, stylistycznie, gramatycznie
i, Bóg wie jak jeszcze, ale podstawowy warunek pisarstwa spełni – będzie ciekawe
i istotne, ważne, ponadczasowe.
Dziś w piątym roku mojego pisania do szuflady jestem wciąż u początku drogi,
mimo że mam za sobą debiut poetycki w Autografie (którego nikt nie zauważył, bo
dlaczego miałby, ja sama go niemal nie zauważyłam – nie było mnie akurat w
Polsce). Mam pozytywną opinię dawnego profesora z Polonistyki, który sam wiersze
wydaje, a ostatnio nawet swoją biografię, oraz uwieńczone dwuznacznym sukcesem
poszukiwania wydawnictwa dla moich wierszy – niestety serwis płatny. Mam kontakt
z przychylną edytorką, która podjęła się rzeczy dla mnie ważnej – opiniowania
mojego tekstu z czasów amerykańskich. To wszystko. Tak wiele i tak mało. Mam
satysfakcję, że wciąż piszę, że posiadam tę niebezpieczną lekkość pisania, którą
nazywam bezlitośnie dla samej siebie wodolejstwem. Ale posiadam też zabobonny
strach przed słowem powieść do tego stopnia, że wszystko powyżej pięćdziesięciu
stron nazywam tekstem.
małżeństwo
1
Kłótnia jest naszą codziennością, naszym chlebem powszednim. Różnica kultur? Być
może. Ale nie tylko to. Również niedomówienia, tajemnice i kłamstwa.
Podobno milczenie prowadzi do konfliktu i nienawiści, słowo i komunikacja do
zgody i miłości. Jak to się więc dzieje, że już trzy lata trwamy oboje w tym
stanie zawieszenia? W tej sytuacji, która zdaje się nie mieć wyjścia. Z miłości
i szacunku? Przez wiarę we wspólną przyszłość? Przez podobieństwo charakterów o
podobnych skłonnościach i celach? Czy wiara prowadzi nas ku oczekiwaniu na
lepszy czas, gdy prawda wyjdzie na jaw? Gdy miłość poza dotykiem i słowem na
osobności przejawiać będzie się mogła otwarcie?
Czy to początek opowieści o romansie? Niezupełnie.
Poznaliśmy się z Nadirem w 2000. Podczas mojego urlopu wiosennego, przypadkowo,
w jednej z kawiarni internetowych w Holandii. Ponad rok trwała nasza znajomość,
utrzymywana dzięki Internetowi i komunikacji VoIP, którą on promował za
pośrednictwem swojej firmy w USA.
W 2001 roku zdecydowałam, że dość. Że zbyt dotkliwie dała mi się we znaki
tęsknota. Zdecydowałam, że chcę za niego wyjść. Paradoksalnie, zdałam sobie
sprawę, że najpierw muszę go lepiej poznać. On, wyczuwając moje rozterki i
frustracje, rzucił lekko propozycję przyjazdu do Ameryki.
Stany – marzenie tak wielu ludzi w Polsce, które marzeniem moim nigdy nie były,
pogardzane, stały się moim udziałem. Potem pogoń za najtańszym biletem,
kolekcjonowanie waliz, ciuchów, niezbędności podróżnych, i w połowie lipca byłam
już gotowa, aby wyruszyć w nieznane. Mój szef, nie był na to jednak gotowy. Moja
rezegnacja spotkała się z wielkim żalem i zdziwieniem. Sama nie zdawałam sobie
sprawy, jak bardzo zżyłam się z tą firmą francuską. Musiałam jednak odejść.
Szczęśliwa, że już. Że bilet i samolot gdzieś tam wirtualnie już czeka.
Alabama przywitała mnie upalnie. Mały, drewniany, piętrowy domek, którego jedną
czwartą zajmował Nadir, wydał mi się przytulnym miejscem, mimo wielkiego
bałaganu na pół biurowego na pół Nadirowego, prywatnego. Ten już dobrze znałam.
Nie znałam jednak w szczegółach całej delikatnej sytuacji, którą zaczął mi
opisywać jeszcze w Amsterdamie.
Kochałam Nadira miłością szczególną i silną. Walczyłam o niego tyle razy w
momentach zwątpienia i trudności. Po roku korespondencji z nim, dyskusji online
i spotkań w realu, tak bliska byłam już szczęścia, że naturalne zdawało mi się
zaakceptowanie warunków, które mi zaproponował. Miałam pozostać jego narzeczoną
i kochanką, skrzętnie skrywaną przed rodzicami, którzy jak twierdził, nie
pochwaliliby związku. Skąd mogłam wiedzieć jaka jest prawda? Ufanie mężczyznom
było luksusem, na który do tej pory nie mogłam sobie pozwolić.
Byliśmy partnerami z wyboru – tak przynajmniej ja chciałam myśleć, choć w
trakcie pobytu w USA zdałam sobie sprawę, gorzko, że początkowo byłam dla niego
jedynie rozrywką, przelotnym romansem, który nie miał trwać zbyt długo. Może,
gdyby moje przekonania religijnie i determinacja nie były tak silnie i na tak
jasnych oparte podstawach – zaliczyć mogłabym się w poczet partnerek
utajnionych, jakich historie czytać można dzięki wątpliwej wartości lekturom dla
pań i panów spragnionych sensacji.
Tymczasem ja, po wielu perypetiach, przeprowadzkach i wyprowadzkach z domów na
Florydzie, w Alabama, i w Nowym Jorku, zdałam sobie sprawę jak bardzo uwiera
mnie status kochanki nie nazywanej nawet wprost kochanką. Kim byłam?
W momencie naszej wspólnej pracy w Atmore, Alabama, byłam współpracownicą,
sekretarką i administratorką bazy danych. Byłam nieodzowną układaczką
dokumentów, księgową i sprzątaczką i kucharką. Ukochaną kobietą.
Nadszedł jednak moment, gdy wyprowadziliśmy się z maleńkiego Atmore, wówczas
stałam się panią domu. Wynajęliśmy ładny duży dom w bogatej dzielnicy na
wybrzeżu oceanu. Powiew wody orzeźwiał, szczególnie wobec braku cienia drzew, z
których jedno tylko ostało się, od podwórza, od strony ogrodu gdzie królowały
niewysokie krzewy bananowe. Dom był drewniany, duży i pusty. Nadir nie godził
się na zakup mebli, myśląc nieustannie o przeprowadzce do Nowego Jorku.
Mieszkaliśmy więc długo jak koczownicy. Jedyne ważniejsze meble, takie jak stół
i łóżka, udało nam się kupić dopiero w momencie, gdy pojawiła się ona i poparła
mnie. Ale o tym zdążę jeszcze opowiedzieć.
Tymczasem cieszyłam się urokiem dużego domu, bliskością miasta i bliskością
ukochanego mężczyzny, który tak jak w Atmore miał do biura kilka jedynie kroków.
Przez ścianę w kuchni mogłam słyszeć toczące się w biurze rozmowy telefoniczne.
Na szczęście sypialnia była na tyle daleko, że nic nie zakłócało nam snu. O ile
nie zawieruszył się gdzieś w tamtych rejonach mały bezprzewodowiec – słuchawka.
2
Było nam dobrze. Czułam się szczęśliwa, czułam się kochana, a jednak uwierała
cała dziwaczna sytuacja konkubiny czy kochanki, im lepiej i dokładniej
poznawałam islam. Ile kobiet żyło obok mnie na kocią łapę? Ile z nich,
mieszkając w Ameryce ze swoim drogim ukochanym, nie wiedziało czy nie pozostawił
on przypadkiem gdzieś tam za granicą ukochanej numer dwa? Jak wiele z nas nad
tym się zastanawiało? Niewiele, dopóki nie zagrażało to najbardziej intymnym
relacjom. Wielokrotnie myślałam, że przyjechałam do USA nie z miłości, ale po
to, by dać upust ciekawości. Czy też może chodziło mi o to, by jeszcze dalej w
świat? Aby było jeszcze ciekawiej? Jeszcze bardziej inspirująco?
W pewnym momencie stwierdziłam, że jest to niezdrowe. Że nie mogę poświęcać się
i żyć w sytuacji pół-tajemniczej tylko dlatego, że wydaje mi się, że go kocham.
Albo dlatego, że chcę mieć materiał do książki. Wszystko jedno. To tak, jak w
tym niezbyt lotnym filmie, gdzie autor kryminałów, wiedząc, że młoda dziewczyna
jest oskarżona o zabójstwo, zaprasza ją do domu. Mieszka obok domniemanej
morderczyni. Jednocześnie zakochuje się w niej i śledzi ją. Bo chce opisać jej
zachowanie w nowej książce, dla której ona była inpiracją. Prowokuje los,
czekając, aż stanie się sam kolejną ofiarą.
Nie. Przede wszystkim go kochałam. Zwłaszcza w Nowym Jorku, gdy przyszło mi
wyjechać, bo zbliżał się termin przyjazdu jego matki. Tęskniłam za nim.
Wiedziałam, że potrzebuję go.
Islam zaś niezależnie kroczył sobie drogą małych odkryć i olśnień. Byłam pewna,
że ta idea jest dobra. I dla niej, nie dla niego, byłam gotowa podjąć pewne
decyzje. Byłam gotowa stać się muzułmanką, licząc się z faktem, że pewnego dnia
być może Nadir ostatecznie zniknie z mojego życia. Zdając sobie sprawę z
ewentualnej samotności i trudności życia bez mężczyzny muzułmanina u boku oraz
trudności z zachowaniem zasad islamu w kraju, który takiemu światopoglądowi nie
był przychylny.
W Nowym Jorku jednak moją głowę nawiedziały różnego rodzaju myśli. Byłam, z
jednej strony, pod wpływem przyjaciółki, dawnej studentki KUL-u, Basi,
katoliczki, namiętnej czytelniczki x. Twardowskiego oraz moich grafomańskich i
niegrafomańskich wierszy, a z drugiej strony oddziaływała na mnie postawa
kobiet, które poznałam w meczecie na pięćdziesiątej drugiej, muzułmanek,
imigrantek i Amerykanek po konwersji. Wiele im zawdzięczam. To były młode
kobiety, pracujące, niezależne, które tak jak ja borykały się z problemami
światopoglądowymi w Ameryce laickiej i rasistowskiej. One, tak jak ja, wychodząc
z meczetu zdejmowały chustkę, chcąc uniknąć napastowania po jedenastym września.
Gdy wracałam do mojego małego lokum na Jackson Hills, wynajętego po miesiącu
pomieszkiwania kątem u Basi w Nowym Jorku, napotykałam kolejne dylematy.
Materializowały się one w osobach młodych dziewczynek, córek właściciela
kamienicy, który podnajmował mi pokoik dwa na dwa. Który otwarcie flirtował ze
mną, próbując pozyskać moją przychylność, szczególnie w momencie, gdy dostrzegł
moje inklinacje ku islamowi.
Widziałam jak jego córki pościły w czasie ramadanu, jak codziennie zamykały się
w pokoju, aby się modlić, mimo że ich ojciec tego nie czynił, ani od nich tego
nie wymagał. Widziałam je rano, jak wychodziły z domu odziane w chustki. To
również nie była ojcowska inicjatywa, lecz ich własna. Ojciec, obywatel
Bangladeszu, obywatel Ameryki, za wszelką cenę próbował stać się Amerykaninem z
krwi i kości. W swojej śmiesznej, ale wygodnej spódnicy zwanej lungi, pragnął
wpasować się w system.
Dzieci, drugie pokolenie imigrantów, miało nieco inne zdanie na temat tożsamości
kulturowej i religijnej. Nikt nie mówił o kalifacie, nikt nie mówił o państwie
muzułmańskim. Muzułmanie na całym świecie przestali o tym mówić i nastała
niepokojąca cisza. I tylko słychać było szept, że muzułmanom dziś lepiej i
„tolerancyjniej” w krajach Ameryki
i Europy, bowiem ich własne państwa muzułmańskie nie przynoszą pełnej możliwości
praktykowania islamu, praktykując jedynie - każdy własną – tradycję i obyczaje
dalekie niejednokrotnie od islamu. Czy istnieje dziś idealne państwo
muzułmańskie jak za czasów kalifatu? Chyba nie. Czy zaistnieje? Nie wiadomo.
Indonezja, ku zdumieniu wielu nie-muzułmanów jest ideałowi najbliższa.
Tymczasem mój pobyt w Nowym Jorku miał się wkrótce skończyć. Minęły dwa miesiące
dezercji, samotności i tęsknoty. Utrzymywaliśmy z Nadirem kontakt internetowy i
telefoniczny. On pisał codziennie i dzwonił. Nie mogłam mu nic zarzucić. Podobno
wielokrotnie już próbował wyznać rodzicom prawdę, ale nie było to łatwe. Nie
miałam podstaw, aby wątpić w jego szczerość. Bywały jednak chwile, gdy myślałam
jedynie o tym, by spakować walizkę i odejść, jak najdalej. By kupić bilet i
uciec ze Stanów, nie dając znaku życia. Dać mu nauczkę. Przecież jeśli
rzeczywiście kochał, musiało go takie posunięcie głęboko zranić. Nie chciałam
się przekonać czy on kochał aż tak, ani jak wiele mógł dla mnie poświęcić. Węzeł
gordyjski sam się rozwiązał, pozostawiając nam do rozsupłania małe węzełki.
Nieświadomie sama przyłożyłam d tego rękę. To ja zostawiłam w Pensacola, w
przepastnej pralce, w ciemnej pralni, moją bieliznę. To mój list do Nadira
zawieruszył się gdzieś w biurze i odnalazł za sprawą jego matki. Nie w porę?
Czemu? Dla mnie była to najlepsza pora, cudowna chwila i cudowna wiadomość. Już!
Koniec włóczęgi. Już mogłam wrócić do domu.
Naprędce pakowałam walizki w Las Vegas, do którego on na umówione spotkanie nie
przyjechał, kupowałam bilet do Nowego Jorku, aby tam spakować kolejne kilka
walizek i wybrać się wreszcie w podróż na południe, na Florydę. Nie miał mnie
spotkać zaszczyt podróżowania samolotem, nie tym razem. Cieszyłam się zresztą,
że uda mi się choć przez te kilka godzin docenić urodę krajobrazów
prowincjonalnej Ameryki na przestrzeni pomiędzy NY i Pensacola. Złudzenia laika.
Autostrada oddzielona była szczelnymi nieprzezroczystymi murami od pól, łąk i
domostw. Najciekawsze pejzażowo tereny mijaliśmy nocą. O takiej również późnej
porze dotarłam do Atmore, skąd mieli mnie już odebrać oni: Nadir i jego rodzice.
3
Pierwsze spojrzenie i pierwszy uścisk dłoni matki, delikatny. Ojciec przesłał mi
tylko uśmiech. Uśmiech nieco wymuszony, uśmiech człowieka, którzy rzadko się
uśmiecha i uśmiechać nie lubi. Matka jego była to niższa ode mnie kobieta o
śniadej cerze i pociągłych regularnych rysach, ciemnych brwiach, rzęsach i
oczach. Typowa Pakistanka. Miała miły uśmiech. Te szerokie grube wargi były więc
rodzinnym dziedzictwem – myślałam. Nie potrafiłam określić, jak wówczas się
czułam. Nie spodziewałam się, że Nadir zechce przyjechać po mnie w pełnym
składzie rodzinnym, miałam nadzieję, że znajdę czas na rozmowę z nim sam na sam.
Okazało się to niemożliwe. I tak było przez cały niemal okres ich pobytu w
Stanach. Kochałam Nadira, zaakceptowałam tych dwoje. Myślę jednak, że oni nigdy
nie pogodzili się z moją obecnością. Akceptacja wymuszona.
A jednak to jego matka była pierwszą kobiecą nauczycielką podstaw islamu, islamu
codziennego w całej prozie modlitw, obmyć rytualnych, posiłków i życia
intymnego. To ona, do momentu wyjazdu do Polski w 2002 była najlepszym źródłem
wiedzy, ona, tak prosta w swojej umysłowości i zwyczajach, tak pokorna i cicha,
która potrafiła swój temperament ujawniający się w momentach naszych kłótni,
powściągnąć do maksimum. Nie byłam zazdrosna o nią, jak o każdą inną kobietę.
Byłam zazdrosna przede wszystkim o tę intymną nić porozumienia między matką i
synem. Byłam zazdrosna słysząc niezrozumiały dla mnie dialog w ich rodzimym
języku urdu. Zastanawiałam się nieustannie jak dalece mnie ona aakceptowała, na
ile zaś była to doskonale maskowana niechęć.
Rodzice pytali nas o dzieci. Nie. Nie mieliśmy dzieci. I nie dane im było się
szybko narodzić. Bo on „nie był gotowy”. Ojciec nic nie mówił. Matka była
rozczarowana i zła. Ja czułam się więc emocjonalnie zubożona. Może odrobinę
oszukana, trochę rozczarowana. Gubiłam się w rozważaniach nad Koranem i nad
zasadami islamu. Studiowałam coraz więcej. Miałam już za sobą konwersję. Byłam
już muzułmanką. Jako neofitka chciałam, aby wszystko było poprawnie i „po
Bożemu”, tymczasem on najprostsze prawdy upraszczał i odmiennie tłumaczył.
Kochałam go. Ale oczywiście, że każdy był odpowiedzialny za siebie, przed Tym w
górze. Nasz związek był związkiem nieformalnym. W Stanach nigdy nie udało mi się
przekonać Nadira do rejestracji naszego związku w urzędzie. Życie na kocią łapę
tak modne w Europie mnie wydawało się dziwaczne. Umowa jaką zawarliśmy pomiędzy
sobą, po przyjeździe do Pensacola – umowa małżeńska jak on ją nazwał, była dla
mnie niewiele warta. Rodzicom wmówił, że doszło do rzeczywistego muzułmańskiego
ślubu. Ach tak? Hmm, dobrze, że nikt nigdy nie zapytał mnie o szczegóły i daty.
Oto dylemat pierwszy z jakim zmaga się wiele muzułmańskich kobiet, oszukiwanych
przez ich mężów. Czy upierać się przy legalnym, ceremonialnym ślubie z
kontraktem, czy też zasznurować usta i nie mówić nic – być posłuszną „mężowi”?
Gdzie leży cnota? Otóż tam, gdzie rozsądek.
A rozsądek przekonywał mnie tylekroć, aby po każdym naszym „rozwodzie”, po
każdej kłótni, po każdym jego wysłanym „liście rozwodowym” do mnie, spakować
walizki, wyjechać, nie oglądając się za amerykańską sielanką, jak żona Lota i
zapomnieć. Rozsądek jednak podpowiadał mi również, że pozostanie w Stanach ma
swoje dobre strony, serce zaś dorzucało, że on rzeczywiście jest do mnie
szalenie przywiązany i nie zapomni łatwo. Mogłam więc liczyć na to, że pewnego
dnia postawię na swoim i staniemy się legalnym małżeństwem. Co chciałam
udowodnić? Może to, że nie warto było rezygnować? Może to, że nie chciałam być
kolejną ofiarą męskiego szowinizmu? Że historia potoczyć się mogła się wedle
mojej woli i pragnień? Że warto było być cierpliwą? A może nie chciałam przyjąć,
że moja historia byłaby jeszcze jednym przykładem niesprawiedliwości mężczyzn
muzułmanów wobec kobiet muzułmanek. Dosyć naoglądałam się, naczytałam stosów
książek o zgnębionych nieszczęśliwych żonach muzułmanów. Dosyć nasłuchałam się
historii o kobietach, które z mgłą miłości... i głupoty, która przysłaniała im
źrenice wychodziły za mąż za muzułmanów, za Arabów, za Azjatów, za
Pakistańczyków, i zapatrzone w czarne oczy ukochanego, uzależnione od jego
powiedzmy otwarcie lepszych od europejskich umiejętności łóżkowych i potężnie
zaznaczonej męskości, nie były w stanie zastanowić się nad swoją przyszłością.
Prawda jest taka, że większość historii małżeństw Europejek z muzułmanami jest
zafałszowana. Zawinili oboje. Nie tylko on, który nie musiał się żenić z
Europejką i liczyć, że żona, katoliczka, urodziwszy dzieci, wychowa je w wierze
muzułmańskiej, ale i ona, która wierzyła w to, że u jej boku mąż zapomni o
własnym kraju, o własnej rodzinie i tradycjach religijnych i narodowych. Czy
prawdą były opowieści, jakie serwował w telewizji pan Rutkowski? Płaczliwe i
naciągane sesje reportażowe. Porwania dzieci były rzadkością. Rodziny
muzułmańskie były zazwyczaj przychylnie nastawione do Europejek. Mieszanka z
rasą białą nobilituje. Ponadto, nie można przeceniać pewnego charakterystycznego
toku myślenia, do którego niewielu muzułmanów otwarcie się przyznaje – ślub z
chrześcijanką lub ex-chrześcijanką to prawdopodobieństwo zmniejszenia populacji
chrześcijan na korzyść muzułmanów, to możliwość zamieszkania w Europie,
rozprzestrzenienia islamu w Europie właśnie za pośrednictwem młodego pokolenia,
które silniejsze jest i bardziej odważne, świadome swojego dziedzictwa
religijnego i kulturowego niż ich ojcowie. Nie gnębi ich i nie wiąże im rąk
kompleks imigranta. Są u siebie i tu chcą żyć tak jak każą im przekonania. Chcą
być muzułmanami i mają do tego prawo. Ale to wszystko przydługa dygresja.
4
W naszym parterowym domu przy Scenic Hwy dni mijały powoli. Miałam do dyspozycji
swój dawny pokój do pracy, który był moją inspirującą, słoneczną bawialnią
i miejscem gdzie spędzałam dużo czasu na pisaniu.
Dziś, gdy przeglądam i koryguję tekst napisany w Ameryce, widzę jak bardzo
roztargnione i poszarpane były moje myśli. Wątki snuły się jasno, a jednak tok
myśli - powikłany. Wiele koniecznych poprawek. Bo niełatwo było tam pisać.
Niełatwo było wygospodarować czas pośród godzin spędzanych w domowym biurze, za
ścianą kuchni. Co drugi dzień stawałam się też kucharką i sprzątaczką. Uczyłam
się, u boku matki Nadira, tajników kuchni pakistańskiej. Te godziny spędzane w
kuchni były równie ciekawe jak trudne. Chciałam dojść do perfekcji w gotowaniu,
zupełnie jakby to był etap w moim stawaniu się pełnoprawną jego żoną. Chciałam
wykonywać wszystkie funkcje typowej pani domu, mimo że nie czyniłam tego
wcześniej z tak wielkim zapałem. Praca w biurze, na którą już dawno się
zgodziłam, zajmowała zbyt wiele czasu. A jednak właśnie dzięki matce Nadira
udawało się nam uniknąć wielu konfliktów. Dlatego, idąc za jej radą,
zrezygnowałam
i wycofałam się z kuchni. Nie miało sensu spożywanie przypalonych dań i
dzielenie czasu między biuro i dom. Pozwoliłam, aby ona zajęła się kuchnią.
Złożyłam broń. Na kilka miesięcy jej pobytu w Stanach.
Moje i Nadira przebywanie razem wypełnione było kłótniami, milczeniem i pracą.
Było jednak współistnieniem, współobecnością. Mimo depresji, rozpaczy mojej i
jego, w momentach utraty kontroli, wiary i optymizmu, wciąż byliśmy razem. I
przetrwaliśmy burze, jakie przetoczyły się nad naszymi głowami w ciągu dwu lat.
Najtrudniejsze były chwile początkowe. Trudno było mi stłumić kłębiące się w
głowie pytania. Wszystkie sprowadzały się do jednego - Dlaczego nie możemy mieć
dzieci? Postawa Nadira była podejrzana. Skoro zaakceptował moją obecność w swoim
życiu i i zaakceptowali to, choć niechętnie, jego rodzice, gdzie tkwił problem?
Czyżby podejrzliwość i nieufność Pakistańczyków wobec Europejek nie pozwała mu
uwierzyć, że mogę być dobrą żoną, że pozostanę przy jego boku niezależnie od
okoliczności? Nie wierzył w trwałość naszego związku i dopuszczał możliwość
rozstania? Dlatego to rozstanie chciał uczynić jak najłatwiejszym? Nie
rozumiałam go. Rozwód wedle islamu był przecież legalny i możliwy. Być może,
Nadir, który niejednokrotnie uciekał się do szantażu emocjonalnego, panicznie
bał się odpowiedzialności, jaką pociągało za sobą uznanie mnie za żonę w pełni
legalną, zarejestrowaną, kontraktową. Taką, która miałaby prawo do spadku po nim
wedle prawa islamskiego, taką, która mogła domagać się potomstwa na podstawie
prawa islamskiego. Brak legalnego ślubu zmniejszał te obawy do minimum. Brak
dzieci podobnie.
W chwilach takich ponurych refleksji nie potrafiłam już nic więcej z siebie
wykrzesać. Wpadałam w depresję. Siadałam i milkłam przed komputerem. Po co
pisać. To też boli. Potem opuściliśmy Stany Zjednoczone.
Czas meksykański a nieco później polski, to był dalszy ciąg problemów,
wątpliwości i depresji. A przyczyną była nasza sytuacja przymusowych wygnańców z
Ameryki, dezerterów. Winę za to ponosił w moim mniemaniu on, Nadir. Z każdym
dniem tracę do niego zaufanie, jednocześnie czułam się jak zdradzająca kochanka,
ciałem wciąż pomocna, wciąż przy nim, duchem jednak oddalona. Stawałam się
letnia w miarę jak zauważałam, że moje prośby i żądania żony nie-żony nie
znajdują odzewu. Stawałam się letnia! Obojętna? Być może.
To był ten krytyczny czas, gdy oboje próbowaliśmy przedłużyć swój status w USA,
dzięki krótkiej podróży do Meksyku. Stary numer imigrantów. Na granicy w
momencie ponownego wjazdu do Ameryki celnicy wstawiali pieczątkę – nowy,
terminowy okres pobytu, tak zwany „status”. Zamierzaliśmy wyjechać na kilka dni
i wrócić tą samą trasą, idąc za radą oficera, prowadzącego rejestrację
Pakistańczyków w USA. Ten człowiek, na przekór wszelkim wypowiedziom prawników,
u których wcześniej zasięgaliśmy rady, stwierdził, że możemy swobodnie, legalnie
przekroczyć granicę, na podstawie naszych dokumentów wizowych. A była to wiza
turystyczna, oboje dysponowaliśmy dziesięcioletnią, oraz petycja o wizę
pracowniczą, zaakceptowana prawnie przez urząd imigracyjny Stanów Zjednoczonych
(INS).
Niestety, jak się zbyt późno zorientowaliśmy, zdanie panów na granicy było inne.
Celnicy amerykańscy zatrzymali nas. Przesłuchanie trwało bez końca, przerywane
przesłuchaniami innych osób, które jak my zasiadały
sprawiedliwie-niesprawiedliwie na ławie oskarżonych o nielegalne przekroczenie
granicy. To wszystko przerywane było niepokojącymi informacjami o bombie i nagłą
eksmisją z budynku, pod strażą.
Paradoksalna sytuacja. Nasze dokumenty uznano za prawomocne i legalne. Wciąż
odmawiano nam jednak prawa przekroczenia granicy amerykańskiej. Staliśmy się
ofiarą braku porozumienia jednostek granicznych i wewnętrznych. Prawa, które
stosowali celnicy na granicach oraz prawo, jakie obowiązywało obcokrajowców
wewnątrz kraju ustanowione przez INS było inne. Ostatecznie kwestia została
rozwiązana polubownie.
W istocie? Celnicy amerykańscy po prostu pozbyli się problemu przekazując nas
celnikom meksykańskim. Wbrew naszej woli, wbrew głośnym protestom Nadira, który
doskonale zdawał sobie sprawę, że takie rozwiązanie wpędzi go w problemy jeszcze
poważniejsze. Nie posiadał przecież wizy meksykańskiej, którą jako obywatel
Pakistanu powinien był otrzymać, zanim wkroczył na terytorium Meksyku.
Interesujący fakt -
w momencie wjeżdżania na teren Meksyku nikt posiadania wiz meksykańskich nie
sprawdzał.
Całe skomplikowane, nieszczęsne qui pro quo skończyło się moim oswobodzeniem
kolejnego poranka w przygranicznym Laredo - jako Polka otrzymywałam wizę
wjazdową na granicy - a jego uwięzieniem w przygranicznym ośrodku celnym.
Po tygodniu Nadir znalazł przymusowe lokum w Detention Center w Mexico City. Ja,
dzięki jego znajomościom, uzyskałam azyl w domu życzliwej rodziny meksykańskiej
Pedrosa, jednego z pracowników naszej firmy w biurze regionalnym w Mexico City.
Samotność i desperacja. Odwiedziny u Nadira raz w tygodniu. Nieznajomość
hiszpańskiego i pomoc Pedro. Po miesiącu Nadir, nie uzyskawszy konstruktywnej
pomocy od ambasadora Pakistanu, ani od ambasadora USA w Meksyku, zdecydował się
przyjąć wyrok – deportację. Pobyt w detention center był katorgą. Nadir nie
chciał miesiącami bezczynnie czekać. Spoglądać pustym wzrokiem w ścianę. Marzyć
o wolności. Przyjęliśmy kurs na wschód. Potem były kupowane w pośpiechu szalenie
drogie bilety British airways i szczęście – możliwość wspólnej podróży aż do
Londynu. Stamtąd ja miałam się udać do Polski, on - do Pakistanu. Podróż do
Polski, po konwersji, po dwuletnim pobycie w USA i doświadczeniach związku była
początkiem nowej ery.
5
Przyjechałam jedynie na kilka tygodni, tymczasem pobyt ten przedłużył się
niewiarygodnie. Pozostałam w Polsce rok. Nie udało mi się uzyskać wizy
pracowniczej do Stanów. Ambasada amerykańska zarzucała firmie, która chciała
mnie zatrudnić, że nie stać ją na pracownika spoza granic USA. Co mogłam
powiedzieć? Nie potrafiłam przekonać konsula, że jest inaczej, skoro władze
firmy amerykańskiej nie były w stanie go przekonać obfitą dokumentacją, listami
i telefonami.
Pozostałam więc samotna. Uwięziona w Polsce. Nadir zaś w Pakistanie. Próbowałam
uzyskać jego zgodę na swój przyjazd do Pakistanu. Brak odzewu. Zaproponowałam
wizytę w Polsce, ślub formalny i rozpoczęcie starań o stały pobyt w Polsce.
Zdawało mi się to najdoskonalszym z możliwych wariantów wspólnego pożycia. On
był innego zdania.
W pewnym momencie, nie rozumiejąc motywów jego zachowania, zwątpiłam w sens
kontynuowania związku na odległość, zwątpiłam w jego miłość i dobre intencje.
Nie rozumiałam go. Gubiłam się w domysłach. Moje dylematy powiększały się w
miarę jak zwiększało się grono osób zainteresowanych moją sytuacją. Powierniczką
była od dawna Fatima – jedna z pierwszych polskich aktywnych muzułmanek w
Warszawie. Jej rady były cenne. Jej obiektywny punkt widzenia na wagę złota. Ona
zaproponowała rozwiązanie, którego sama bym nie przyjęła – rozstanie z Nadirem i
ślub z muzułmaninem w Polsce. Zgodziłam się niechętnie na próbny rekonesans.
Wiedziałam jednak już wtedy, że moja miłość do Nadira nie pozwoli mi tak łatwo
na zaakceptowanie myśli o rozstaniu. Kandydaci na męża, których poznawałam,
zawsze zdawali mi się nieodpowiedni. Nie w nich jednak tkwił problem, ale we
mnie samej. Nie mogłam uwierzyć, że mężczyźnie, o którego walczyłam od dwu lat
teraz przestało na mnie zależeć do tego stopnia, że nie był w stanie
zaproponować rozsądnego rozwiązania, które pozwoliłoby na nasze wspólne życie.
Najgorsza była jednak bezczynność. Natręctwo myśli.
Po kilku miesiącach bezczynności w Polsce, oczekiwania na decyzję Nadira
postanowiłam znaleźć zajęcie dla umysłu – pracę na etacie. Wówczas dostrzegłam
sytuację kobiet muzułmanek w Polsce. Nie chustka, na którą spoglądano
podejrzliwie na ulicach była problemem, lecz zachowanie zasad islamu w miejscu
pracy. Większość moich polskich, muzułmańskich przyjaciół otworzyła własne „małe
biznesy” i pracowała na własny rachunek. Kobiety nie pracowały wcale albo
prosiły warunki pracy zgodnie z wyznawanym światopoglądem. Jest kilka
odosobnionych przypadków kobiet, znanych mi osobiście, którym pozwolono modlić
się w miejscu pracy oraz nosić hijab (muzułmańską chustkę).
Większość jednak, tak jak ja, zmuszona była do rozwiązań kompromisowych. Miejsce
takie jak ambasada państwa muzułmańskiego, powinno, jak sądziłam, powinno
zachowywać zasady islamu. Nic bardziej złudnego. Ambasada, w której rozpoczęłam
pracę jako pani od wiz i sekretarka działu handlowego, wymagała, abym ja,
muzułmanka idąc w ślady zatrudnionych Polek chrześcijanek oraz pani ambasador,
Pakistanki i muzułmanki, przyjęła „standardy europejskie”. Abym pozbyła się
chustki. Zgodziłam się, chcąc otrzymać pracę. Ponadto tam właśnie liczyć mogłam
na zrozumienie w godzinach modlitw oraz w okresie ramadanu. Tam poznałam ludzi
wartościowych, inteligentnych i oczytanych, znających zasady islamu i
stosujących je w sposób świadomy. Oni sprawili, że nie utraciłam wiary. Byłam
muzułmanką. Moje życie wypełniła monotonia – praca, powroty do domu, komputer i
rozmowy z Nadirem, przejmująca samotność i tęsknota, i pisanie.
Pisanie to była moja joga, moja medytacja, to był sposób na utrzymanie równowagi
duchowej, koncentracji i zachowanie w pełni sprawnych zmysłów. Pisałam do
szuflady. Pisałam do przyjaciół. Wśród adresatów były muzułmanki w Ameryce, w
Niemczech, w Polsce, muzułmanie w Pakistanie. Szczególnie silne przywiązanie
okazywałam tym osobom, które znały moją sytuację od podszewki, jednocześnie
znając Nadira i ceniąc sobie jego przyjaźń. Pomocne były ciepłe listy od
muzułmanów, których nigdy nie poznałam osobiście, od współpracowników firmowych
Nadira, którzy życzyli wytrwałości i cierpliwości. A jednak miałam do nich żal,
że zachowali się tak, jak większość – unikali konfrontacji z Nadirem, uznając że
nie jest to ich sprawa, lecz nasz wewnątrzzwiązkowy problem.
Pozostałam więc bezradna, w punkcie wyjścia aż do momentu, gdy po roku podjęłam
desperacką decyzję. Przedłożyłam zwolnienie z pracy jednocześnie stawiając
ultimatum Nadirowi - oznajmiłam mu swój przyjazd do Karachi dla wyjaśnienia
sytuacji i podjęcia decyzji o naszym „razem albo oddzielnie”.
Pakistan miał stać się moim celem i przeznaczeniem, ale trasa ku niemu biegła
przez Emiraty Arabskie.
dom
1
Dubaj przywitał mnie upałem. Dwadzieścia stopni Celsjusza mimo wieczornej
godziny. Zbliżała się północ w momencie lądowania. Nadir się spóźnił. Po wyjściu
z ogromnego lotniska na zaludnioną ulicę przed wyjściem głównym, nie mogłam
odnaleźć go wzrokiem w pobliżu. Ogarnęła mnie panika. I złość. Byłam zmęczona
procedurami lotniskowymi, wizami, wynalazkami służb imigracyjnych, zatruwającymi
życie przybyszom. Jednym z nich była komputerowa kontrola źrenicy, co oznaczało
godziny oczekiwania w kolejce, bez względu na typ paszportu i kolor skóry.
Wyjątkiem byli Anglicy i Amerykanie. Ich niezadowolenie wygłaszane podniesionym
głosem z nienagannym british lub american accent zwabiało natychmiast
funkcjonariuszy lotniska w granatowych mundurkach. Pojawiali się i szast prast
wyciągali delikwentów z kolejki, kierując ich bezpośrednio ku schodom, do
odprawy bagażowej. Po kilku minutach nieznośna wydała mi się również upalna
aura. Moje buty i kurtka były odpowiednie jedynie dla krajów północnej Europy,
które w momencie, gdy rozpoczynałam swoją podróż, zasypane były śniegiem.
Odnaleźliśmy się i wkrótce siedziałam już w luksusowym tracku, który był
własnością jego ojca. Mknęliśmy szosą z Dubaju w kierunku Sharjah, sąsiedniego
emiratu. Tam, na trzynastym piętrze wielkiego, luksusowego wieżowca wynajmowali
mieszkanie rodzice Nadira. To był zapewne jeden z głównych powodów, dla których
nie czułam się tam swobodnie. Wciąż słyszałam jego, który obsesyjnie bał się
konfrontacji z rodzicami, narzekania na bałagan i gubione w mieszkaniu moje
długie jasne włosy. Jak mogłam kontrolować wypadanie włosów?
Czułam się jak intruz. I z tęsknotą już po kilku dniach myślałam o wyjeździe do
Polski albo o przeprowadzce do hotelu. Ale to nie miało nastąpić wcześniej, jak
po naszym przyjeździe do Karachi. Dopiero tam odnalazłam odrobinę spokoju, mimo
natrętnego hałasu klimatyzacji i nieznośnej upalnej pogody.
Emiraty nie zachwyciły mnie. To był kraj na wpół europejski, na wpół arabski.
Hybryda, która nie umiała się zdecydować na przyjęcie jednej lub drugiej
tożsamości. To był kraj, gdzie dozwolony był alkohol w barach, oraz prostytucja
w hotelach i miejscach, które wtajemniczeni znali. To było miejsce, gdzie
kobieta Słowianka mogła się obawiać, że zostanie wzięta za prostytutkę. Myślę,
że tak właśnie stało się w moim przypadku, gdy odmówiono mi przedłużenia wizy
turystycznej w Emiratach.
W tym kraju, który zaludniony był tak wieloma Europejczykami, nie było możliwe
pojawienie się na ulicy w emiracie takim jak Sharjah bez chustki. Przesadzam?
Nie było to w każdym razie możliwe dla mnie. Jestem muzułmanką. Wychodziłam się
w towarzystwie mężczyzny, który równie dobrze jak za Pakistańczyka, mógł być
wzięty za Araba. Budziliśmy ogólne zainteresowanie. Czułam na sobie kontrolujący
i ciekawski wzrok tubylców. To mogła być jedynie moja subiektywna perspektywa,
stek uprzedzeń i przeczuć. Najprzyjemniejsze jednak chwile gasły w momencie, gdy
wybuchała między nami kłótnia o wyjście na miasto, o chustkę, o mieszkanie i
moje... cóż, wypadające długie włosy. Co za nonsens – myślałam i zaczynałam
pakować walizki. Po godzinie jednak nie byłam już w stanie wyobrazić sobie życia
bez niego. Jak bardzo poważnie byłam uzależniona od tego mężczyzny! Wiedziałam o
tym. A może byłam cyniczna? A może wykorzystywałam mojego męża Pakistańczyka,
aby podróżować i korzystać z życia, uciec od polskiej codzienności? Jednego była
pewna – przyjechałam do Emiratów, aby odwiedzić wreszcie „prawdziwy kraj
muzułmanski”, „nie-europejski”, „niezeświecczony na podobieństwo Turcji”, kraj,
który ostatecznie, o ironio!, poza obecnością meczetów, poza głośnym wezwaniem
na modlitwę, wcale aż tak muzułmański nie był.
W rzeczywistości marzyłam przede wszystkim o poznaniu kraju Nadira – Pakistanu.
Emiraty były wybrykiem jego woli i umysłu, nie moim. Ale pojawiły się. Dane było
mi przeżyć tamtejsze safari – cudowną, zapierającą dech w piersiach przejażdżkę
po wysokich wydmach w samochodzie terenowym, rajdy na małych zgrabnych motorkach
na trzech kołach, spacery na wielbłądzie. Miałam okazję płynąć zabytkowym
statkiem, kosztować tradycyjnych potraw, patrzeć ze zdziwnieniem na rosyjską
tancerkę wykonującą sprawnie niczym Arabka taniec brzucha. Oglądać długie aleje,
zasiedlone sklepami pełnymi żółtego złota, szalenie drogiego, które w Polsce
nazwalibyśmy z pewnością odpustowym i niegustownym. Nadir ofiarowywał mi drogie
prezenty i zabierał do egzotycznych restauracji. Byłam rozpieszczana.
Wiedziałam, jednak, że długo nie zagrzejemy miejsca w Emiratach, a ostatecznie
rozwiązanie przyniesie Pakistan. Mój przyszły dom. Tam miałam poczuć się
spokojnie i dobrze, mimo brudu, chaosu i zgiełku wielkiego miasta. Tak obiecywał
Nadir.
Wiedziałam, że chcę mieszkać właśnie w Pakistanie. Tam odbyć się miała nasza
ceremonia ślubu, którą planowałam już w myślach ze szczegółami. Tymczasem
jeszcze nas tam nie było.
Lotnisko w Dubaju i szybkie przejście bramki. Szybkie, bo nie było na nic czasu.
Przybyliśmy godzinę za późno wedle reguł linii PIA. Zamknięto stanowisko. Nie
czekano na spóźnialskich. Błagaliśmy o litość lotniskowego dyżurnego. W końcu
odprawiono nas i kilku za nami spóźnialskich Pakistańczyków. Walizki oddane.
Musiały ważyć ze sto kilo. Paszport, wiza w porządku - odetchnęłam z ulgą po raz
pierwszy, widząc, że nikogo nie kłuje w oczy moja dwukrotnie anulowana wiza
pakistańska oraz trzecia z kolei – tym razem ważna, roczna, wielokrotna. Nikt
nie zadał mi choćby jednego pytania na temat celu mojej wizyty w Pakistanie.
Nikt nie zapytał o długość pobytu. Surowa twarz zza wysokiego biurka nie dawała
żadnych oznak negacji ani akceptacji. Uprzejme skinienie głowy i odpowiedź pod
nosem na moje dziękuję.
„Blond włosy są czarodziejskim kluczem, który otwiera w Pakistanie wszystkie
drzwi” – taki mniej więcej miały sens słowa Nadira. Maksyma, którą powtarzał mi
kilka razy sprawdziła się – Gdy stajesz przed oficerem imigracyjnym w Emiratach
Arabskich – załóż chustkę. Gdy masz do czynienia z oficerem o podobnej funkcji w
Pakistanie – pozwól sobie na swobodę, odsłoń białe ciało, odsłoń blond włosy, a
nie będziesz miała żadnych problemów, nie postawione zostanie ci żadne
kłopotliwe zapytanie. Nikt nie będzie sprawdzał, co przemycasz do Pakistanu w
swoich wielkich walizach.
2
Lot z Dubaju do Karachi zdał mi się krótki. Byłam zmęczona, ponura i śpiąca. A
jednak głód sprawił, że w kilka chwil opróżniłam niezbyt dobry pakistański
posiłek i w lepszym humorze zagłębiłam się w lekturze pakistańskiej,
angielskojęzycznej gazety. Jedyne wiadomości z Europy dotyczyły Hiszpanii, czyli
terrorystycznych ataków na dworcu kolejowym oraz domniemań, co do sprawców
zbrodni. Wersję baskijską już odrzucono, oskarżoną stała się Al Kaida i Bin
Laden. Mój Boże, atakują już Europę! Co za różnica więc gdzie i po jakich
ścieżkach człowiek się porusza. Co za różnica, mamo, czy pozostaję w Europie,
wyjeżdżam do Dubaju, czy po chwili do Karachi?
Z lotniska w Karachi wzięliśmy taksówkę do hotelu Beach Luxury. Tę noc
chcieliśmy spędzić samotnie, zdala od jego rodziców. To był oddalony od centrum
hotel nad kanałem, który kusił turystę z daleka. Z bliska zniechęcał jednak
nieznośnym zapachem brudów unoszących się na powierzchni wody. Park nad wodą był
również zaśmiecony. Udaliśmy się mimo wszystko na krótki spacer, bo z wysokości
trzeciego piętra wydawał się miłym miejscem. Było już późno. Ostatni mieszkańcy
hotelu wyszli, pozostawiając po sobie nieopisane mnóstwo śmieci. Pływacy
opuszczali powoli kuszący chłodną wodą basen. Pojawiły się znikąd spragnione
krwi wampirkowate maleństwa. Zbliżała się pora zmierzchu. Słyszeliśmy wezwanie z
meczetów po drugiej stronie kanału na modlitwę o zmierzchu - maghrib.
Przypomniałam sobie tę opowieść, przesąd, nie-przesąd, o dżinnach, które o
zmierzchu schodzą na ziemię. Są wówczas najbardziej niebezpieczne dla człowieka.
Nie było sensu bezużytecznie włóczyć się po zaśmieconym parku. Zrezygnowani
zajrzeliśmy jeszcze raz poza ogrodzenie, które otaczało basen i nie dostrzegłszy
żadnej kobiety, wycofaliśmy się szybko. Nadir nie potrafił pływać, a ja nie
weszłabym do wody. Raczej spaliłabym się ze wstydu pod spojrzeniami kilku
obecnych Pakistańczyków, sprawiających wrażenie nienasyconych seksualnie samców.
W Pakistanie, podobny jak w Emiratach fenomen. Europejka o białej skórze i
jasnej karnacji nie umknie spojrzeniom. To spojrzenie dotyka i zasysa, zniechęca
i denerwuje. Wyposzczeni mężczyźni w Emiratach, Hindusi i Pakistańczycy, którzy
na długie miesiące opuszczali swoje żony, aby szukać lepiej płatnego zajęcia
poza granicami własnego kraju, nie różnili się niczym od Hindusów i
Pakistańczyków, którzy pozostając we własnym kraju, obok własnych żon, byli
równie wygłodniali i nieprzywykli do widoku blondynki białej rasy.
Byłam odmieńcem, byłam kobietą, byłam obiektem pożądania w tej formie, jakiej
żadna z pań nie toleruje, natrętnej i męczącej. Dlatego wówczas, już po kilku
godzinach pobytu na ziemi pakistańskiej, po opuszczeniu lotniska i spacerze w
parku hotelowym zdecydowałam się na założenie chustki. Błogosławieństwo islamu.
W wersji pół-zakrytej a czasami nawet całkowicie zakrytej, z zasłoną na twarz,
czułam się swobodniej.
Nie tylko mężczyźni byli ciekawi. Pożądanie innego typu wyrażały również oczy
kobiet żebraczek. Pusty był jedynie wzrok transwestyty, który pozostawiając mnie
w stanie szoku, przemknął się z gracją w stroju kobiecym pomiędzy pojazdami
uwięzionymi w korku. Jak to? W Pakistanie? Kraju muzułmańskim, szczycącym się
zasadami państwa islamskiego? Wszystko było więc tu fikcją, wielką mistyfikacją
w tym państwie policyjnym, które pięćdziesiąt procent wydatków przeznaczało na
armię? Armia miała być też jedyną grupą ludności chronioną w zamkniętych i
szczelnie chronionych osiedlach. Fikcją był więc Pakistan, państwo islamu, skoro
kwitła tam korupcja na niespotykaną gdzie indziej skalę, a każdy zdolny młody
człowiek myślał tylko o emigracji. Nie dziwiłam się już biadoleniu Nadira, który
tęsknił za Emiratami ilekroć przyszło mu powracać do Pakistanu. Emiraty to była
wybiórcza, a jednak konsekwentna realizacja islamskich zasad – w pewnych
dziedzinach, takich jak bankowość i podatki, pokój, bezpieczeństwo i nienaganna
czystość.
W Pakistanie jedną z wielu zasad, narzuconych przez islamski rząd, a nie do
końca przestrzeganych, była „godzina policyjna”. Gdy wybijała dziewiąta wieczór,
kobietom zabraniano opuszczania domostw. Zabawne było to, że tuż przed jedenastą
miasto wciąż jeszcze tętniło życiem. A na szerokich, zrujnowanych i zawalonych
gruzami z okolicznych domów-ruin, pozbawionych chodników ulicach, pojawiało się
wiele kobiet. Nie wszystkie były w towarzystwie mężczyzn, choć zwykle ta zasada
była w nocy przestrzegana.
Karachi nie jest bezpiecznym miastem – mówił Nadir. Rzeczywiście. Kilka ulic w
prawo, jedna w lewo i ruchliwy plac nagle znikał. I znajdowaliśmy się w ciemnej
ulicy, której przemierzanie samotne, na piechotę nie wróżyło nic dobrego.
W hotelu czułam się obco. To był stary, klasyczny hotel z tradycjami. Skromne,
ale porządne umeblowanie w jasnych kolorach, niebiesko-blade kapy na łóżkach i
zasłony w kolorowe kwiaty. Szeroka toaletka po prawej i duże lustro. Telewizor w
kącie z odpowiednią ilością anglojęzycznych kanałów. Łazienka czysta, choć
daleka od luksusu. Czyżby słowo „luxury” posiadało nieco odmienne znaczenie dla
mieszkańców tego kraju, wśród których wielu żyło w zrujnowanych domach bez wody?
Pierwsza noc była koszmarem. W kraju gdzie temperatura w marcu nie spada poniżej
40 stopni Celsjusza, było mi zimno. Bardzo zimno w tym pokoju hotelowym, gdzie
A/C czyli klimatyzacja nastawiona była odpowiednio do potrzeb Pakistańczyków –
maksymalnie. Po długich, nocnych poszukiwaniach, stwierdziłam, że regulatora
klimatyzacji w pokoju nie ma. Było już po północy, gdy zdesperowana i
zawstydzona zadzwoniłam na recepcję. Zimno i nieznośny hałas pracującego
urządzenia nie pozwalały mi spać – skarżyłam się. Czy można przykręcić nawiew?
Uprzejme – tak. I nic się nie zmieniło.
3
Klimatyzacji nie posiadały jednak restauracje w Karachi, w jednej ze starych
dzielnic, gdzie rozsiadły się wciąż ładne, choć zrujnowane kamienice, z pięknymi
niegdyś balkonami, wybrzuszeniami i kolumienkami. Szeroka asfaltowa aleja, która
nie posiadała chodników, obrosła barami bez grama alkoholu i jadalniami o
mikroskopowych rozmiarach. Większe wśród nich posiadały dwa poziomy. Parter i
piętro czyli mała mezzanine, przeznaczona dla rodzin z dziećmi lub dla kobiet.
Ciężki zaduch nocy rozwiewały jedynie ustawione co kilka metrów lub zawieszone
na ścianach potężne wiatraki. Rozdmuchiwały ciepłe powietrze, przynosząc
złudzenie chłodu. Sprzedawcy pichcili na skraju ulicy. Pomiędzy asfaltem a
restauracją, pośród gruzów, które pochodziły nie wiadomo skąd. Tony kamiennych
odpadków, piachu i pyłu.
Ogromne patelnie o średnicy około półtora metra, przywoływały moje wspomnienia z
Francji, gdzie w podobny sposób przyrządza się poellę – śródziemnomorskie danie
z ryżu i owoców morza. Tu pieczono na ruszcie kurczaki i podsmażano pakistańskie
kebaby, które wyglądały jak szaszłyki. Zamiast nadziewać kawałkami mięsa,
metalowe szpikulce oblepiano tutaj mieloną masą z przyprawami. Szisz kebab –
mówili. Wprost na skraju ulicy mieściły stanowiska obieraczy i krajaczy warzyw.
Nie tknęłam surowizny, zgodnie z zaleceniem Nadira, aż do momentu, gdy udało się
ją obmyć zakupioną wodą z butelki. Zjedzenie brudnych, a nawet mytych w
niegotowanej i niebutelkowanej wodzie warzyw, groziło kilkudniową chorobą
żołądka, aż do momentu uzyskania odporności na tutejsze bakterie.
Podano trzy metalowe miski z pokrojoną w plastry fioletową słodką cebulą w
ostrym, brązowym sosie z anyżkiem. Tak jak nasiona kopru, dodawano go do wielu
potraw, a nawet jedzono suche nasiona. Podobno pomagały zwalczyć ból żołądka.
Mieszkańcy Pakistanu wierzyli w lecznicze działanie ziół i przypraw.
Na stole przed nami pojawił się zamówiony kebab, owinięty cienką nicią. Był
wyśmienity. Ostry. Mięso rozpływał się ustach. Pozostałe metalowe talerze
serwowały udka kurczaka tikka, czyli mięso z grilla posmarowane ostrym sosem z
przyprawami, tak zwaną masalą. Nie podawano tu sztućców. Może znalazłyby się –
na specjalne życzenie, zapewne metalowe, jak talerzyki, kubki i dzbanek. Takie,
z jakich korzystały linie pakistańskie. Wielokrotnego użytku. Sięgnęłam po
gorący, wypieczony chleb pakistański zwany naan. Pulchny i miękki. Wyborny. Z
ułamka chleba należało stworzyć łyżkę. I nią nabierać odpowiednią ilość mięsa i
sosu.
Po pół godzinie opuściliśmy restaurację wraz z jej zaduchem i przesyconą
zapachami kuchni atmosferą, i kontynuowaliśmy nocne zwiedzanie starej dzielnicy,
której sercem była Burns street. Co chwila odzywały się za nami natrętne dźwięki
klaksonu i pokrzykiwania. O północy ruch nieco mniejszy niż w dzień, mnie wciąż
przyprawiał o zawrót głowy. Musiałam być czujna. Nie dać się stratować
samochodom, w wielką fantazją, kolorowo malowanym autobusom, dodatkowo
ustrojonym jak na odpust, motocyklom starej daty w stylu komara mojego dziadka
Albina, wielbłądom, tragarzom, wózkom i rykszom z motorkiem. A tymczasem uwagę
przyciągały sklepy pełne przypraw, ziaren różnego rodzaju i cacek, których
przeznaczenia nie znałam, oraz wielkie metalowe wozy-patelnie z kucharzem
przykucniętym na ich brzegu. W ten sposób przygotowywano i serwowano nie tylko
mięso, ale i smażone orzechy, owoce i słodkie ciastka.
Inaczej wyglądało stanowisko sprzedawców słodyczy w postaci wodnistej lub
wodnisto-zagęstnionej. Lada podobna do sklepowej stała na kółkach na granicy
ulicy i małego wnętrza wyłożonego kaflami. Dwie ściany tworzyły zacisze
oddzielone od ulicy. Dwu pozostałych ścian nie było. Kafle dawały wrażenie
czystości – twierdził Nadir. Również w restauracjach Emiratów Arabskich bardzo
często wykorzystywano ten pomysł. Na mnie jednak sprawiały wrażenie zimne i
niemiłe – przywoływałam w myślach mimo woli atmosferę szpitalu i łazienek.
Słodkie desery sprzedawały dwie osoby z trzech mis, pełnych zastygłej mazi w
kolorze białym i beżowym. A mazia była smakowita i kusząca. Deser w
białokremowym kolorze podawał starszy pan z siwą brodą, w okularach, właściciel
bystrego i inteligentnego spojrzenia. Jego tradycyjne ubranie, shelvar kamiz
czyli długa koszula z rozcięciami po bokach i luźne bufiaste ściąganie sznurkiem
spodnie było niesamowicie brudne od pracy przy słodyczach, od kurzu ulicy.
Starzec zyskał w ustach Nadira miano Pakistańskiego milionera. Mówimy o rupiach,
wciąż o rupiach! Był on rupiowym milionerem, co mimo wszystko zyskiwało mu
uznanie w moich oczach. Podziwiałam tego zapracowanego człowieka, który o
pierwszej nad ranem wciąż doglądał biznesu. Sam własnoręcznie zajmował się
sprzedażą swojego słodkiego produktu – papki ze sproszkowanego mleka oraz
drugiej papki także z mleka, jednak o smaku migdałów i pistacji, gęstszej i
słodszej.
Słodycze wyrabiane z mleka są najpopularniejsze w Pakistanie. Mleko jest niemal
zawsze podstawowym ich składnikiem. Mleko. Przewożone w bańkach,
przypominających polskie, stare, być może używane jeszcze na naszych wsiach.
Mleko transportowane wozami zaprzężonymi w wielbłądy, osły lub ludzi. Mleko
świeże od krowy kozy lub wielbłąda, każdego ranka dostarczane było do sklepików,
sprzedawane w kartonowych pudełkach albo butelkach, bezpośrednio pod drzwi
domostw bogatszych obywateli. Mleko, z którego zbierano śmietankę i jedzono ją
jak smakowite smarowidło zamiast masła. Mleko, z którego wyrabiano naturalny
jogurt bez konserwantów i żelatyny wieprzowej.
Mnóstwo deserów, ciastek, ciast i apetycznych papek wyczarowywano w Pakistanie z
mleka z przyprawami, barwnikami, z dodatkiem bakalii. Nie tylko ten jeden
staruszek biznesman dorobił się milionów dzięki słodkościom. To była dzielnica
milionerów. Co kilka metrów Nadir wskazywał mi innego zapracowanego człowieka,
który jedynie inteligencją spojrzenia i szlachetnością rysów pozwalał uwierzyć,
że może być on posiadaczem bogactw, o jakich wielu śni. Pracoholicy. A może
ludzie oddani swojej pracy. Prości i skromni. Zamiast budować domy, kupować
samochody, zamiast opuścić państwo utrapienia, biedy i korupcji, oni wciąż stali
w pyle przydrożnym, każdy przy własnym straganie. O ich bogactwie
i świetności świadczyły kamienice nieopodal, fantazyjne balkony i falbanki
ozdobne, była to jednak świetność miniona. Właściciele kamienic nie starali się
ich odnawiać. Nikt nie próbował naprawiać i uprzątać dróg dojazdowych, ani
głównej wielkiej ruchliwej alei handlowej, zwanej Burns Street. Nikt nie
naprawiał działającej przecież (jakim cudem?) poplątanej pajęczyny kabli
elektrycznych, zawieszonych jakby ręką artysty, fantazyjnie, na czubku słupów
betonowych. Ci ludzi żyli tak jak żyli onegdaj. Pieniądze nie zmieniły ich stylu
życia. Pytanie - dlaczego. Pakistan nie toleruje managerów – odpowiadał Nadir.
Nie istniała możliwość powierzenia biznesu lojalnemu pracownikowi.
Milionerzy-sprzedawcy w brudnym odzieniu nigdy nie brali urlopu. Nie ufali
nikomu. Najlepszym odpoczynkiem i rozrywką była praca. Druga możliwa odpowiedź –
Pakistan, państwo policyjne i państwo pełne niebezpieczeństw, korupcji, nie
pozwalało, aby bogaci ujawnili się jako bogaci, bez ryzyka utraty dóbr nabytych.
Potwierdzał to przypadek rodziny Nadira, która posiadała znaczną ilość pojazdów
czterokołowych, ale każdy z nich był stary i niepozorny. No show off. Podobnie
ogromny, wygodny dom rodziny Nadirów, mieszczący kilkupokoleniową rodzinę
chroniony był w dzień i w nocy przez czujniejszego niż system alarmowy
strażnika, o wyglądzie przywołującym na myśl tak licznych w mieście uzbrojonych
żołnierzy w wojennych mundurach khaki.
4
Opuściliśmy cukiernię, aby udać się na poszukiwanie kolejnego ciekawego straganu
lub restauracyjki w miniaturze. Znów gruzy, kurz, omijanie autobusów i rykszy.
Po lewej stronie wyrósł przed nami nieoczekiwanie wóz pełen glinianych,
tradycyjnych naczyń – ruchomy stragan, przenośne miejsce pracy. Sprzedawca,
widząc nasze zainteresowanie, przesunął się nieco w kierunku latarni, i brzegu
ulicy, tak aby stanąć w kręgu światła. Dostrzegliśmy pięknie malowane misy,
miseczki, dziwne skarbonki w kształcie dzbanka, maleńkie do niczego nieprzydatne
wiązane w paczki zestawy słoików i wazoników, ozdobione agresywnie kolorowymi,
prostymi wzorami w paski. Nadir wręczył mi dużą ręcznie malowaną misę, skarbonkę
i wazoniki.
- Wszystko razem nie kosztowało więcej niż dziesięć złoty – zapewniał mnie. – I
spójrz, ta misa służy do przygotowywania jogurtu. Kosztuje jedynie złotówkę! –
przeliczał szybko nakłaniając mnie jednocześnie do zrobienia kolejnego zakupu. –
Piękny prezent dla rodziny i znajomych – mówił jeszcze.
Ja jednak odsuwałam jak najdalej osadzoną gdzieś w dalekiej przyszłości
perspektywę podróży do Polski. Te przedmioty były zbyt kruche i delikatne, by
wieźć je tak daleko. Kupując je nie chciałam myśleć o Polsce, wierząc, że
Pakistan był moją ostateczną przystanią. Wierzyłam zapewnieniom Nadira o
wspólnym życiu, ślubie, stabilizacji i rozwiązaniu wszelkich dotychczasowych
problemów. Polska była odległa. Jedyny moment, paradoksalnie, w którym
przypomniałam sobie o niej, to był gorzki smal paan czyli przysmaku hinduskiego.
Przypomniały mi się opisy z książki Polaka, podróżnika i prezentera stacji
radiowej, który pojawił się w ambasadzie Pakistanu w Warszawie, prosząc o
wyrobienie wizy. To ja tę wizę pakistańską autorowi „Masali” pracowicie
wypisywałam i wklejałam do paszportu.
„Masala” właśnie opisywała jeden z rodzajów paan. Czym był jednak ten smakołyk
Indusów i Pakistańczyków? Posiadał wiele wariantów, które różniły się
zawartością. Podstawą był zawsze liść – twardy sztywny listek drzew, jakie
spotyka się jedynie w krajach o ciepłym klimacie. To był liść rośliny zwanej
betel, która właściwościami przypomina tytoń.
Nigdy nie udało mi się porozumieć co do szczegółów i zawartości, która była
zmienna zależnie od dostępnych składników i od życzeń kupującego. W mały zielony
listek zapakowane były zawsze przyprawy – zieleń posmarowana „klejem roślinnym”,
jak nazwałam wyciąg z kokosa, lepki i płynny. Tę białą mazię przysypywano
nasionami kopru i anyżku. Zdarzały się i goździki. Następną warstwę stanowiła
jakaś konfitura owocowa, kwaśna. Zamiast niej pojawiała się czasem słodka
konfitura z płatków róży. Na koniec przysypywano miksturę niezidentyfikowaną
sypką substancją, która przypominała mi sproszkowaną korę drzewa. Do dziś nie
wiem co to było. Trudno rozpoznać, skoro zawsze po delikatnym i ostrożnym
nadgryzieniu paan, żołądek zmuszał mnie do wyplucia niepołkniętego kawałka.
Gorycz i słodycz jednocześnie w niespotykanym natężeniu były dla mnie granicą
smaku nie do przekroczenia. Może chodziło o to, że byłam na bakier z wszelkimi
używkami, od papierosów do narkotyków. Nigdy nie próbowałam wypalić choćby jedno
cygaro. Moje doświadczenia z paleniem trawki były znikome i nieefektywne. Nie
potrafiłam się zaciągać. W dziedzinie używek byłam więc największym na świecie
laikiem. A betel zdał mi się paskudztwem nie do opisania, przeciwko któremu
buntował się żołądek.
A więc cóż, nie stałam się rasowym podróżnikiem, który każde doświadczenie
przyjmie i każdej egzotycznej potrawy spróbuje. Jedyny paan, jaki udało mi się w
całości skonsumować to ten, jaki serwowano specjalnie dla dzieci w restauracji
łańcuchowej, zwanej Village. Gorzkość liścia zabijały podwójnej wielkości
konfitury z wiśni i płatków róży, z dodatkiem nasion anyżku w otoczce
cukierkowej…
epilog
Poranek wstał ospale w domu rodziny Nadirów. Późne śniadanie. Kawa i grzanki.
Nasza rozmowa, sam na sam, w pokoju gościnnym ze ślepym oknem. Pakowałam
walizkę. Za kilka godzin mieliśmy się przenieść do nowego mieszkania. Naszego
nowego mieszkania. Nadir usiadł na wprost mnie na fotelu. Spoglądał przez chwilę
w milczeniu, czekając czy może odezwę się pierwsza. Wyglądał na zmęczonego.
- Czy jesteś szczęśliwa? – usłyszałam pytanie, które wydało mi się śmieszne
- Myślę, że tak - zawahałam się
- Czy coś cię gnębi?
- Nie. Skąd? Wiesz, zaczęłam wyobrażać sobie, jak to będzie, gdy zamieszkamy
nareszcie razem, będziemy mieć dziecko...
- O czym ty mówisz, Anno? Będziesz miała dokument ślubu, kontrakt, mieszkanie,
wszystko tak jak chciałaś, ale ja nie chcę dzieci. Nie teraz.
- Mówisz tak od dwu lat, Nadir!
- Ja zdania nie zmieniłem. Uważam, że jeszcze nie czas na dzieci. Za wcześnie. W
ogóle to nie jest dobry pomysł. Ile razy ci to już mówiłem?
- Myślałam, że zmieniłeś zdanie, że ten ślub jest dla ciebie tak samo ważny jak
dla mnie, że zaczynamy nowy etap?
- Myliłaś się. Dla mnie nic się nie zmieniło.
- Rozumiem. Przykro mi, ale uważam, że jeśli nie chcesz mieć ze mną dzieci, ten
związek jest pusty i nie ma sensu. Wracamy do punktu wyjścia. A więc nie! Nie
czuję się szczęśliwa. Czuję się oszukana.
- Rozumiem. W takim razie nie mamy o czym mówić. – podniósł się z fotela, jego
spojrzenie było zimne. Wiedziałam, że ukrywał pod nim urażoną dumę i
rozgoryczenie. Podszedł szybko do drzwi i zatrzasnął je za sobą hałaśliwie. Za
kilka godzin być może przemyśli to, co się między nami rozegrało, zmieni zdanie,
na czas konieczny i określony, na chwilę. Będzie zapewniał o miłości. Będzie
prosił o czas, o kolejne dni, miesiące, lata cierpliwości. Lata oczekiwania. Na
co?